Przesłuchanie świadka koronnego

Przesłuchanie świadka koronnego (fot. Tomasz Stańczak /AG)

wywiad gazeta.pl

Ochraniał świadków koronnych. ''Większość z tych ludzi żyje w ciągłej depresji''

Przechodzą załamania, bo mają świadomość, że już zawsze będą musieli się ukrywać. Że boss kiedyś wyjdzie z więzienia i może odnaleźć zdrajcę - opowiada Zdzisław Hanejko, który przez siedem lat był dowódcą w policyjnym programie ochrony świadków koronnych.

Policjantów zajmujących się ochroną świadków koronnych jest w Polsce około 200. Jak to się stało, że został pan jednym z nich?

Jak trafiłem do ZOŚK-i, czyli Zarządu Ochrony Świadka Koronnego? Albo, jak mówią policjanci, zająłem się "koronką"?

Tak.

Pracowałem w Centralnym Biurze Śledczym, a ZOŚK-a jest jego częścią. Najpierw jednak przez 17 lat zajmowałem się zwalczaniem przemytu narkotyków z Polski do Szwecji i Finlandii. Kiedy trzeci czy czwarty raz wsadzałem za kratki tego samego gościa, zaczynałem powoli mieć dość. Chciałem już też zapomnieć te twarze i zniknąć z tego środowiska. Dla komfortu psychicznego.

O jedno stanowisko w ZOŚK ubiegało się wówczas pięć czy sześć osób. Dostałem je od razu, bo liczyło się doświadczenie w pracy operacyjnej, a to miałem spore.

Ale pewnie nie tylko to.

Miałem też gotowe tzw. dokumenty legalizacyjne, czyli takie, na podstawie których mogłem używać kilku różnych fikcyjnych tożsamości dla maskowania swoich działań operacyjnych. Umiałem również korzystać z mieszkań kontaktowych i lokali konspiracyjnych, wynajmować je i kupować czy używać ich na potrzeby ochrony świadków koronnych.

Wreszcie: potrafiłem sprawnie wykorzystywać i rozliczać fundusz operacyjny. Wcześniej robiłem zakupy kontrolowane, np. kokainy czy pastylek ekstazy. Kiedyś miałem przy sobie też ćwierć miliona fałszywych dolarów i niczym się nie zdradziłem.

A jeśli chodzi o cechy charakterologiczne?

W ZOŚ-ce trzeba być odpornym fizycznie i psychicznie. Na zmęczenie i na stres. Być dobrym kierowcą z uprawnieniami na pojazdy uprzywilejowane, bo świadka trzeba przewozić w różne miejsca. A przede wszystkim być osobą o najwyższym stopniu zaufania. Maksymalnie szczelną.

02.03.2017 Poznan , Sad Okregowy . Jaroslaw Sokolowski ps.  Masa ' zeznaje w procesie Aleksandra Gawronika , ktory podejrzany jest o podzeganie do zabojstwa dziennikarza Jaroslawa Zietary .  Fot. Piotr Skornicki  / Agencja Gazeta
Poznań, Sąd Okręgowy. ''Masa'' zeznaje w procesie Aleksandra Gawronika, podejrzanego o podżeganie do zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Czyli jaką?

Taką, która nie ujawni tajemnicy państwowej. Ochrona świadka koronnego podlega jej najwyższemu stopniu - każdy dokument dotyczący jego procesu czy opieki nad nim, np. wizerunku czy miejsca pobytu, jest ściśle tajny.

Dostałem tę robotę, ale żeby nie miała pani wątpliwości - już od samego początku nikt się ze mną nie pieścił. Od razu przydzielono mi cztery programy pomocy i ochrony świadka koronnego.

Od razu ochraniał pan kilka osób?

Nazywa się to programem, bo świadkowie koronni to zazwyczaj nie są single. Mają żony, dzieci, starszych rodziców i najróżniejsze problemy, które stają się naszymi problemami. "Koronka" nie jest typowo policyjną robotą.

Wie pani, wcześniej te osoby rozpracowywałem i chciałem wsadzić je za kratki, a okazało się, że niektóre z nich mam chronić.

Właśnie o to chciałam zapytać. Nie miał pan z tego powodu dylematów moralnych?

Żadnych. To było jedno z pierwszych pytań, jakie zadał mi naczelnik ZOŚK-i podczas rozmowy kwalifikacyjnej: czy sobie z tym poradzę?

I co pan odpowiedział?

Że nie ma problemu. Werbowałem przecież osobowe źródła informacji z półświatka i prowadziłem tajnych współpracowników. To też byli przestępcy, których powinienem wsadzać do więzienia, a ja się z nimi układałem. Płaciłem im za informacje, nawet dawałem pewne fory. I udawałem miłego gościa.  

Świadek koronny to inny przestępca. To ktoś, kto zeznaje przeciwko swojemu szefowi i pomaga rozpracować, a potem skazać grupę przestępczą. Dla ZOŚK-i ma on status taki jak VIP i najbardziej chronione osoby w państwie, najcenniejsze dla wymiaru sprawiedliwości - podobnie jak dla SOP [Służby Ochrony Państwa, wcześniej BOR - przyp. red.] premier, prezydent czy prezes Sądu Najwyższego.

Zdarzyło się, że któryś świadek koronny zginął?

Ustawa o świadku koronnym powstała w czerwcu 1997 roku. Od tego czasu z winy ZOŚK-i nie zginęła ani jedna chroniona osoba. Z własnej zresztą też nie.

Dowódca ochrony - potocznie Opiekun Programu,  a ja byłem takim dowódcą - dostaje świadka koronnego i jego bliskich na parę lat, i to przez całą dobę. Trzeba załatwić zmianę szkoły dla dziecka, lekarza dla teściowej i nowy telefon dla "koronki". Trudniej jest, jeśli ktoś, tak jak "Masa", biega do mediów albo popełnia kolejne przestępstwa, ucieka czy zrywa się z programu.

02.03.2017 Poznan , Sad Okregowy . Jaroslaw Sokolowski ps.  Masa ' zeznaje w procesie Aleksandra Gawronika , ktory podejrzany jest o podzeganie do zabojstwa dziennikarza Jaroslawa Zietary .  Fot. Piotr Skornicki  / Agencja Gazeta
2017 rok, Poznań. Środki ostrożności podczas procesu, w którym zeznaje ''Masa'' (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Zaczyna się od zmiany tożsamości i dokumentów dla całej rodziny?

Nie tak szybko. W procesie świadek zeznaje przeciwko swoim kompanom pod prawdziwym nazwiskiem. To najbardziej newralgiczny okres, właśnie wtedy ochrona musi być najszczelniejsza. Bo wozi się świadka do prokuratury czy do sądu. Ale od początku musi mieć on zabezpieczone potrzeby lokalowe i zdrowotne. Wynajmuję mu mieszkanie, czasem dom, na moje dokumenty legalizacyjne.

Wszystkie jego problemy stają się moimi problemami. Umawiam go np. na prywatne wizyty u lekarzy, bo nie może istnieć w ogólnopolskiej ewidencji NFZ. Załóżmy, że "koronka" pochodzi z Katowic, a my go umieszczamy w Sopocie. Nie może pójść do lekarza w nowym miejscu zamieszkania, bo go od razu wrzucą w system i zostanie zdekonspirowany. Załatwiam też nową szkołę dla dziecka i pracę dla żony. Naprawiam cieknący kran, podaję aspirynę.

Opiekun, księgowy i złota rączka w jednym.

W zamian "koronka" musi być dyspozycyjny, więc na czas procesu dostaje pensję z naszego funduszu operacyjnego "0". To zwykle około jednej średniej krajowej. Na żonę, która nie pracuje, czy na dziecko dostaje połowę tej kwoty. Jeśli płacimy mu za wynajem mieszkania, pensję proporcjonalnie pomniejszamy.

Nie chce pan chyba powiedzieć, że taki świadek koronny klepie biedę?

To zależy. Załóżmy, że razem z pomocą finansową dla siebie i pieniędzmi na utrzymanie żony i dziecka dostaje miesięcznie około 8 tys. zł brutto, płatne gotówką. Dla przeciętnego zjadacza chleba to sporo, dla świadka niekoniecznie, bo często jako przestępca był przyzwyczajony do wystawnego stylu życia. Jednak my z funduszu "0" finansujemy mu też większe wydatki, np. na operacje plastyczne. Miałem kiedyś świadka z charakterystyczną szramą, trzeba było ją usunąć. Innym razem wiozłem sześcioletnią córeczkę świadka na skomplikowaną operację serca w innym województwie. Wszystko płatne z funduszu "0''.

Świadek koronny nie ma żadnych "oszczędności" z poprzedniego życia?

Co prawda zgodnie z ustawą musi oddać całe zrabowane mienie, ale nie mam złudzeń, każdemu z nich udaje się coś schować na czarną godzinę.

UWAGA ! BRAK ZGODY SADU NA PUBLIKACJE WIZERUNKU I DANYCH OSOBOWYCH OSKARZONYCH 10.12.2019 Katowice , Sad Okregowy . Maly swiadek koronny Dawid T podczas procesu kibolskiej bojowki Ruchu Chorzow . Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Świadkowie koronni często popadają w depresję (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Ma oddać pieniądze, pomóc rozpracować byłych kolegów, szefa. A zyskuje wolność.

"Koronka" w zamian za współpracę z policją i prokuraturą nie idzie za kratki. Sprawy, w  które był zamieszany, zostają wobec niego zawieszone, a po zakończeniu procesu sądowego umorzone. O ile oczywiście nie popełni w tym czasie jakiegoś przestępstwa.

A jeśli zabił człowieka - może być świadkiem koronnym?

Nie. Z programu wykluczani byli podejrzani o zabójstwo, jego zlecenie albo ci, którzy kierowali grupą przestępczą.

Zaprzyjaźnił się pan z którymś z podopiecznych?

Nigdy. Łaskotałem go, dopieszczałem i dbałem o niego, by czuł, że jest pod profesjonalną opieką. Między sobą my, policjanci, mówiliśmy o "koronce" per "tyfus" czy "bandyta". Ale przed nim udawałem, że jestem jego najlepszym przyjacielem. Bo brutalna prawda była taka, że idąc na współpracę, innych kumpli już nie miał. Każdy świadek doskonale sam zdawał sobie z tego sprawę. Mafia chciała go skasować. Czasem już wcześniej, zanim poszedł na współpracę, bo na przykład był winien im pieniądze. Albo przez większość życia był policyjnym informatorem, w końcu spalonym. I jeszcze ścigał go komornik. Więc szedł na "koronkę".

A któregoś pan polubił?

Tak zwanych sterydów, którzy biegali z bejsbolami i wymuszali haracze, nie darzyłem zbytnią sympatią. Nie miałem z takim o czym rozmawiać. Ale księgowego, który ukradł pieniądze, czy nauczyciela, który dopuszczał się oszustw, zdarzyło mi się polubić. Oni nie mieli mentalności przestępcy. Po prostu zbłądzili. Niektórzy świadkowie koronni pokończyli studia - płaciliśmy za nie z funduszu "0". Jeden został pedagogiem, inny prawnikiem. Ten prawnik dostał zresztą potem świetną posadę w międzynarodowej korporacji.

Najbardziej irytowali mnie single, którzy niewiele mieli do stracenia. Nie chcieli się podporządkować regułom, zrywali się bez zgody i gdzieś wyjeżdżali, dzwonili do starych znajomych z niezastrzeżonego numeru albo korzystali z portali społecznościowych, co też jest zakazane. Narażali na dekonspirację zarówno siebie, jak i nas. Paru, po tym, jak się zdekonspirowali na własne życzenie, musieliśmy wywieźć do innego miasta i ponownie zmienić im tożsamość.

Single byli też często przekonani o tym, że są najważniejsi i przez to stawali się wyjątkowo roszczeniowi. Kiedyś jeden taki się uparł, że musi dostać nowy model telefonu z ulubionymi grami. Nie chciałem mu kupić, więc złożył na mnie skargę do szefa. Nic nie wskórał. Przez miesiąc chodził obrażony. Mówiłem wtedy: "stary, i tak masz lepiej niż pod celą". Inny podczas konwoju na postoju wysiadł z auta i ostentacyjnie zapalił papierosa.

26.09.2019 Poreba . Szkolenie wysokosciowe policji z wykorzystaniem smiglowca Black Hawk w Porebie .Fot. Kamila Kotusz  / Agencja Gazeta *** Local Caption ***
Przed konwojem świadka koronnego (fot. Kamila Kotusz / Agencja Gazeta)

Przy ochranianiu całych rodzin też bywało pewnie niełatwo?

Ci z rodzinami byli dużo łatwiejsi w prowadzeniu, ale z kolei mieli więcej problemów i spraw do załatwiania. Jak już dostawali dokumenty legalizacyjne, to chcieli też mieć fałszywy akt ślubu czy zaświadczenie z bierzmowania. Musiałem jechać do biskupa, by przygotował komplet takich dokumentów. Z reguły się udawało. Płaciłem oczywiście z funduszu "0".

Na szczęście świeckie dokumenty tworzyły wówczas instytucje państwowe, więc szło gładko. Obecnie może to robić sama policja, jest jeszcze szybciej.

Czy świadek koronny może wybrać sobie nazwisko, imiona rodziców czy miejsce urodzenia?

Ależ oczywiście! "Koronka" dostaje nową tożsamość, pracę i miejsce zamieszkania, ale przede wszystkim trzeba mu stworzyć tzw. legendę. I tu konieczna jest pełna współpraca. W przypadku miasta czy kraju pobytu - zdarzało się, że trzeba było wywozić świadka za granicę, np. na Litwę czy Ukrainę - nie miał nic do gadania, bo to my wybieraliśmy naszym zdaniem najbezpieczniejsze dla niego miejsce. Ale jeśli chodzi o imię i nazwisko czy miejsce urodzenia w dokumentach, mógł decydować sam.  

Bo przecież musiał to wszystko potem zapamiętać i podawać w razie potrzeby.

Obudzony w środku nocy miał bez jąkania powiedzieć, gdzie się urodził, skąd się przeprowadził i z czego żyje. Sąsiedzi pytali: "Ciągle gdzieś łazisz, palisz papierosy. Gdzieś pracujesz?". Radziłem więc, by powtarzał wersje, które trudno sprawdzić. Że zarobił sporo za granicą, był marynarzem albo wygrał w Lotto.

Ciekawie było też, jak singiel poznał dziewczynę. Mało o sobie mówił, rzadko wychodził z domu. "Czy ty się przypadkiem nie ukrywasz przed policją?" - drążyła ona. Musiał coś wymyślić. Kiedyś znów jeden z chronionych po 15 latach postanowił rozwieść się z żoną. Wzięli rozwód, ale trzeba było go załatwić w sądzie w odległym mieście, z wyłączeniem jawności. Żona, która znała wszystkie jego sekrety, podpisała dokumenty o zachowaniu  tajemnicy do końca życia. Wyszła z programu, a jego przeprowadziliśmy w inną część kraju.

Ciekawa historia.

Ciekawie bywało też z dziećmi. Proszę sobie wyobrazić, że nagle taki ośmio- czy dziewięciolatek dostaje nowe imię i nazwisko, na które musi reagować, idzie do nowej szkoły. Do niektórych świadków nie mogłem przychodzić z bronią, bo dzieci dopytywały się, kim jestem. "To przyjaciel taty z wojska" - mówili rodzice. Słowo "policja" nie mogło paść.

Albo jak lecieliśmy z całą rodziną helikopterem i dzieci dopytywały dlaczego. Ciągle trzeba było podawać jakąś legendę i kontrolować się, by się jej trzymać.

26.09.2019 Poreba . Szkolenie wysokosciowe policji z wykorzystaniem smiglowca Black Hawk w Porebie .Fot. Kamila Kotusz  / Agencja Gazeta *** Local Caption ***
Świadków koronnych często transportuje śmigłowiec (fot. Kamila Kotusz / Agencja Gazeta)

Żeby nie powiedzieć za dużo.

Nigdy nie mówiłem o sobie, że jestem policjantem. Na naszego naczelnika mówiliśmy "prezes", na prokuratora "kontrahent". Nie używaliśmy nazwy miasta, do którego jechaliśmy, na wypadek podsłuchu. "Będę u Roberta" - mówiłem, a jechałem np. do Radomia.

Wszystkie informacje dotyczące "koronki" dostawaliśmy zaszyfrowane. Jeśli kontaktowaliśmy się telefonicznie, używaliśmy kryptonimów. Każdy z policjantów i każdy świadek miał pseudonim operacyjny. Nigdy nie padały personalia "koronki". Zawsze były to nadane przez nas ksywy: "Dolar", czyli cenny świadek, albo "Ślązak", czyli ktoś ze Śląska. Dokumenty dotyczące świadka nigdy nie miały formy elektronicznej, tylko papierową. Przechowuje się je w pancernych szafach. Do akt moich podopiecznych dostęp miałem tylko ja i mój przełożony. Nikt więcej. Dożywotnio nie mogę nikomu zdradzić żadnych informacji o świadkach koronnych, których chroniłem.

A jak wyglądało przewożenie świadka?

Transport świadka np. na rozprawę najczęściej odbywał się konwojem operacyjnym złożonym z kilku naszych aut. Po drodze parę razy wjeżdżaliśmy do lasu, żeby zmienić tablice rejestracyjne i naklejki na szybach. Korzystaliśmy też ze specjalnych, znanych tylko nam parkingów. Gdy w grę wchodziło odległe miasto, lecieliśmy helikopterem. Kiedy dopuszczono możliwość telekonferencji podczas rozpraw w sądzie, wieźliśmy chronionego świadka do wynajętego mieszkania. Tam, ucharakteryzowany, w peruce czy czapce, siadał przed kamerą i odpowiadał na pytania sądu. Wcześniej jednak musiał do niego przyjechać sędzia i potwierdzić, że to on.

To o wiele wygodniejsze.

A przede wszystkim tańsze.

Pamiętam, jak podczas przewożenia jednego ze świadków koronnych mieliśmy kolizję. Przyjechała policja, zaczęli nas legitymować. Musieliśmy założyć "koronce" kajdanki i udawaliśmy, że to świeżo zatrzymany. Nieźle się zdenerwował, że go zakuliśmy.

Może to dziwnie zabrzmi, ale czasem zagrożeniem dla nas byli sami policjanci. Wynająłem kiedyś mieszkanie, które służyło nam jako lokal konspiracyjny. Różni ludzie tam przychodzili. Nagle zainteresował się nim dzielnicowy. Zaczął sprawdzać, rozpytywać. Musiałem z tego lokalu zrezygnować.

19.04.2000 KRAKOW SA OKREGOWY W KRAKOWIE ROZPRAWA W SPRAWIE ZLODZEI ZEZNAJE SWIADEK KORONNY WEJSCIA STRZEGA POLICJANCI Z BRONIA I BRAMKA DO WYKRYWANIA METALU                                               FOT. KRZYSZTOF KAROLCZYK AGENCJA GAZETA
Zabezpieczenia w sądzie podczas procesu z udziałem świadka koronnego (fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta)

Koronni też sprawiali kłopoty.

Kiedyś miałem podopiecznego, który wcześniej wyłudzał kredyty i samochody na leasing. Rozbijał je i chciał pieniędzy z odszkodowania. Gdy wszedł w "koronkę", zaczął pod naszym okiem robić to samo. Szybko się zorientowaliśmy, stracił status i stanął przed sądem.

Inny z kolei często do mnie wydzwaniał, bo miał wrażenie, że ktoś wciąż go śledzi. Musiałem do niego jechać, rozmawiać, uspokajać. Był jeden numer czynny całą dobę, na który świadek koronny zawsze mógł zadzwonić, gdy miał jakiś problem. Dyżurny policjant zawiadamiał jego opiekuna i ten jechał pomóc. To bywało męczące.

Czy zdarzyło się, że któryś świadek koronny chciał zrezygnować?

Przystępując do programu ochrony, świadek wie, że nie może się wycofać. Ale było paru takich, co próbowali. Wtedy prosiliśmy o pomoc naszego psychologa, ksywa "Psychol". Przyjeżdżał i robił sesję terapeutyczną. Czasem wystarczył jakiś prezent, wczasy albo kontakt z dalszą rodziną.

Wie pani, większość z tych ludzi żyje w ciągłej depresji. Przechodzą załamania, bo mają świadomość, że już zawsze będą musieli się ukrywać, że boss kiedyś wyjdzie z więzienia i może odnaleźć zdrajcę.

Świadek koronny jest z nami związany już do końca życia. Ale też ma świadomość, że zawsze może liczyć na naszą pomoc. Jednemu po wielu latach organizowaliśmy udział w rodzinnym pogrzebie, innemu odwiedziny w szpitalu u bliskiej osoby.

Tęskni pan czasem za tą robotą?

Gdy szedłem do ZOŚK-i, koledzy ostrzegali, że potem nie będę już potrafił wrócić do zwykłej pracy w policji. Coś w tym jest. Nie znam nikogo, kto po paru latach z "koronką" znów pracowałby w komendzie. Ja sam świadomie wybrałem ten rodzaj służby krótko przed planowaną emeryturą. Wytrzymałem siedem lat.

Na koniec dopadła mnie mania prześladowcza. Wydawało mi się, że ciągle jestem obserwowany. Fotografowałem więc w pamięci ludzi i miejsca, tak jak robiłem to, przewożąc chronioną osobę. Czasem mało brakowało, a zrobiłbym kolejne kółko na rondzie, żeby mieć pewność, że nikt za mną nie jedzie.

Zdzisław Hanejko. Emerytowany policjant CBŚ. Zaczął służbę w lipcu 1990 roku. Zajmował się zwalczaniem grup przestępczych przemycających narkotyki, operacyjnymi poszukiwaniami osób ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości i - przez siedem lat - ochroną świadków koronnych. Mieszka w Trójmieście.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku