Reklamy w Japonii

Reklamy w Japonii (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

Każdy z nas miał kontakt z około trzema tysiącami reklam dziennie. Tak było w latach 1996-2002

Chyba po raz pierwszy w życiu uświadamiam sobie, że jestem zadowolony, nie pragnąc niczego innego niż to, co mam przed sobą w tej najbardziej ulotnej z chwil, tu i teraz. Wielokrotnie czułem w życiu szczęście, nadzieję i ekscytację, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej był po prostu zadowolony - pisze w książce "Offline" Mark Boyle.

Niemal dziesięć lat temu, zanim postanowiłem "wyciągnąć wtyczkę" i odłączyć się od cywilizacji przemysłowej, rozpocząłem życie bez pieniędzy. Ten roczny w pierwotnym zamyśle eksperyment potrwał trzy lata, a od tamtej pory pieniądze odgrywają w moim życiu nieznaczną rolę. Pewnie myślisz sobie: oto ktoś o poważnych skłonnościach masochistycznych. Nie winię cię.
Jednakże bliższe prawdy jest stwierdzenie przeciwne. W słowach takich, jak "rezygnacja", "porzucenie" i "wycofanie" zawsze pobrzmiewa niebezpieczne echo poświęcenia, ograniczenia
i ascetyzmu, które podkreśla to, co tracimy, zamiast tego, co możemy zyskać.*

(...)

Niemal od miesiąca nie widziałem żadnej reklamy, aż do dzisiejszego ranka. Napój energetyczny. Jego reklama widniała na jednej z tych przyczep w kształcie litery A obwożonych po miastach od rana do wieczora. Ciągnąca ją furgonetka mijała nasze gospodarstwo, jak się domyślam, w drodze z jednego miasta do drugiego. Rolnicy w wieku od pięćdziesięciu do osiemdziesięciu lat raczej nie są rynkiem docelowym tego reklamodawcy.

Studiowałem marketing przez cztery lata w ramach studiów licencjackich z biznesu. Przeczytałem wtedy, że każdy z nas ma kontakt z około trzema tysiącami reklam dziennie - w sklepach, gazetach i magazynach, na bilbordach i furgonetkach, w radiu i telewizji. Tak było w latach 1996-2002, zanim internet opanował każdy zakamarek naszego życia. Mogę sobie wyobrazić, jak wyglądają te statystyki w dobie cyfryzacji.

Dziwnie się poczułem na widok tej reklamy. To był prawie szok. Nie mogę narzekać, bo mój obecny kontakt z reklamami jest nikły w porównaniu z przeszłością. A jednak ta obcesowość i buta na mijającej mnie przyczepie jaskrawo kontrastowała z lasem w tle. Czy skoro można bez zezwolenia wystawić mój umysł na tę nieodpowiedzialną, wyidealizowaną reklamę niezdrowego uzależniającego produktu, to znaczy, że i ja nie potrzebuję niczyjej zgody, aby wbić siekierę w tę przyczepkę, kiedy znów będzie tędy przejeżdżała? Mój umysł też jest prywatną własnością - może nawet najbardziej prywatną ze wszystkich.

Każdy z nas ma kontakt z około trzema tysiącami reklam dziennie - w sklepach, gazetach i magazynach, na bilbordach i furgonetkach, w radiu i telewizji (fot. Shutterstock)
Każdy z nas ma kontakt z około trzema tysiącami reklam dziennie - w sklepach, gazetach i magazynach, na bilbordach i furgonetkach, w radiu i telewizji (fot. Shutterstock)

Wróciwszy z lasu do domu, zastaję w skrzynce na listy wyciąg bankowy. Bank jest prawnie zobligowany do wysyłania go raz na kilka miesięcy, czy mi się to podoba czy nie. Przebiegam go wzrokiem i zauważam, że w kolumnie "winien" suma jest bliska zeru, co mnie cieszy, bo po stronie "ma" też jest prawie pusto. Jedyną pracą, za którą otrzymuję pieniądze, jest pisanie, a ludzie powtarzają mi, że rezygnacja z mediów społecznościowych, telefonu i e-maila nie poprawi mojej sytuacji finansowej. Wszystko inne robię za darmo i zawsze dla kogoś, kto jest dla mnie ważny. Dlatego ten wyciąg jest głównie krótkim zestawieniem opłat bankowych, jakie musi płacić każdy mieszkaniec Irlandii mający na koncie mniej niż dwa i pół tysiąca euro - dla tych, którzy mają więcej, prowadzenie rachunku jest bezpłatne. W gruncie rzeczy jest to podatek nałożony na biednych.

Rzucam wyciąg na ruszt paleniska i przykrywam podpałką, przygotowując stosik na wieczór - lepiej teraz, niż kiedy zrobi się ciemno i zimno - a potem wychodzę ze śniadaniem przed domek, na poranne słońce. Chyba po raz pierwszy w życiu uświadamiam sobie, że jestem zadowolony, nie pragnąc niczego innego niż to, co mam przed sobą w tej najbardziej ulotnej z chwil, tu i teraz. Wielokrotnie czułem w życiu szczęście, nadzieję i ekscytację, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej był po prostu zadowolony.

~

Komórka w ogrodzie wygląda jak po wizycie Olivera Mellorsa i lady Chatterley. Na stołach walają się puste worki po ziemi do doniczek, na podłodze stoi kilka tych tanich zielonych konewek, a wszędzie wokół poniewierają się plastikowe doniczki i palety wysiewne. Jest początek kwietnia, więc muszę doprowadzić to miejsce do porządku przed następnym okresem wegetacji.

Mamy zamiar wyhodować tyle warzyw, aby wyżywić ośmioro ludzi przez cały nadchodzący rok, więc zaczynam porządki od zrobienia stołów ze starego drewna i zużytych palet. Wysprzątawszy wszystko, rozkładam na blatach sto czarnych plastikowych palet wysiewnych, z których każda zawiera dwanaście komórek. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, to powinniśmy otrzymać od tysiąca do tysiąca dwustu sadzonek. Każdą komórkę napełniam ziemią, dobrze podlewam i wsadzam do nich po jednym nasionku. Mam tu wszystko, od grochu i fasoli pinto do różnych odmian jarmużu. Jarmużu nigdy za wiele. Na plastikowych etykietkach i kawałkach tektury wypisuję takie nazwy, jak kukurydza cukrowa, dynia Yokohama, jeżówka, szpinak, rukola, cukinia, ogórek, brukiew, nagietek, brukselka i burak. Przed zmrokiem wysiewam ponad trzydzieści rodzajów ziół, warzyw i sałat. Nie należę do ludzi, którzy się łatwo ekscytują, ale już nie mogę się doczekać widoku wyłaniających się z ziemi pierwszych sadzonek. Taka praca przynosi satysfakcję i dodaje otuchy.

Komórka w ogrodzie wygląda jak po wizycie Olivera Mellorsa i lady Chatterley (fot. Shutterstock)
Komórka w ogrodzie wygląda jak po wizycie Olivera Mellorsa i lady Chatterley (fot. Shutterstock)

Potem jednak popełniam błąd, bo zaczynam za dużo myśleć i nagle wszystko zdaje się tracić sens. Etykietki, konewki, palety i worki z ziemią - naokoło sam plastik. Dosłownie. Nawet ściany są plastikowe, bo to ostatni z odziedziczonych tuneli foliowych, który się ostał.

Wiem, że uprawa warzyw nie zawsze tak wyglądała, ale rolnictwo poprzedzało industrializm i ich mariaż był tylko kwestią czasu. Nie mam pojęcia, co obecnie znaczy zwrot "zrównoważony rozwój" - czy ktoś jeszcze to wie? - ale przecież nie coś takiego. Poza tym nie chcę wspierać kultury zależnej od plastiku. Wiem, że muszę nabrać większej wprawy w zbieraniu żywności. Szukać jej wśród żywopłotów, na łąkach i wszędzie tam, gdzie rośliny rosną dziko i naturalnie, bez pomocy plastiku i szop pełnych narzędzi - tak, w tym widzę sens. Wiem, że zamiast kupować ziemię do doniczek, muszę przygotować humus z liści, że lepiej byłoby skupić się na roślinach wieloletnich, nie jednorocznych, i że powinienem zrobić jeszcze ze sto innych rzeczy. Potem jednak mówię sobie, że to wszystko wymaga czasu - stworzenie leśnego ogrodu zajmuje co najmniej piętnaście lat - i że nie od razu Rzym zburzono.

Przed wyjściem podlewam rośliny, z zachwytem myśląc o tym, że w nadchodzącym roku ta drewniana skrzynka z embrionalnymi kruchymi nasionkami, którą trzymam w dłoniach, będzie dostarczać nam warzyw.

Kiedy piszę, czuję mrowienie w palcach. Zbierałem pokrzywy, żeby ugotować zupę na lunch; resztę liści zamierzam ususzyć, by później parzyć z nich herbatę. Łatwiej je zrywać, niż większość ludzi sobie wyobraża. W dawnej diecie były tak powszechne, że istnieje nawet stary irlandzki wierszyk przypominający dzieciom, jak należy je zbierać.

Jeśli pokrzywę uchwycisz lekko,
Sparzy cię tak, że zaboli ręka.
Jak pręt stalowy ściśnij ją krzepko,
A pozostanie jak jedwab miękka.

Dopóki twój umysł będzie skupiony na pokrzywach, nie poparzysz się, choćbyś je zrywał przez cały dzień. Wystarczy chwila nieuwagi, a zaraz dadzą ci popalić. Każdy listek jest Buddą.

W skrytości ducha całkiem lubię to uczucie, a podobno poparzenie dobrze wpływa na krążenie krwi. Z tajemniczego powodu mrowienie wraca w nocy, kiedy zdejmuję ubranie, a wraz z nim wspomnienie przeżytego dnia.

~

Do niedawna nie byłem fanem chodzenia dla samego chodzenia. W kulturze przemysłowej, w której dorastałem, spacery uważano za próżniactwo, a ono nie jest cnotą. Były czymś, co robili emeryci próbujący odzyskać zdrowie, nie zaś młodzi ludzie, którzy musieli gonić za karierą, wykarmić rodzinę, rozwijać firmę i niszczyć sobie zdrowie. Tak było, zanim przeczytałem peany Thoreau na cześć "sztuki chodzenia". Trudno zignorować esej, który zaczyna się słowami:

Chcę napisać parę słów o Naturze, o absolutnej wolności i uczuciu dzikości i stany te przeciwstawić wolności i kulturze tworzonej przez cywilizacje i wychowanie.

...po których sztuka chodzenia stała się nie tyle politycznym aktem przeciwko dogmatowi i tyranii idei takich, jak skuteczność i wydajność, ile wartą podtrzymania tradycją. Gdy zacząłem przebierać nogami, nie planując celu wyprawy, odkryłem coś zaskakującego i sprzecznego z tym, co kiedyś sobie wyobrażałem.

W kulturze przemysłowej spacery uważano za próżniactwo, a ono nie jest cnotą (fot. Shutterstock)
W kulturze przemysłowej spacery uważano za próżniactwo, a ono nie jest cnotą (fot. Shutterstock)

Mamy deszczowy poranek - deszczowy po irlandzku - więc postanawiam zostać w domu i trochę popisać. Ale przed lunchem zaczyna mnie nosić. Przypominam sobie, że jestem zwierzęciem, a nie bezcielesnym myślicielem, więc ulegam chęci wybrania się na przechadzkę. Idę po Bulmersa. Nigdy nie był tresowany i nie jest najbystrzejszym psem na świecie, więc spacerując ulicą, trzeba go trzymać na smyczy.

Właściwie to jestem dla niego niesprawiedliwy. Zamiast nazywać go niewytresowanym, mogłem powiedzieć dziki, własnowolny, nieudomowiony, nieposkromiony, czyli taki, jaki sam chciałbym znów być. Bez trudu mógłby biegać po lesie i pastwiskach całymi tygodniami i świetnie sobie radzić, nie mając nic prócz sierści na grzbiecie, a to, spójrzmy prawdzie w oczy, wymaga wyższej formy inteligencji, niż udało mi się dotychczas osiągnąć. Jednak na smyczy jest nie do wytrzymania, wiecznie rwie do przodu, ciągnąc mnie za sobą, gdzie go oczy niosą. To właśnie ten nieustraszony duch, ten niesłabnący entuzjazm do życia sprawia, że na spacerze nigdy nie mogę go wyprzedzić.

Ruszamy przez coś, co zaledwie kilka tygodni temu było lasem, a teraz jest. cóż, sam nie wiem, jak to nazwać. Maszyny skończyły i zabrały to, czego trzeba, by dalej napędzać gospodarkę maszyn. Na początku mój umysł wciąż działa w trybie pisania, broniąc się przed zwykłym spacerowaniem i za dużo główkując. Mimo wszystko zbiera owoce swoich wysiłków, bo świeże powietrze i ruch pomagają w uporaniu się z myślami, zdaniami i akapitami, przy których utknąłem. A wiecznie przy czymś utykam. Nie jestem urodzonym pisarzem.

Dopiero po przejściu półtora kilometra czuję się zakorzeniony w teraźniejszości. Zauważam ślady sarny prowadzące do sąsiedniego kilkuakrowego lasu. Odnotowane. Wszędzie pełno mniszka lekarskiego i pokrzyw, a z obu tych roślin można zrobić dobre piwo. Odnotowane. Maszyny zostawiły po sobie resztki w postaci wybrakowanego drewna, które - teoretycznie - idealnie nada się na opał. Odnotowane.

W końcu wracam do domku, i to w samą porę, bo niebo znów postanowiło sobie ulżyć. Z jasnym umysłem i pełen werwy pracuję do późna w nocy.

Książka 'Offline' Marka Boyle'a (fot. Materiały prasowe)
Książka 'Offline' Marka Boyle'a (fot. Materiały prasowe)

*Fragmenty książki "Offline" Marka Boyle'a, tłumaczenie: Ryszard Oślizło

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (6)
Zaloguj się
  • balina758

    Oceniono 4 razy 2

    Natura i wolnosc to jest to w czym czlowiek powinien sie obracac. Industralizacja i cywilizacja nas w pewnym sensie . zniewolila i oglupila.

  • dar61

    Oceniono 3 razy 1

    Perypatetyzm ponowoczesny. Nieco rozfilozofowany i zbuddziały. Ale wdzięcznie zalatuje zielonością. I małą skazą alkoholizmu.
    .
    '…Studiowałem marketing przez cztery lata…'
    Współczuwam.
    '…stworzenie leśnego ogrodu zajmuje co najmniej piętnaście lat…'
    E tam - może w Arktyce.
    .
    Furgonetka '…To był prawie szok…'
    Wystarczy mieszkać w krainie języka, jakiego się nie zna. To łatwe - byle nie do kraju na południu Mare Balticum - bo ten zachorował na engliszomanię.
    .
    A lasek, Redakcjo, grafiką nabrzmiała, taki jakiś nieirlandzki. Bajkowy.
    Bo Picea abies w Eire może tak ze 2 tysiące lat po stopieniu lądolodu wegetował, zanim go odciął potop z pramorza Północnego, Albion wykrawający, i ciepło od Golfstrømu go wysuszyło, spychając w czeluść Syberii...
    .
    Leżaninę z lasku bierze Markus, bo zgniłaby - czy aby za zgodą, kogo trzeba?
    Nie?
    Cóż, fructarianismus.
    Ciekawe co na to Bulmers...
    .
    ****
    '…zamiar wyhodować tyle warzyw…'
    >>> …zamiar uprawiać tyle warzyw…
    >>> …zamiar wyhodować tyle zwierząt…

    '…jest. cóż…'
    >>> … . C…

  • lulla.by

    0

    W pewien sposób piękne. Być może, przy łagodnych zimach, możliwe.
    Dla ostudzenia emocji polecam przeczytać "Eden Express" Marka Vonneguta albo jeszcze bardziej trafne - obejrzeć sobie film "Into the Wild" /polski tytuł "Wszystko za życie"/ Seana Pennego.

  • gtpress

    Oceniono 2 razy -2

    wirus wymusi powrot do kamienia lupanego i lasu lisciastego...., Czlowiek przetrwa i bedzie sie rozmnazal poza szklanka......

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX