Ratownicy muszą przede wszystkim dbać o własne bezpieczeństwo

Ratownicy muszą przede wszystkim dbać o własne bezpieczeństwo (fot. Paweł Szymański)

rozmowy Anny Kality

"Spojrzałem w jego oczy. Ile ty będziesz żył? Dwie? Trzy minuty?"

Są i tacy ludzie, którzy palili się otwartym ogniem i wrócili do pracy na dole. Górnicy są twardzi i pomimo traumatycznych przeżyć potrafią się pozbierać. Pamiętam, że w chodniku podścianowym poparzony został sztygar zmianowy, też ratownik. Mdlał, ale mimo cierpienia starał się ratować innych. To jest bohaterstwo - mówi Krzysztof Mroziński, który przez 29 lat był ratownikiem górniczym, a obecnie jest kierownikiem zawodowego pogotowia ratowniczego w Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego S.A. w Bytomiu.
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Wiela cudów widział pan na grubie na dole?  
[Wiele cudów widział pan w kopalni na dole?]

Noo... ja, moga sam pedzieć, że to je richtig prowda. (śmiech)
[Tak, widziałem, to faktycznie prawda.]

Ale rozczaruję panią: z tą moją gwarą nie jest najlepiej. Pochodzę ze Śląskiej Galicji, z Jaworzna. Dla hanysa z Bytomia to ja jestem gorol. (śmiech) 

Ja do pełnoletności mieszkałam w Bytomiu, ale też kiepsko mówię po śląsku. Ratownicy górniczy mówią do siebie gwarą? 

Jest wiele wyrażeń, które tylko ratownik rozumie, są też oczywiście zwroty używane powszechnie w kopalni. Na przykład "wjechać w ukres", "wjechać do weksla" to nic innego, jak stanąć pociągiem na bocznicy. Albo "bryczka", "kolaska" to przecież wagon, w którym jeżdżą ludzie. "Jazda na gwizdek!" to znaczy, że kopalnia wzywa pomocy. 

U nas - jak we wszystkich służbach ratowniczych - najważniejsze jest jak najszybciej dostać się w miejsce zdarzenia, a w przypadku zagrożenia życia - zlokalizować poszkodowanego, udzielić pierwszej pomocy i wytransportować w bezpieczne miejsce. 

Oczywiście ratownicy muszą przede wszystkim dbać o własne bezpieczeństwo. Różne są sposoby działania, w zależności, czy jest to zawał wyrobiska, pożar czy też atmosfera niezdatna do oddychania. Bo też różne są zagrożenia pod ziemią. 

Ratownictwo górnicze to działanie zespołowe. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. W mojej służbie ratownika górniczego jedno życie na pewno uratowaliśmy, a jedno życie to jak sto żyć. Ale proszę tego nie pisać!  

Ratownik Krzysztof Mroziński (fot. Archiwum prywatne)
Ratownik Krzysztof Mroziński (fot. Archiwum prywatne)

Dlaczego? To bardzo ładne! Każde życie jest najważniejsze, a ten jeden górnik dla swoich bliskich jest całym światem przecież.

Tu się z panią zgadzam. Wolę, żeby nie wyszło tak, że chcę się chwalić. (śmiech) 

W 2008 roku w kopalni Borynia po wybuchu metanu dostaliśmy informację, że w chodniku nadścianowym są poszkodowani. Kiedy tam wchodziliśmy, mijaliśmy się z zastępem ratowników z tamtej kopalni - bo każda kopalnia ma własne zastępy ratownicze dyżurujące pod ziemią. My jeździmy do akcji jako zawodowe pogotowie ratownicze. Oni mieli wtedy dwóch ludzi: jednego nieśli na noszach, a drugiego prowadzili pod ręce. Ten na noszach cały czas z nimi rozmawiał, a przecież od tyłu nie miał części głowy. Tyle że nie zdawał sobie z tego sprawy. Spojrzałem w jego oczy i pomyślałem: Ile ty będziesz żył? Dwie? Trzy minuty? Lekarz do niego dobiegł, bezpośrednio w serce podał adrenalinę, ale tego życia nie udało się uratować.

To spojrzenie w gasnące oczy, z których uchodziło życie, jest bardzo bolesnym doświadczeniem. Powraca w każde listopadowe święto. Zawsze wtedy staram się zaświecić znicz dla tego górnika pod krzyżem na cmentarzu. 

Drugi chłopak - ten, którego prowadzili pod ręce - miał rozległe oparzenia rąk i głowy. Skóra wisiała na jego dłoniach. I wie pani, że po długiej rehabilitacji wrócił do kopalni? Są i tacy ludzie, którzy palili się otwartym ogniem i wrócili. A co nimi powoduje? Życie! Odpowiedzialność za rodzinę, dom. Górnicy są twardzi i pomimo traumatycznych przeżyć potrafią się pozbierać. 

Pamiętam, że w chodniku podścianowym poparzony został sztygar zmianowy, też ratownik. Mdlał, ale mimo cierpienia starał się ratować innych. To jest bohaterstwo. 

A ten człowiek, którego uratowaliście w kopalni Borynia? 

Znaleźliśmy go na 90. sekcji - sekcja to jest obudowa zmechanizowana zabezpieczająca wyrobisko ścianowe przed zawaleniem - na poziomie 830 metrów pod ziemią. Kawał chłopiska, trzeba było go jak najszybciej zabezpieczyć i stamtąd wyciągnąć. W takich przypadkach natura jest nieprzewidywalna, w każdej chwili może dojść do wybuchów wtórnych. Uruchomiłem aparat ewakuacyjny, chcę mu założyć maskę na twarz, a on się opiera! Ciągnie przewody oddechowe mojego aparatu i mówi: "Daj mi twój!". Ludzie w szoku postępują przedziwnie, a tu nie ma czasu na sentymenty, trzeba nad tym mocno zapanować. Najważniejsze, że wtedy się udało. 

Z tamtej akcji wszyscy wyszliście żywi? 

Ratownicy tak. Niestety w chodniku podścianowym na wlocie do ściany zginęło pięć osób. Do teraz mam w pamięci niezjedzone kanapki zapakowane w folię, które leżały na jednej z sekcji w środku ściany. 

"Idziemy po żywego" - tak zawsze mówią ratownicy, prawda?

Tak. Zawsze idziemy ratować, a nie sprzątać. To przekonanie, że poszkodowany żyje, daje wielką moc. 

Ratownictwo górnicze to działanie zespołowe (fot. Archiwum prywatne)
Ratownictwo górnicze to działanie zespołowe (fot. Archiwum prywatne)

Historia Alojzego Piątka, który w 1971 roku 158 godzin przeżył pod ziemią, czekając na pomoc, wciąż działa na wyobraźnię? Albo Zbigniewa Nowaka, który czekał 111 godzin? 

Oczywiście! W mojej ratowniczej przygodzie niestety miałem mniej szczęścia - częściej znajdowałem ciała, co nie zmienia postaci rzeczy. Mówię o wszystkich ratownikach, że my zawsze idziemy po żywych. Ta wiara jest przypisana do ratownictwa, to uczucie daje niesamowitą siłę i determinację w tych niezwykle trudnych warunkach. Ratownictwo działa jak dobrze nastrojony mechanizm ze sprężyną, która sama się nakręca. Trzeba ogromnego wysiłku wielu ludzi - w czasie ćwiczeń, szkoleń, a przede wszystkim w akcjach ratowniczych. 

Nieraz wspominam, jak Gienek nas wołał. Mówię o zaginionym ratowniku z Krupińskiego.

W kopalni Krupiński doszło do zapłonu metanu i pan z kolegami zostaliście odznaczeni za poświęcenie "wykraczające poza normalne obowiązki ratownicze". 

Wtedy do strefy zagrożenia wyszły dwa zastępy, pozostali stanowili ubezpieczenie w bazie. Zastęp Piotra wyszedł parę minut przed moim przyjściem do bazy. Pomimo potężnego zadymienia w wyrobisku bardzo szybko dotarli do ludzi czekających na pomoc w lutniociągu - to taki rurociąg z płótna z wentylatorem na początku, który wspomaga przewietrzanie wyrobiska.

Słyszymy meldunek: "Mamy kontakt z poszkodowanym!". Wyciągamy jednego z lutniociągu, będziemy zabezpieczać pozostałych. Nagle łączność się zrywa, nie słyszymy zastępu. Biegniemy pochylnią jak najbliżej pod strefę, słychać uderzenia w tamę - to są drzwi stalowe, które regulują przepływ powietrza w wyrobisku. Widzę biały hełm z czerwonym paskiem. Ratownik upada na kolana, wyciągamy go za ramiona. Inni w pochylni leżą i łapią powietrze jak ryby na brzegu. Jeden wyszedł bez hełmu i butów i zaczął tracić przytomność. Dostał lek dożylnie i nagle wstaje i mówi: "Wracam po nich!". Trzeba było siły i mocnych argumentów, inaczej by poszedł! Zastępy wszystkie wyszły, a ja dostaję informację, że nie ma dwóch ratowników. Piotrek umierał niespełna 40 metrów ode mnie. Nie miał siły krzyczeć. Najgorsze jest to, że ja gdzieś w tyle głowy nie słyszałem tego niemego wołania o pomoc.

Nie mógł pan. 

Zastępy przechodziły koło Piotra. Szukali na kolanach! Ale dym był tak gęsty, że ręki przy masce nie było widać. Trzeba go było dosłownie namacać. 

A Gienka szukaliśmy kilka dni. Opatrzność? Przeznaczenie? Była piąta doba akcji, około trzeciej w nocy dostałem polecenie wyjścia do strefy wraz z zastępem z kopalni. Wiedzieliśmy, że pożar w dalszym ciągu jest aktywny, 800 metrów od nas - na skrzyżowaniu ściany z chodnikiem - ogień pochłaniał wszystko, co mógł. Do takiego miejsca nie można absolutnie się zbliżyć. W chodniku co chwila pulsacyjnie zwiększało się zadymienie, byliśmy blisko 300 metrów od wlotu, prawie pół kilometra od pożaru. Nagle urządzenie głośnomówiące zawieszone na ociosie - jeśli w mieszkaniu mamy sufit, ściany i podłogę, to w wyrobisku są strop, ociosy i spąg - to urządzenie wydało dziwny, niezrozumiały dźwięk. Powiedziałem do chłopaków: "Panowie, Gienek nas woła! On tu jest". Znaleźliśmy go niecałe 10 metrów dalej.

Był spalony? 

Nie. Normalnie wyglądał. Leżał na spągu w kierunku wypływających dymów. W ręce ściskał przyrząd pomiarowy. Maska na głowie, na plecach aparat W-70, tylko butla z tlenem była pusta. Gienio, ratując się, nieświadomie poszedł w kierunku pożaru. Przyczyną śmierci był udar cieplny. Chłopcy wynosili ciało, ja szedłem na końcu i niosłem jego aparat oddechowy. Maskę zdjąłem z głowy Piotrka dopiero w bazie. Zobaczyłem ciemnoczerwoną twarz. Twarz łagodną i pogodną. Nie było widać cierpienia. Powiedziałem: "Szczęść Boże. Niech Ci tam dobrze będzie".

Ratownictwo działa jak dobrze nastrojony mechanizm ze sprężyną, która sama się nakręca. Trzeba ogromnego wysiłku wielu ludzi (fot. Paweł Szymański)
Ratownictwo działa jak dobrze nastrojony mechanizm ze sprężyną, która sama się nakręca. Trzeba ogromnego wysiłku wielu ludzi (fot. Paweł Szymański)

Mogę sobie tylko wyobrażać, jak traumatyczne są to dla pana wspomnienia. Zmarli ratownicy to byli młodzi ludzie. W okolicach trzydziestki. W dodatku bardzo dobrze ich pan znał, ponieważ osobiście ich pan szkolił.

Tego samego dnia, kiedy wyciągnęliśmy Gienka, był pogrzeb Piotrka. Pożegnaliśmy go z honorami, zgodnie ze zwyczajem, że kiedy ciało ratownika jest składane do ziemi, to wóz bojowy włącza syreny. Tego nie zapomnę do końca moich dni, jak nad grobem Piotrka stali jego dwaj synowie. Pacholęta w kraciastych niebieskich koszulkach. I każdy miał czerwoną różę dla taty. Tak mnie to rozwaliło, że nie byłem w stanie tam stać. Poszedłem do wozu i się całkowicie wyłączyłem. 

Wyłączyłem to znaczy płakałem? 

Tak.  

Powiedział pan o opatrzności. Doświadczał pan jej jeszcze?

Czasami trudno wytłumaczyć to, czego jest się świadkiem. W 2002 roku był zawał w kopalni Marcel. Poszkodowany leżał przyciśnięty skałami i udało się do niego dotrzeć po trzech dniach. Ciało było sztywne, a jego trzeba było ująć pod pachami, żeby go stamtąd zabrać. I jeden z chłopaków powiedział: "Zbysiu, podnieś tę rękę. idziesz do domu". Przytrzymywał go za dłoń, ręka posłusznie dźwigała się do góry.

Przeszły mnie ciarki. 

Myślę, że byłem świadkiem rzeczy, które ratownictwu są przypisane, a które czasami trudno jest racjonalnie wyjaśnić. Mirek z Rydułtów śnił mi się dłuższy czas, a ja go przecież nie widziałem. 

Kopalnia Rydułtowy-Anna, 2010 rok, żeby się dostać do zasypanego człowieka, trzeba było się czołgać wewnątrz konstrukcji przenośnika zgrzebłowego, który służy do transportu węgla i był przygnieciony rumowiskiem skalnym.  

Tam zawalił się odcinek chodnika podścianowego. Można powiedzieć, że dwa ciosy się spotkały. To tak, jakby pokój w pani domu nagle cały wypełnił się gruzem. 

Ogromna ilość stali i zagrożenie metanowe uniemożliwiały używanie urządzeń do cięcia. Budowaliśmy chodnik ratunkowy wzdłuż zawaliska, przez cały czas drobny zmiażdżony węgiel wysypywał się z ociosu. Można było wczołgać się do przenośnika zgrzebłowego i to wykorzystaliśmy. To jest tak, jakby być zamkniętym w stalowym tunelu metr na metr. Klaustrofobiczne doświadczenie, ale na to w tej pracy trzeba być przygotowanym. Pomyślałem: przecież ty tu jesteś. Tylko gdzie? Palcami zacząłem wybierać węgiel i widzę kawałek zielonego plastiku! To fragment hełmu. Mirek był elektrykiem, stąd kolor zielony. Na końcu tego tunelu tylko w jednym miejscu rozwarstwiła się gruba blacha i tylko tam można było włożyć rękę - wtedy natrafiłem na jego głowę. Choć go nie widziałem, to wielokrotnie mi się śnił. Może chciał podziękować?  

W tej pracy trzeba być przygotowanym na klaustrofobiczne doświadczenia (fot. Paweł Szymański)
W tej pracy trzeba być przygotowanym na klaustrofobiczne doświadczenia (fot. Paweł Szymański)

Znalezienie ciała ma wielkie znaczenie. Rodzina może zorganizować pogrzeb. 

Cholera mnie brała, jak na Krupińskim szliśmy z ciałem i już media informowały, że znaleziono martwego ratownika. To nie tak powinno być! Rodzina ma się dowiedzieć od kogoś z kopalni, kto przyjedzie do domu, razem z psychologiem, a nie z czerwonych pasków w telewizji. 

Czy to po tragedii w Krupińskim odszedł pan ze służby czynnej?

Nie! Skąd! To by się mijało z ideą tego wszystkiego. 

W Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego funkcjonują specjalistyczne pogotowia oraz specjalistyczne zastępy ratownicze, w tym nurkowe. Po Krupińskim zostaliśmy wezwani, jako nurkowie, do kopalni piasku kwarcowego Biała Góra pod Tomaszowem Mazowieckim.  

Co się stało w Białej Górze?

Podczas wiercenia otworów odspoiła się potężna bryła i pociągnęła człowieka. Na dnie kładzie się linę asekuracyjną i po tej linie nurek, rozkładając ramiona, pełza i bada dno. Szuka ciała. Opadający piasek właściwie do zera nam wtedy ograniczył widoczność, a myśmy sondą nakłuwali warstwy gliny. Dziwne uczucie, jakby się nakłuwało ciało. Akcja trwała dość długo, bo ciało się przesunęło, ale ostatecznie się udało. 

Po tych 29 latach mogę powiedzieć, że ratownictwo było przygodą mojego życia. Ta praca hartuje, kształtuje człowieka. Trafiały się sytuacje, że po wybuchu sam mógłbym być poturbowany albo udało się uniknąć zatrucia tlenkiem węgla. Opatrzność czuwała nade mną.

Ale żeby nie było tak poważnie bardzo, to powiem pani, że dymy kopalniane mają specyficzny zapach. Można go polubić (śmiech), ale w łaźni nie da się tego nigdy do końca zmyć. Nieraz jak z pożaru wracałem, to żona mówiła: Krzysiu, idź się wykąp.

Opowiadał pan żonie o akcjach?

Czasami, ale nie było potrzeby w szczegóły wchodzić. Ja się związałem z ratownictwem bardzo szybko i to zawsze była część naszego życia. To, że jestem na akcji, było naturalne. Kasia zawsze miała pewność, że wrócę szczęśliwie. Powiedziała mi kiedyś, że gdyby dopuściła do siebie czarne myśli, zaczęłaby się nimi karmić. Po co? Starała się też nigdy nie dzwonić do dyspozytora okręgowej stacji. Dobrze wiedziała że gdy jest akcja ratownicza, takie telefony utrudniają pracę. Tylko raz zadzwoniła. Gdy wracałem z Krupińskiego, a w radiu podano informację o zaginięciu dwóch ratowników.

Krzysztof z Kasią (fot. Archiwum prywatne)
Krzysztof z Kasią (fot. Archiwum prywatne)

Mówi pan, że podczas akcji ratowniczej jest poczucie ogromnej mocy. 

O tak. Wielkiej mocy.

A co potem?

A potem jest wyciszenie. 

Akcje, o których mi pan opowiedział, to są sytuacje skrajne, traumatyczne.

U mnie się na szczęście tak poukładało, że syndromu stresu pourazowego nie miałem. Polubiłem bieganie. Mocowanie się z własnymi słabościami nagradzałem solidną porcją endorfin. Fajnie było zmierzyć się w zawodach organizowanych przez jednostkę wojskową komandosów w Lublińcu "Twardziel". Niestety, to już historia. Teraz przede wszystkim dom i rodzina to jest mój sposób na życie. Jeśli masz życie poukładane i masz do kogo wrócić, to jest właśnie najważniejsze dla psychiki. Człowiek musi mieć podporę.

Dom to jest pana bufor?

O tak! Chodzimy na spacery do lasu w piątkę: Kasia, ja, nasz piesek Misia i dwa kotki Luśka i Felek. A jak córka Paulinka przyjeżdża, to chodzimy w szóstkę. Lubię też gospodarzyć, kwiatek zasadzić, patrzeć, jak rośnie.

Rozsadził pan tym kwiatkiem wizerunek twardziela. Jak pan trafił do górnictwa? Tradycja rodzinna? 

Dziadkowie, można by powiedzieć po śląsku, mieszkali w familoczkach. Jakie tam było życie! Rodzinna atmosfera, ludzie spędzali czas razem, grali w karty, robili na leśnej polanie "pieczone", czyli przygotowywane w kociołku danie z ziemniaków, kiełbasy, boczku i cebuli. Przyjemny klimat. Rodziny górnicze znały się i przyjaźniły. Dziadek to był porządny, dobry człowiek. Ciężko fizycznie pracował na kopalni, która nazywała się Komuna Paryska. Pamiętam, jak ubrany w mundur górniczy wziął mnie, sześcioletniego bajtla, na pochód pierwszomajowy. Jaki ja byłem wtedy dumny! A moja babcia, proszę sobie wyobrazić, była jedną z nielicznych kobiet zatrudnionych w górnictwie jako sygnalista szybowy. Sygnalista obsługuje pracę szybów: transport ludzi pod ziemię i na powierzchnię, transport materiałów i urobku. I ona również zjeżdżała pod ziemię. Nieraz opowiadała, że gdy dziadek wyjeżdżał, nie była w stanie go rozpoznać, bo taki był brudny. 

Ostatnim życzeniem dziadka było zostać pochowanym po górniczemu, czyli udać się na wieczną szychtę w mundurze górniczym. Tak się stało. 

Krzysztof na zgrupowaniu szkoleniowym w Żywcu w 2012 roku (fot. Archiwum prywatne)
Krzysztof na zgrupowaniu szkoleniowym w Żywcu w 2012 roku (fot. Archiwum prywatne)

Mówił panu: synek, idź do gruby, to dobra robota jest? 

Zdecydowanie odradzał. Ale tak się życie poskładało, że nie było wyboru. Gdy poznałem Kasię, coś mocno zaiskrzyło i szybko założyliśmy rodzinę. (śmiech) Wtedy poszedłem do kopalni. 

Na emeryturze dziadkowie przeprowadzili się na Podkarpacie, w rodzinne strony. Dziadek zawsze powtarzał: "Jeżeli tylko możesz, idź dalej do szkoły". Już nie żył, ale pracę inżynierską właśnie jemu zadedykowałem.  

A jak to się stało, że pan został ratownikiem? 

Kiedyś pod szyb w kopalni 1 Maja - tej kopalni też już nie ma - przyszło pięciu ludzi w białych hełmach z czerwonym paskiem przez środek i krzyżem na boku namalowanym. Byli obładowani różnym dziwnym sprzętem, a na plecach nieśli coś, czego w życiu nie widziałem: to były robocze aparaty oddechowe. Wszyscy im ustępują! Oni stają osobno, widać, że jest potężny szacunek. 

Elita.

Pytam: "Kto to?". A koledzy mówią: "Ratownicy". Miałem wtedy przed bramą kopalni okazję udzielenia pomocy osobie, która zasłabła. To było raczej instynktowne działanie, ale wszystko dobrze się skończyło. Pomyślałem: dlaczego nie? 

Poszedłem do stacji ratowniczej. Siedzi dwóch panów. Mówię: "Szczęść Boże, czy ja bym mógł się dostać tu do was do tego pogotowia?". A jeden z nich: "Synu! Ile ty masz lat?". "21 skończyłem!" "Ile pracujesz?" "Dwa lata". "Wiesz co, synu, przyjdź za pięć lat. Idź i zamknij za sobą drzwi". Wściekły byłem. Już wychodziłem, ale ten drugi krzyknął: "Kolego! A co ty tam na dole robisz?". "Jestem spawaczem". Oni na siebie patrzą i oczy im się świecą. "W środę jedziesz na badania!" Okazało się, że właśnie pilnie szukali spawacza do drużyny ratowniczej. 

Czyli w sumie zbieg okoliczności.

Zbieg okoliczności, bo pewnie po tych pięciu latach bym nie wrócił. Po kursie uświadomiłem sobie, jak bardzo chciałbym w Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego pracować, i to się udało. Po blisko 29 latach bycia czynnym ratownikiem jestem teraz kierownikiem zawodowego pogotowia CSRG w Bytomiu. Robię to, co lubię, pracuję w świetnym zespole ludzi, którym się chce. Jedno wiem na pewno - każdy z nich ma maltański krzyż - symbol ratownictwa górniczego - na sercu odbity.

Takich historii jak moja jest bardzo wiele. I powiem pani, że bardzo mi się przykro zrobiło ostatnio, jak chłopcy na Budryk jechali! Mówię: "Cholera jasna! Jadą na gwizdku. Beze mnie". (śmiech)

Każdy z nich ma maltański krzyż - symbol ratownictwa górniczego - na sercu odbity (fot. Paweł Szymański)
Każdy z nich ma maltański krzyż - symbol ratownictwa górniczego - na sercu odbity (fot. Paweł Szymański)

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku