Profesor Bogumiła Kaniewska

Profesor Bogumiła Kaniewska (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Profesor Bogumiła Kaniewska: Kiedyś słyszałam, że "uniwersytet nie dojrzał jeszcze do kobiety rektora"

Były momenty, kiedy czułam się mniej słuchana niż mężczyźni, moi koledzy na równorzędnych stanowiskach. Czułam, że trudno mi jest się przebić, traktuje się mnie z - nazwijmy to - pobłażliwością. Ale były też takie sytuacje, w których korzystałam z tego, że ktoś uważał, że powinno mi się pomóc, bo jestem kobietą - mówi profesor Bogumiła Kaniewska. Jako pierwsza kobieta w historii została wybrana na rektorkę Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu i przewodniczącą Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich.

Zdarzyło się pani gonić białego królika?

Myślę, że wszyscy go gonimy, bo jeśli się nie goni białego królika, życie jest smutne. Zawsze trzeba mieć coś przed sobą, jakiś cel, często nawet niedościgniony. A jeśli zdarza się, że jednak go osiągamy, natychmiast się pojawia następny biały królik i zabawa zaczyna się od nowa.

Nawet jeśli już się wykona "skok w głąb króliczej nory"?

Mnie on wystarcza, nie zakładam kolejnego etapu mojej kariery. Mam poczucie, że i tak osiągnęłam dużo. Kiedy zaczynałam studia polonistyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, do głowy mi nawet nie przyszło, że kiedyś nim - jako pierwsza kobieta w historii - pokieruję. Wyżej już na UAM zajść nie mogę, więc jeżeli wykonam jeszcze jakiś skok, będzie on ewentualnie związany z działalnością naukową. Może tu się pojawi inny biały królik.

Zacząłem od "Alicji w Krainie Czarów", bo to jedna z przetłumaczonych przez panią książek, i w dodatku ma pani ponoć na jej punkcie bzika.

Rzeczywiście, tak się jakoś stało. Trochę przypadkowo, bo zaczęłam pracować jako tłumaczka literatury z bardzo prozaicznych względów. Tłumaczenia miały wspomóc moją ówczesną, skromną, pensję adiunkta, a wcześniej stypendium doktoranckie. Później przekłady stały się czymś w rodzaju ważnego hobby. Alicja, co ciekawe, pojawiła się w momencie, kiedy postanowiłam już więcej nie tłumaczyć i zabrać się za profesurę. To wtedy przyszła do mnie propozycja przekładu "Alicji..." i wtedy pogoniłam białego królika. Zupełnie nie mogłam się oprzeć.

Mnie to zupełnie nie dziwi.

Ale zdziwi się pan może, kiedy usłyszy, że nie czytałam wcześniej "Alicji w Krainie Czarów", a dostałam ją w prezencie jeszcze jako dziecko, piękne wydanie od rodziców na gwiazdkę. Lekturę skończyłam po kilku stronach, znudziła mnie i powędrowała na półkę. Znałam ją potem oczywiście z rozmaitych cytatów, nawiązań kulturowych, ale nie potrafiłam się jakoś przekonać do przeczytania całości.

Kiedy dostałam propozycję przekładu, nie mogłam jej jednak odrzucić, bo jest to przecież książka legendarna. I w trakcie tłumaczenia w Alicji się zakochałam, rozumiejąc jednocześnie, jakim jest translatorskim wyzwaniem. To nie jest, żeby była jasność, książka napisana skomplikowanym językiem, ale rozmaite smaczki powodują, że jest trudna w przekładzie. Dlatego właśnie nikt nigdy nie stworzy kongenialnego tłumaczenia "Alicji w Krainie Czarów", kolejni tłumacze będą próbować kolejnych przekładów - będą ciągle gonić białego królika.

Kiedy zaczynałam studia polonistyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, do głowy mi nawet nie przyszło, że kiedyś nim - jako pierwsza kobieta w historii - pokieruję (fot. Monika Sidorowska)
Kiedy zaczynałam studia polonistyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, do głowy mi nawet nie przyszło, że kiedyś nim - jako pierwsza kobieta w historii - pokieruję (fot. Monika Sidorowska)

Pani jest polonistką, nie anglistką. Skąd więc ten angielski?

Pewnie pana zaskoczę, ale nauczyłam się go w liceum, bez żadnych dodatkowych korepetycji. Uczyła mnie pani profesor Lubomira Szymaderska, anglistka w IV Liceum Ogólnokształcącym w Poznaniu, które w tym czasie słynęło z nauczania angielskiego. Miałam sześć godzin angielskiego w tygodniu z bardzo wymagającą nauczycielką.

Na anglistykę pani jednak nie poszła.

Ale miałam taką pokusę.

Wybrała pani polonistykę. Za sprawą mamy polonistki?

Mama długo próbowała mnie od tego pomysłu odwieść, bo wiedziała, że nauczyciel języka polskiego to trudna praca. Polonista ma bardzo dużo prac domowych - sprawdziany, wypracowania, dyktanda. Ale chęć bycia nauczycielką polskiego była silniejsza i mimo że pod koniec liceum rozważałam i anglistykę, i prawo, zostałam z moim pomysłem z dzieciństwa - polonistyką.

I gdzie to panią zaprowadziło?

Ano właśnie! Moim dzieciom zawsze powtarzałam, żeby robiły, co chcą, byle z pasją.

Z pasją cukierniczą włącznie?

W kuchni rzeczywiście najlepiej wychodzi mi pieczenie słodkości. Mam na to wielu świadków, w tym najwierniejszego fana moich wypieków - tatę.

Może w przyszłości jakaś cukierenka w Poznaniu?

Dzisiaj nawet o tym rozmawialiśmy z rodziną: co, jeśli nie uczelnia? Wyszło, że cukiernia albo kwiaciarnia. Na kwiatach się jednak nie znam, a na pieczeniu tak.

Trudno jest połączyć pieczenie z karierą naukową?

Nie, przynajmniej nie w moim przypadku. Mnie tak zwane czynności domowe zawsze sprzyjały, potrafiłam je jakoś sprawnie łączyć z pracą naukową. Podczas pieczenia czy zmywania przychodziło mi do głowy sporo pomysłów, także na przetłumaczenie czegoś.

Mama długo próbowała mnie od tego pomysłu odwieść, bo wiedziała, że nauczyciel języka polskiego to trudna praca (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Mama długo próbowała mnie od tego pomysłu odwieść, bo wiedziała, że nauczyciel języka polskiego to trudna praca (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

A jak dorzucimy do tego dwójkę małych dzieci?

One są małe przez jakiś czas. W dodatku między moimi dziećmi jest ponad sześć lat różnicy, więc kiedy urodził się syn, córka była już podrośnięta. Ale tak, trzeba powiedzieć, że łączenie kariery naukowej i wychowanie dzieci wymaga gimnastyki, szczególnie kiedy dzieci są małe. Jednak też nie ma co generalizować, bo są różne modele wychowania i różne wymogi danych dziedzin naukowych. Chemiczka, która robi doświadczenia, nie może sobie na przykład pozwolić na zabranie roboty do domu, co mogą zrobić humaniści. Ja mogłam czytać, zanim dzieci wstały albo kiedy poszły spać.

Z drugiej strony były oczywiście rozmaite wyjazdy na konferencje i uniwersyteckie pożary do ugaszenia - pewnie wtedy moje dzieciaki musiały trochę zapłacić za karierę mamy. Powiem panu, że nie wszystko mi się w życiu udało, ale dzieci bardzo.

Cała pani kariera związana jest z Poznaniem. Nie chciała pani nigdy wyjechać?

Dwukrotnie byłam tego bliska, mogłam wyjechać do Krakowa. W pierwszym przypadku zatrzymała mnie rodzina, która stanowczo nie godziła się na wyjazd. W drugim zatrzymało mnie to, że podjęłam nieco wcześniej poważne zobowiązania i gdybym wyjechała, rozczarowałabym dużą grupę ludzi. Obiecałam po prostu, że wystartuję w wyborach na dziekana wydziału. Gdyby kolejność propozycji była odwrotna, kto wie.

Skąd chęć u naukowczyni na zarządczą karierę?

Z ambicji, żeby powiedzieć uczciwie. Zawsze byłam ambitna, zawsze lubiłam wyzwania i zawsze praca była dla mnie bardzo ważna, choć rozpoczynając pracę na uniwersytecie, myślałam raczej o karierze wyłącznie naukowej. A potem okazało się, że moi przełożeni, moi koledzy dostrzegli we mnie potencjał organizacyjny i zarzucali mnie coraz to nowymi obowiązkami. Czym bardziej mi one wychodziły, tym częściej się pojawiały kolejne propozycje, coraz poważniejsze. I tak to poszło.

Bez obaw?

Przyznaję, trochę się przed nimi tak po damsku broniłam: nie, nie dam rady, za trudno, to, tamto.

Mężczyźni się nie bronią, zwykle nie myślą, że nie dadzą rady.

Ma pan rację, to jest kulturowe. Pozbycie się takiego myślenia wymagało w moim przypadku trochę czasu. Bardzo mi w tym pomogło wielkie szczęście bycia otoczoną ludźmi, którzy we mnie wierzą. Cieszy mnie ich zaufanie, daje mi ono satysfakcję i dodaje pewności siebie. Gwoli sprawiedliwości muszę powiedzieć, że wśród tych osób jest bardzo wielu mężczyzn, moich kolegów. Pierwszymi promotorami mojej kariery administracyjnej byli przełożeni, mężczyźni. To oni mnie często zachęcali.

A gdyby nie zachęcali?

Nie wiem, czy bez tych zachęt tak by to poszło, naprawdę.

Zawsze byłam ambitna, zawsze lubiłam wyzwania i zawsze praca była dla mnie bardzo ważna, choć rozpoczynając pracę na uniwersytecie, myślałam raczej o karierze wyłącznie naukowej
Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

Czuła pani w swojej uniwersyteckiej karierze, że płeć ma znaczenie?

Oczywiście. Były takie momenty, kiedy czułam się mniej słuchana niż mężczyźni, moi koledzy na równorzędnych stanowiskach. Czułam niejednokrotnie, że trudno mi jest się przebić, że traktuje się mnie z - nazwijmy to - pobłażliwością. Ale były też takie sytuacje, kiedy rozbrajałam surowego szefa uśmiechem albo korzystałam z tego, że ktoś uważał, że powinno mi się pomóc, bo jestem kobietą.

Z wyrzutami sumienia?

Nie, bo nikogo przecież nie skrzywdziłam i działałam, że tak powiem, z tym, co mam. Jeżeli musiałam załatwić coś dla wydziału stanowczością, to załatwiałam, jeśli mógł mi w tym pomóc - jak mawiał jeden z rektorów - "ładny uśmiech", proszę bardzo. Najważniejszy był efekt.  

Jak to jest możliwe, że przez ponad 100 lat istnienia UAM żadna kobieta przed panią nie zdecydowała się ubiegać o stanowisko rektora?

Zacznijmy od tego, że przez prawie 100 lat w gronie prorektorów były tylko dwie kobiety: pani profesor Teresa Rabska i pani profesor Sławomira Wronkowska-Jaśkiewicz. Kiedy cztery lata temu swoją ekipę powoływał ustępujący rektor, pan profesor Andrzej Lesicki, liczba prorektorek wzrosła o 100 procent, bo byłyśmy dwie. Nie umiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nigdy wcześniej żadna z koleżanek nawet nie startowała w wyborach rektorskich. Może słyszały, to co ja kiedyś, że "uniwersytet nie dojrzał jeszcze do kobiety rektora".

Błagam, przecież to jest zwykły seksizm.

Może to i prawda, ale sam problem jest, przyzna pan, zagadkowy. Przecież mieliśmy niejedną wybitną uczoną i żadna nie zdecydowała się kandydować. To chyba jakiś opór kulturowy, który jest w tej chwili przełamywany. Pierwsze były prywatne i mniejsze uczelnie, te duże działają znacznie wolniej. Także dlatego, że kobiety nie tyle przegrywają wybory, co w nich nie startują.

Może myślą to, co pani kiedyś: "nie, nie dam rady, za trudno, to, tamto".

Pewnie tak, bardzo możliwe.

Pani nie tylko wystartowała, ale także wygrała wybory, zdobywając niemal dwukrotnie więcej głosów niż kontrkandydat. Prasa donosiła radośnie, że UAM wybrał pierwszą w historii rektorkę. Pani jednak w swoim powyborczym wystąpieniu zupełnie się do tego historycznego wyboru nie odniosła. Dlaczego?

Kiedy postanowiłam wystartować w wyborach i zastanawiałam się nad programem, pierwsze, co mi przyszło naturalnie do głowy, to hasło "Czas na kobietę", ale szybko tę myśl zarzuciłam, bo pomyślałam, że wszyscy właśnie tego się spodziewają.

Że nic poza tym?

Tak, że będę ciągle mówiła tylko o tym, że jestem kobietą, a ja mam przecież cały program dotyczący rozwoju naszego znakomitego uniwersytetu, który mam zamiar w najbliższych latach realizować. Doceniając więc historyczność tego wyboru: dla koleżanek, dla uniwersytetu, dla poznanianek, nie chciałam, żeby moja płeć była centralnym tematem wyborów. Ale zapewniam pana, że ogromną radość sprawiają mi liczne gratulacje - od kobiet i mężczyzn, od których słyszę: "w końcu kobieta".

Przez prawie 100 lat w gronie prorektorów były tylko dwie kobiety (fot. Monika Sidorowska)
Przez prawie 100 lat w gronie prorektorów były tylko dwie kobiety (fot. Monika Sidorowska)

Rozumiem, choć uważam, że nie ma niczego złego w podkreślaniu faktu wyboru kobiety na stanowisko, które przez 100 lat z okładem zajmowali wyłącznie faceci.

A gdyby mój kontrkandydat zrobił kampanię pod hasłem: "Głosujcie na mnie, znów mężczyzna"?

To z pewnością by wygrał na Uniwersytecie Jagiellońskim.

A w Poznaniu, widzi pan, historyczna zmiana - taki mamy klimat.

Wpłynie on na zachowanie lepszego balansu płciowego na UAM?

To się już dzieje, nie przypadkiem stworzyłyśmy z koleżanką, panią prorektor Beatą Mikołajczyk, program "Gdy nauka jest kobietą". Uznałyśmy, że trzeba bardziej wspierać dziewczyny rozpoczynające kariery naukowe. Ale też muszę tu podkreślić zasługi w tej materii pana profesora Andrzeja Lesickiego, który bardzo dba o zachowanie balansu płciowego. Kiedy jakąś nagrodę otrzymywali sami mężczyźni, rektor pytał: dlaczego? Kiedy do jakiegoś gremium wybrano kilku panów, rektor mówił, że reszta miejsc musi być zarezerwowana dla kobiet. To były bardzo świadome i ważne działania.

Męskiego nadal świata.

Pamiętam sprzed kilku lat okładkę naszego magazynu "Życie Uniwersyteckie" dotyczącą odbywającego się na naszym uniwersytecie spotkania - bodaj Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich. Byli na niej sami mężczyźni i jedna kobieta. Wtedy sobie pomyślałam, że naprawdę coś tu jest nie tak, że to jest smutny w gruncie rzeczy obrazek.

Tymczasem niedawno, zaraz po pani wyborze, także Uniwersytet Łódzki wybrał swoją pierwszą w historii rektorkę - biolożkę, profesor Elżbietę Żądzińską. Kilkanaście dni wcześniej profesor Milenia Fiedler została - jako druga kobieta - rektorką Szkoły Filmowej w Łodzi. W ogóle uczelnie artystyczne zdają się być w tej materii mniej patriarchalne. Akademią Muzyczną w Poznaniu kieruje jeszcze profesor Halina Lorkowska, a niebawem zastąpi ją profesor Hanna Kostrzewska,  Akademią Sztuk Pięknych w Łodzi - profesor Jolanta Rudzka-Habisiak, a Akademią Sztuk Teatralnych w Krakowie - profesor Dorota Segda. Jeśli chodzi o wielkie uniwersytety, tylko Uniwersytet Warszawski już 15 lat temu wybrał na najwyższą funkcję profesor Katarzynę Chałasińską-Macukow - to pewnie była ta jedyna kobieta na wspomnianym przez panią zdjęciu.

Rzeczywiście, wydaje się, że uniwersytety akademickie, jak mówimy: bezprzymiotnikowe, są bardziej konserwatywne od uczelni artystycznych, na których to idzie szybciej. Chyba dlatego, że artyści, ludzie związani z kulturą, są zawsze w awangardzie, chętniej wychodzą z konwencji. Mam nadzieję, że teraz przyszła pora na nas.

Przyszła też pora na pierwszą przewodniczącą Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich. Została nią pani.

To nie jest zaskakujące, biorąc pod uwagę to, że byli tam dotychczas niemal sami mężczyźni. Wielkiego wyboru więc nie było. Teraz jest nas 13 rektorek, z których tylko dwie wchodzą w skład Konferencji.

Uniwersytet Adama Mickiewicza (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Uniwersytet Adama Mickiewicza (fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

Coraz częściej w pani biogramie pojawia się słowo "pierwsza".

Tylko trzy razy.

Póki co.

Wystarczy. Jak mówił wybitny rosyjski literaturoznawca Michaił Bachtin: "Boh trojcu lubit". Czas na kolejne kobiety.

Kobiety rektorów czy rektorki?

Jedna i druga forma jest dopuszczalna i mnie nie razi. Nie podoba mi się "rektora" i "dziekana". Mimo że są poprawne fleksyjnie, drażnią moje ucho, choć pewnie wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Dzisiaj wiele kobiet nadal uważa, że żeńska forma, która jest często zdrabniająca, ujmuje ich zawodom powagi, że "asystent" to poważna funkcja, a "asystentka" parzy kawę, że "sekretarz" to poważna funkcja, a "sekretarka" - znów - parzy kawę. Ale to się powoli zmienia.

Zanim została pani prorektorką, a potem rektorką, była pani dziekanką?

Nie, a wie pan, dlaczego? Bo Dziekanka to nazwa szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie i tego skojarzenia w Poznaniu uniknąć się nie dało.

Ja, żartobliwie, lubię używać słowa "rektorzyca". Bardzo je lubię.

To forma zadziorna, drapieżna, jedna z fajniejszych, ale się nie przyjmie. ? propos "rektorzycy", kiedy zostałam wybrana na dziekana Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej, ówczesny rektor, profesor Bronisław Marciniak, zapytał mnie, jak ma się do mnie zwracać. Powiedziałam: "Mów mi dziekanicha".

Wspaniałe, bardzo słowiańskie.

Prawda? To jest właśnie piękno polszczyzny. A rektorzyca to prawie jak wampirzyca.

Prof. dr hab. Bogumiła Kaniewska. Polonistka, literaturoznawczyni, tłumaczka, profesorka nauk humanistycznych. Była dziekanem Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej, prorektorką ds. studenckich, a od 1 września tego będzie rektorką Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, wybraną także niedawno na przewodniczącą Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich. Jest autorką kilku książek i przekładów, członkinią jury Poznańskiej Nagrody Literackiej.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku