Często te dzieci, które płakały tuż po przyjeździe, bo nie chciały jechać na kolonie, płaczą ostatniego dnia, że muszą wyjechać

Często te dzieci, które płakały tuż po przyjeździe, bo nie chciały jechać na kolonie, płaczą ostatniego dnia, że muszą wyjechać (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

społeczeństwo

Spędziła na koloniach dwa miesiące, bo rodzice byli na wakacjach. "Niepotrzebnie mama mnie urodziła"

Żeby zostać wychowawcą kolonijnym, wystarczy skończyć trzydniowy kurs i zdać egzamin. - Wielu wydaje się, że to lekkie zajęcie, że na koloniach sobie odpoczną. W rzeczywistości to praca 24 godziny na dobę - mówi Sławomir. A w czasie pandemii - dodatkowe ryzyko i większa odpowiedzialność.

Wychowawcy kolonijni obawiali się, że ten rok jest spisany na straty. - Współpracuję z jednym biurem turystycznym, całe wakacje stacjonuję w Chorwacji. Przez koronawirusa wszystkie turnusy kolonijne zostały odwołane, więc musiałem szukać innych zleceń na terenie Polski - mówi 36-letni Marcin, który od ośmiu lat pracuje jako wychowawca, a od pięciu - jako kierownik kolonii.

- Już się bałem, że całe wakacje przesiedzę w domu. Wszystkie wyjazdy zostały odwołane - wtóruje mu 34-letni Sławomir, wychowawca kolonijny i pilot wycieczek.

Na szczęście w czerwcu nastąpił przełom. Marcin znalazł pracę na obozie młodzieżowym i koloniach, w sierpniu jedzie jeszcze do Chorwacji i Bułgarii. Sławomir podobnie. - Wróciłem z jednych kolonii, zaraz jadę na kolejne - mówi.

Sławek cieszy się, że praca jest, bo kocha to, co robi, ale smutnieje, gdy pada pytanie o zarobki. - Wychowawcy nigdy nie zarabiali dużo, bo mówi się, że to praca dla studenta, żeby sobie dorobił. Dla studenta 100 zł dziennie to dużo, ale dla osoby z kilkuletnim doświadczeniem, która z takich kolonii się utrzymuje, to żenująca stawka. Za ostatni dwunastodniowy wyjazd do Karpacza dostałem 600 zł brutto - twierdzi.

Wychowawcy kolonijni obawiali się, że ten sezon spisany jest na straty. Z powodu pandemii koronawirusa (fot: Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)
Wychowawcy kolonijni obawiali się, że ten sezon spisany jest na straty. Z powodu pandemii koronawirusa (fot: Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)

Marek, wychowawca z uprawnieniami kierownika kolonii, twierdzi, że w czasach koronawirusa trudniej o współpracę z biurem turystycznym, które organizuje kolonie i obozy komercyjne, i zazwyczaj płaci lepiej niż miejskie i gminne ośrodki społeczne dofinansowujące kolonie dla dzieci z rodzin o niskich dochodach.

- Biura stawiają na stałych współpracowników. Albo zatrudniają osoby do 26. roku życia, bo nie muszą za nie płacić składek. Wychowawcom na koloniach dla dzieci z MOPS-ów i GOPS-ów proponuje się śmieszne pieniądze - maksymalnie 1200 zł brutto za 14 dni pracy - opowiada.

Wtóruje mu 28-letnia Marta, która na kolonie jeździ od pięciu lat: - Za 10-dniowy turnus organizowany przez OPS zaproponowano mi w tym roku 900 zł brutto. A praca jest bardzo ciężka - podopieczni to często trudne dzieci, z patologicznych rodzin.

Marek dodaje, że zdarzają się też biura, które nie podpisują umów z wychowawcami i proponują płatność "pod stołem". - Kierownik czy wychowawca bez umowy? A co, jak jakiemuś dziecku coś się stanie albo będzie kontrola inspekcji pracy? - zastanawia się. Sam na żadne kolonie nie rusza się już bez ubezpieczenia OC w życiu prywatnym i podpisanej umowy.

"Nie było nawet termometru"

Niskie zarobki frustrują teraz jeszcze bardziej, bo wychowawca, jadąc z setkami dzieci na kolonie, ryzykuje własnym zdrowiem. Jeśli okaże się, że któreś ma objawy koronawirusa, musi natychmiast zareagować i przenieść je do izolatki. A na co dzień pilnować, aby były przestrzegane rządowe wytyczne. Ale z tym bywa różnie.

Sławomir przyznaje, że co biuro, to inna polityka. - Wiele biur nie zapewnia wychowawcom nawet maseczek czy rękawiczek ochronnych. Wszystko, łącznie z kombinezonem, kupiłem sobie sam - opowiada. Zgodnie z przepisami na kolonii powinna być przez cały turnus pielęgniarka. Jak twierdzi Sławomir, wiele biur zatrudnia pielęgniarki "na telefon". - Na pierwszej w tym sezonie kolonii pielęgniarka pojawiła się raz, na 15 minut - opowiada. Magda wspomina kolonie organizowane przez pewne stowarzyszenie: - Ani razu nie zmierzono nikomu temperatury, nie było nawet termometru.

Wychowawcy wprost mówią, że niektóre zasady są niemożliwe do zrealizowania, jak noszenie maseczek, zachowywanie dystansu, uniemożliwianie dzieciom z różnych grup spotykanie się. - Dzieci są nie do upilnowania - przekonuje 62-letnia Maja. Wtóruje jej 27-letnia Gosia: - To nierealne, żeby utrzymywały w piaskownicy półtora metra odstępu, żeby nie dotykały po sobie zabawek.

Można zadbać - i organizatorzy to robią - o nieprzekraczanie limitu dzieci w grupach. Kontrolują go zresztą inspektorzy sanitarni. Limit wynosi 12 osób w przypadku dzieci w wieku do 10 lat i 14 osób w przypadku starszych. W jednym pokoju nie może spać więcej niż czworo dzieci. Zdaniem Mai pandemia sprawiła, że uczestnicy kolonii w końcu mieszkają w normalnych warunkach. - Doskonale pamiętam wyjazdy, na których robiono z łóżek dywan, żeby upchnąć jak najwięcej dzieci - opowiada.

Wychowawcy przekonują, że nie są w stanie przestrzegać wszystkich zasad w związku z pandemią koronawirusa na koloniach (fot: Shutterstock.com)
Wychowawcy przekonują, że nie są w stanie przestrzegać wszystkich zasad w związku z pandemią koronawirusa na koloniach (fot: Shutterstock.com)

Większość zasad Maja uważa jednak za niedorzeczne, zwłaszcza zalecenie, aby osoby powyżej 60. roku życia zrezygnowały w tym roku z pracy na koloniach. - To dyskryminacja osób starszych. Szefowie biura, z którymi do tej pory współpracowałam, powiedzieli mi wprost: w tym sezonie cię nie zatrudnimy, bo boimy się kontroli GIS-u. A ja jestem zdrowa i chcę pracować, bo kocham tę pracę, nieważne, że płacą grosze, nie wyobrażam sobie wakacji bez wyjazdu na kolonie - żali się Maja.

"Nie będę pracować w weekend"

Wychowawcy narzekają też, że podczas pandemii trudniej organizować dzieciom czas - niektóre biura zrezygnowały z wycieczek i dzieci całe kolonie spędzają na terenie ośrodka. - Bywają tak trudne grupy, że cokolwiek zaproponujesz, słyszysz w odpowiedzi: nudy. Niektóre dzieci mają poczucie, że rodzice wysłali je na kolonie za karę. Z uczestnikami, którym nic nie pasuje, jest najtrudniej. To wyczerpujące psychicznie - mówi 23-letnia Magda, która jeździ na kolonie od czterech lat. Ma też wrażenie, że okres lockdownu zmienił młodzież. Przyzwyczaiła się do siedzenia w domach, z nosami w telefonach. - Jak już udało się ich wyciągnąć na spacer, to przeszli parę kilometrów i narzekali, że są zmęczeni i chcą wracać.

Sławomir wspomina takie turnusy, podczas których miał dokładnie odwrotny problem. - Jeśli jakiś wychowawca bierze udział w dwóch wyjazdach z rzędu, musi być masochistą - przekonuje. - Ostatnie kolonie odsypiałem, były tak intensywne. Całe dnie chodziliśmy po górach, zanim poszedłem spać, musiałem porozmawiać z wszystkimi rodzicami, którzy wydzwaniają czasem i do północy, potem sprawdzić, czy dzieciaki nie harcują - na jednych koloniach musieliśmy powyciągać klamki z drzwi balkonowych, bo dzieci przechodziły do sąsiednich pokojów przez barierki. Zasypiałem o pierwszej, drugiej w nocy, pobudka o szóstej rano - opowiada.

Nie każdy godzi się na taki kierat - tę pracę trzeba lubić. - Żeby zostać wychowawcą, wystarczy zrobić trzydniowy kurs i zdać egzamin. Młodym często się wydaje, że to lekkie i przyjemne zajęcie, właściwie wakacje - dostaną nocleg, posiłek i jeszcze im za to zapłacą - opowiada Maja. Wspomina dziewczynę, która pierwszego dnia kolonii poinformowała ją, że nie będzie pracować w weekend, bo w weekendy się nie pracuje. - Inna z kolei powiedziała, że za takie pieniądze to ona nie będzie wstawać wcześnie rano, bo musi to robić przez cały rok. Kolejny wychowawca miał do mnie pretensje, że daję mu kary. Polegały na tym, że kazałam mu pilnować dzieci - mówi.

Niektórzy wychowawcy niby przyjechali opiekować się dziećmi, a okazuje się, że to nimi trzeba się zaopiekować. - Nie umieją zorganizować dzieciom czasu, a jak zdarzy się jakiś wypadek, to wpadają w panikę i załamują ręce - wtóruje jej Gosia. Zdarza się, że odpowiedzialność ich przerasta i uciekają. - Kierownik budzi się rano i okazuje się, że nie ma ludzi do pracy - mówi Maja.

Czasem problemem jest niewłaściwy stosunek do dzieci. - Pamiętam taką sytuację: wychowawca, w dodatku po pedagogice, bawi się z dziewczynkami w podchody. Jedna z nich mówi: to głupie. Na co on: sama jesteś głupia - mówi Marta. Marcin wspomina wychowawcę, który nie potrafił stłumić w sobie uczucia, którym zapałał do jednej z uczestniczek kolonii. Miała 17 lat, on - 25. - Byłem kierownikiem tej kolonii. O tym, że wychowawca romansuje z jedną z dziewczyn, dowiedziałem się od jej mamy, a ta - od jej chłopaka. Wychowawca został pouczony, że do końca kolonii nie może się kontaktować z dziewczyną i ma się od niej trzymać z daleka.

"Umie pani wytrzeć pupę? Bo ja nie"

Dzieci na koloniach? Bardzo różne, czasem zaskakująco niesamodzielne. Sławomir wspomina, jak 9-, 10- czy nawet 12-letnie dzieci uczył myć uszy czy posługiwania się nożem i widelcem.

Gosia: - Chłopiec, lat siedem, przyjęty warunkowo na kolonie, bo mama powiedziała, że jest taki "hop do przodu". Prosi, żebym zaprowadziła go do toalety. Po drodze pyta: Umie pani wytrzeć pupę? Bo ja nie umiem.

Dzieci, które po raz pierwszy jadą na kolonie, potrafią być bardzo niesamodzielne (fot: Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)
Dzieci, które po raz pierwszy jadą na kolonie, potrafią być bardzo niesamodzielne (fot: Agnieszka Sadowska/ Agencja Gazeta)

Koleżanka Gosi z kolei opiekowała się na koloniach dziewczynką, która nie była w stanie wypróżnić się nigdzie indziej - tylko w domu. Całe kolonie bolał ją brzuch. - Rodzice oczywiście nie wspomnieli słowem w karcie dziecka, którą wypełnia się przed koloniami, że dziewczynka ma taki problem. Borykamy się też z dziećmi, które nie chcą same spać albo budzą się w nocy i przychodzą do wychowawców z płaczem. I mówią, że w domu codziennie śpią z mamą.

Marta wspomina chłopca, który moczył w nocy łóżko. Była w szoku, gdy dowiedziała się, dlaczego to robi. - Wyjawił nam, że mama nie pozwala mu nocami wychodzić z pokoju, bo sprowadza do domu facetów. Dla niego to normalne, że wtedy załatwia się do łóżka. Nie był w stanie zmienić tego nawyku. W dodatku przemoczone rzeczy wkładał do walizki z czystymi, więc w całym pokoju śmierdziało. W końcu zaczęliśmy mu zakładać na noc pampersy. Miał 11 lat - opowiada.

Innym razem musiała poradzić sobie z chłopcem, który nie chciał się myć. - Po prostu od niego śmierdziało. Przekonywałyśmy, prosiłyśmy, nic nie działało. Na szczęście na kolonii była pedagog szkolna. Zamknęła chłopca w łazience i powiedziała, że dopóki się nie umyje, to go nie wypuści - opowiada.

Rodzice ukrywają nie tylko braki samodzielności u dzieci, ale też poważne zaburzenia. - Miałam na kolonii chłopca z ADHD, do tego opóźnionego w rozwoju. Rodzice nic na ten temat nie wspomnieli. Był agresywny wobec dzieci, rozbijał zajęcia, rodzice musieli go zabrać - opowiada Edyta.

Zbieranie "zwłok"

Najbardziej stresujące sytuacje to takie, gdy na kolonii dojdzie do wypadku z udziałem dziecka. Z wszystkiego trzeba się wytłumaczyć jego rodzicom. - Niektórzy winią za wszystko wychowawców - gdy dziecko wybije sobie ząb podczas zabawy czy bójki albo gdy zachoruje - opowiada Edyta. Najgorszy wypadek, jakiego była świadkiem Gosia, to gdy ośmioletnia dziewczynka wbiła sobie w stopę widełki do smażenia kiełbasek na ognisku. - Była niezadowolona, że musi iść na ognisko, chodziła wokół niego obrażona, szurała nogami i niefortunnie nadepnęła na widełki. Trafiła do szpitala - opowiada Gosia.

Niemałym wyzwaniem dla wychowawców kolonijnych jest upilnowanie młodzieży, żeby nie paliła papierosów ani nie piła alkoholu (fot: Cezary Aszkiełowicz/ Agencja Gazeta)
Niemałym wyzwaniem dla wychowawców kolonijnych jest upilnowanie młodzieży, żeby nie paliła papierosów ani nie piła alkoholu (fot: Cezary Aszkiełowicz/ Agencja Gazeta)

Niemałym wyzwaniem jest upilnowanie młodzieży, żeby nie paliła papierosów ani nie piła alkoholu. - W zeszłym roku byłam na 300-osobowej kolonii. Jednej z 16-latek udało się w nocy wymknąć z pokoju, żeby spotkać się z poznanym wcześniej na plaży ratownikiem. Wróciła do ośrodka kompletnie pijana, ledwo trzymała się na nogach. Gdy zbadaliśmy ją alkomatem, okazało się, że ma półtora promila alkoholu we krwi - wspomina Magda. Inna podopieczna Magdy skoczyła z balkonu i złamała sobie nogę. - Zrobiła to, bo wychowawcy zabrali jej papierosy - opowiada.

Wychowawcy z pijaną młodzieżą mają często do czynienia na obozach młodzieżowych za granicą, na przykład w Złotych Piaskach w Bułgarii. - To  miejscowość pełna pokus, jest alkohol, są narkotyki, młodzież jedzie tam, żeby się wyszaleć - mówi Maja.

Gosia brała pod uwagę pracę w Złotych Piaskach, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. - W biurze powiedzieli, że do moich zadań będzie przede wszystkim należało budzenie dzieci na obiad - żeby cokolwiek zjadły, wyjazdy z nimi do miasta, na plażę, pójście na imprezę i dopilnowanie, żeby wróciły z niej do ośrodka. Koledzy, którzy w Złotych Piaskach już byli jako wychowawcy, opowiedzieli mi, że w praktyce praca polega na zbieraniu "zwłok" z imprezy i pilnowaniu, żeby nikt nie przedawkował albo nie wpadł pijany pod samochód. Podziękowałam rekruterce za propozycję - opowiada.

Za krótko

Cierpliwość, kreatywność i energia - to cechy dobrego wychowawcy. Musi umieć wzbudzić autorytet w podopiecznych i być dobrym psychologiem.

Maja wspomina: - Miałam na obozie dziewczynę, która opowiadała swoim rówieśniczkom, że podetnie sobie żyły. Chciała zwrócić na siebie uwagę. W domu nikt się nią specjalnie nie interesował. Takich niewysłuchanych dzieci jest teraz mnóstwo. Rodzice chcą mieć święty spokój, więc kupują im smartfony, komputery. A one potrzebują długiej, pogłębionej rozmowy z dorosłym. Niektóre są zamknięte jak konserwa, trzeba poświęcić dużo czasu, żeby je otworzyć - opowiada Maja.  

Marta przyznaje, że bardzo łatwo poznać, które dziecko pochodzi z domu kochającego, a które z takiego, w którym tej miłości jest zdecydowanie za mało. - Takie dzieci w pierwszym kontakcie są często roszczeniowe, nic im nie pasuje. Potem okazuje się, że w domu rodzice praktycznie się nimi nie zajmują, bo od tego jest niania. Tydzień mają wypełniony zajęciami dodatkowymi - opowiada.

'My jako wychowawcy nie wiemy, jakie dzieci do nas trafią. Mamy zaledwie 10-12 dni, żeby je poznać, trochę im ulżyć' (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)
'My jako wychowawcy nie wiemy, jakie dzieci do nas trafią. Mamy zaledwie 10-12 dni, żeby je poznać, trochę im ulżyć' (fot: Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

Miała na koloniach 11-letnią dziewczynkę, która siedziała nad morzem dwa miesiące, bo rodzice byli na swoich wakacjach. Obskoczyła wszystkie turnusy. - Gdy zaczęłam z nią rozmawiać, wyznała mi, że niepotrzebnie mama ją urodziła - opowiada. Inna powiedziała Marcie, że czuje się mniej ważna od swojej młodszej siostry. - I rzeczywiście, gdy mama do niej dzwoniła, zawsze pytała tylko o tę młodszą, nigdy o nią. Kolejna wpadała często w histerię, nie dało się jej uspokoić. Po długiej rozmowie okazało się, że akurat w czasie, kiedy była na kolonii, przypadała rocznica śmierci jej młodszego braciszka, który utopił się w stawie - mówi.

Marta przekonuje, że jak się dzieci wysłucha, to często wychodzi na jaw, jak wiele niektóre przeżyły. - My jako wychowawcy nie wiemy, jakie dzieci do nas trafią. Mamy zaledwie 10-12 dni, żeby je poznać, trochę im ulżyć. Ale turnus szybko mija i trzeba się żegnać.

Sławomir: - Często te dzieci, które płakały tuż po przyjeździe, bo nie chciały jechać na kolonie, płaczą ostatniego dnia, że muszą wyjechać. Tak im się spodobało. Nie pozostaje nam nic innego tylko powiedzieć: do zobaczenia za rok.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku