Rozmowa
San Francisco (fot. Shutterstock.com)
San Francisco (fot. Shutterstock.com)

Porozmawiajmy o końcu świata, jak nazywasz San Francisco. Zaskakujące porównanie. Miasto kojarzy mi się z bogactwem Doliny Krzemowej, z nowym centrum, a nie opłotkami.

Tak może nam się wydawać dzisiaj, gdy myślimy o świecie jako o globalnej wiosce. Ale w czasach, gdy Zachód się rozszerzał, to znaczy prowadził ekspansję kolonialną, jego najdalej wysuniętym przyczółkiem było właśnie San Francisco.

Po tym, jak pod koniec XVIII wieku Stany Zjednoczone wywalczyły niepodległość od Wielkiej Brytanii, idée fixe amerykańskich przywódców było rozszerzenie terytorium kraju aż po drugi skraj kontynentu i brzeg Pacyfiku. Pół wieku później z rąk Meksyku odbili olbrzymi teren, dziś nazywany Południowym Zachodem USA, w którego skład wchodzi m.in. Kalifornia. W jedynej u jej wybrzeży zatoce Hiszpanie zbudowali małą osadę, którą czekał gwałtowny rozwój. Ameryka, a wraz z nią zachodnia cywilizacja, kończyła się w San Francisco i dlatego tak wiele rzeczy wydarzyło się właśnie tam.

San Francisco od początku było bardziej wyzwolone niż reszta kontynentu.

Powstanie Stanów Zjednoczonych oparte było na idei wolności, choć oczywiście dziś dostrzegamy, jak wybiórczo to pojęcie traktowano. Niemniej jednak San Francisco, położone na skraju tak zwanego Dzikiego Zachodu, w oddaleniu od władz centralnych, z dala od cywilizacji, miało tej wolności - ekonomicznej, obyczajowej i każdej innej - jeszcze więcej. Jego transformacja z wioski w tętniące życiem portowe miasto zaczęła się wraz z eksplozją gorączki złota. Masowo przybywali tu młodzi mężczyźni ze wszystkich zakątków globu, skuszeni wizją natychmiastowego wzbogacenia się w kopalniach. Od 1849 roku zatoka San Francisco z tygodnia na tydzień zaczęła się zapełniać masztami statków, a w dzielnicy portowej powstała słynna na cały świat dzielnica grzechu: Barbary Coast.

Miasto funkcjonowało w instytucjonalnej próżni, bez ośrodków władzy, bez infrastruktury, autorytetów czy stróżów moralności, bez obyczajów, bez zahamowań. Tu sukcesu nie budowała protestancka etyka pracy, ale szczęście, pomysłowość, a często i bezwzględność. Taki właśnie klimat zapisał się w DNA miasta.

San Francisco w 1851 roku (fot. autor nieznany / wikimedia.org / Library of Congress CALL NUMBER: DAG no. 1331 / domena publiczna)

Ta najważniejsza dla Amerykanów wolność, jakkolwiek by jej nie rozumieć, jest w twojej książce odmieniana przez wszystkie przypadki.

Lubię sformułowanie, że San Francisco było, i wciąż jest, poligonem doświadczalnym dla tej wartości, fundamentalnej nie tylko dla Amerykanów, ale dla całej zachodniej kultury. Tam doskonale widać, jak różne przejawy wolności wzajemnie się wykluczają i że są granice, których przekraczanie to niebezpieczna zabawa. Znajdziemy tu zarówno swobodę obyczajową, która jest spuścizną ruchu hipisowskiego, oraz wolność do bogacenia się, która była pierwszym impulsem rozwojowym miasta. Ciężko je pogodzić.

Na tym rozdrożu rodzi się wiele współczesnych problemów miasta. Z jednej strony jest libertarianizm Doliny Krzemowej, gdzie prze się do zarabiania pieniędzy za wszelką cenę. Jednym z kosztów tego procesu jest niszczenie tkanki społecznej - wielu długoletnich mieszkańców nie stać już na mieszkanie w San Francisco, gigantycznym problemem jest bezdomność, którą miasto "zwalcza", likwidując namiotowe osiedla bezdomnych. Nie ma zgody na to, by ludzie żyli na ulicy, bo to zagrożenie dla "życia i zdrowia publicznego", jak mówi się w urzędniczym języku.

Ale, jak opowiada mi Couper, jedna z bohaterek książki, niektórzy bezdomni po prostu chcą żyć na ulicy, właśnie na zewnątrz społeczeństwa. Mają powody, by trzymać się z dala od przytułków, gdzie łatwo dostać łomot albo zostać okradzionym. Tu koło wolności się nie domyka, bo tego jej wymiaru w mieście się nie akceptuje.

Bezdomni w San Francisco (fot. Izzy Bouchard / Shutterstock.com)

Czyli liberalne San Francisco, wyczulone np. na prawa mniejszości, jest zarazem kompletnie niewrażliwe na bezdomnych, których ośmiotysięczna armia mieszka na ulicach miasta.

Bo liberał to ktoś, kto jest za wolnością - gospodarczą czy obyczajową. Wielu kalifornijskich demokratów, tzw. West Coast liberals, nie ma żadnego problemu z małżeństwami tej samej płci, prawem do aborcji czy palenia trawki. Jednocześnie siedzą w kieszeniach wielkich korporacji i raczej nie zamachną się na ich przywileje. Tacy ludzie na ogół rządzą też w San Francisco. I nie to, że są zupełnie niewrażliwi na bezdomność - raczej chcą ją zwalczać metodami, które nie podobają się samym bezdomnym czy pomagającym im organizacjom.

Bezdomność w San Francisco bierze się przede wszystkim, choć nie tylko, z galopujących cen nieruchomości. To nie jest duże miasto, powierzchnię ma zbliżoną do Torunia, pula dostępnych mieszkań jest niewielka, a ludzi ciągle przybywa. Rozwój Doliny Krzemowej przyczynił się do gentryfikacji, ceny windują dobrze zarabiający techies, którzy płacą czynsz niedostępny dla nauczycieli i pielęgniarek.

Nie znajdziemy w USA osoby z klasy średniej, który po prostu pewnego dnia stwierdziłaby: o, zamieszkam w San Francisco, to takie świetne miejsce do życia. Klasę średnią tworzą tu rodziny mieszkające od pokoleń. Szczęściarze, którzy odziedziczyli mieszkania na własność i nie są bez winy - stowarzyszenia sąsiedzkie zaciekle walczą z budownictwem wielkoskalowym, które jest tak potrzebne, ale jednocześnie zburzyłoby kameralną atmosferę okolicy, w której mieszkają. Przykład z ostatnich dni: pani burmistrz San Francisco, London Breed, stara się podpisać umowę na budowę wielkiego kompleksu mieszkaniowego na działce wielkości czterech boisk piłkarskich, która od dekad stoi niezabudowana. Mogłoby tam powstać 1000 mieszkań, z czego połowę deweloper będzie zobowiązany sprzedawać poniżej cen rynkowych, a pierwszeństwo będą mieli nauczyciele z okolicznych szkół. Ale potencjalni sąsiedzi protestują, bo nie podoba im się sąsiedztwo budowlanego molocha. Boją się, że nowi lokatorzy zakorkują ulice i zabiorą miejsca parkingowe. Z kolei lewica uważa, że to skandal, że rozwiązanie jest połowiczne - tak bogate miasto powinno po prostu samo budować mieszkania, a nie dawać zarobić deweloperowi.

O takie rozbieżne interesy i pomysły na to, jakie ma być San Francisco, wszystko się rozbija.

Jedna z ulic w Dolinie Krzemowej (fot. shutterstock.com)

San Francisco można porównać do Nowego Jorku. Dwa kosmopolityczne, portowe miasta, ale jednak sporo je różni.

Fundamentalna różnica polega na tym, że Nowy Jork w dużo większym stopniu ukształtowała emigracja z Europy, a San Francisco - z Azji. Nowy Jork nazywany jest oddzielnym mikrokosmosem, takim osobnym światem oderwanym od reszty kraju. Ale charakter tego kosmosu jest jednak związany z cywilizacją Zachodu.

Tymczasem San Francisco od zawsze przesiąknięte było wschodnim duchem. W czasach gorączki złota masowo migrowali tutaj Chińczycy, tutejsze Chinatowna jest najstarsze w Ameryce i, w stosunku do liczby mieszkańców, wciąż największe. Potem doszły inne fale - Japończycy, których internowano po drugiej wojnie światowej, olbrzymia jest społeczność hinduska, zwłaszcza wokół Doliny Krzemowej. Chodząc po mieście, co chwilę trafiamy na studia wschodnich sztuk walki, studia jogi, centra buddyjskie albo salony akupunktury. Bitnicy i hipisi, którzy się tutaj osiedlali i byli bardzo zainteresowani duchowością i kulturą Dalekiego Wschodu, uczynili San Francisco portalem, przez który zaczęła ona mocno przenikać do naszego kręgu kulturowego.

Pisarze z pokolenia bitników, jak Jack Kerouac i Allen Ginsberg, pierwszy raz spotkali się w latach 50. w Nowym Jorku, na uniwersytecie Columbii czy na prywatkach w Greenwich Village. Z jakiegoś powodu nie zagrzali tam jednak miejsca, tylko powędrowali dalej, na Zachodnie Wybrzeże...

Może nie tyle nie zagrzali, bo często tam wracali, nawet na stałe, niemniej jednak podróż była dla nich podstawowym warunkiem rozwoju duchowego. W Nowym Jorku, wielkim centrum kultury i życia artystycznego, ten ferment intelektualny się zaczął, ale Wschodnim Wybrzeżem rządził establishment, brakowało miejsca, by rozpychać się łokciami i łamać zasady.

Nieskrępowaną przestrzeń artystycznej wolności bitnicy znaleźli na skraju kontynentu, w niesfornym San Francisco. Tutaj niejako wymyślili literaturę amerykańską na nowo, zdejmując ją z piedestału, wprowadzając do niej śmiałe środki wyrazu. Od kiedy w jednej z lokalnych galerii Allen Ginsberg odczytał na żywo swój poemat "Skowyt", nic już w amerykańskiej kulturze nie było takie samo.

Allen Ginsberg ze swoim partnerem, poetą Peterem Orlovskym, 1978 rok (fot. Herbert Rusche / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Kolejną różnicę między oboma miastami widać w historii ruchu LGBT. Wiemy, że narodził się w barze Stonewall w Nowym Jorku w 1969 roku. Ale centrum ruchu szybko przeniosło się do dzielnicy Castro w San Francisco. Jakby tylko tam walka o prawa gejów mogła przybrać dojrzałą formę.

San Francisco, ze względu na swoje położenie i związaną z nim historię, jest tym miejscem, gdzie różne zjawiska mogą osiągnąć swój potencjał. Tam kumuluje się niezwykła energia, bo w sensie fizycznym nie można uciec nigdzie dalej. Widać to na przykładzie bitników, hipisów czy też Czarnych Panter, uważanych za najbardziej radykalną grupę walczącą o prawa czarnoskórych. Różne formy społecznego protestu w San Francisco jakby odbijały się od bariery i tutaj wybuchały z całą mocą. Tak właśnie było z ruchem LGBT.

Wydarzenia ze Stonewall były punktem zapalnym, ale wkrótce okazało się, że geje ze Wschodniego Wybrzeża są dość zachowawczy. Wkurzyli się na policyjne szykany, ale nie myśleli, żeby zamienić swój ruch w siłę polityczną. To udało się dopiero w San Francisco, gdzie już od czasów drugiej wojny światowej istniała duża społeczność gejowska. Tutaj schodzili na ląd żołnierze wracający z wojny na Pacyfiku, a ci zwolnieni ze służby - za wówczas nieakceptowane skłonności - chętnie osiedlali się ze względu na większą swobodę obyczajową.

Tak powstała słynna gejowska dzielnica Castro. Do niej przeprowadził się, notabene z Nowego Jorku, Harvey Milk - charyzmatyczny działacz, który skupił wokół siebie społeczność i miał odwagę żądać niemożliwego. Po długich staraniach wywalczył mandat miejskiego radnego i został pierwszym wyoutowanym gejem wybranym na publiczne stanowisko. Potem było jeszcze wiele odważnych gestów, aż San Francisco zostało właściwie światową stolicą walki o prawa osób homoseksualnych. To tutaj latem 1978 roku w paradzie Gay Freedom Day wzięło udział 250 tysięcy ludzi, a stworzona przez artystę Gilberta Bakera tęczowa flaga zadebiutowała jako symbol ruchu nazwanego później LGBT.

Nie ma też przypadku w tym, że Lato Miłości wydarzyło się właśnie w San Francisco.

Bo to ono jest ojczyzną ruchu hipisowskiego, który wyrósł na gruncie kontrkulturowego sprzeciwu urobionym wcześniej przez bitników. A kluczowym wydarzeniem było właśnie Lato Miłości w 1967 roku. Woodstock wydarzył się dwa lata później, kiedy hipisi stali się zjawiskiem bardziej mainstreamowym, wiedział o nich cały świat - myślę, że dlatego bardziej utkwił nam w pamięci.

Ale tak naprawdę to był już zmierzch idei wolnej miłości, która miała "odmienić oblicze tej ziemi," jak można by w uproszczeniu zdefiniować hipisowską filozofię. Fascynujące jest to, że początkiem końca właściwie było już samo Lato Miłości. Ten ogień szybko się wypalił, ale warto zwrócić uwagę, że wiele hipisowskich postulatów dziś wraca ze zdwojoną siłą.

Dzielnica Castro. Przejście dla pieszych w barwach flagi ruchu LGBT (fot. Burkhard Mücke / wikimedia.org / CC BY-SA 4.0)

Twoim zdaniem hipisi wygrali czy przegrali? Z jednej strony swoboda obyczajowa jest dzisiaj w zupełnie innym miejscu, właśnie dzięki ich ruchowi. Z drugiej strony strukturalny rasizm w USA ma się świetnie, a kapitalizm od lat 60. zmienił się tylko na gorsze.

Hipisi przede wszystkim sprzeciwiali się życiu w kapitalistycznej monokulturze, gdzie człowiek ma być trybikiem w machinie i nie zadawać zbyt wielu pytań. Na gruncie obyczajowym powiedziałabym, że sukces był spektakularny - jeśli prześledzić w głowie skojarzenia, jakie mamy z Ameryką lat 50. i z Ameryką lat 70., to niewątpliwie zaszły w niej wielkie zmiany. Dzwony i długie włosy zamiast garsonek i garniturów, wolna miłość zamiast rodziny nuklearnej, trawka i nowa muzyka, popularność życia w komunach na odludziu. Początki dbania o środowisko, mody na zdrowe jedzenie i wschodnie praktyki duchowe. Ale systemowo - z kapitalizmem czy imperializmem - nie udało się nic zrobić. Co więcej: konserwatywna część społeczeństwa była tak przerażona zmianami, że wybrała sobie na prezydenta Nixona, który zrobił mocny zwrot w prawo i rozpoczął zaciętą walkę z nową obyczajowością.

Moim hipisowskim bohaterom towarzyszy więc poczucie porażki. Peter Coyote, w młodości radykalny hipis, przyznaje, że politycznie nie osiągnęli niczego: nie zakończyli wojny, nie powstrzymali imperializmu, neoliberalizmu, rasizmu. Inna weteranka kontrkultury, Cosi Fabian, tłumaczy to tak: skoro wahadło dziejowe tak bardzo wychyliło się w jedną stronę, to sprzężenie zwrotne musiało nastąpić. Nie są też optymistami co do przyszłości. Oboje są już w podeszłym wieku i nie bardzo wierzą, że młode pokolenie zwojuje więcej.

Ja też nie jestem optymistą, czytając, co mówią w twojej książce techies - pracownicy Facebooka i innych globalnych korporacji technologicznych. Firmy sprzedają nasze dane, uciekają od płacenia podatków, zalewają świat fake newsami, ich działania sprawiają, że znikają miejsca pracy, że ceny nieruchomości rosną. Mógłbym wymieniać długo. Tymczasem twoi bohaterowie wydają się być kompletnie pozbawieni refleksji na ten temat.

To tylko połowa prawdy o tym, co daje światu Dolina Krzemowa. W tym rozrachunku nie można zapominać np., że Facebook jednak również ludzi łączy i umożliwia organizowanie się. I w sprzeciwie antyrządowym i, niestety, w agresji przeciwko jakiejś grupie mniejszościowej.

Wiele z tych złych rzeczy, które dzieją się przy udziale korporacji technologicznych, zdarza się, bo na to pozwalamy, np. klikając w różne zgody, nawet ich nie czytając. Bo tak nam się spieszy do usług i wygody, którą oferują.

A co do moich bohaterów, to mentalność pracujących w Dolinie Krzemowej techies jest faktycznie fascynująca. Oni są przekonani, że wyłącznie ulepszają świat. I często myślą, że on wygląda tak jak to, co ich otacza, czyli tak zwana techtopia. Doskonale uporządkowany, składający się z podobnych do siebie ludzi, żyjących na tak samo wysokim poziomie, w dodatku zdominowany przez mężczyzn, bo to oni przeważają w sektorze nowych technologii.

Nawet jeśli znają inne życie, bo przyjechali tu na przykład z Indii czy z Meksyku - jak David, jeden z moich bohaterów - to szybko o nim zapominają. I zdecydowanie brakuje im refleksji nad tym, co takie, a nie inne funkcjonowanie Doliny Krzemowej oznacza dla reszty świata. To bańka doskonała.

Magda Działoszyńska-Kossow i jej książka (fot. archiuwm prywatne / materiały prasowe)

Pracujący w Facebooku David na pytanie o wycieki danych, z których Mark Zuckerberg akurat tłumaczył się przed Kongresem, zareagował pytaniem: "Ale o co chodzi?". Bo przecież usługi Facebooka dostajemy za darmo. Tak jak oni, pracownicy, za darmo dostają luksusowe życie na kampusie firmy, wobec której są potem ślepo lojalni. Do oddalonego o 50 kilometrów San Francisco, gdzie widać tragiczne skutki rozwarstwienia generowanego przez korporacje, po prostu nie jeżdżą.

Większość rozgrywających w Dolinie Krzemowej ma przekonania libertariańskie: bogacimy się, nie oglądając się na resztę społeczeństwa, każdy pracuje na siebie, a państwo niech się trzyma z daleka, bo może nam tylko zaszkodzić. To nie przypadek, tylko powtórka z gorączki złota - tego samolubnego pędu do bogacenia się, wysysania z otoczenia wszystkiego, co się da, niewiele oferując w zamian. Pewne schematy zapisały się w DNA tego miejsca, powtarzają się i pewnie będą się powtarzać.

A jaka będzie przyszłość miasta? Czeka nas nowe Lato Miłości czy też Frisco do końca zawojują bezduszni techies?

Chyba wszyscy czujemy, że nadchodzi jakiś przełom, że wahadło dziejowe może wygiąć się w drugą stronę. San Francisco zawsze było silnym barometrem przyszłości, więc warto przyglądać się procesom, które tam zachodzą. Jeden z moich bohaterów, Seth Goldstein, który na rozwoju tamtejszej bańki technologicznej zjadł zęby, powiedział mi: to wszystko musi się skończyć, a bańka - pęknąć, bo takie jest dziejowe prawo.

Magda Działoszyńska-Kossow. Ur. 1983. Z wykształcenia amerykanistka, z zawodu dziennikarka. Zaczynała w amerykańskiej gazetce uniwersyteckiej "NEIU Independent", po drodze pracowała jako redaktorka w telewizjach TVN24 i TVN24 BiS, studiowała w Polskiej Szkole Reportażu, uczyła angielskiego. Przez dwa lata była związana z działem zagranicznym "Gazety Wyborczej", publikowała też na łamach "Dużego Formatu", "Magazynu Świątecznego", "Wysokich Obcasów", "Pisma", "Polityki" i "Podróży".

Bartosz Józefiak. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje z Dużym Formatem Gazety Wyborczej, Tygodnikiem Powszechnym, portalem Weekend.Gazeta.pl. Dwukrotnie nominowany do nagrody dziennikarskiej im. Teresy Torańskiej w kategorii "Najlepsze w internecie". W sierpniu nakładem Czarnego ukaże się książka Bartka i Wojciecha Góreckiego "Łódź. Miasto po przejściach".