Przedwojenna kawiarnia na dachu Domu Towarowego Braci Jabłkowskich

Przedwojenna kawiarnia na dachu Domu Towarowego Braci Jabłkowskich (Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.pl)

wywiad gazeta.pl

O Anieli Jabłkowskiej plotkowała cała warszawska ulica. "Ojciec wymyślił jej zajęcie"

Historia pierwszego domu towarowego w Polsce zaczęła się od starej jesionowej komody. Przetrwał dwie wojny światowe, uśmiercił go dopiero PRL. O odzyskanie warszawskiego Domu Braci Jabłkowskich spadkobiercy walczyli ponad 20 lat. - I wcale nie chodziło o pieniądze - mówi Cezary Łazarewicz, autor książki "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich".

Ta historia to gotowy scenariusz serialu.  

Moja żona też tak twierdzi. 

Gdyby powstał, to jak według pana powinien się zaczynać? 

Sceną, w której Józef Jabłkowski junior, twórca Domu Braci Jabłkowskich, idzie po schodach swojego domu towarowego i słyszy, że nie ma już do niego wstępu. Jest rok 1950, Dom Towarowy Braci Jabłkowskich dekretem Bieruta przejmuje państwo. 

A dalej - od początku. 

Początek tej historii jest taki, że najpierw majątek całego życia traci ojciec Józefa - Józef Jabłkowski senior. 

Człowiek dobiegający sześćdziesiątki, szlachcic i ziemianin spod Kalisza. Patriota i pozytywista, który uwłaszczył chłopów i budował wiejskie szkoły.  

W wyniku niesłusznych oskarżeń Józef traci wszystko i trafia do carskiego więzienia. Ma żonę, dziesięcioro dzieci i długi, które będzie spłacał do końca życia.  

Przenoszą się do Warszawy. To prowincjonalne miasto Imperium Rosyjskiego wygląda jak wielkie szambo, bo nie ma kanalizacji. Tam Józef szuka pracy najemnej.  

W Warszawie syn Józefa - Józef Jabłkowski junior - wpada na pomysł, by założyć rodzinną kasę zapomogowo-pożyczkową.  

I tu się objawia siła rodziny, która u Jabłkowskich jest motywem przewodnim. Do kasy trafiają składki całego rodzeństwa. Każdy w rodzinie może z nich korzystać.  

Rocznie wpłacają niedużo - po parę rubli, tyle, "ile kosztują dwie pary kaloszy z monogramem od Wokulskiego".  

Z początku te pieniądze mają finansować studia najmłodszych braci, potem rozwijać rodzinny kapitał. Józef ma misję: podźwignąć rodzinę moralnie i materialnie. Rodzinna kasa to jeden z pierwszych jego genialnych pomysłów. 

Potem na scenę wkracza Aniela Jabłkowska. Najmłodsza z rodzeństwa, która zaczyna prowadzić sklepik... w komodzie. 

Nie wiadomo, czy tego chciała. Ten biznesik wymyśla dla Anieli ojciec. Dziewczyna sprzedaje mydło, stalówki, ołówki. Aniela jest zaręczona, ale decyzją ojca dla sklepiku w komodzie rezygnuje z małżeństwa, nie ma nic do gadania. Powiedzmy sobie wprost - upodmiotowienie kobiet nie było wtedy największe. Ale to Aniela będzie założycielką rodzinnej fortuny. Pierwsza nazwa firmy to przecież Aniela Jabłkowska i Spółka. 

Dom Towarowy Braci Jabłkowskich
Komoda Anieli Jabłkowskiej/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

O Anieli plotkuje cała warszawska ulica, bo handel to wtedy zajęcie haniebne, zwłaszcza dla kobiety.  

I nie tylko Aniela to odczuje. Dla rodziny szlachciców handel jest wtedy zajęciem niegodnym, wyklucza z życia towarzyskiego, bo o pieniądzach się nie rozmawia, tylko się je ma. Potem w jednym z przedwojennych wywiadów Józef junior będzie tłumaczył dziennikarzowi, że prowadzenie domu towarowego to też jest budowanie Polski. Ale skoro to tłumaczył, to pewnie jednak siedziała w nim jakaś zadra. 

Tymczasem sklepik Anieli powoli się rozrasta - wychodzi z komody do osobnego lokalu przy Hożej, a artykuły piśmiennicze zastępuje konfekcja. Trwa to kilkanaście lat. Z zagranicy wraca Józef junior. 

Józef zaczynał karierę w fabryce w Łodzi jako zwykły robotnik przy warsztacie tkackim. Tam szybko awansował i stał się głównym technologiem w zakładach włókienniczych w Białymstoku. Potem był dyrektorem w fabryce sukna w Rosji.  

Z Rosji wraca i postanawia dołączyć do biznesu pod warunkiem, że sklep będzie w lepszej lokalizacji. Zakłada Towarzystwo Akcyjne Braci Jabłkowskich i zaczyna budowę dzieła swojego życia: Domu Towarowego Braci Jabłkowskich przy Brackiej 25, na miejscu dawnego cyrku.  

Ledwo otwierają w 1914 roku, wybucha pierwsza wojna światowa. I tak już do końca będą mieć pod górkę.

Za to sklep jest nie byle jaki - pierwszy na ziemiach polskich luksusowy dom towarowy.  

Żeby sprzedawać w jednym miejscu wszystko - w tym gotowe ubrania, porcelanę, aparaty fotograficzne, zabawki itd. - trzeba było być wizjonerem. Dzisiaj to rzecz normalna, ale wtedy nie była - wiem, bo to przeanalizowałem. Dom Braci Jabłkowskich jest pierwszym takim sklepem w Polsce i jednym z pierwszych domów towarowych w Europie. Wcześniej powstał tylko londyński Harrods i KaDeWe w Berlinie - ten drugi miał mniej pięter niż Dom Braci Jabłkowskich.  

Dla klientów wejście do domu towarowego to wyprawa na obcą planetę. Nie tylko dlatego, że wnętrze było oszałamiające, ozdobione pięknymi witrażami. Każdy klient dostawał "instrukcję obsługi" i dowiadywał się, że w domu towarowym może chodzić, oglądać i dotknąć wszystkiego, bez proszenia subiekta. Nikt go nie będzie nagabywał. Tego wcześniej nie było. 

Dom Towarowy Braci Jabłkowskich
Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

Subiekt jest u Jabłkowskich doradcą i ekspertem, asystentem zakupów. 

Zna się na towarze, który sprzedaje. Jabłkowscy organizowali swoim pracownikom kursy handlu i wycieczki studyjne - jeśli ktoś sprzedawał porcelanę, jechał do manufaktury w Ćmielowie, jeśli ubrania - do łódzkich szwalni.  

Subiekci znali po kilka języków obcych, firma organizowała im konwersacje. Musieli się też znać na ludziach - uczono ich, jak obchodzić się z każdym typem klienta, żeby dziecku, które przyjdzie z mamą, dać do ręki zabawkę. Obowiązywała zasada, że dobry subiekt poradzi sobie z każdym.  

Zamieściłem te rady w książce i powiem pani, czasy się zmieniają, ale ludzie nie (śmiech). Każdy właściciel sklepu powinien to przeczytać. 

Innowacji było więcej. 

Przede wszystkim Józef Jabłkowski na przełomie XIX i XX wieku wymyślił takie ówczesne Allegro, czyli sprzedaż wysyłkową. Niezwykle trudne logistycznie przedsięwzięcie - zaoferować sukienkę w tej samej cenie na początku i na końcu sezonu, wykonaną z tego samego materiału i w różnych rozmiarach, dla klientki w Łodzi i na Syberii.  

Ten ich rewolucyjny pomysł sprawił, że firma się niezwykle rozwinęła - przed 1918 rokiem połowę dochodów Dom Braci Jabłkowskich miał ze sprzedaży wysyłkowej. To były olbrzymie kwoty. 

Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy
Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy

Bogaczy się zwykle nie lubi, ale z Jabłkowskimi tak nie było. Byli pracownicy wspominali ich z sentymentem nawet po kilkudziesięciu latach. 

Bo tam zawsze chodziło o coś więcej niż tylko o biznes i pieniądze. Pewnie były jakieś zatargi i na pewno współcześni by coś wygrzebali, bo jeśli w firmie pracuje 600 osób, jak u Jabłkowskich w czasach prosperity, to niemożliwe, żeby wszyscy byli zadowoleni.  

Ale Jabłkowscy mieli dwie zasady.  

Pierwsza: to byli strasznie skromni ludzie. Józef uważał, zresztą jego syn Feliks również, że każdy pieniądz, który nie idzie na rozwój firmy, jest zmarnowany. Prowadzili najważniejszy sklep w Polsce, ale jak sprawdziłem, jakie zarobki mieli prezesi, to nie były wcale horrendalne sumy. Nie obnosili się z pieniędzmi. 

A druga zasada: ludzi trzeba traktować z honorem. Józef nigdy nie mówił "pracownicy", tylko "współpracownicy". Traktował ich jak rodzinę. Do 15-letniego konserwatora, z którym po wielu latach udało mi się porozmawiać, ten wielki prezes Józef Jabłkowski zwracał się z atencją: panie Modro. W jednym z listów Józef tłumaczył, że jeśli obrazisz kogoś lub poniżysz, to ten człowiek ci nigdy tego nie zapomni. 

Bardzo szybko Jabłkowscy wprowadzili też zasadę, że ważne stanowiska mogli piastować tylko ci, którzy przeszli w firmie ścieżkę awansu. 

Dyrektorem domu towarowego w Wilnie - bo Jabłkowscy mieli jeszcze drugi dom towarowy - został facet, który zaczynał od najniższego stanowiska. Po kilkunastu latach, dzięki pracy i zdolnościom, od zera można było dojść na szczyt. A nie tak, że przychodził obcy człowiek z zewnątrz i zostawał dyrektorem. 

I dlatego pracownicy byli oddani, związani z rodziną Jabłkowskich, z tą firmą. Przecież po drugiej wojnie światowej, gdy sklep rozszabrowano, to pracownicy, sami z siebie, utworzyli ekipę remontową.

Ba, oni do lat 60. czy 70. XX wieku regularnie się spotykali. Najpierw była msza w kościele Wizytek za zmarłych i żyjących pracowników, a potem wspólny obiad. I ta tradycja odrodziła się dzięki Janowi i Tomaszowi Jabłkowskim, wnukom Józefa Jabłkowskiego juniora, którzy odzyskali po latach Dom Braci Jabłkowskich. 

Dotarłem do dwóch byłych pracowników Jabłkowskich i oni byli w siódmym niebie, że mogą tę firmę powspominać. Ktoś mi opowiadał - i to też bardzo filmowa scena - że jak już się zaczęło powstanie warszawskie, Józef był w Domu Braci Jabłkowskich, sufit leżał na podłodze, to on ściskał po kolei wszystkich pracowników. Nie wiedzieli, czy po powstaniu się jeszcze zobaczą. Józef wyszedł ostatni, wyjechał z Warszawy bydlęcym wagonem. 

Dom Towarowy Braci Jabłkowskich
Grabież po powstaniu/ Dom Towarowy Braci Jabłkowskich

Skąd Jabłkowscy wiedzieli, że w ludzi trzeba inwestować? 

Wzorem był dla nich Henry Ford - "dobry kapitalista, który zarabia, nie wyzyskując pracowników". Dziś wiemy, że Ford był zakochany w Hitlerze, ale przed wojną to on pierwszy pisał, że pracownikom trzeba dobrze płacić i o nich dbać. W czasach, gdy wszyscy zaciskali pasa i panował straszny wyzysk człowieka przez człowieka, Jabłkowscy wyrzucali pieniądze - jak byśmy dziś powiedzieli - w błoto: budowali stołówkę dla pracowników, dom wczasowy, finansowali im wakacje. Tak się nawet w Ameryce nie robiło! Jabłkowscy uważali, że pracownik jest największym dobrem firmy. I to miało sens.  

Wydaje się, że Jabłkowscy mieli jakiś szósty zmysł. Jakby podejmowanie najtrudniejszych decyzji przychodziło im z łatwością. 

Gdzie tam, to z perspektywy czasu może tak wyglądać. W ogóle nie było im łatwo. Mieli genialne pomysły, ale wciąż ryzykowali. Jak Józef ogłaszał pracownikom w latach 20. XX wieku, że chyba zbankrutują, to wtedy nie wiadomo było, która droga jest lepsza: wyrzucić wszystkich na zbity pysk, jak się wtedy wyrzucało, zamknąć firmę, sprzedać budynek, spłacić długi i żyć, czy razem wiosłować, żeby się udało.  

A później, kiedy już stanęli na nogi, przyszła niemiecka okupacja i propozycja, żeby to był sklep tylko dla Niemców. Jabłkowscy się nie zgodzili. Jak zaczęli działać po wojnie, to przyszedł PRL. Doprowadzili budynek do stanu używalności, pięć lat działali i sklep upaństwowiono. Koniec, nie ma. 

Tak naprawdę okres prosperity firmy to koniec XIX i początek XX wieku, do wybuchu pierwszej wojny światowej. I druga połowa lat 30. W sumie jakieś 20 lat.  

Ponad 20 lat zajęło Jabłkowskim odzyskiwanie rodzinnego majątku zabranego im w PRL-u i potem nielegalnie zajmowanego przez biznesmena Jana Kowalewskiego. Co ich napędzało? 

Pytałem ich o to, i - o dziwo - wcale nie odzyskanie najlepszych nieruchomości w Warszawie. Jak mi to wszystko opowiadali, nie mieli w oczach dolarów. Tam wcale nie chodziło o pieniądze. Motorami napędowymi byli Jan i Tomasz Jabłkowscy, wnukowie Józefa juniora. Oni czują się spadkobiercami tradycji Jabłkowskich i nie ma możliwości, żeby to z siebie zrzucili. Przenieśli w sobie ten Dom. Chociaż Jan Jabłkowski, jak w nim mieszkał - bo Jabłkowscy po powrocie do Warszawy po wojnie przez jakiś czas mieszkali w DBJ - miał chyba trzy lata. 

To jest niesamowite, ale oni nie mieli poczucia krzywdy. Feliks Jabłkowski, ojciec Jana i Tomasza, ostatni dyrektor Domu, nie pielęgnował w nich poczucia, że coś im zabrano. Sam czuł raczej, że wyrzucono go z pracy. 

03.02.1993 WARSZAWA DOM HANDLOWY ARKA UL. BRACKA DAWNY DOM HANDLOWY BRACI JABLKOWSKICH FOT. SLAWOMIR KAMINSKI / AGENCJA GAZETA SK DVD 010 A SLOWA KLUCZOWE: ARCHITEKTURA LATA 90 ULICE HANDEL ARCHIWALNE /FR/
SŁAWOMIR KAMIŃSKI

Dwudziestoletniej walki się jednak nie spodziewali.  

Jak im adwokat powiedział, że to potrwa długo - myśleli, że może rok. Wszystko chcieli robić legalnie i dlatego tak się ciągnęło. Były kolejne nakazy eksmisji, a Kowalewski zakładał nowe spółki i nic mu nie można było zrobić. Jabłkowscy mówili o nim: nasz okupant. To też pokazuje, że w Polsce łatwiej iść na wydrę, łamać prawo, nie stosować się do wyroków sądowych, a o wiele trudniej je egzekwować. Ale w końcu sądy dały sobie z Kowalewskim radę. 

Zresztą po pięciu latach przebijania się przez skały to już była sprawa ambicjonalna - albo oni nas, albo my ich. Bo w rodzinie Jabłkowskich sprawy się kończy. 

Happy end. A może to jeszcze nie koniec? 

Teraz największym marzeniem Jana i Tomasza jest, żeby w dawnym Domu Braci Jabłkowskich znowu działał dom towarowy. Żeby znowu tętnił życiem, był ważnym miejscem w Warszawie. Trzymam za nich kciuki. 

I może im się udać. Jak odzyskiwali należącą też do Jabłkowskich przed wojną kamienicę przy Chmielnej, to była - co tu dużo mówić - melina. Dziś to piękne lokale. Zbudowali Nowy Dom Braci Jabłkowskich, chociaż nie byli wcale bogaczami. Tam wszyscy pracowali na etatach - jeden w instytucie automatyki, drugi jako chemik na uczelni. Doprosili całą rodzinę, bardzo uczciwie, zacieśnili więzy i chyba nadal mają dobre relacje. 

Dom Towarowy Braci Jabłkowskich  po remoncie. Obok: Nowy Dom Towarowy Braci Jabłkowskich / Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.pl
Dom Towarowy Braci Jabłkowskich po remoncie. Obok: Nowy Dom Towarowy Braci Jabłkowskich / Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.pl

Dużo zna pan takich rodzin?  

Które myślą nie tylko o sobie? Na pewno rodzina Bliklego. Tam zawsze chodziło o coś więcej niż tylko zarabianie pieniędzy. Wedel chyba był kimś takim. Jan Wejchert - wielki wizjoner biznesu. Nawet Kulczykowie, którzy myślą o tym, że samo pomnażanie pieniędzy nie jest żadną wartością, musi być do tego dołożone coś więcej, jakaś filozofia, wsparcie, działania socjalne. Tylko takie biznesy mają szansę przetrwać. 

Ale o biznesie się ciężko pisze.  

Dlaczego? 

Bo my z tego PRL-u jesteśmy, a teraz z IV RP. Nie ma u nas etosu biznesowego. Dla bolszewików kapitalista to był wróg. I obecnie rządzący też patrzą na tych, którzy odnoszą sukces, jak na cwaniaków i złodziei. A jak pani poznaje historie tych ludzi, to widzi, że wszystko jest okupione ciężką pracą, genialnymi pomysłami, ciągłym ryzykowaniem wszystkiego, co się ma. Ale zawsze ci, którzy mają więcej, są wystawieni na strzał i każdy może ich zaatakować.  

Co pana najbardziej zafascynowało w historii Braci Jabłkowskich? 

Chyba ten polski amerykański sen. Tam się zawsze zaczyna od jednego dolara, a tutaj Aniela zaczynała od niczego. Wydawało się, że ojciec wymyślił dla niej zajęcie, żeby się nie nudziła, a ono przerodziło się w coś wielkiego. 
Ale na początku to miała być tysięczna taka sama historia odzyskiwania zagrabionego mienia. Poszedłem na spotkanie z Janem Jabłkowskim, bo mnie kolega poprosił. Myślałem: nudy na pudy. A potem Jan mi zaczął opowiadać dzieje ich firmy od XIX wieku i po dwóch godzinach wiedziałem, że chcę je opisać.  

Wcześniej trochę bezczelnie uprzedziłem Jabłkowskich, że mogą się odnosić do faktów, ale nie będą mieli wpływu na to, co napiszę. Pójdę do IPN-u i wszystkich archiwów. Na co Jan: "No dobrze, mam nadzieję, że nie mamy żadnych trupów w szafie". No i nie mieli. 
I jeszcze coś mi dało do myślenia. 

Co takiego? 

Ten taki inny rodzaj patriotyzmu. Jan był działaczem zaangażowanym w podziemie, był internowany. Ja też zawsze byłem raczej za rzucaniem koktajlami Mołotowa, ulotkami, malowaniem murów. I wydawało mi się, że to jest o wiele ważniejsze niż budowanie jakiegoś bezsensownego sklepiku.  

A teraz rozumiem, że jedyne, co przetrwa, to nie te hasła buńczuczne, tylko takie biznesy. I nie budynki, tylko więź między ludźmi. A żeby ją stworzyć, to trzeba mieć świadomość, którą mieli Jabłkowscy: biznesu, reklamy, spraw socjalnych, zaczątków HR-ów. Przecież wtedy tego nie było. Oni to wszystko wymyślali albo adaptowali na polski grunt.

Wszystko pięknie, ale ci Bracia Jabłkowscy to jednak nie byli tylko bracia. Aniela jest tu trochę pokrzywdzona, nie uważa pan? 

Zgadzam się. Najpierw ojciec ją wyznaczył, miała się poświęcić, a potem - jak mówi jedna z bohaterek mojej książki - wyrugowano ją z tej historii. Aniela umarła w 1939 roku jako stara panna bez dzieci, nie miał kto pielęgnować jej pamięci. W rodzinnej opowieści Jana i Tomasza Jabłkowskich zawsze była "ciotką Anielą". Nie prowadziła żadnych zapisków, najwięcej przeczytałem w jej nekrologu. Starałem się ją przywrócić w tej historii. 

Ale wie pani, jest sprawiedliwość: teraz córki pana Jana Jabłkowskiego zarządzają firmą. Mam wrażenie, że przyszłość Braci Jabłkowskich to Siostry Jabłkowskie, córki Jana.  

To niech się jeszcze tylko znajdzie komoda Anieli, która przetrwała dwie wojny światowe, a ukradli ją złodzieje z ulicy podczas przeprowadzki. 

Cóż, jesteśmy w Polsce, w Londynie by się to nie zdarzyło. Na pewno ta komoda stoi gdzieś w polskim domu, na wolumenie ktoś ją kupił i nawet nie wie, że ona jest historyczna.  

Ale jest okazja! Jeśli ktoś podejrzewa, że ma u siebie komodę Anieli, to chyba może ją panu Jabłkowskiemu za dobre pieniądze sprzedać. 
 
Książka Cezarego Łazarewicza "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich" (Czarne) po raz pierwszy ukazała się w sierpniu 2013 roku - wtedy jeszcze Jabłkowscy walczyli o odzyskanie domu przy Brackiej 25 i kamienicy przy Chmielnej 19. Krótko po pierwszym wydaniu książki sądy zwróciły Jabłkowskim przedwojenny majątek. Drugie, poszerzone o nowe zakończenie, wydanie książki jest dostępne w księgarniach od 15 lipca 2020 roku. 

'Sześć pięter luksusu. Przerwana historia domu braci Jabłkowskich, Cezary Łazarewicz / materiały prasowe wydawnictwa Czarne
Dom Towarowy Braci Jabłkowskich z zewnątrz / Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.pl

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W FORMIE EBOOKA >>
 
Cezary Łazarewicz. Dziennikarz prasowy, reporter i publicysta. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Przekroju", "Polityce". Autor wielu książek reporterskich: "Kafka z Mrożkiem. Reportaże pomorskie" (2012), "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich" (2013), "Elegancki morderca" (2015), "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" (2016), "Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza" (2017), "Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej" (2018), "1968. Czasy nadchodzą nowe" (2018, wraz z Ewą Winnicką) i "Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia" (2019). Za "Żeby nie było śladów" otrzymał Nagrodę Literacką Nike i Nagrodę im. Oskara Haleckiego dla najlepszych książek poświęconych historii Polski w XX wieku.

Paulina Dudek. Dziennikarka, redaktorka, twórczyni cyklu mikroreportaży wideo "Zwykli Niezwykli". Nagrodzona Grand Video Awards, nominowana do nagrody Grand Press. Lubi chodzić, jeździć pociągami i urządzać mieszkania.