Wenecja

Wenecja (fot. Shutterstock)

reportaż

Europa bez turystów. "Nareszcie usłyszeliśmy ptaki, ale będziemy widzieć więcej biedy"

Pusty plac św. Marka w Wenecji. Lizbona bez wycieczkowców. Bezludne plaże w Barcelonie. Turystyczne miasta wypełniła cisza. Co przyjdzie po niej?

Światowa Organizacja Turystyki ogłosiła, że liczba podróży międzynarodowych (wraz z noclegiem) w pierwszych pięciu miesiącach 2020 roku spadła o 56 procent w porównaniu z 2019 rokiem. W skali całego roku może zmaleć nawet o 60-80 procent. Stracili na tym wszyscy. Restauracje, hotele, sklepy musiały zawiesić działalność, nie mogli pracować uliczni sprzedawcy.

Międzynarodowa Organizacja Pracy donosi, że w wyniku zamrożenia gospodarek aż 1,6 miliarda osób pracujących w szarej strefie może stracić źródło dochodu. Wiele z nich było zatrudnionych w sektorze turystycznym. Dla tych ludzi to tragedia.

Ale wszyscy pamiętamy, że świat swobodnego przemieszczania się, który znaliśmy, też miał swoje ciemne strony. Umowy śmieciowe, wzrost cen podstawowych produktów, wysokie czynsze, hałas, eksmisje - mieszkańcy wielu miast każdego dnia doświadczali skutków masowej turystyki.

- Przez długi czas żyliśmy w przeświadczeniu, że turystów trzeba wszędzie zapraszać. Bo jak przyjeżdżają, zostawiają pieniądze, rozwija się lokalna gospodarka, można sprzedawać więcej produktów, więcej usług. W Europie doszliśmy do takiego momentu, że turyści zaczęli mieszkańcom przeszkadzać, bo przez nich nie mogą normalnie funkcjonować - mówi Bartek Szaro, autor bloga "Paragon z podróży". - W związku z tym, że ludzie na całym świecie się bogacą, a klasa średnia jest coraz liczniejsza, overtourism - przepełnienie turystami - dotyka coraz większej liczby miejsc: Wielki Mur, Machu Picchu, duże miasta europejskie, jak Amsterdam, Barcelona, Londyn, Wenecja, Rzym czy Dubrownik. W 2018 roku Światowa Organizacja Turystyki odnotowała 1,4 miliarda podróży międzynarodowych. Ponad połowa światowej turystyki koncentruje się w Europie, a to wcale nie jest duży kontynent - dodaje.

Czy mieszkańcy europejskich miast czekają na szybki powrót turystów? A może to dobry moment, żeby zmienić zasady i żeby miasta zostały na nowo przejęte przez tych, do których powinny należeć?

Overtourism dotyka coraz większej liczby miejsc (fot. Shutterstock)
Overtourism dotyka coraz większej liczby miejsc (fot. Shutterstock)

Dolce vita na pustym placu

Zalane słońcem szare kamienne płyty i górująca nad wszystkim bazylika. Przed restauracjami nie stoją stoliki, ucichły głośne rozmowy. Dawno nie można było przyjrzeć się placowi św. Marka tak dobrze jak wiosną 2020 roku. Turyści zaczęli stopniowo wracać do Wenecji dopiero w lipcu. Tym razem jednak nie wypełnili jej wszystkich zaułków.

Historyczną część miasta, gdzie mieszkają 52 tysiące osób, rokrocznie odwiedzało nawet 25-30 milionów turystów. - Wenecja to labirynt wąskich ulic. Czasem tak wąskich, że mieści się tam tylko jedna osoba. Nasza główna wyspa nie jest duża, możesz sobie wyobrazić, jak miliony odwiedzających utrudniają mieszkańcom przejście z punktu A do punktu B - mówi mieszkanka Wenecji Marianna Purisiol.

W marcu Marianna udzieliła wywiadu stacji BBC. Na nagraniu widać, jak stoi na moście Rialto, jest sama. - Nigdy nie mogłam przejść tędy, nie będąc potrącaną łokciami i odpychaną przez selfiesticków. Może to egoistyczne, ale czuję, że mam przywilej, że mogę teraz podziwiać moje miasto bez przeszkód. Co wydarzy się w przyszłości? - pyta pod koniec filmu.

Od lat w stolicy Wenecji Euganejskiej trudno było wynająć mieszkanie, wzrosły ceny, a wiele lokalnych sklepów i barów zostało zastąpionych przez lodziarnie i restauracje szybkiej obsługi. Olbrzymie wycieczkowce nie tylko pozbawiały mieszkańców widoku, ale też niszczyły lagunę. - Wielu z nas czuło, że nasze codzienne życie jest ograniczane, mieliśmy nie zakłócać komfortu i przyjemności odwiedzających miasto. To nie tylko niezrównoważona turystyka, ale i fundamentalna niesprawiedliwość. W Wenecji nie było miejsca dla mieszkańców. Dlatego często zaczynali szukać nowego domu poza wyspą - opisuje Marianna.

Historyczną część miasta, gdzie mieszkają 52 tysiące osób, rokrocznie odwiedzało nawet 25-30 milionów turystów (fot. Shutterstock)
Historyczną część miasta, gdzie mieszkają 52 tysiące osób, rokrocznie odwiedzało nawet 25-30 milionów turystów (fot. Shutterstock)

W 1965 roku w historycznej części Wenecji mieszkało 124 tysiące osób. W 2009, kiedy liczba mieszkańców spadła do 60 tysięcy, urządzono symboliczny pogrzeb miasta. Ulicami ruszył kondukt ubranych na czarno wenecjan.

Pandemia uderzyła w Wenecję tuż przed karnawałem, który każdego roku przyciąga do miasta nawet trzy miliony turystów. Tym razem został odwołany. Niedługo później oficjalnie zamknięto kawiarnie, restauracje i hotele. Nikt nie wiedział jeszcze, że Włochy czekają długie miesiące bez turystów. Wielu marzyło o tym od dawna. Świat obiegły zdjęcia przejrzystej wody w kanałach, a w niej delfinów i łabędzi. Obecność zwierząt szybko okazała się fake newsem, woda wyglądała jednak na najczystszą od lat.

Marianna wspomina, że na początku pandemii poczuła ulgę: - Nareszcie mogłam swobodnie chodzić po ulicach i przyglądać się Wenecji. Nikt mi nie przeszkadzał. Nie mogłam jednak przestać myśleć o tym, że to miasto zostało sprzedane, wykorzystane i opuszczone przez turystów - mówi.

3 czerwca granice Włoch zostały otwarte. Gondolierzy wsiedli do łodzi, w restauracjach zjawili się pierwsi goście. Niektóre hotele jednak nie otworzyły się do dziś, podobnie jak część sklepów i restauracji. 18 lipca odbyła się Festa del Redentore - Święto Odkupiciela, obchodzone na pamiątkę wyzwolenia od zarazy, która w latach 1575-1577 zdziesiątkowała Wenecję. Tym razem jednak odwołano tradycyjny pokaz fajerwerków, by uniknąć tłumów. - Widmo biedy jest namacalne - mówi Marianna.

Włosi liczą, że turyści pomogą im wydostać się z finansowej zapaści. Wpływy z turystyki szacują na 12 procent PKB. Wielu mieszkańców Wenecji jest uzależnionych od turystyki. Ale wenecjanie nieraz się przekonali, że nie zawsze mogą polegać na turystach. W listopadzie 2019 roku, kiedy woda zalała większość miasta, masowo odwoływali rezerwacje.

Pandemia uderzyła w Wenecję tuż przed karnawałem, który każdego roku przyciąga do miasta nawet trzy miliony turystów (fot. Shutterstock)
Pandemia uderzyła w Wenecję tuż przed karnawałem, który każdego roku przyciąga do miasta nawet trzy miliony turystów (fot. Shutterstock)

2 czerwca mieszkańcy miasta wyszli na ulice, wznieśli kartki z napisem "Niente cambiase non cambi niente", czyli "Nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz". Chcą, żeby władze wykorzystały sytuację turystycznego przestoju i naprawiły to, co nie sprawdzało się przed pandemią. - Na razie spadły ceny wynajmu mieszkań - mówi Marianna.

Marianna uważa, że Wenecja powinna wrócić do tradycji lokalnej działalności rzemieślniczej. W mieście mogłyby powstać szkoły artystyczne i ośrodki szkoleniowe dla ludzi z całego świata. Jej zdaniem zróżnicowałoby to typ odwiedzających i zachęcało do pozostania w mieście na dłużej. - Niektórzy twierdzą też, że konieczne jest podniesienie cen, wtedy przyjeżdżałoby mniej osób. To zmieniłoby jednak tylko "klasę" odwiedzających. Mogłoby też nadal wpływać na wzrost kosztów życia - dodaje. - Ci, którzy żyją z masowej turystyki, widzą teraz, że jest z nią jak z grą w ruletkę: obstawianie wszystkich żetonów na jeden numer podnosi stawkę, ale też ryzyko. Mam nadzieję, że niektórzy właściciele nieruchomości przemyślą bardziej zrównoważone opcje wynajmu. Powinny też pojawić się zachęty finansowe dla wynajmujących mieszkania na stałe. Jak powiedział kiedyś Umberto Eco: "Każdy ma prawo pójść do lasu, ale jeśli każdy to zrobi, las zniknie".

Fado w mieście bez ludzi

"Nie widać już Tagu, tylko te obrzydliwe molochy" - można było usłyszeć przed pandemią na Targu Złodziei w Lizbonie, który rozkłada się dwa razy w tygodniu u stóp lizbońskiego Panteonu Narodowego. Stolica Portugalii w ciągu ostatnich kilku lat stała się jednym z najbardziej popularnych kierunków turystycznych. Trzy razy z rzędu przyznano jej World Travel Award - Oscara turystyki dla najlepszego miejsca na weekendowy wyjazd. Latem pochody turystów maszerowały po wąskich uliczkach Alfamy, jednej z najstarszych i najbardziej malowniczych dzielnic miasta. Wielu z nich zwiedzało Lizbonę tylko przez kilka godzin, przypłynęli tam olbrzymimi wycieczkowcami, "obrzydliwymi molochami".

W obliczu pandemii Portugalia szybko zarządziła zamknięcie. Władze, zaniepokojone sytuacją we Włoszech i w sąsiedniej Hiszpanii, postanowiły działać szybko. Już w połowie marca Lizbona świeciła pustkami. Na ulicach trudno było usłyszeć fado. Nie działały restauracje, w których wieczorami występują śpiewacy - te turystyczne i te, w których przesiadują mieszkańcy.

W obliczu pandemii Portugalia szybko zarządziła zamknięcie (fot. Shutterstock)
W obliczu pandemii Portugalia szybko zarządziła zamknięcie (fot. Shutterstock)

Joao Meira, 27-letni lizbończyk, stracił pracę przez pandemię. W marcu miał podpisać nową umowę, by dalej pracować w hostelu. - Na szczęście dzięki temu, że miałem odpowiedni staż pracy, dostałem wsparcie od rządu. Mam doświadczenie w tłumaczeniach, próbowałem więc szukać dodatkowych zleceń. Nie udało się - opowiada.

Na razie pracuje w Norwegii, w ośrodku wypoczynkowym. Ma nadzieję, że gdy wróci do Lizbony, znajdzie się dla niego zajęcie w turystyce. - Lubię ludzi - mówi Joao. - Wiem, że w Lizbonie jest za dużo turystów. Moim zdaniem masowa turystyka nie zniszczyła jednak tego miasta, a nawet je odbudowała. Problemem jest to, że wynajem stał się bardzo drogi, a standard życia wcale nie jest wysoki.

Lizbońscy aktywiści liczą, że miasto nie wróci do przeszłości. Przez lata jego mieszkańcy spychani byli na margines, czyli na obrzeża stolicy. - Masowa turystyka dla wielu oznaczała, że ich mieszkania staną się apartamentami na wynajem dla turystów. Historyczne dzielnice zamieszkuje coraz mniej osób, wiele z nich zostało brutalnie przymuszonych do opuszczenia swoich domów - opowiada Ana Gago, badaczka turystyki i aktywistka Stowarzyszenia Habita! wspierającego osoby, które mają zostać eksmitowane, najczęściej z powodu podwyżek czynszów, bo nie są w stanie ich opłacić.

Do gwałtownego rozwoju turystyki w Lizbonie doszło 10 lat temu, kiedy Portugalia wychodziła z kryzysu ekonomicznego. Wtedy postawiono wszystko na jedną kartę. W 2012 roku rząd ustanowił prawo sprzyjające interesom właścicieli mieszkań, którzy z łatwością mogli podnieść czynsze, zerwać umowę, a nawet zmusić lokatorów do wyprowadzki. Wprowadzono też system zachęt dla inwestorów, którzy w zamian za zakup nieruchomości mogli otrzymać prawo pobytu w Portugalii - "złotą wizę". To właśnie w tym czasie doszło też do szalonej ekspansji Airbnb, platformy umożliwiającej krótkotrwały wynajem mieszkań. W konsekwencji wzrosły ceny wynajmu dla mieszkańców. - W centralnych dzielnicach, jak Alfama, były one bardzo niskie, teraz są najwyższe. W mieście nie ma już mieszkań, których wynajem kosztuje mniej niż pensja minimalna - mówi Ana.

W czasie pandemii ceny wynajmu spadły, nie wiadomo jednak na jak długo. Koronawirus nie zatrzymał eksmisji.

Ludzie, którzy zostają w turystycznych dzielnicach, mieszkają bez sąsiadów, o każdej porze dnia pod ich oknami jest głośno i tłoczno. Szczególnie starsze osoby nie mogą zrealizować podstawowych potrzeb: sklepy i apteki są daleko, nie ma z kim porozmawiać. W niektórych dzielnicach aż 40 procent wszystkich mieszkań wynajmowanych jest turystom.

Lizbońscy aktywiści liczą, że miasto nie wróci do przeszłości (fot. Shutterstock)
Lizbońscy aktywiści liczą, że miasto nie wróci do przeszłości (fot. Shutterstock)

Podczas pandemii na ulicach Lizbony po raz pierwszy od dawna bawiły się dzieci. Wcześniej rodzice obawiali się, że zgubią się one w tłumie. Ana sądzi, że pandemia wzmocniła zjawisko sąsiedzkiej pomocy. - Sąsiedzi organizowali się i przynosili zakupy innym, zakładali społeczne ogrody. W okolicy było ciszej, łatwiej było ze sobą rozmawiać. Słyszałam historie ludzi, którzy wcześniej nie znali swoich sąsiadów, poznali ich dopiero w czasie pandemii. W ten sposób narodziły się nowe sieci kontaktów i odżyła lokalna tożsamość - opowiada.

Zauważa też, że kilka miesięcy zawieszenia przetrwały małe kawiarnie i restauracje prowadzone przez mieszkańców. Te przeznaczone dla turystów często nie były otwierane ponownie lub dziś świecą pustkami.

Co dalej? Joao nie marzy o Lizbonie bez turystów. Uważa jednak, że potrzebne są pewne regulacje. - Chciałbym, żeby moje miasto było odbudowane, żeby było to miejsce do życia, a nie przez które jedynie się przejeżdża. Lizbona jest piękniejsza teraz niż 10 lat temu, nie mam wątpliwości. Należy jednak też chronić jej mieszkańców - mówi.

Rząd Portugalii zaczął znów zachęcać turystów do przyjazdu do kraju, by jak najszybciej odrobić finansowe straty. Ana sądzi, że to krótkowzroczne działanie, które może doprowadzić do kolejnego kryzysu. - Myślę, że rządy, zamiast zapraszać więcej turystów w środku pandemii, powinny skupić się na walce z zależnością od turystyki - uważa. - To krótka perspektywa: weźmy, ile tylko możemy, potem będziemy się martwić - dodaje.

Kataloński sen

- Nareszcie usłyszeliśmy ptaki - opowiada Laura Borras, 28-letnia aktorka i piosenkarka, która mieszka w Barcelonie.

Laura marzyła o pustych ulicach od dawna. Każdego roku do jej miasta przyjeżdżały miliony turystów. Przed słynnym dziełem Gaudiego, katedrą Sagrada Familia, ustawiały się kolejki. Podobnie w parku Güell, gdzie zwiedzający godzinami usiłowali zrobić idealne zdjęcie mieniącej się w słońcu mozaiki. Każdego dnia tysiące osób przewijały się przez pasaż La Rambla. Bary serwujące tapas były pełne, a bilety na pokazy flamenco sprzedane z wyprzedzeniem.

W ciągu 10 lat w mieście pojawiły się tysiące mieszkań na krótkoterminowy wynajem, często przez Airbnb. Barcelona stała się symbolem wszystkich negatywnych aspektów masowej turystyki. Przez gentryfikację i szalony wzrost cen wielu określało ją mianem "miasto turystów".

Barcelona stała się symbolem wszystkich negatywnych aspektów masowej turystyki (fot. Shutterstock)
Barcelona stała się symbolem wszystkich negatywnych aspektów masowej turystyki (fot. Shutterstock)

- Przed pandemią mieszkańcy byli eksmitowani, przenosili się na obrzeża, a plaże i kluby, do których chodziliśmy, kiedy byliśmy młodzi, stały się miejscami tylko dla turystów. Dosłownie nie było już tam dla nas miejsca, a ceny dramatycznie wzrosły - wspomina Laura.

Konflikt między mieszkańcami i turystami eskalował do tego stopnia, że w 2018 roku aktywiści zatrzymali turystyczny piętrowy autobus. Z racami i olbrzymim transparentem wspięli się na pierwsze piętro, by zamanifestować sprzeciw wobec masowej turystyki w Katalonii.

- Bez turystów czułam się wspaniale - opowiada Laura. - Po raz pierwszy mogłam włóczyć się po mieście w swoim tempie, zapomniałam o kieszonkowcach. Byłam wolna - dodaje. - Cieszyłam się, że nareszcie restauracje z paellą i sangrią za 30 euro nie mają żadnych klientów. Centrum miasta, miejsca całkowicie przeznaczone dla turystów wyglądały jak pustynia, nie było tam żadnego życia, nikt nie mieszkał w apartamentach na wynajem. Za to na obrzeżach wszystko kwitło.

Kiedy zawieszono lockdown, Laura poszła na barcelońską plażę. - Nie robiłam tego od lat. Jest tam zawsze tak dużo turystów, że czuję się, jakbym była obca we własnym mieście. Tym razem nareszcie było inaczej.

Podobnie jak we Włoszech zyski z turystyki szacuje się na 12 procent hiszpańskiego PKB, kraj jest drugim najczęściej odwiedzanym przez turystów na świecie. Hiszpania otworzyła na nich granice dopiero pod koniec czerwca.

- Pandemia pokazała nam, że ekonomia kraju nie może opierać się jedynie na turystyce. Jednocześnie okazało się, że Barcelona może bez niej istnieć. W ciągu ostatnich kilku miesięcy mieliśmy więcej przestrzeni, spadły ceny, na nowo przejęliśmy miasto - mówi Laura. Nie wierzy jednak w stałość tych zmian ani nie ufa ich jednoznacznie pozytywnej ocenie. - Być może ceny za wynajem spadną na kilka miesięcy, ale potem znowu wzrosną. Niestety, turystyka to priorytet w tym kraju. Przeciętne dochody Hiszpanów spadły, będziemy więc na pewno widzieć wokół nas więcej biedy. Przez pandemię patrzymy też na siebie inaczej niż dawniej, jesteśmy chłodniejsi i bardziej nieufni - uważa.

Hiszpania jest drugim najczęściej odwiedzanym przez turystów na świecie (fot. Shutterstock)
Hiszpania jest drugim najczęściej odwiedzanym przez turystów na świecie (fot. Shutterstock)

Dla wielu symbolem kryzysu stały się kolejki po paczki żywnościowe wydawane zarówno przez państwową pomoc społeczną, jak i organizacje sąsiedzkie. W maju w Madrycie korzystało z nich ponad 100 tysięcy osób. W Hiszpanii już przed pandemią, w 2019 roku, aż 25,3 procent obywateli kraju było zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym - to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej.

Hiszpański Narodowy Instytut Statystyczny pod koniec lipca opublikował raport, według którego w drugim kwartale tego roku pracę straciło ponad milion osób. Obecnie w Hiszpanii stopa bezrobocia wynosi 15,33 procent. W maju koalicyjny lewicowy rząd socjalistów (PSOE) i bloku Unidas Podemos (UP) zdecydował się na wprowadzenie minimalnego dochodu życiowego między innymi dla tych, którzy najbardziej ucierpieli w wyniku epidemii. Projekt docelowo ma objąć 850 tysięcy gospodarstw domowych, przede wszystkim rodzin. Jego celem jest wyeliminowanie skrajnego ubóstwa.

***

W lipcu, kiedy wiele krajów ponownie otworzyło swoje granice, można było odnieść wrażenie, że pandemia się skończyła. Wróciły tanie loty, kurorty rozpoczęły działalność, wiele osób znowu zaczęło zarabiać na turystyce. Co jednak stanie się z mieszkańcami miast podczas kolejnego kryzysu?

Niektórzy sądzą, że konieczna jest całkowita zmiana modelu turystyki na rzecz turystyki zrównoważonej, która ma minimalizować negatywny wpływ na środowisko i kulturę. Zakłada tworzenie nowych miejsc pracy dla członków społeczności lokalnej oraz promocję regionów. Bartek Szaro uważa jednak, że globalna zmiana turystyki to powolny proces. - Spodziewam się, że zrównoważonej turystyki będzie więcej. Ale to nie będzie rewolucja - mówi.

Te wakacje Bartek spędzi w Polsce. Bierze udział w kampanii społecznej "Podróżuj do tutaj", wraz z innymi polskimi blogerami zachęcając do lokalnych wyjazdów. Przekonuje, że turystykę zrównoważoną można wspierać, wybierając miejsca na wakacje. - W języku turystycznym mówi się o "second choice destinations", czyli miejscach drugiego wyboru. Czyli na przykład zamiast do Amsterdamu pojechać do Hagi, zamiast do Barcelony - do Walencji. Chodzi o to, żeby wybierać miejsca alternatywne, "zamiast". Właśnie wtedy turystyka ma w sobie odkrywczość.

Ana też chciałaby, żeby pandemia coś zmieniła. Ostatnio zaczęła analizować wpływ poprzednich światowych kryzysów na turystykę. - 11 września w Stanach Zjednoczonych, huragan w Hondurasie w 1998 roku, ostatni kryzys finansowy - po takich wydarzeniach zawsze przychodzi liberalizacja. 10 lat temu dotyczyła rynku mieszkań i wynajmu. Teraz wspiera się duże firmy turystyczne, zwolniono od podatku kilka sieci hoteli. Nic się nie zmieni, jeśli będziemy trzymać się tej samej, neoliberalnej logiki - podsumowuje smutno badaczka.

Nie traci jednak nadziei na to, że przyszłością Lizbony będą lokalne bary z kawą, a nie restauracje z angielskim menu. A lokalność, zarówno w jej mieście, jak i w Barcelonie i Wenecji, wciąż pozostanie na ulicach. Nawet gdy pandemia się skończy.

Maria Dybcio. Ukończyła studia w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW i Polską Szkołę Reportażu. Mieszka w Warszawie, po której oprowadza czasem turystów. Podróżuje, najczęściej w kierunku Lizbony. W miastach śledzi przemiany architektury i pamięci oraz relacje między turystyką a lokalnością.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku