Angkor Wat w Kambodży

Angkor Wat w Kambodży (fot. Shutterstock)

Kambodża to inny świat. Krajobraz jak z filmów science fiction, tylko rdzawy piach, kurz w powietrzu i wielkie słońce

Jeżdżę rowerem od jednej świątyni do drugiej z otwartymi ze zdziwienia ustami i nie wierzę, że zrobili to ludzie, i to dziewięć wieków temu. Wrażenie psuje komercja i tłok - pisze w książce "Jadę sobie. Powrót do Azji" Marzena Filipczak.

Dwa dni temu wjechałam do Kambodży, gdzie dzisiaj przyjęłam drugą dawkę szczepionki przeciw wściekliźnie. Nim ją znalazłam, odwiedziłam pięć szpitali i klinik, w tym cztery prywatne, zwane international; dobrze, że miałam rower i mapę. We wszystkich usłyszałam "sorry, nie mamy". Jedyna rada: wrócić do Tajlandii taksówką, bo inaczej szybko się nie da. Już zaczęłam się nad tym poważnie zastanawiać, kiedy zniechęcona weszłam do kolejnej apteki. Nie dość, że mieli, to jeszcze zaprowadzili mnie na zaplecze i zrobili zastrzyk. Zapłaciłam w dolarach, bo to waluta popularniejsza niż miejscowy riel. W dolarach podają ceny w hotelach, knajpach, muzeach, nawet w nielicznych supermarketach.*

Płatności w dolarach często życzą sobie także uliczni sprzedawcy, więc wszystko - butelka wody, puszka coli, ananas - kosztuje "one dollar". Wszędzie można zapłacić równowartość w rielach, przelicznik jest bardzo uczciwy.

Miejscowe agencje**

Kambodża to kolejny inny świat, w jakim się znalazłam. Granicę udało mi się przekroczyć w jeden dzień, o czym nawet nie śniłam. Najprościej dostać się tu - czyli do Siem Reap, gdzie są słynne świątynie Angkoru - turystycznym autobusem z Bangkoku. Wiadomo jednak, że autobusy te nie zajeżdżają przed granicą do biura imigracyjnego, tylko do własnych agencji, które za pośrednictwo wizowe liczą sobie dwa razy więcej. Potem jadą okrężną drogą, docierają na miejsce w nocy i wypakowują pasażerów pod hotelem, który płaci im za dostarczenie klientów.

Siem Reap w Kambodży (fot. Shutterstock)
Siem Reap w Kambodży (fot. Shutterstock)

Niektórzy mówią, że kiedy się podliczy całość, mimo wszystko nie wychodzi tak drogo, a na pewno jest łatwiej i wygodniej. Ale ja nie lubię być oszukiwana, bo nawet jeśli jest taniej, zawsze pozostaje niesmak i pytanie, czy to nie koniec oszustw z ich strony. Na szczęście nie musiałam rozstrzygać takich wątpliwości, bo nie startowałam z Bangkoku, tylko z miasta małp.

Do granicy jechałam czterema autobusami, ale przesadzano mnie tak sprawnie, że na żaden nie czekałam dłużej niż dziesięć minut. Do ostatniego, tuż przed granicą, weszła tradycyjna kontrola policyjna, z legitymowaniem i sprawdzaniem bagaży. W przygranicznym miasteczku wynajęłam motor-taxi i tak z fasonem zajechałam najpierw przed biuro imigracyjne po wizę, a potem przed granicę, którą z równym fasonem przeszłam na piechotę.

Planowałam zostać w Poipet, miasteczku po drugiej stronie granicy, a następnego dnia pojechać dalej autobusem, bo nieturystyczne jeżdżą tylko dwa wcześnie rano. Średnio mi się to uśmiechało, bo w Poipet nie ma nic poza kilkoma kasynami i kurzem, który nigdy nie opada. Na szczęście na ziemi niczyjej, czyli pomiędzy jedną a drugą kontrolą paszportową, spotkałam dwójkę Niemców i postanowiliśmy razem pojechać taksówką. Zapłaciliśmy za nią niewiele więcej, niż kosztowałyby bilety na autobus.

National Highway No 6

Od granicy do Angkoru jest trochę ponad sto kilometrów, ale droga tak dziurawa, że autobus jedzie osiem godzin, taksówka - trzy. Zanim dojedzie, musi wyjechać - w naszym przypadku wypchnęło ją czterech mężczyzn, a potem pchali jeszcze chwilę, zanim odpaliła. Tego, co się działo dalej, opowiedzieć się nie da, nawet jeśli opowiada się komuś o dużej wyobraźni.

Droga główna Kambodży o szumnej nazwie National Highway No 6 jest zwyczajną drogą z piachu z dziurami głębokości metra. Na poboczach leżą kolejne góry piachu i stoją, czasem pracując, dziesiątki robotników remontujących drogę, lecz bez skutku. Mówi się, że za nieukończeniem remontu stoją tajlandzkie linie lotnicze, które płacą kambodżańskiemu rządowi łapówkę, wychodząc z założenia: im droga gorsza, tym więcej ludzi wybierze zamiast niej samolot.

Jedna z krajowych dróg (fot. Shutterstock)
Jedna z krajowych dróg (fot. Shutterstock)

Wydawało mi się, że jedziemy po powierzchni Księżyca. Krajobraz jak z filmów science fiction, tylko rdzawy piach, kurz w powietrzu i wielkie słońce tuż nad horyzontem. Ludzie jak z innej planety - niemal wszyscy ubrani od stóp do głów i omotani chustami, że widać im tylko oczy. Taka bawełniana chusta nazywa się krama, jest podstawowym elementem ubioru w Kambodży i ma chronić zarówno przed pyłem, jak i słońcem.

Dojechaliśmy o czasie, czyli około godziny 19. Przez chwilę zastanawiałam się, co w tym mieście jest nie tak. Nie było latarni ulicznych, w ciemności, która zapada tu wcześnie, widziałam najwyżej sąsiedni dom. Taksówka podjechała na postój tuk-tuków, gdzie bez skrępowania powiedziano nam, że jedziemy za darmo, bo hotele płacą taksówkarzom za przywiezienie gości. Nie miałam wyjścia, było ciemno, nie widziałam, gdzie jestem, nie wiedziałam, gdzie są inne tuk-tuki. Oczywiście zawieziono mnie nie do tego guesthouse'u, do którego chciałam, a w tym, do którego nie chciałam, zaproponowano cenę z kosmosu. Dyskusja z rikszarzem była krótka, ale owocna, podobnie jak sprawne negocjacje w kolejnym lokalu, które brzmiały: za twoją cenę zostaję tu jedną noc, za moją - cztery. Szybko doszliśmy do porozumienia. Następnego dnia w świątyniach spotkałam współpasażerów z taksówki, którzy przeszli dokładnie to samo. Tak przywitała nas Kambodża.

Kambodżańskie świątynie

Połowa turystów przyjeżdżających do Kambodży robi to po to, żeby zobaczyć tylko Angkor i nic więcej. Angkor Wat to największa świątynia świata, najlepszy przykład misternej khmerskiej architektury. Jej zarys, widniejący nawet na fladze państwowej, jest symbolem kraju rozpoznawalnym na całym świecie.

Wokół Angkor Wat znajdują się dziesiątki innych świątyń, pozostałości zapomnianego imperium Khmerów, które przed wiekami było największą potęgą Azji Południowo-Wschodniej. Świątyń nad wodą, na wzgórzach, w lesie, niektórych zarośniętych tak, że z drzew ledwo, ledwo widać trochę kamieni. Czasem mury zrosły się z korzeniami jak w filmach o poszukiwaczach skarbów, czasem w trawie można natknąć się na kawałek głazu z misternymi zdobieniami.

Angkor Wat to największa świątynia świata, najlepszy przykład misternej khmerskiej architektury (fot. Shutterstock)
Angkor Wat to największa świątynia świata, najlepszy przykład misternej khmerskiej architektury (fot. Shutterstock)

Jeżdżę rowerem od jednej świątyni do drugiej z otwartymi ze zdziwienia ustami i nie wierzę, że zrobili to ludzie, i to dziewięć wieków temu. Wrażenie psuje komercja i tłok; znoszę największe upały, staram się więc jeździć w środku dnia, kiedy większość turystów chowa się w cieniu albo wraca do miasta na obiad. Ale i tak przy każdej świątyni w chwili, gdy do niej podjeżdżam, natychmiast podbiega kilkanaścioro dzieci, prosząc: kup pocztówkę, kup papierowego ptaszka, kup bransoletkę. One dollar. Za dziećmi przychodzą starsi, z chustami, podkoszulkami, wodą, ananasem, menu prowadzonej przez nich knajpy. Najpierw irytuję się na nich, a potem irytuję się na siebie, że się na nich zezłościłam. To bardzo biedny kraj i biedni ludzie, którym oficjalna miesięczna pensja wystarcza co najwyżej na kilka kilogramów ryżu. Dla nich sprzedanie mi butelki wody może oznaczać obiad dla całej rodziny.

Naród poliglotów

Dzisiaj spotkałam dziewczynę, która chciała mi sprzedać jakieś kolejne rzeczy. Trochę rozmawiałyśmy, bo podróżowanie samemu, a zwłaszcza samej, ma tę zaletę, że lokalsi są bardziej śmiali. Prosiła, żeby przetłumaczyć na polski kilka potrzebnych jej zwrotów typu: "Kup, proszę, koszulkę, kosztuje tylko dwa dolary". To zresztą niewiarygodne, w ilu językach tu się porozumiewają, zwłaszcza po Tajlandii, gdzie nawet na turystycznym Phuket często ustalałam cenę, pisząc ją na kartce albo na ręce.

W Kambodży w powszechnym użyciu są angielski i francuski. Słyszałam przewodników mówiących po niemiecku, włosku, hiszpańsku, rosyjsku, japońsku; pewnie gdybym się postarała, znalazłabym też polskojęzycznego. Pewnego dnia, gdy jechałam rowerem, przysiadł się do mnie - czyli zaczął pogawędkę, jadąc obok rowerem - młody chłopak. Przyjechał do Siem Reap z prowincji, bo tam - mówił - nie ma żadnego życia, żadnej pracy. A tu jest tyle możliwości, bo przecież tylu turystów. Na razie wozi ich rikszą po mieście i okolicy, ale chciałby zostać przewodnikiem, bo to zajęcie pewniejsze, lepiej płatne i łatwiej o klienta. W tej chwili jednak to niemożliwe, bo mówi tylko po angielsku i francusku, a to potrafi każdy frajer. Jego kolega już się ustawił, jest przewodnikiem, pracuje lekko, ma się dobrze. Kolega zna cztery języki, także niemiecki i japoński.

- Jak myślisz - zapytał chłopak. - Ile lat trwa nauka japońskiego?

Dziewczyna od koszulki za dwa dolary opowiedziała mi historię swojej rodziny: jej matka za Pol Pota żywiła się trawą z jeziora. Odkąd wojna się skończyła, matka boi się, że zabraknie jedzenia i w domu cały czas musi być jego zapas. Dziewczyna właśnie na to pracuje.

Pewnie podobne wspomnienia są w każdej rodzinie.

Marzena Filipczak, autorka książki 'Jadę sobie. Powrót do Azji' (fot. Materiały prasowe)
Marzena Filipczak, autorka książki 'Jadę sobie. Powrót do Azji' (fot. Materiały prasowe)

* Fragmenty książki "Jadę sobie. Powrót do Azji" Marzeny Filipczak
** Śródtytuły pochodzą od redakcji

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku