Sopocki Monciak jest pełen knajpek

Sopocki Monciak jest pełen knajpek (fot. Michał Ryniak / Agencja Gazeta)

społeczeństwo

Maciej zaprasza klientów do restauracji. ''Parę razy dostałem karteczkę z numerem telefonu. Nigdy nie skorzystałem''

Jesteśmy na ulicy 10-12 godzin, w upał czy deszcz. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy naoglądali się "Kuchennych rewolucji" albo "MasterChefa" i domagają się za darmo przystawek, a czasem nawet całych dań do degustacji - opowiada Maciek, którego można spotkać przed jedną z sopockich restauracji.

Jednych irytuje, że zaczepiają przechodniów i "naganiają" ich do restauracji przy głównych ulicach miast. Inni są im wdzięczni za polecenie knajpki na lunch. I jeszcze podziękują, że dzięki nim zjedli smacznie. Mowa o tzw. promotorach, czyli - zwykle młodych - ludziach, którzy zachęcają przechodniów, by weszli do tej, a nie innej restauracji. 

Jak wynika z najnowszego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego "Branża turystyczna w Polsce, obraz sprzed pandemii", prawie jedna trzecia ruchu turystycznego w naszym kraju przypada na lipiec i sierpień. Zatem i promotorów jest wtedy w miejscowościach wypoczynkowych najwięcej, bo właściciele barów i restauracji liczą, że dzięki nim zwiększą obroty. A promotorzy prezentują karty dań, zachęcają, czasem nawet wręczają kupony zniżkowe czy vouchery na wino za złotówkę. Jak od kuchni wygląda ich praca?

Michalina*, lat 21, na stałe mieszka w Olsztynie, od końca maja pracuje w Sopocie:

- Odkąd jestem "naganiaczką", nauczyłam się gryźć w język i uważać na to, co mówię. Na początku często zachęcałam przechodniów słowami: "zapraszam na pyszny obiad" albo "tutaj państwo zjedzą jak u mamy". Prawie za każdym razem słyszałam odpowiedź: "czy to znaczy, że pani płaci?" albo "a te pierogi to pani sama lepiła?". Przestałam więc używać słowa "zapraszam", a mówię: "polecam wstąpić" albo "może państwo szukają dobrego miejsca na smaczny obiad?". To brzmi bardziej neutralnie.

I19.07.2020 Sopot . Tlumy w Sopocie .Fot. Michal Ryniak / Agencja Gazeta
Latem w Sopocie turystów jest naprawdę sporo (fot. Michał Ryniak / Agencja Gazeta)

Kolejne słowo, na które trzeba uważać, to "gratisy". Ludzie często pytają: "a co ja będę mieć z tego, że zjem akurat tutaj"? albo "czy dostanę piwko w gratisie?".  Odpowiadam wtedy spokojnie, że moja wskazówka jest bezcenna, nie domagam się za nią pieniędzy, ale gwarantuję dobre jedzenie. Cierpliwie znoszę też zaczepki panów, np.: "wejdę na wino, ale tylko z panią". Moją odpowiedzią jest uśmiech. Zawsze działa.

Poza spokojem ważne jest też wyczucie. Nie zaczepiam ludzi, którzy akurat z kimś rozmawiają, choćby przez telefon. Staram się nie przeszkadzać, nie chcę być natrętna, bo sama nie chciałabym, żeby mi ktoś przerywał rozmowę z kumpelą.

Moja praca uczy też spostrzegawczości, sprawia, że zapamiętuję twarze. Na Monciaku pracuję od końca maja i rozpoznaję już stałych mieszkańców Sopotu. Wystarczy, że raz usłyszę od kogoś: "właśnie idę do domu na obiad" i już do tej osoby następnym razem nie podejdę. Bo widzi pani, dobry "naganiacz" musi być skuteczny, ale przy tym subtelny. Odradzam żarty. To, co dla jednego będzie zabawne i fajne, dla kogoś innego może się okazać obraźliwe. Ludzie są różni i moim zadaniem jest wyczuć, kto ma jakie granice. I co może go zniechęcić, a co zachęcić.

Mam taką zasadę, że nigdy, nawet delikatnie, nie wchodzę w klimat flirtu z przechodniem. Nie ma takiej opcji. Nawet gdy jest sam, nie ma pewności, że za chwilę nie podejdzie do niego żona albo dziewczyna, która zdzieli mnie torebką po głowie. A większość kobiet nosi dzisiaj duże torby.

Ta praca nauczyła mnie cierpliwości. Z uśmiechem na twarzy zaczepiam obcych ludzi, a przecież nie zawsze jestem w dobrym nastroju. I nie zawsze dobrze się czuję. A szefa mam takiego, że codziennie muszę 10 godzin stać na ulicy, upał czy deszcz. On jest w knajpie, często przy szybie i śledzi, czy aby na pewno podchodzę do każdego przechodnia. Jak kogoś przegapię, to dzwoni z pretensjami.

L19.07.2020 Sopot . Tlumy wczasowiczow .Fot. Michal Ryniak / Agencja Gazeta
Niektórzy turyści są wdzięczni za polecenie im restauracji na obiad (fot. Michał Ryniak / Agencja Gazeta)

Ale ja do pretensji jestem przyzwyczajona. Ludzie narzekają na ceny, jakbym to ja je ustalała, albo na jedzenie, jakbym to ja je gotowała. Rzadko, ale zdarza się, że ktoś mi powie: "spie***laj", jeszcze zanim zdążę się odezwać. Mam wtedy ochotę odpowiedzieć takiemu komuś: "a weź ty spie***laj"'. Nigdy jednak, jak dotąd, tego nie zrobiłam. Tak naprawdę spływa po mnie, co ludzie mówią. To tylko robota. Jesienią już mnie tu nie będzie.

Maciek, lat 28, mieszka w Gdańsku:

- Mam lekko flirtujący sposób bycia, co czasem przysparza mi kłopotów. Uśmiecham się do kobiet, mrużę oczy, zachęcam do przyjrzenia się menu. Kiedyś zagadnąłem w ten sposób do pewnej pary, która najwyraźniej szukała miejsca na kolację. "Zapraszam do nas" - powiedziałem, uśmiechając się do pani. "Jeszcze szukamy" - rzucił do mnie mężczyzna. "Takich przystojnych kelnerów jak u nas nigdzie pani nie znajdzie" - zwróciłem się do kobiety. Wtedy jej partner doskoczył do mnie z pięściami. Twarz wykrzywiła mu złość, mało brakowało, a by mnie pobił. Odszedłem na parę kroków, zasłoniłem się kartą dań. "Kochanie, uspokój się" - poprosiła krewkiego mężczyznę partnerka. Facet wreszcie ochłonął, ale trwało to dobrych parę minut. Teraz staram się być wobec zajętych pań bardziej zdystansowany.

Ale nie zmieniłem podejścia do grupek złożonych z dziewczyn. Wobec nich używam całego mojego czaru. Skutkuje to tym, że taka ekipa zwykle wchodzi do środka, a i parę razy dostałem od którejś z klientek karteczkę z numerem telefonu. Nigdy nie skorzystałem, moja dziewczyna jest bardzo zazdrosna.

09.12.2011 LODZ , OTWARCIE RESTAURACJI WLOSKIEJ MARCELLO  PRZEZ ZNANA RESTAURATORKE  NA TERENIE KOMPLEKSU HANDLOWO USLUGOWEGO MANUFAKTURA , MAGDALENA GESSLER PODCZAS OTWARCIA SWOJEJ RESTAURACJI .FOT. TOMASZ STANCZAK / AGENCJA GAZETA
Jak twierdzą promotorzy, niektórzy ''naoglądali się Magdy Gessler' i liczą na darmowe posiłki (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Moja praca jest niewdzięczna, ma sporo minusów, ale nie chciałbym aż tak bardzo narzekać. Jesteśmy na ulicy 10-12 godzin, w upał czy deszcz. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy naoglądali się "Kulinarnych rewolucji" czy "MasterChefa" i domagają się za darmo przystawek, a czasem nawet całych dań do degustacji "Na Facebooku napiszę, że mi smakowało" - obiecuje jeden z drugim. I weź mu tłumacz, że nie jesteśmy w telewizji, albo że przede wszystkim nie ode mnie to zależy, co kto dostanie w gratisie. Że ja tylko prezentuję menu, że nie jestem przecież szefem kuchni. Nawet większości dań z karty nie próbowałem, bazuję na opisie kucharza. I jestem wdzięczny gościom, którym je poleciłem, jak opowiedzą mi, czy im smakowało.

Jak długo będę tu pracował? Z menadżerką restauracji dogaduję się nieźle, więc jak się sprawdzę, po wakacjach dostanę posadę kelnera. Wtedy będę zarabiał 20 złotych na godzinę plus napiwki. Bycie promotorem traktuję jako test wytrzymałości.

Rafał, 23 lata, do Trójmiasta przyjechał z Łodzi:

Jak długo jestem "naganiaczem"? To określenie bardzo mi się nie podoba, więc wolałbym, żebyśmy go nie używali, dobrze? Dużo lepiej brzmi promotor - ja uważam się właśnie za takiego promotora ciekawych miejsc. Zarabiam w ten sposób już trzeci sezon z rzędu. Razem z kolegą Marcinem, który przecierał nam szlaki już w 2012 roku, przyjeżdżamy nad morze pod koniec czerwca i zostajemy zwykle do końca września. Wynajmujemy pokój z dostępem do łazienki i kuchni u pana Józka, emeryta z Wrzeszcza, za 500 złotych miesięcznie. Czyli w miarę tanio. Przed południem wsiadamy w SKM-kę, paręnaście minut później jesteśmy w Sopocie i zaczynamy dniówkę. Najdłużej stoimy na ulicy przed lokalem w weekendy. Czasem i po 10 godzin dziennie. Jak jest ciepło i tłum turystów, to czas leci nie wiadomo kiedy. Patrzymy na fajne dziewczyny. Gorzej, jak pada, a w tym roku w Trójmieście leje co parę dni. Ludzi wtedy na ulicy jest mało, a ci, którzy chodzą pod parasolami, nie są zbytnio zainteresowani oglądaniem karty dań. Robimy więc sobie przerwę na lunch albo małe piwo. I wracamy do pracy, jak przestaje padać. Chwila oddechu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

z15.07.2020 Sopot , Dorsz i przyjaciele , ul . Wojska Polskiego 1 . Grillowany losos .Fot. Michal Ryniak / Agencja Gazeta
Ryba zjedzona na plaży to dla niektórych symbol wakacji nad morzem (fot. Michał Ryniak / Agencja Gazeta)

Wcześniej Marcin działał w duecie z innym kolegą, ale ten wyjechał do Londynu. Mówi, że woli stać na zmywaku w Wielkiej Brytanii i zarabiać w funtach niż za parę groszy znosić chamstwo niektórych przechodniów. Ja z agresją przechodniów spotkałem się tyle razy, że na palcach jednej ręki mogę policzyć. Rzadko ktoś każe mi się odczepić, podnosi głos albo opędza się jak od natrętnej muchy. Zresztą po mnie czyjaś pogarda spływa. W przyszłym roku kończę zarządzanie i marketing, więc nie mam problemu z tym, że ktoś rzuci pod moim adresem coś w stylu: "trzeba się było uczyć". W polemikę nie wchodzę, bo nie mam kompleksów. To tylko sezonowe zajęcie, a nie pomysł na całe życie.

Mam swoje zasady i się ich trzymam. Przede wszystkim frontem do klienta. Uśmiech na twarzy i pełna kultura. Zero nachalności. Jak widzę, że komuś to, co mówię, się nie podoba, ucinam rozmowę i życzę "udanego dnia". Nie naciskam. Bo i po co? Ale też nie raz, nie dwa zdarzyło mi się, że goście do lokalu weszli, zjedli dobry obiad i wychodząc, dziękowali mi za rekomendację. To cieszy.

Pewnie jako kelner zarobiłbym więcej, ale bieganie między stolikami do ostatniego gościa nie bardzo mi się uśmiecha. Jako promotor wyciągam miesięcznie nawet do 2 tysięcy, bo jeszcze czasem mi wpadnie 10 procent od szefa, jak jest zadowolony z obrotów. Nie jest źle, bo staram się nie wydawać za dużo. Kluby i knajpy mnie nie interesują, chcę odpocząć od gastronomii. Piwko na plaży sobie z kumplem wypijemy, zamówimy pizzę na pół. Dzięki temu mamy jednocześnie takie trochę wakacje.

*Imiona bohaterów, na ich prośbę, zostały zmienione.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (5)
Zaloguj się
  • viking2

    Oceniono 2 razy 2

    "...W przyszłym roku kończę zarządzanie i marketing..." - i też pojadę do Londynu na zmywak, bo alternatywą będzie powiększenie szeregów bezrobotnych i sezonowych...
    Zarządzanie i marketing to nie jest zawód, to tylko taka ładniejsza nazwa dla lenia, który, tak naprawdę, nic nie umie, a nie chce się nauczyć zawodu, bo praca fizyczna będzie "poniżej jego godności". On jest "stworzony do wyższych celów". W ramach tych wyższych celów, poleca się mu ogólne obowiązki organizatorskie (typu "znajdź w outlooku, kiedy wszyscy mają czas i zaproś techologa produkcji, metalurga, inżyniera mechanika, kierownika projektu i faceta z zaopatrzenia na naradę, najlepiej w środę około 11 rano").
    Zrobi to w końcu i taka trochę bystrzejsza dziewczyna po maturze, zatrudniona jako sekretarka, jest więc wielu bezrobotnych "specjalistów od zarządzania i marketingu".

  • k1harper

    Oceniono 2 razy 2

    ślusarz mechanik, notoryczne braki, polecam zawód

  • mniklasp

    Oceniono 2 razy 2

    nie lubie niestety tych ludzi, wiem ze pracuja ale nie lubie byc zaczepiany na ulicy.Polegam na Trip Advisor

  • Jerzy

    Oceniono 2 razy 2

    Gdzie zniknęły komentarze? Te o Macieju były najlepsze :-) Co za przegryw.

  • ad.alicja18

    Oceniono 1 raz 1

    Zajęcie sezonowe, doskonałe dla studentów - popieram! Na całym świecie w okresach napływu turystów restauracje tak mają i dobrze na tym wychodzą.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX