Rozdawanie chleba w obozie przejściowym Dulag 121

Rozdawanie chleba w obozie przejściowym Dulag 121 (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Ryzyko istniało zawsze. Niemniej ryzykowałyśmy, gdyż szło o ludzkie życie"

Samarytanki przygotowywały przemyślne kryjówki dla ratowanych: w beczkach, pod wagonami, w każdym możliwym zakamarku "upychały" ludzi, by następnie umożliwić im wmieszanie się w tłum i ucieczkę - pisze w książce "Siostry z powstania. Nieznane historie kobiet walczących o Warszawę" Agata Puścikowska. Publikujemy jej fragmenty.

Po dwóch dniach straszliwych mordów na Woli w dzielnicy pojawił się dowódca oddziałów SS Erich von dem Bach-Zelewski. Wydał rozkaz: od tego czasu zabijano głównie mężczyzn, a kobiety i dzieci odsyłano do obozu w Pruszkowie. Uznał, że jest to najlepsze rozwiązanie, gdyż masowe mordy utrudniały pacyfikację powstania.*

Obóz przejściowy Dulag 121**

Od Woli właśnie rozpoczął się dramatyczny exodus warszawian: głównym kierunkiem drogi przez mękę był najpierw Pruszków, a dokładnie: obóz przejściowy Dulag 121, skąd następnie wywożono ich do Oświęcimia, Ravensbrück i miejsc pracy przymusowej. Przez obóz przeszło minimum pięćset tysięcy osób.

Wygnanym z Warszawy, straumatyzowanym, zmęczonym do granic możliwości i głodnym ludziom pomoc nieśli pracownicy kuchni Rady Głównej Opiekuńczej, Czerwony Krzyż, w miarę możliwości okoliczni mieszkańcy i bardzo wiele sióstr zakonnych z kilku zgromadzeń. Wśród nich ważną rolę odegrały benedyktynki samarytanki. Paradoksalnie, benedyktynki samarytanki były zarówno wśród pomagających, jak i uwięzionych w Dulagu 121. Przybyły tu ze Szpitala św. Łazarza, ale również z tak zwanego Hoteliku św. Heleny, który mieścił się przy ul. Barskiej 16. Z tego domu dla resocjalizowanych kobiet, prowadzonego prawdopodobnie przez s. Immaculatę Rudnik, cudem udało się ujść siostrom z życiem, bo miejsce było pacyfikowane przez nieprzyjaciół.

Po spaleniu budynku Niemcy popędzili samarytanki do Pruszkowa. A to przecież właśnie tam, w bliskim sąsiedztwie Durchgangslager 121, Dulagu 121, działały samarytańskie ośrodki. W czasie powstania warszawskiego oba zakłady - chłopięcy i dziewczęcy - nie były przeciążone, ponieważ trwały wakacje. Dlatego znalazło się tam miejsce dla potrzebujących. I samarytanki z obu domów od razu włączyły się w pomoc wysiedlonym w Pruszkowie.

Wizyta biskupa Antoniego Szlagowskiego i nuncjusza apostolskiego Filippo Cortesiego w obozie przejściowym Durchgangslager (Dulag) 121 (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Wizyta biskupa Antoniego Szlagowskiego i nuncjusza apostolskiego Filippo Cortesiego w obozie przejściowym Durchgangslager (Dulag) 121 (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Ryzyko istniało zawsze. Niemniej ryzykowałyśmy, gdyż szło o ludzkie życie, o zwolnienie lub wywiezienie z obozu młodych ludzi" - wspominała ponad dwadzieścia lat po wojnie s. Charitas Soczek, która wraz ze współsiostrami oraz z zakonnicami z innych zgromadzeń uratowała setki, a może i tysiące osób przed wywózką do obozów śmierci.

Obóz dla wypędzonych po powstaniu mieszkańców stolicy został utworzony w Pruszkowie w pierwszych dniach sierpnia 1944 roku. A już 6 sierpnia przybył pierwszy transport z ludźmi, którzy wymagali nakarmienia, opatrzenia ran i wyleczenia. Dulag 121 został utworzony
na terenie Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Był złożony z kilku baraków. W pierwszym przetrzymywano staruszków, matki z dziećmi oraz samotne dzieci. Barak drugi przeznaczony był dla chorych. Służyli w nim polscy lekarze i pielęgniarki oraz siostry zakonne: samarytanki, niepokalanki, magdalenka, urszulanka szara, szarytka oraz prawdopodobnie kilka innych sióstr. Z baraków czwartego i piątego wysyłano bezpośrednio do obozów koncentracyjnych i do pracy w Niemczech. W największej hali piątego baraku dokonywano segregacji osób.

Przemycanie młodych ludzi

Baraki były szczelnie ogrodzone i pilnowane. Aby przechodzić z jednego do drugiego, trzeba było mieć specjalną przepustkę. Samarytanki otrzymały pozwolenie na pracę wśród przetrzymywanych. S. Charitas Eugenia Soczek, mająca doświadczenie w pracy konspiracyjnej podczas okupacji, kiedy ratowała Żydów i współpracowała z Żegotą, została zatrudniona w obozie jako pielęgniarka. Nocowała w klasztorze, by od świtu do zmierzchu pracować w Dulagu. Wspierała ją s. Wacława Helena Rawska oraz przebrana w strój postulantki i ukrywająca się przed Niemcami Żydówka Eugenia Szymańska, która biegle władała językiem niemieckim. Siostry miały specjalne legitymacje i opaski na rękę. Oficjalnie pracowały w drugim baraku, gdzie przebywali chorzy, wśród polskich lekarzy, pielęgniarek, ale pracował tam też dr Adolf Köning - Niemiec, który mógł podpisywać listy zwolnionych z obozu. S. Charitas wielokrotnie i sprytnie to wykorzystywała.

Gdy nadchodziły kolejne transporty z Warszawy, samarytanki stały pod bramą i starały się, jeszcze przed selekcją, przeprowadzić jak najwięcej osób z baraku piątego do pierwszego i drugiego. Następnie przemyślnie przemycały młodych młodzi ludzi z baraku piątego i szóstego do "dwójki". Ratowały ich tym samym przed wywózką do obozów zagłady.

Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji w 1944 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Oddziały Armii Krajowej opuszczają miasto po kapitulacji w 1944 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Doprawdy nie wiadomo, skąd przychodziły pomysły, jak z młodych robić starców, ze zdrowych - chorych. Tak przeobrażonych prowadziłyśmy z baraku do baraku obozu w Pruszkowie, oddając ich tam w ręce sióstr zakonnych lub lekarzy i pań z opaskami Czerwonego Krzyża na ramieniu - sanitariuszek" - pisała po latach s. Charitas.

Kryjówki dla ratowanych

W niektóre dni pojawiała się możliwość zabrania z obozu niemowląt. Siostry wynosiły więc legalnie maluszki, które poza obozem miały większe szanse na przeżycie. Ale wykorzystały tę szansę również po to, by ratować starsze dzieci. Owijały kilkuletnie (!) "niemowlaki" w koc, wcześniej tłumacząc dzieciom, by nie płakały i nic nie mówiły. Wynosiły dzieci z podkulonymi nogami i przekazywały w dobre ręce. Samarytanki nosiły również w fartuchach różańce i leki dla tych, którzy o nie prosili. Dostarczały też kosze z chlebem i papierosy. Przy tak ryzykownych akcjach potrzeba było rozwagi, wiedzy i doświadczenia. Siostry zawsze musiały wiedzieć, kto stoi na warcie. Łatwiej było załatwić nielegalne wyjście z żołnierzami Wehrmachtu, trudniej z esesmanami. Jednak większość Niemców - zmęczonych wojną i przeczuwających swoją klęskę - już wówczas można było przekupić: przyjmowali wódkę i sztuki biżuterii.

Samarytanki przygotowywały przemyślne kryjówki dla ratowanych: w beczkach, pod wagonami, w każdym możliwym zakamarku "upychały" ludzi, by następnie umożliwić im wmieszanie się w tłum
i ucieczkę. W takim kombinowaniu wsławiła się szczególnie s. Wacława, która miała dobrą intuicję i pomysły, by tworzyć coraz to nowe skrytki.

"Ryzyko było ogromne, bo Niemcy dokładnie sprawdzali opróżniony z ludzi barak. Jednego razu o mało nie przypłaciłam takiej pomocy wyjazdem do obozu koncentracyjnego" - wspominała s. Charitas.

Ruiny domów przy ul. Granicznej w Warszawie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Ruiny domów przy ul. Granicznej w Warszawie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

S. Charitas pisała też: "Jako pracownica obozu byłam traktowana z wyszukaną uprzejmością. Często spotykałam te kontrasty u Niemców: wyszukana grzeczność i bestialstwo. Zapamiętałam fakt, na pozór drobny, ale bardzo charakterystyczny. Było to po upadku Starówki. Piastowską bramą wlewał się do obozu tłum, olbrzymi tłum. Patrzyłyśmy skamieniałe z bólu na tych świadków klęski. Ledwo szli, wlekli się, wielu podtrzymywanych przez towarzyszy, poparzeni, straszni. Nieoceniony pan Hozer przysyłał pomidory. Stałyśmy przy wielkich koszach, przyniesionych pospiesznie od strony kuchni, rozpoczęłyśmy rozdawać czerwone owoce. Wyciągały się chude ręce ruchem, od którego płakać się chciało. Ludzie piwnic, kanałów, ludzie, którzy nie widzieli od dawna zieleni, jadła. W tym momencie SS-man przyskoczył do nas z furią. Jak śmiemy rozdawać pomidory? On przecież widzi, że pomidory są nie umyte. Czy nie słyszałyśmy o istnieniu bakterii? Jak możemy narażać ludzi na epidemię, dając im nie umyte pomidory? Precz z koszami! Nie mogło być protestów. Opadły wyciągnięte dłonie, otępiały tłum szedł dalej do przeznaczonych baraków, by natychmiast paść na betonową posadzkę, by odpocząć".

Wspominany przez siostrę "pan Hozer" to Piotr Hoser, znany ogrodnik, współzałożyciel przedsiębiorstwa Zakład Ogrodniczy Braci Hoser. Był stryjecznym bratem ojca arcybiskupa Henryka Hosera.

*Fragmenty książki "Siostry z powstania. Nieznane historie kobiet walczących o Warszawę" Agaty Puścikowskiej

**Śródtytuły pochodzą od redakcji

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (4)
Zaloguj się
  • dar61

    0

    Po to 2 tysiące lat wcześniej te zakony tworzono - nie tyle ora, ile labora.
    Za mało o pacyfikacji Woli. Za mało jak i o rzezi Pragi.
    Akcja Burza za Wisłą - za daleko.

    ****
    '…Paradoksalnie, benedyktynki…' [PRZECINKOZA]
    >>> …Paradoksalnie benedyktynki… [BEZ PRZECINKA]

  • homo-homini-lupus

    Oceniono 2 razy -2

    Samarytanka spod znaku Wiosny i Wyborczej:

    Https://nczas.com/2020/08/01/eurodonosicielka-spurek-domaga-sie-upamietnienia-powstanek-powstanie-warszawskie-to-nie-tylko-historia-to-tez-herstoria/

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX