Zasada w handlu ludźmi jest jedna: osoba musi przynosić dochód

Zasada w handlu ludźmi jest jedna: osoba musi przynosić dochód (fot. Shutterstock)

rozmowy Anny Kality

"Kiedyś sutener miał turecki sweterek i dżinsy marmurki, teraz - skórzaną kurtkę i fajny samochód"

Mężatka, kobieta po studiach, poznała faceta wyglądającego jak marzenie o pięknym Hiszpanie i zdecydowała się z nim uciec, bo życie z mężem było nudne. Mężczyzna zawiózł ją do hotelu i po trzech dniach wystawił na drogę. To jest syndrom lover boya i mechanizm, który się będzie replikował zawsze z prostej przyczyny: werbownicy w handlu ludźmi odpowiadają na ludzkie marzenia - mówi Irena Dawid-Olczyk z Fundacji przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu La Strada.
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Ile kosztuje człowiek?

Tego nie wiem, ale są dane, że na niewolniku zarabia się średnio 3500 dolarów rocznie. Zasada w handlu ludźmi jest jedna: osoba musi przynosić dochód. Może pracować w prostytucji, wykonywać inne usługi, ale musi być maszynką do robienia pieniędzy. 

A na samym początku musi zostać oszukana?

Tak. Ukraińska studentka odpowiedziała na ogłoszenie ze zdjęciem hotelu, do którego szukano kelnerek. Została wystawiona na ulicę, potraktowana niezwykle brutalnie, przeżyła gehennę.

Dziewczyny zmuszane do prostytucji bardzo często mówią o tym swoim klientom, ale oni nie reagują. Tamta zatrzymała radiowóz i jedyne, co jej powiedział policjant, to: "Musisz iść drugą stroną drogi, bo ci mandat wlepimy". W końcu udało jej się dodzwonić do konsula, a on zawiadomił nas. Ta dziewczyna była ofiarą kilkudziesięciu gwałtów, ale ponieważ nie walczyła z klientami fizycznie, to prawo tak tego nie zakwalifikowało. W Polsce korzystanie z usług osoby zmuszanej do prostytucji nie jest karalne.

Jak reaguje kobieta, kiedy się orientuje, że została sprzedana?  

Jeśli wyrosła w rodzinie, w której posłuszeństwo wymuszało się np. biciem i jest wytrenowana w zmuszaniu siebie do różnych zachowań "dla dobra sytuacji", to może w ogóle się nie bronić. Słyszała pani kiedyś, jak ktoś pytał dziecko: "Kto ci tak kazał robić"? U nas jest założenie, że robisz to, co ci kazali. Dzwonią więc do La Strady matki tak wychowanych panien i dziwią się: "Ona była taka grzeczna, zawsze robiła, co jej kazaliśmy", a ja mam ochotę powiedzieć: "Tak, całkowała, sprzątała, a teraz robi loda! Bo jej kazali".

Nasze holenderskie koleżanki w latach 90. miały hipotezę, że sytuacja polskich kobiet - ofiar handlu ludźmi - jest pokłosiem ich wychowania do zgody na wiele rzeczy, których one nie chcą. I to jest, niestety, prawda. 

Irena Dawid-Olczyk z Fundacji przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu La Strada (fot. Archiwum prywatne)
Irena Dawid-Olczyk z Fundacji przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu La Strada (fot. Archiwum prywatne)

To od holenderskich działaczek zaczęła się historia La Strady, prawda?

Zaczęła się, gdy w oknach holenderskich burdeli nie stały już tak często Tajki i kobiety z Ameryki Południowej, a raczej Polki i Czeszki. Był rok 1992. Tamtejsze działaczki przyjechały do Polski, żeby zobaczyć, co tu się dzieje w kwestii handlu ludźmi, i okazało się, że nikt nic nie wie. Tak powstał międzynarodowy projekt La Strada, który równocześnie rozpoczął się w Holandii, Polsce i Republice Czeskiej. Pracowało w nim sześć osób, z czego cztery w Polsce. Holenderska Fundacja przeciwko Handlowi Kobietami nie przetrwała, ale my się zainspirowałyśmy i założyłyśmy własną. Pamiętam doskonale, jak zadzwoniła do nas pierwsza kobieta. To był 1995 rok i ja się niesamowicie ucieszyłam. "Nareszcie! To się dzieje! Działamy!" (śmiech).

To było totalnie nieprofesjonalne - ta moja reakcja. Ale każdy człowiek ma coś, co go w życiu motywuje, a mnie motywowało to, aby ofiary handlu ludźmi mogły korzystać ze swoich praw. I by te prawa miały. 

Kim są? To najczęściej kobiety z rodzin, w których dochodzi do przemocy?

Z rodzin dysfunkcyjnych. Podam pani przykład: oboje rodzice byli lekarzami. Po rozwodzie w ogóle ze sobą nie rozmawiali, z córką także nie. Więc dziewczyna matce powiedziała, że jedzie do ojca, i odwrotnie. A tak naprawdę poznała chłopaka przez Internet, wyjechała z nim i została w Niemczech wystawiona do prostytucji. A oni się przez tydzień nie zorientowali, że dziecko zniknęło!

Często scenariusz jest właśnie taki, że dziewczyna wyjeżdża ze swoim chłopakiem i to on ją sprzedaje?

To jest metoda "na lover boya" sięgająca początków XX wieku. Wówczas w Nowym Jorku działało kilkanaście tysięcy cadettos - młodych mężczyzn, których pracą było werbowanie i wywożenie dziewczyn do Ameryki Południowej. Również polskie kobiety, głównie Żydówki, trafiały w ten sposób do Argentyny.

Organizacja, która zajmowała się tym procederem, nazywała się "Warszawa". Czytałam, że handlarze brali śluby z kobietami i potem sprzedawali jako prostytutki! 

To były prawdziwe, religijne śluby, tylko że kobiety nie zdawały sobie sprawy, że to nie będzie prawdziwy mąż. Dziś w Polsce lover boy jest najczęściej udającym zakochanego Bułgarem. Kiedyś typowy sutener miał turecki sweterek i dżinsy marmurki, teraz nosi skórzaną kurtkę, jeździ fajnym samochodem i ładnie pachnie.

Pięć lat temu miałyśmy historię mężatki, kobiety po studiach, która poznała faceta wyglądającego jak marzenie o pięknym Hiszpanie i zdecydowała się z nim uciec, bo życie z mężem było nudne. Mężczyzna zawiózł ją do hotelu i po trzech dniach wystawił na drogę. Ten mechanizm będzie się zawsze replikował z prostej przyczyny: werbownicy w handlu ludźmi odpowiadają na ludzkie marzenia.

Holenderska Fundacja przeciwko Handlowi Kobietami nie przetrwała, ale my się zainspirowałyśmy i założyłyśmy własną (fot. Archiwum prywatne)
Holenderska Fundacja przeciwko Handlowi Kobietami nie przetrwała, ale my się zainspirowałyśmy i założyłyśmy własną (fot. Archiwum prywatne)

Tak samo działa "amerykański generał". Ten typ handlarza nazywamy "wędkarzem". On zarzuca wędkę w portalach społecznościowych. W tym samym czasie może pracować nad różnymi dziewczynami, celuje także w dojrzałe kobiety. Dowiaduje się, czego pragną, i obiecuje spełnić te marzenia. Wybiera jedną, jest wspólny wyjazd i zaczynają się opowieści, że ściga go mafia, że ma koszmarne długi. "Chcesz, żeby mnie zabili?" - pyta. I ona ląduje na ulicy, żeby uratować ukochanego.

Czytałam, że kolejny typ handlarza to "rybak", w którego sieć ofiary wpadają same. A ta sieć to np. ogłoszenie o hotelu i poszukiwanych kelnerkach?

Tak. "Rybak" może też np. pójść na casting dla modelek. Wychodzi z niego z płaczem na przykład trochę okrąglejsza dziewczyna. I on jej wtedy mówi: "Jak to, nie wybrali cię?! Jesteś taka ładna! Zobacz, ja przygotowuję kalendarz z włoską bielizną". To jest jego sieć, z której wybierze ofiarę. Biznesplan sprawcy wygląda tak: wybrać odpowiednią osobę, zwerbować ją, nakłonić, żeby robiła to, czego on chce, zarabiać pieniądze i zabezpieczyć się tak, aby ona nie zeznawała przeciwko niemu.

Na jakiej zasadzie on z tej sieci wyciąga ofiarę? Wybiera tę najuleglejszą?

Nie zawsze. Kiedyś w telewizji "skruszony handlarz" opowiadał, że co mu z uległej dziewczyny, jak ona jest córką komendanta powiatowego policji? Lepsza będzie mniej uległa, ale taka, która mieszka tylko z matką i jest z nią skłócona.

Ludzie bardzo często nie rozumieją ofiar handlu. Nigdy nie zapomnę rozmowy z piękną Rosjanką, która wyglądała jak młoda Andie MacDowell. Została zwerbowana przez faceta w poczekalni polskiego konsulatu w Moskwie. Oboje starali się o wizę tranzytową. On powiedział, że jedzie do żony do Niemiec. Ona jechała do koleżanki. Miała zabrać się z nim samochodem. Sprzedał ją w Polsce. Pytamy ją, czy dostawała jeść. A ona na to, że kolacja codziennie była ciepła. Pytam, kto gotował. "Suteniory!" Głównie z Kaukazu. Dziewczyny stały przy drodze i były zmuszane do prostytucji, ale wieczorem wszyscy razem - zgodnie z kaukaskim zwyczajem - siadali do tej ciepłej kolacji. Tu nic nie jest proste i oczywiste.

Kobiety często kontaktują się z oprawcami, używając przy tym przyjaznej formy! I potem sędzia mówi: Twierdzi pani, że go pani nienawidzi, a pisze: "Kochany Rysiu!". Przygotowujemy opinie, które pozwolą sędziom i prokuratorom zrozumieć, jaki mechanizm tu działa.

Jaki?

Ofiary się po prostu bardzo boją. Siedzi u nas dziewczyna, my jeszcze nie wiemy, gdzie ją umieścimy na noc, a ona się trzęsie i mówi: On wie, gdzie ja będę. My mówimy: Ale nawet my jeszcze nie wiemy! A ona: Ale on już wie. W momencie kiedy ofiara jest głodna, zmęczona, przestraszona, w jej głowie buduje się ogromna figura omnipotentnego potwora, która ją przytłacza. I może wszystko. 

Opowiadała pani kiedyś, jak na rozprawę sądową podjechał handlarz. Auto w kolorze szampana, on w eleganckim garniturze, obok elegancka żona, a do tego wszystkiego jeszcze ochroniarz. Nie dziwię się, że w umyśle ofiary był omnipotentny, bo z pewnością był królem półświatka w okolicy. 

Sprawcy są różni. Pamiętam, jak kiedyś pod gmachem sądu w Krakowie spotkałam oskarżonego. W dżinsach i z plecakiem. Tak jak ja. Był po wyższych studiach humanistycznych.

Ludzie bardzo często nie rozumieją ofiar handlu (fot. Shutterstock)
Ludzie bardzo często nie rozumieją ofiar handlu (fot. Shutterstock)

To była słynna sprawa: po wejściu Polski do Unii dziewczyny wyjeżdżały do Włoch przekonane, że będą zarabiać jako hostessy.

Ten biznes łączył się z ogromną pogardą dla - w większości - bardzo biednych dziewczyn.

Kiedy docierały do Włoch i zaczynały rozumieć, czego się od nich oczekuje, były przerażone. Te, które mogły, dzwoniły do domów, ojcowie wsiadali w samochody i po nie jechali. Ale większość była skazana na to, co tam zastała. Nie było bicia, sytuacja była miękka: najpierw dziewczynom pokazano, jak "należy się ubierać" we włoskich klubach. Taka elegancja w stylu pornochic. Potem się okazało, że jeśli się nie pozwalały dotykać i nie wychodziły z mężczyznami poza klub, to nic nie zarabiały. Więc ulegały. Jedna z nich powiedziała: To jak w sklepie rybnym. Śmierdzi tylko na początku.

Nieskończenie smutne stwierdzenie. 

Była też Ukrainka, która zachorowała na nowotwór i której nigdy nie wypuszczano z burdelu, gdzie pracowała. Ona nie miała możliwości leczenia. Została dosłownie wyrzucona na ulicę, kiedy była już umierająca. Jedyne, co mogła dla niej zrobić koleżanka z naszej fundacji, to ustalić jej personalia, żeby można ją było pochować, a na nagrobku wyryć imię i nazwisko. 

Ale opowiem pani jedną historię, która się skończyła pozytywnie: spektakularną ucieczką. Dwie studentki zostały zamknięte w burdelu we Włoszech. Najpierw udawały, że mają miesiączkę, żeby nie pracować, potem uciekły przez trzymetrową bramę, pomagając sobie nawzajem. Dostały się na dworzec w Mediolanie, gdzie schowały się w toalecie, stały na sedesie, a sprawcy chodzili i ich szukali, zaglądając pod drzwi! Kiedy autobus wyjeżdżał z dworca, leżały w nim na podłodze. Dały sobie genialnie radę! One też są ofiarami handlu ludźmi, mimo że nie zostały zgwałcone.

A te kobiety, które zostały prostytutkami, mają już na zawsze złamane życie? Powiedziała pani kiedyś, że największy kryzys psychiczny przychodzi dopiero po uwolnieniu. 

W kryzysie człowiek myśli tylko o tym, żeby przetrwać. Nie analizuje tego, co się dzieje. Potem bywa strasznie. Niektóre kobiety doświadczają anhedonii - to stan, w którym człowiek nie umie odczuwać radości, choć takie wyjaśnienie nie oddaje powagi sytuacji. Spotkałam kobietę w siedem lat po jej uwolnieniu i byłam przerażona. Człowiek niby rozmawia normalnie, ale czuć, że tam w środku...

Jest pusto?

Tak. Ale są też takie osoby, które sobie radzą. To zależy od zasobów indywidualnych, od tego, jak znosi to ciało. Niektóre kobiety się po prostu odnajdują w prostytucji.

Brzmi szokująco.

Ja się zajmuję ofiarami handlu ludźmi, osobami, które są zmuszane do prostytucji, pracy, przestępstw. Nie chcę wypowiadać się o prostytucji jako takiej. Może być tak, że ofiarą jest kobieta, która nigdy nie zetknęła się z seksbiznesem i nie miała takiego pomysłu, ale jest osobą, która z różnych powodów mogłaby pracować jako seksworkerka. I uwalnia się, ale zostaje w tym biznesie. Ale bywa, że faktycznie to doświadczenie niszczy życie.

W kryzysie człowiek myśli tylko o tym, żeby przetrwać (fot. Archiwum prywatne)
W kryzysie człowiek myśli tylko o tym, żeby przetrwać (fot. Archiwum prywatne)

A co się dzieje, kiedy ona się już uwolni i wraca do kraju? Jest skazana na ostracyzm? 

To norma. Często zanim sama kobieta zdąży się poskarżyć, rodzina już dostaje wiadomość, że została prostytutką. Poznałam jedną wyjątkową matkę: przyszli do niej do domu, bo córka uciekła i usiłowali ją odzyskać. Pokazali kobiecie zdjęcia pornograficzne, jak ona uprawia seks, i zagrozili, że jeśli nie powie, gdzie dziewczyna jest, to oni tymi zdjęciami obkleją klatkę schodową. A matka na to: Chociażbyście na drzwiach kościoła te zdjęcia przykleili, to dalej jest moje dziecko.

Znam tylko jedną taką historię.

Najczęściej rodzina nie wie, jak sobie z tym poradzić. Był przypadek dziewczyny, która w Warszawie została uprowadzona na ulicy, wciągnięta do samochodu i zmuszona do prostytucji. Jak wróciła do domu, to cokolwiek wzięła do ręki, jej matka natychmiast wkładała do zlewu i polewała wrzątkiem.

Dlatego kobietom chodzi o to, żeby nikt nie wiedział o tym, co się wydarzyło. Zdarza się też, że kobieta wiąże się z klientem, który ją ratuje. Ale ja odradzam tę opcję. Co to za mąż, co chodzi do prostytutki?

Dziś La Strada pomaga głównie ludziom sprzedanym do niewolniczej pracy?

Seksbiznes się zmienił, działające w nim osoby rzadziej są do tego zmuszane. Ofiar niewolniczo pracujących jest teraz najwięcej, bo to przynosi ogromne zyski. Bywa, że w jednej sprawie pokrzywdzonych jest nawet kilkadziesiąt osób. Sprawcy też są już inni, bardziej "cywilizowani". W dwóch przypadkach, kiedy szukaliśmy informacji o handlarzach, znaleźliśmy ich na LinkedInie.

Do niewolniczej pracy w Polsce przyjeżdżają Nepalczycy i Filipińczycy?

Też Wietnamczycy, a ostatnio Wenezuelczycy. Pracowaliśmy z obywatelami 48 krajów.

Kilka lat temu było bardzo głośno, że luksusowe bloki w warszawskim Miasteczku Wilanów budują niewolnicy z Korei Północnej. 

Tam sytuacja nie była taka prosta. Zgodnie z naszymi standardami byli wykorzystywani. Ale jedli do syta i mieli lepszą sytuację ekonomiczną i pracowniczą niż w obozie pracy w swoim kraju. 

Nie byli ofiarami handlu ludźmi?

Byli. Zapraszaliśmy ich do naszego schroniska, ale nie chcieli skorzystać z oferty. A jeśli nasze działania miałyby doprowadzić do tego, że wróciliby do kraju, to by było nieetyczne. W takiej sytuacji ważne, żeby ofierze pokazać, że ma różne możliwości. 

Czy niewolnikowi, który przyjeżdża do pracy, zabierają paszport?

Zabieranie paszportu jest przereklamowane. Kluczowy tu jest szantaż: nie zapłacimy ci żadnych pieniędzy, jak uciekniesz. Pracodawca zalega przez trzy miesiące i teoretycznie może go pani porzucić, ale wtedy nigdy pani nie zobaczy wynagrodzenia. A zostając, ma pani na to teoretycznie szansę. Być może też dostanie pani lepsze zakwaterowanie.

Czekamy właśnie na wyrok w sprawie pracowników ekskluzywnych warszawskich restauracji. Ofiary były głównie ze Wschodu. Ci ludzie pracowali po 17 godzin, nie dostawali pieniędzy, byli poniżani. Mężczyzna, który ich ściągał do Polski, całkowicie nad nimi panował, działał w wyrafinowany sposób. Więcej nie mogę na tym etapie powiedzieć.

Seksbiznes się zmienił, działające w nim osoby rzadziej są do tego zmuszane (fot. Shutterstock)
Seksbiznes się zmienił, działające w nim osoby rzadziej są do tego zmuszane (fot. Shutterstock)

W tych wszystkich historiach, o których pani opowiada, człowiek jest traktowany jak rzecz, i to jest najbardziej przerażające. Handlarz nie widzi w nim istoty ludzkiej, a nawet jeśli - to nie równą sobie. 

Jeśli mnie pani zapyta, kim jestem, to powiem: aktywistką na rzecz praw człowieka grup marginalizowanych. To jest kluczowe.

W Annowie w województwie kujawsko-pomorskim niewolnikami w gospodarstwie były osoby bezdomne z problemem alkoholowym. Traktowano je bardzo źle. To jest coś, co Polacy zrobili Polakom.

Dochodziło do znęcania psychicznego i fizycznego. Jedna z ofiar usiłowała odebrać sobie życie. 

W analogicznej sprawie sędzia podważył wiarygodność jednej z ofiar. Ten mężczyzna zgodził się na badanie wariografem. Ma dobrego adwokata. Sam fakt, że w postępowaniu przygotowawczym ofiara może mieć adwokata, już świadczy o tym, jak wiele się zmienia na lepsze.

Sędzia nie wierzył ofierze, bo kto by wierzył bezdomnemu alkoholikowi? 

W tej chwili ten mężczyzna nie jest już ani bezdomnym, ani alkoholikiem.

Piękne!

To jest piękne, ale pomaganie bywa też frustrujące. My otwieramy szwedzki bufet. Jest szeroka oferta! Możesz brać, co chcesz. Ale też możesz nie chcieć niczego. Musiałam się nauczyć, że nie możemy nikogo zmusić do zmiany. Jeśli kobieta jest na takim etapie życia, że przede wszystkim musi się w kimś zakochać, do kogoś przynależeć i wtedy będzie się godziła na życie w złych warunkach, to my nie możemy w żaden sposób pomóc. Tak samo jeśli ktoś nie chce przestać pić, nie przekonamy go, że to jest najważniejsze.

Od 25 lat styka się pani z niewyobrażalnym złem. Miewa pani chwile, kiedy te nieszczęścia panią przytłaczają i myśli pani, że żyjemy w złym świecie, pełnym złych ludzi? 

O tym wiedzą wszyscy. Ale nie wszyscy wiedzą, że ludzie potrafią też bezinteresownie robić rzeczy dobre dla całkiem obcych osób. Ja, dzięki swojej pracy, jestem tego pewna. Jesteśmy małą organizacją, naszą prawdziwą siłą są setki osób, które nam pomagają. Wczoraj jedna z nich zapytała mnie, czy może opisać to, co dla nas zrobiła, na swoim blogu. A poświęciła kilka godzin swojego czasu. Ale nie, nie może o tym napisać, ponieważ to by naraziło osoby, którym pomaga, na niebezpieczeństwo. Ktoś mógłby je zlokalizować. Usłyszałam: OK, rozumiem. Nie chodziło jej o gratyfikację.

Pani ma w sobie pasję zmieniania świata, jaka najczęściej cechuje bardzo młodych ludzi.

Pasja jest absolutnie kluczowa. Nie chciałabym, żeby to źle zabrzmiało, ale to, co robię, bywa poprawianiem po Panu Bogu.

W tym poprawianiu Pana Boga nie miewała pani momentów, kiedy czuła się bezsilna?

Bywam zniechęcona, bywa trudno, ale proszę pamiętać, że ja zaczynałam pracować z ofiarami handlu ludźmi, będąc dojrzałą osobą, a jak dorośli ludzie się czegoś podejmują, to to robią. Poza tym wychowałam się w PRL-u, w którym organizacja pozarządowa mogła niewiele. Jest mi łatwiej niż młodszym koleżankom, bo widzę, ile rzeczy, które w 1995 roku były nie do wyobrażenia, dziś jest normą: pobyt ofiar jest legalizowany, mają prawo do pracy, są objęte pomocą społeczną. Funkcjonuje Krajowy Plan Działania przeciwko Handlowi Ludźmi. Problem istnieje w świadomości społecznej. To są bezcenne rzeczy, które dzieją się dzięki naszej pracy.

Wspomniała pani, że ma łatwiej niż młodsze koleżanki.

Mamy bardzo dużą fluktuację kadr, to prawda. Bo to jest bardzo trudna, obciążająca emocjonalnie praca. Fantastyczny kolega, który odszedł od nas, powiedział mi: Chciałbym mieć pracę, o której nie będę myślał w domu. 

W La Stradzie się tak na pewno nie da.

Nie da. Wczoraj czekałam, czy się wydarzą pewne rzeczy, i póki się nie wydarzyły, byłam niespokojna. Odkładałam naszą rozmowę. 

A była sobota po południu. 

Być może to nie mieści się w granicach normy, że ja lubię taką pracę. Ale tak jest. Po prostu. 

Irena Dawid-Olczyk. Współzałożycielka Fundacji przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu La Strada oraz La Strada International. Ukończyła Helsińską Szkołę Praw Człowieka. Od ponad 20 lat szkoli policjantów, prokuratorów, sędziów i pracowników socjalnych.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (133)
Zaloguj się
  • naturelovers

    Oceniono 52 razy 44

    Dziękuję za Pani pracę, Pani Ireno.

  • myslacyszaryczlowiek1

    Oceniono 28 razy 18

    O wróciły komentarze, bo już prawie wykreśliłem ten dział z czytania.

  • metanoja

    Oceniono 21 razy 17

    Pani Ireno - dobrze, że Pani jest.

  • majak

    Oceniono 36 razy 10

    "Mężatka, kobieta po studiach, poznała faceta wyglądającego jak marzenie o pięknym Hiszpanie i zdecydowała się z nim uciec, bo życie z mężem było nudne. Mężczyzna zawiózł ją do hotelu i po trzech dniach wystawił na drogę."

    To jest ta słynna "kobieca intuicja". Bita i poniżana córka alkoholika też zawsze znajdzie faceta, który zafunduje jej powtórkę z rozrywki. W tych sprawach kobiety są nieomylne.

  • eryn_7

    Oceniono 25 razy 9

    Wyrażeń "seksbiznes" i "seksworkerka" nie należy używać, bo sugerują, że istnieją "seksusługi" podlegające kodeksowi handlowemu, a prostytutkę obowiązuje prawo pracy, czy umowa o pracę, usługi i obowiązki wobec "klienta". Tymczasem nie można wymagać aktów seksualnych na mocy kodeksu handlowego, cywilnego ani wpisać wykonywania aktów seksualnych do obowiązków pracowniczych. Stałoby to w sprzeczności z kodeksem karnym, który broni wolnosci seksualnej.
    Używanie takich określeń potocznie, czy nawet w przenośni jest szkodliwe, bo zaciera granice pomiędzy prywatnością pracownicy a jej dyspozycyjnoscia zawodową, wspiera mobbing i molestowanie wszystkich kobiet w zakładach pracy.

  • bialywywiad

    Oceniono 20 razy 8

    Wspaniała kobiety! Zresztą, co ja pieprzę... Wszystkie kobiety są wspaniałe! Cześć Wam i chwała, Bohaterkom!

  • zigzaur

    Oceniono 10 razy 8

    Tadeusz Dołęga Mostowicz "Doktor Murek".

  • bobislaw.borboje

    Oceniono 9 razy 7

    Obecnie około połowy czynnych alfonsów pracuje w policji.

  • rattus-rattus

    Oceniono 17 razy 7

    Troszczkę niepoprawności politycznej - żeby udawać Bułgara lub Hiszpana, najlepiej być Rzymianinem (który porzucił tradycyjny handel kradzionymi końmi).

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX