Niedokończone mieszkania

Niedokończone mieszkania (fot. Archiwum prywatne)

reportaż

"My już nie mamy pieniędzy". Trudno to własnym dzieciom powiedzieć

Marzyli o mieszkaniu w nowym bloku. Po tych marzeniach zostały im długi, zarwane noce, depresje, rozwody i kryzysy małżeńskie. Ktoś musiał zamieszkać na działkach. Wszyscy muszą zeznawać w prokuraturze. Przychodzi do nich komornik. Pracują po 14 godzin, wyjechali za granicę - żeby starczyło na spłatę kredytów za mieszkania, do których kluczy nie dostali.

Motywacje mieli różne.

Dawidowi, informatykowi po trzydziestce, właśnie miał rodzić się syn. To dobry moment, żeby pójść na swoje. No i cena go skusiła - niższa niż pozostałe deweloperskie mieszkania w Trójmieście, gdzie wartości nieruchomości galopują i nie chcą się zatrzymać.

Michał, budowlaniec, podobnie - czekał na syna. Nie chciał kupować dziury w ziemi. A blok był już prawie skończony. Michał oglądał postępy budowy, gadał z kierownikiem. Ocenił, że jego M3 jest bezpieczne. Na Osiedlu Hiszpańskim powstały wcześniej dwa bloki: Madryt i Barcelona. Sewilla miała być trzecia. Myślał: chyba asteroida musiałaby spaść, żebym nie dostał tego mieszkania.

Programistka Alicja chciała swojej mamie zapewnić na stare lata mieszkanie z windą.

Księgowa Agnieszka - żeby jej nastoletni syn i córka mieli osobne pokoje, bo w blokowej ciasnocie ciężko i rodzicom, i nastolatkom.

Emeryt Krzysztof też dał się skusić wizją domu z windą.

Wszystkim się podobały widok na las za oknem, bliskość centrum i przystanek tramwajowy, który ma się tam pojawić w przyszłości. Wszyscy wyłożyli po blisko 250 000 złotych. Był początek 2018 roku. Liczyli, że w grudniu odbiorą klucze do własnych czterech kątów w deweloperskim standardzie.

Dzisiaj Michał prawie przestał widywać się z synem. Pracuje na dwa etaty, żeby spłacić kredyt.

Dziewczyna Dawida płacze, gdy myśli o tym mieszkaniu.

Alicja odkłada założenie rodziny na później. Być może na zawsze.

Agnieszka wstydzi się odwiedzić matkę, od której pożyczyła pieniądze.

A Krzysztof wozi żonę do psychologa, bo ta na przemian płacze i nie chce wychodzić z łóżka.

Żadne z nich nie zobaczyło kluczy do nowego mieszkania.

Blok Sewilla na Osiedlu Hiszpańskim (fot. Bartosz Józefiak)
Blok Sewilla na Osiedlu Hiszpańskim (fot. Bartosz Józefiak)

Jak to się zaczęło?

Jeszcze na początku 2018 roku informatyk Dawid zaczął sprawdzać księgi wieczyste domu, w którym mieszkanie właśnie zakupił. I odkrył, że w księdze złożony jest wniosek o hipotekę przymusową na rzecz jakiejś Bożeny. Tajemnicza Bożena ma roszczenia do dewelopera na kwotę, bagatela, 1 850 000 złotych. Dawid popędził do biura 4Invest. I pyta: co tu się dzieje? Tutaj wersje się różnią. Bo Dawid twierdzi, że pani z biura sprzedaży okłamała go, mówiąc, że wpis to "sądowa pomyłka". A członek zarządu 4Invest Izydor Jarzyński zapewnia, że o żadnej dezinformacji nie było mowy. Od razu przyznali się klientom, że pani Bożena to nikt inny jak... główny wykonawca budowy. Deweloper zalegał jej z płatnościami.

W czerwcu spółka wysłała do klientów pisma, że ma problem z komunikacją z Warszawskim Bankiem Spółdzielczym (WBS), w którym zdeponowała ich pieniądze. I w związku z tym będą opóźnienia na budowie. U niewielu już wtedy zapaliła się czerwona lampka, choć Dawid na forach Trójmiasta i Facebooku zaczął zbierać innych lokatorów Sewilli.

Mniej więcej jesienią stało się jasne, że WBS zablokował środki w wysokości blisko 6 000 000 złotych. Po prostu przestał wypłacać pieniądze deweloperowi. Dlaczego? Tu wersje są dwie.

WBS tłumaczy, że 4Invest był zmuszony założyć rachunek powierniczy. To specjalny rodzaj rachunku dla nabywców nieruchomości. Dzięki niemu przyszli lokatorzy otrzymaliby pieniądze z powrotem, gdyby deweloper ogłosił upadłość lub nie wywiązał się z zawartych ustaleń. Taki typ obowiązkowego dla deweloperów rachunku wprowadziła ustawa deweloperska z 2012 roku. Tymczasem 4Invest założył  zwykły rachunek pomocniczy, a więc złamał prawo. To w obronie lokatorów bank zablokował pieniądze.

Z kolei Izydor Jarzyński z 4Invest chętnie udowodni, że to nieprawda. Bo deweloper rozpoczął wyprzedaż Osiedla Hiszpańskiego przed wejściem w życie ustawy deweloperskiej (dokładnie cztery dni wcześniej). A to oznacza, że prawa nie złamał, bo inwestycje rozpoczęte przed ustawą nie wymagają rachunku powierniczego. WBS blokuje pieniądze nielegalnie. Po co? Nie wiadomo, ale pracownicy dewelopera chętnie podpowiedzą, że bank ma problemy finansowe (w maju wszedł tam kurator z KNF-u). No i to dziwne: Osiedle Hiszpańskie powstaje od 2012 roku, 4Invest postawił już dwa bloki, wszystko było w porządku, i nagle w 2018 roku bankowi coś przestało pasować? Dlaczego tak nagle?

W czerwcu spółka wysłała do klientów pisma, że ma problem z komunikacją z Warszawskim Bankiem Spółdzielczym (WBS), w którym zdeponowała ich pieniądze (fot. Bartosz Józefiak)
W czerwcu spółka wysłała do klientów pisma, że ma problem z komunikacją z Warszawskim Bankiem Spółdzielczym (WBS), w którym zdeponowała ich pieniądze (fot. Bartosz Józefiak)

No właśnie, dlaczego? WBS na to pytanie nie odpowiada. Zasłania się tajemnicą bankową.

Bank doniósł na dewelopera do prokuratury, ten odwdzięczył się tym samym. Śledztwa trwają, w międzyczasie do 4invest wszedł nadzorca sądowy, który ma restrukturyzować firmę, bo jej sytuacja finansowa stała się nieciekawa. WBS pieniędzy wypłacać nie zamierza, jednocześnie nasłał na lokatorów komornika. Bo przecież zostały im ostatnie transze do wpłacenia.

W tym momencie lokatorzy mieli już za sobą zeznania w prokuraturze. Kolejnych transz wpłacać nie chcieli, bo wszyscy przecież widzieli, że robotnicy z budowy zeszli.

Założyli nieformalną grupę na FB, jeździli do dewelopera, do banku, do nadzorcy sądowego. Monitorowali, pisali pisma, wzywali media i polityków, wynajęli prawników. Obserwowali z rosnącym przerażeniem ten nieciekawy sądowy dramat między deweloperem i bankiem, którego nie są nawet stroną, bo od nich nic nie zależy.

Jeśli deweloper upadnie, to do ich pieniędzy ustawi się długa kolejka chętnych - od skarbówki po firmy budowlane. A oni nie zobaczą ani swoich pieniędzy, ani mieszkań.

Ta wiedza docierała do nich stopniowo, aż w końcu uderzyła z całą mocą. Jak sobie z tym radzili? W skrócie - nie najlepiej. Musieli sobie szybko odpowiedzieć na kilka nowych pytań.

Jak ocieplić działkę?

Pierwszy problem, przed jakim stanęli: gdzie mają mieszkać? Przecież płacą ratę kredytu za domy, które nie istnieją. Do tego muszą płacić za stare mieszkania. Dla wielu te koszty okazały się nie do udźwignięcia.

Emeryt Krzysztof zdążył już sprzedać stare mieszkanie. Na parę miesięcy przeprowadził się do kuzynostwa. Przecież zaraz miał odebrać klucze do nowego M3. Kiedy już było jasne, że ten moment szybko nie nadejdzie, z ratunkiem nadeszła córka: Tato, może na mojej działce zamieszkacie? Nic specjalnego: domek letniskowy za miastem. Krzysztof w tym domku spędza drugi rok. Meble i większość swoich rzeczy trzymają z żoną w garażu, bo na tej działce się nie zmieszczą. Jest lato, a Krzysztof już biega wokół domku, przybija dodatkowe deski, robi docieplenie. Bo latem to jeszcze da się mieszkać, ale zimą po nocach muszą wstawać, dorzucać do pieca, a i tak jest zimno... On, który całe życie spędził w bloku, na stare lata musi rąbać drewno, biegać do drewutni! W starym domu do spożywczego wychodził w klapkach. Teraz podróż do sklepu to cała wyprawa. Podobnie do banku, do urzędu, do lekarza z żoną - wszędzie daleko. Przynajmniej Krzysztof może uprawiać warzywa wiosną. Trochę zaoszczędzi.

Krzysztof,  obecnie mieszkający w domku letniskowym (fot. Bartosz Józefiak)
Krzysztof, obecnie mieszkający w domku letniskowym (fot. Bartosz Józefiak)

Budowlaniec Michał wynajął kawalerkę, 32 metry kwadratowe, za miastem. Na mieszkanie w centrum już go nie stać. Na tych 32 metrach siedzą razem z żoną i synem. Całe życie mieszkał w centrum, dzisiaj dojeżdża godzinę dziennie w jedną stronę. Żona nie dojeżdża. Sprzedali jej samochód. Do pracy i tak nie pójdzie, bo nie mają z kim zostawić syna. Na wsi nie ma żłobków. No i czym Aneta miałaby do tej pracy jeździć? PKS-em, który raz przyjedzie, a raz nie? Nawet gdyby wciąż miała auto, to koszty żłobka i paliwa właściwie zjadłyby jej pensję. Już taniej wychodzi siedzenie w domu. I tak utknęli na tym, za przeproszeniem, zadupiu, a Aneta nie ma jak wrócić do pracy.

Jak pracować po 14 godzin?

Drugi problem: skąd wziąć pieniądze? Informatyk Dawid za kredyt oraz wynajem płaci miesięcznie 3000 złotych. Dziewczyna nie pracuje, bo opiekuje się synem. 3000 to była jego cała miesięczna pensja. Znalazł drugą pracę: po godzinach wykładał informatykę w szkole wyższej. Ale i tego było za mało, wziął więc kolejne wykłady w soboty. I niedziele. Doszło do tego, że codziennie na ósmą jechał do "normalnej" pracy w biurze, potem biegiem na zajęcia do szkoły, wracał do domu przed 22. Wszystkie soboty i niedziele pracował po 14 godzin. Syn prawie przestał go poznawać. Przepadły pierwsze kroki małego, pierwsze słowa, ząbkowanie. Nic z tego nie zobaczył. Z dziewczyną przestali się widywać, chyba że w nocy. Za to zarobki Dawida skoczyły do 8000 złotych. Pandemia ucięła zajęcia w szkołach, przez co Dawid wreszcie ma czas dla syna. Tyle dobrego. Z negatywów - nie ma już pieniędzy. Przejadają z żoną oszczędności i nie wiedzą, co zrobią za dwa miesiące.

Emeryt Krzysztof nie musi dorabiać. Już się w życiu napracował. Całe życie oszczędzał na  mieszkanie jako elektryk na Politechnice, żona zasuwała w sklepie spożywczym. W wakacje jeździli na truskawki do Szwecji. Całe oszczędności życia władowali w to mieszkanie. Wszystko przepadło, zauważa Krzysztof, a ta refleksja wyciska z niego łzy.

Księgowa Agnieszka musiała swojego męża, stoczniowego elektryka, posłać za morze. Zaczął masowo brać kontrakty zagraniczne. Znikał z domu na długie miesiące, oglądali się głównie na Skypie. Pracował po 14-16 godzin dziennie. Dzieci prawie nie widziały ojca. Pandemia trochę ukróciła te wojaże, ale jak tylko sytuacja się uspokoi, mąż Agnieszki znów wyjedzie.

Michał - podobnie. Bierze robotę po 12-14 godzin na budowie. Do tego soboty. I dorabia jeszcze jako mechanik samochodowy. Wstaje o 4.30, do domu wraca o 20. Kiedyś pracował po osiem godzin, miał czas dla syna, żył normalnie. Aneta nie jest zachwycona, że prawie nie ogląda męża, że syn nie ma ojca. Ale jakie mieli wyjście?

U kogo się jeszcze zadłużyć?

Bo nawet u tych zaharowujących się po 14 godzin na dobę finanse zaczęły topnieć błyskawicznie. Michał kilkadziesiąt tysięcy odłożone na remont wydał na wynajem kawalerki i prawnika. Na prawników lokatorzy się składali, ale jednostkowe koszty to lekko licząc 10 000 złotych rocznie. Michał liczy i wychodzi mu, że przez to wszystko jest co miesiąc 1500 złotych w plecy. A przecież jego żona nie zarabia. W całej rodzinie ma długi - u rodziców, u kuzynów pożyczone pieniądze. Ledwo jest w stanie się utrzymać.

Mniej więcej jesienią stało się jasne, że WBS zablokował środki w wysokości blisko 6 000 000 złotych (fot. Bartosz Józefiak)
Mniej więcej jesienią stało się jasne, że WBS zablokował środki w wysokości blisko 6 000 000 złotych (fot. Bartosz Józefiak)

Agnieszka zapożyczyła się u mamy. To sprawiło, że  czuje się jeszcze gorzej, bo w końcu na zmarnowanie poszły nie tylko jej oszczędności. A co, jeśli do budowy trzeba będzie dopłacać, dajmy na to, 50 000 lub 100 000 złotych? Skąd Aga tyle weźmie? Sprzeda samochód? Pozbiera po rodzinie? Ale skąd, skoro jej rodzina nie z tych, co trzymają 50 000 w skarpecie. Nie ma pojęcia, co zrobi.

Marek, sprzedawca w branży spożywczej czasem się zastanawia: co, jeśli banki wypowiedzą im kredyty hipoteczne? Mogą to zrobić. Wtedy w ciągu miesiąca będą musieli oddać nawet 200 000 złotych. Jak tylko Marek wypowiedział tę opcję na głos, to zaraz się skarcił - lepiej nawet tak nie myśleć!

Gdzie się leczyć?

Jak tylko Michał z Anetą uświadomili sobie, że nie tylko nie wprowadzą się do nowego mieszkania w grudniu, ale być może nigdy, to przepłakali całą noc. Powtarzali: do końca życia będziemy spłacać coś, czego nigdy nie dostaniemy. Aneta zaczęła chodzić na terapię bo sobie z tym wszystkim nie dawała rady.

Dziewczyna Dawid nie porozmawia z dziennikarzem. Za bardzo to przeżywa. Jak bardzo? Dawid, chłop wielki jak szafa, ma szklanki w oczach. Brakuje mu słów.

Żonie emeryta Krzysztofa nastrój układa się w sinusoidę. Czasami jest dobrze, nawet w ogródku pomoże. A czasami tylko leży w łóżku, nie ma siły się podnieść. Całe życie była pogodna, na stare lata dopadła ją depresja. Krzysztof co tydzień zawozi ją do lekarza.

Sprzedawca Marek leczył się u psychiatry, nie mógł spać, cały czas jest na mocnych lekach. Załamał się, kiedy pierwszy raz zapukał do niego komornik. A że Marek zameldował się u matki, ona musiała otwierać drzwi komornikowi. Dzisiaj też musi się leczyć.

Księgowa Agnieszka przeżyła pierwszy w życiu atak histerii. Było tak: odebrała pismo ze swojego banku. A tam jasno stało: skoro nie otrzymała mieszkania i nie okazała aktu notarialnego, bank przekazuje jej sprawę do departamentu ściągalności wierzytelności. W środku dnia pracy Agnieszka pobiegła do oddziału banku. Miła pani z obsługi klienta powiedziała, że oni już nic nie mogą zrobić, bo "to poszło wyżej". Agnieszka zaczęła płakać, wyć, cała się trzęsła, aż się panie z obsługi  zbiegły, jedna dała jej wodę, druga podstawiła krzesło, a trzecia obiecała, że coś jednak wymyślą. Udało się. Bank nie cofnie jej kredytu. Przynajmniej na razie.

Jak uratować rodzinę?

Agnieszka od początku mówiła dzieciom, co się dzieje. Córka rozpaczała, bo już widziała oczami wyobraźni własny pokój. Syn nie może zrozumieć, dlaczego nie jadą na wakacje. Dlaczego nie może dostać nowych butów? Wszyscy już w klasie mają. Agnieszka wyjaśnia: - Z tego samego powodu, dla którego twoja siostra nie poleci do wymarzonej Irlandii. My już nie mamy pieniędzy.

Trudno to własnym dzieciom powiedzieć.

Marek przeżył w domu "okres burzy i naporu". Żona wrzeszczała, obwiniała go: - To ty nam to znalazłeś! Cierpliwie tłumaczył: - Przecież razem decyzję podjęliśmy. Udało im się wyjść z kryzysu, ale ile rozwodów już było przez to wszystko! A ilu mężów, ile żon musiało za granicę wyjechać natychmiast, żeby mogli sfinansować kredyt.

Programistka Alicja już się cieszyła, że życie nareszcie się ułoży. Wyprowadziła się z Mazur, trafiła na dobrą pracę w Trójmieście, ściągnęła matkę, emerytowaną nauczycielkę. Pierwszy raz w życiu miała więcej pieniędzy. Teraz nie wie, kiedy założy rodzinę. I czy w ogóle, bo jak tu utrzymać dzieci, wiedząc, że wisi nad tobą dług na całe życie?

Kto jest winien?

Lokatorzy Sewilli podzielili się na tych, którzy o wszystko obwiniają dewelopera, i na tych, co główną winę przerzucają na bank. Ta różnica spowodowała rozłam. Kiedyś mówili jednym głosem, teraz mają różnych prawników i różne strategie.

Marek należy do tych, co rozumieją dewelopera, który robi, co może. Dokończy budowę nie dlatego, że mają tam w 4Invest takie dobre serca, tylko im się to zwyczajnie opłaca. Zresztą też przeżywają dramat, sami muszą oszczędzać na wypłatach. Marek ma żal do ludzi atakujących dewelopera. Piłują gałąź, na której siedzą. Przecież jeśli firma ogłosi upadłość, to oni już nic nie dostaną. A jak się wykonawcy przestraszą, to nie będzie miał kto dokończyć im budowy.

Z kolei Dawid w zarządzie 4Invest widzi tylko grube ryby, co to jeżdżą najdroższymi samochodami i utuczyły się na ich krzywdzie.

Lokatorzy Sewilli podzielili się na tych, którzy o wszystko obwiniają dewelopera, i na tych, co główną winę przerzucają na bank (fot. Bartosz Józefiak)
Lokatorzy Sewilli podzielili się na tych, którzy o wszystko obwiniają dewelopera, i na tych, co główną winę przerzucają na bank (fot. Bartosz Józefiak)

Kto jest winien - zdecyduje sąd. A niedoszli mieszkańcy Sewilli pokłócili się na wewnętrznych forach, aż w końcu rozdzielili się całkiem. Jedni drugich obwiniają o głupotę, brak solidarności, działanie na szkodę reszty. W najlepszym wypadku widzą w tych drugich pożytecznych idiotów. W najgorszym: zdrajców.

Wszyscy winią też państwo za to, że pozostawiło ich samym sobie. Posłowie interesowali się sprawą przez chwilę, by w blasku fleszy wygłaszać mądre frazesy. Pani prokurator pojechała sobie na urlop, oburza się Michał, a dla niego każdy miesiąc zwłoki to, przypomnijmy, 1500 złotych w plecy. Sądy nie widzą w nich strony postępowania, a więc o niczym nie informują. Do czasu, żali się Agnieszka. Bo jak trzeba będzie dopłacić do budowy, to nagle się okaże, że są jednak potrzebni. 

Jak to się skończy?

Dziś sytuacja wygląda tak: bank oskarża zarząd dewelopera o "przestępczą działalność". Izydor Jarzyński z 4Invest odpowiada, że to bank działa bezprawnie. Deweloper chętnie dokończy budowę. Musi mieć tylko pieniądze. A te albo uwolni WBS, albo mieszkańcy będą musieli dopłacić kolejne transze. Ile? Na dziś nie wiadomo. Trwa restrukturyzacja 4Invest, a sądowy nadzorca zdecyduje, jak skończy się cała sprawa. Do finału jeszcze daleko. A lokatorzy mają mieszane uczucia.

Dawid twierdzi, że wszystko potrwa jeszcze z siedem lat, a mieszkania zobaczą dopiero po sowitej dopłacie.

Michał myśli, że blok może dokończą, ale w jakimś strasznym standardzie, z grzybem na ścianie i wejściem na klatkę od strony podziemnego parkingu.

Krzysztof chciałby dożyć czasów, kiedy zobaczy jednak to nowe mieszkanie.

Marek jest optymistą. Muszą przecież zbudować!

Agnieszka wolałaby najgorszą nawet decyzję od tej niepewności.

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". W sierpniu nakładem Czarnego ukaże się książka Bartka i Wojciecha Góreckiego "Łódź. Miasto po przejściach".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku