Tłum ludzi podczas pandemii

Tłum ludzi podczas pandemii (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

"Ignorowanie pandemii to wynik nieznajomości matematyki"

Gdyby media podały informację, że z powodu powikłań związanych z COVID-19 zmarło dziesięcioro dzieci, następnego dnia place zabaw, parki, plaże i miasta byłyby puste. Dla dzieci bylibyśmy skłonni żyć w zamknięciu jeszcze przez długi czas. Ale nie ryzykujemy zdrowia dzieci, tylko zdrowie ich dziadków. Może dlatego przyjemność wygrywa z lękiem - mówi prof. dr hab. Joanna Sokołowska, która bada postawy wobec ryzyka.

Widziała pani zdjęcia z plaży we Władysławowie? Mamy epidemię wywołaną groźnym wirusem, a na plaży tłum ludzi.

Widziałam. Właśnie tak się zaprzepaszcza wypracowane dzięki lockdownowi spowolnienie rozprzestrzeniania się wirusa. Po to od marca siedzieliśmy w domach, po to zamknęliśmy szkoły, zakłady pracy, miejsca kultury, a nawet place zabaw, by to teraz zmarnować.

Czy wie pani, jak rozprzestrzenia się wirus? Wykładniczo. Oznacza to, że jeśli nie separujemy się od siebie, każda zakażona osoba zaraża dwie kolejne.

Jak w opowieści o wynalezieniu szachów? Ich twórca poprosił o skromną zapłatę za swój wynalazek. Chciał tylko, by władca, dla którego je wymyślił, położył na pierwszym polu szachownicy ziarenko ryżu i podwajał liczbę ziaren na każdym kolejnym polu. Władca nie zorientował się, że liczba wszystkich ziaren, jakie będzie musiał oddać, sięgnie 18 trylionów i znacznie przewyższy jego zasoby.

Obawiam się, że wiele osób poszłoby drogą tego władcy. Mówię o tym od dawna - ludzie nie znają matematyki, statystyki i rachunku prawdopodobieństwa. I kierują się swego rodzaju intuicją matematyczną, bardzo zresztą zawodną. Nie rozumieją, że przy wykładniczym wzroście zachorowań jeśli jednego dnia zarażanych jest 50 osób, to kolejnego dnia zarażonych będzie już 100. Gdy mowa o przełożeniu jeden do jednego, możemy powiedzieć, że panujemy nad rozprzestrzenianiem się wirusa. Przy stosunku jeden do dwóch mamy już pandemię. Ale nie znam wielu osób, które tak to sobie przeliczą. Ludzie w ogóle nie liczą, nie sprawdzają danych, nie zastanawiają się nad informacjami, tylko funkcjonują w znacznym stopniu intuicyjnie.

Kiedyś przy okazji pewnych badań zwróciłam się do Totalizatora Sportowego z pytaniem, ile osób, zakreślając liczby w Lotto, wybiera kombinację 1, 2, 3, 4, 5, 6 lub jakichkolwiek innych następujących po sobie liczb. Okazało się, że nikt nie wybiera takich kombinacji, bo intuicja podpowiada, że nie mogą wypaść. A przecież rachunek prawdopodobieństwa pokazuje jasno, że wypadają równie często jak jakiekolwiek inne.

Uważam, że jednym z powodów obecnego braku dyscypliny społecznej jest nieumiejętność liczenia. Powiedziałabym nawet, że za obecne ignorowanie zaleceń sanitarnych, za nienoszenie maseczek, tłumy w restauracjach, na plażach i ogólne poczucie hulaj dusza, piekła nie ma odpowiada w ponad 80 procentach przypadków nieznajomość matematyki.

Ludzie nie znają matematyki, statystyki i rachunku prawdopodobieństwa, i kierują się zawodną intuicją matematyczną (fot. Shutterstock)
Ludzie nie znają matematyki, statystyki i rachunku prawdopodobieństwa, i kierują się zawodną intuicją matematyczną (fot. Shutterstock)

Ja myślałam o skłonności do ryzyka. Ponoć podejmowanie ryzyka jest kołem zamachowym rozwoju.

Zacznijmy od tego, czym jest ryzyko. Jest możliwością doświadczenia czegoś negatywnego w związku z podjęciem lub zaniechaniem pewnych działań. Spójrzmy na profesora Religę i transplantację serca. Gdyby nie wyszedł przed szereg, ryzykując całą swoją karierę, a kto wie, czy nie wolność, ryzykując też skrócenie życia chorych w przypadku nieudanej operacji, nie stworzyłby procedury transplantacji serca, nie uratowałby tysięcy istnień. Ryzyko było ogromne, ale możliwy zysk jeszcze większy.

O podejmowaniu ryzyka związanego z rozwojem możemy też mówić, gdy przedsiębiorca ryzykuje własne pieniądze, by rozwinąć firmę i zarobić więcej pieniędzy. Może coś stracić, często bardzo dużo, bo nawet oszczędności całego życia, ale zyskać jeszcze więcej. Ryzyko jest uzasadnione, bo ewentualna nagroda znacznie je przewyższa. Szybciej zaryzykujemy tysiąc złotych dla miliona niż dla dwóch tysięcy.

A co możemy zyskać, ignorując pandemię i ryzykując zdrowie swoje oraz swoich bliskich?

Myślę, że chwilę normalności.

Mam znajomych, którzy w czasach, gdy dzienna liczba zakażeń nie sięgała nawet 100, nie spotykali się z mieszkającymi oddzielnie dziećmi. A teraz, przy ponad 800, mówią, że bliskość z rodziną jest ważniejsza niż lęk. Czyli zysk w postaci czasu z rodziną czy innymi ludźmi stał się ważniejszy niż ryzyko zakażenia się.

Ten zysk wydaje się tak duży tylko dlatego, że przez lockdown udało nam się wyhamować rozprzestrzenianie się wirusa i lęk zmalał, bo też na pewien czas zmalało ryzyko największej straty. Właśnie to jest kluczowe w ocenie stopnia ryzykowności różnych projektów: wartość maksymalnej straty. W naszym przypadku tą stratą byłaby śmierć nasza lub naszych najbliższych. Wyhamowanie pandemii dało wrażenie, że ta strata nam nie zagraża, grozi za to inna - brak podtrzymywania więzi społecznych. To wszystko zbudowane jest na złudzeniach, nie na danych.

Przede wszystkim zaczęły się mnożyć pytania stawiające pod znakiem zapytania zasadność lockdownu. A jedno z nich wysunęło się na prowadzenie. Brzmi: czy znasz kogoś, kto zachorował? Zna pani?

Osobiście? Nie. Docierały do mnie raczej plotki: ktoś gdzieś kogoś zna. Mało wiarygodne.

Właśnie. Niemal nikt nie zna kogoś, kto miał pozytywny wynik testu, a tym bardziej kogoś, kto zachorował, był hospitalizowany i zmarł. Wskaźnik śmiertelności z powodu COVID-19 wynosi według danych WHO 3,4 procent w skali świata. Czyli umierają mniej niż cztery osoby na stu zakażonych. Musiałaby pani znać bardzo wiele zakażonych osób, by zetknąć się z przypadkami śmiertelnymi. A przecież nie mamy tak rozbudowanej siatki społecznej, by znać tysiące ludzi. Oczywiście ja, jako wykładowca uniwersytecki, znam ich pewnie więcej niż osoby wiodące życie w bardziej ograniczonej społeczności, ale to wciąż nie daje mi możliwości bezpośredniego skonfrontowania się ze śmiercią wywołaną przez COVID-19.

Liczy się też, z jaką grupą mamy do czynienia na co dzień. Pracownicy domów opieki społecznej bez wątpienia spotykają się ze śmiercią z powodu koronawirusa częściej niż trenerzy sportowi, których podopieczni mają kilkanaście lub dwadzieścia lat. Ale to nie znaczy, że tej śmierci nie ma. Jest. I to straszna. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak ona wygląda.

Po pierwsze, taki chory umiera samotnie. Nie ma przy nim nikogo bliskiego, kto trzymałby go za rękę. Jest sam i zdaje sobie sprawę z wyroku. Dusi się. Znajduje się w izolatce. Kilka razy dziennie odwiedza go na chwilę ktoś z personelu szpitalnego. Ten ktoś jest ubrany od stóp do głów w kombinezon ochronny. Trudno w nim dostrzec człowieka. Kiedy chory zaczyna się dusić, pomoc przyjdzie dopiero, gdy personel włoży kombinezony i przejdzie całą procedurę umożliwiającą wejście do izolatki. Samotność w obliczu cierpienia i śmierci jest ogromna. Jeśli chory ma swój telefon i jeszcze jakąś siłę, to może skontaktować się z bliskimi. Jeśli nie, pozostaje odcięty od świata.

Samotność w obliczu cierpienia i śmierci jest ogromna (fot. Shutterstock)
Samotność w obliczu cierpienia i śmierci jest ogromna (fot. Shutterstock)

Nasuwa mi się porównanie: pogrzebany żywcem.

A jeśli umrze, rodzina nie może nawet przejść rytuału pożegnania związanego z pochówkiem. Widziałam pogrzeby osób zmarłych w okresie pandemii w Hiszpanii. Trumien nie wnoszono nawet do kościoła, ceremonia odbywała się na schodach. W uroczystości mogli uczestniczyć tylko najbliżsi, ale nawet oni musieli stać z dala od siebie. Każdy, jadąc osobno samochodem, eskortował trumnę na cmentarz. Ale nie mogli już przekroczyć cmentarnej bramy. Gdyby ludzie widzieli takie sceny, widzieli, jak się umiera z powodu COVID-19, to może lepiej rozumieliby zagrożenie wynikające z ignorowania zakazów.

Naturalnie młodzi, silni ludzie często przechodzą zakażenie bezobjawowo lub wychodzą z niego po kilku dniach gorszego samopoczucia. I to jest kolejny powód, dla którego istnieje pewne społecznie akceptowalne ignorowanie wirusa. Bo skoro ja prawdopodobnie nie umrę, to nie muszę starać się przestrzegać zasad bezpieczeństwa. Przecież ja sam, młody, zdrowy i silny dwudziestokilkulatek, poradzę sobie z wirusem.

Ale babcia lub dziadek tego młodego i zdrowego dwudziestolatka już niekoniecznie sobie z nim poradzą.

To handlowanie ryzykiem i nagrodą, tak o tym mówił laureat Nagrody Nobla Harry Markowitz. Nagrodą jest możliwość swobodnego przemieszczania się, pewien luz społeczny, do którego przywykliśmy, a ryzykiem choroba bliskich. Kłopot w tym, że nikt nie siada z kartką papieru i z kalkulatorem, by ocenić wartość zarówno ryzyka, jak i nagrody. Dlatego przeszacowujemy jedno, na przykład wieczór w restauracji z przyjaciółmi, a niedoszacowujemy drugiego, choćby zdrowia babci. Nie tylko o rachunki tutaj chodzi, bardziej o sposób myślenia. Zauważył to Herbert Simon, podobnie jak Markowitz ekonomista i laureat Nagrody Nobla, który przyjął, że mimo ograniczonej racjonalności wciąż możemy podejmować rozsądne decyzje. Wystarczy podejmować decyzje satysfakcjonujące, które nie muszą być optymalne.

To znaczy?

Simon dał taki przykład: pasażer jedzie pociągiem dalekobieżnym, nie ma niczego do czytania, więc postanawia na najbliższej stacji pobiec do księgarni i kupić książkę. W tym wypadku optymalną decyzją jest kupienie jak najlepszej książki za jak najniższą cenę. Ale aby móc taką książkę znaleźć, należałoby przejrzeć całą zawartość księgarni. Niemożliwe, szczególnie przy ograniczonym czasie, jaki ma pasażer na dokonanie zakupu. W zamian może kupić pierwszą, która spełnia założone kryteria, na przykład: odpowiednia tematyka, duży druk, cena do 20 zł. To zaspokaja cel - książka na podróż zostaje kupiona. Decyzja jest satysfakcjonująca, choć pewnie można było znaleźć lepszą pozycję: ciekawszą, lepiej napisaną czy w niższej cenie. Ważne jest jednak to, że bierzemy pod uwagę wszystkie aspekty sytuacji, a nie jakieś wybrane. Niestety, nawet takie skromne wymagania nie są spełniane przez ludzi.

Jeśli wrócimy do kwestii pandemii, to uproszczona sytuacja wygląda tak: zagraża nam nowy wirus, jednak nie znam nikogo, kto choruje; jestem młody, a umierają na niego głównie ludzie starzy; nie wiadomo, czy noszenie maseczek pomaga, bo przecież gdy nie było na rynku maseczek, to Światowa Organizacja Zdrowia przekonywała, że noszenie ich niczego nie daje. I jaki jest wynik takiego rozumowania? Pędzę na plażę z całą rodziną, zadzwonię też do dawno niewidzianych przyjaciół, zrobimy sobie wielką fiestę. Człowiek rzadko podejmuje decyzje w sposób racjonalny i oparty na obiektywnych przesłankach.

Młodzi, silni ludzie często przechodzą zakażenie bezobjawowo lub wychodzą z niego po kilku dniach gorszego samopoczucia (fot. Shutterstock)
Młodzi, silni ludzie często przechodzą zakażenie bezobjawowo lub wychodzą z niego po kilku dniach gorszego samopoczucia (fot. Shutterstock)

Jak tak patrzę na te pełne ludzi miasta i plaże, myślę sobie, że coś mi tu zgrzyta. Bo skoro podstawowym imperatywem ludzkiego życia jest przekazanie genów i zachowanie gatunku, to przecież ryzykujemy właśnie życie przyszłych pokoleń.

Tylko że dzieci chorują rzadko. Jestem pewna, że gdyby media podały informację, że z powodu powikłań związanych z COVID-19 zmarło dziesięcioro dzieci, następnego dnia place zabaw, parki, plaże i miasta byłyby puste. Dla dzieci bylibyśmy skłonni żyć w zamknięciu jeszcze przez długi czas. Gdyby do naszego równania ryzyko - zysk wpisać po lewej stronie zdrowie dzieci, to nie byłoby takiego zysku, który mógłby to przeważyć.

Ale po tej stronie jest zdrowie babci.

I mamy gotowy konflikt dążenie - unikanie. Takie chcę i nie chcę jednocześnie. Bo z jednej strony mamy plażę, wakacje i zabawę, a z drugiej - lęk o życie babci. Nasze mechanizmy obronne będą dążyły do wyeliminowania konfliktu ze świadomości. Po jednej stronie jest obowiązek, po drugiej przyjemność, a to jest szalenie kusząca alternatywa. Z etycznego punktu widzenia niezbyt dobra, ale jakże miła. Trudno się przeciwstawić.

Chciałam wierzyć, że ludzie są jednak bardziej racjonalni.

Nie, osobniczo nie, ale można podejmować racjonalne decyzje dotyczące ogółu. Jak to miało miejsce w przypadku Filadelfii i St. Louis. Gdy kończyła się I wojna światowa, do tragedii konfliktu zbrojnego dołączyła pandemia innego wirusa z rodziny SARS, określana mianem grypy hiszpanki. Zachorowała na nią jedna trzecia ówczesnej ludności świata. Do USA chorobę przywieźli powracający do domu żołnierze. Ale zwycięstwo wymaga parady. I tak w Filadelfii, mimo kilkuset nowych przypadków hiszpanki dziennie, zorganizowano wielką paradę zwycięstwa. W ciągu kolejnych sześciu tygodni po paradzie w Filadelfii zmarło ponad 12 tysięcy spośród 47 tysięcy zarażonych osób. A łącznie na grypę hiszpankę zmarło w Filadelfii ponad pół miliona osób.

Analogiczne parady miały odbyć się w innych miastach. Jednak władze St. Louis odwołały wydarzenie, uznając je za zbyt niebezpieczne. Ta jedna decyzja bez wątpienia uratowała tysiące mieszkańców miasta przed śmiercią.

Dzieci chorują rzadko (fot. Shutterstock)
Dzieci chorują rzadko (fot. Shutterstock)

Prof. dr hab. Joanna Sokołowska. Psycholog, naukowo zajmuje się psychologią podejmowania decyzji i ryzyka w biznesie oraz psychologią ekonomiczną. Bada między innymi indywidualne postawy wobec ryzyka, rozumienie prawdopodobieństwa. Kieruje projektem "Strategie inwestorów giełdowych w okresie koniunktury, stagnacji i dekoniunktury", finansowanym przez Narodowe Centrum Nauki. Razem z interdyscyplinarnym zespołem bada, co wpływa na decyzje podejmowane przez maklerów giełdowych i jak kształtuje się polski rynek inwestycyjny.

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się głównie tematyką popularnonaukową. Związana między innymi z "Życiem Warszawy" i Weekend.Gazeta.pl, Magazynem Wirtualnej Polski oraz z "Focusem". Współautorka książki "Człowiek istota kosmiczna".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku