Przypadki, które trudno zdiagnozować, należą do najbardziej przerażających

Przypadki, które trudno zdiagnozować, należą do najbardziej przerażających (fot. Shutterstock)

Nawet dziś do 18 procent chorych na sepsę poanginową umiera. A objawy często sugerują inne schorzenie

Smoking krępował jego ruchy niczym kaftan bezpieczeństwa. Czuł dziwny ucisk w klatce piersiowej i z trudem łapał oddech. Bankiet był dla niego prawdziwą katorgą - pisze w książce "Szukając diagnozy" dr med. Lisa Sanders. Autorka opisuje tajemnicze i zaskakujące przypadki medyczne, z którymi się zetknęła podczas swojej kariery.

Przypadki, które trudno zdiagnozować, należą do najbardziej przerażających, ale jednocześnie mogą być wyjątkowo intrygujące i odkrywcze. Pokazują bowiem, w jaki sposób lekarze postrzegają pacjentów i jak w praktyce wykorzystują swoją wiedzę, a zarazem udowadniają, że odpowiedź na pytanie "Co mi dolega?" wymaga współpracy obu stron.*

(...)

- Zabieram cię na pogotowie albo dzwonię po karetkę - oznajmiła żona trzydziestoośmioletniego mężczyzny.

Poprzedniego dnia wypisano go do domu, ale jego stan wcale się nie poprawił. Żona obawiała się, że umiera. Nie powiedziała mu o tym, ale on sam też był przygotowany na najgorsze.

Tydzień wcześniej całą rodziną wybrali się na wesele jego młodszego brata. To wtedy wszystko się zaczęło. Ceremonia odbywała się w jednym z ośrodków wypoczynkowych w stanie Kolorado. Podczas lotu nie czuł się najlepiej, a gdy dotarli na miejsce, strasznie rozbolała go głowa, a potem całe ciało. Powieki i twarz wydawały mu się dziwnie obrzmiałe. Położył się do łóżka, by odpocząć. Nie mógł jednak spać i przewracał się tylko z boku na bok. O poranku zauważył, że prześcieradło było mokre od potu.

Na początku pomyślał, że to choroba wysokościowa. Znajdowali się na wyżynnym terenie i jego ciało mogło w ten sposób reagować na zmianę wysokości. Jego bliscy czuli się dobrze, ale inni goście weselni również odczuwali skutki niedotlenienia. Jedna z druhen zemdlała podczas przyjęcia, a starsza ciotka z Teksasu zdecydowała się na wcześniejszy wyjazd.

Popołudniowa ceremonia wydawała się trwać całe wieki. Smoking krępował jego ruchy niczym kaftan bezpieczeństwa. Czuł dziwny ucisk w klatce piersiowej i z trudem łapał oddech.

Bankiet był dla niego prawdziwą katorgą. Miał potworne dreszcze i pękała mu głowa. Jego szyja zupełnie zesztywniała i miał trudności z przełykaniem. Żona zapytała gospodarzy przyjęcia, czy mógłby wcześniej wygłosić mowę weselną, aby zaraz potem wrócić do hotelu i się położyć.

Był przekonany, że na położonym niżej lotnisku w Denver wszystko wróci do normy, lecz jego nadzieje okazały się płonne. Kiedy wylądowali w Bostonie, nadal czuł się fatalnie. Następnego dnia rano miał służbowy lot, planował więc zostać na noc w hotelu. Żona niechętnie go tam zawiozła, po czym zabrała dzieci do domu.

Kiedy został sam w hotelowym pokoju, przeraził się nie na żarty i jeszcze tej samej nocy zgłosił się do Szpitala Ogólnego stanu Massachusetts. Ze względu na ucisk w klatce piersiowej zrobiono mu EKG. Wynik badania odbiegał od normy, więc przewieziono go na oddział kardiologiczny. Lekarze zapewniali, że to nie zawał. Coś jednak uszkodziło jego serce i trzeba było wykonać dodatkowe testy. Po kilku godzinach udało się jedynie ustalić, że miał zapalenie mięśnia sercowego o nieznanym podłożu.

Kiedy został sam w hotelowym pokoju, przeraził się nie na żarty i jeszcze tej samej nocy zgłosił się do szpitala (fot. Shutterstock)
Kiedy został sam w hotelowym pokoju, przeraził się nie na żarty i jeszcze tej samej nocy zgłosił się do szpitala (fot. Shutterstock)

Najpierw lekarze podejrzewali, że jego przyczyną mogła być jakaś infekcja wirusowa lub bakteryjna. Posiew w kierunku gronkowca i innych bakterii okazał się jednak negatywny. Podczas weekendu w Kolorado mógł się również zarazić którąś z chorób odkleszczowych, ale i tę ewentualność szybko wykluczono. Na wszelki wypadek przepisano mu tygodniową kurację doksycykliną i po czterech dniach wypisano do domu.

Osłabiony, położył się do łóżka z nadzieją, że wkrótce poczuje się lepiej. Żona nie podzielała jego optymizmu, a kiedy zajrzała do niego następnego dnia, jej obawy się potwierdziły. Był blady i spocony. Gorączka i dreszcze wróciły. Głowa bolała go tak bardzo, że nie był w stanie powstrzymać łez. Żona nigdy nie widziała go w tak złym stanie. Perspektywa godzinnej podróży samochodem była nie do pomyślenia i kobieta zdecydowała, że zamiast do szpitala ogólnego zawiezie go do pobliskiej placówki Anna Jaques w Newburyport.

Dotarli tam późnym wieczorem, izba przyjęć świeciła pustkami. Wkrótce do sali wszedł doktor Domenic Martinello. Pacjent leżał bez ruchu na szpitalnej kozetce. Miał podkrążone oczy i poszarzałą cerę. Wyglądał, jakby w ostatnim czasie niewiele jadł. Żona mężczyzny popatrzyła na lekarza wyczekująco. Na jej twarzy malowało się zmęczenie. Z jej pomocą pacjent zrelacjonował wydarzenia ostatniego tygodnia. Mówił łagodnym, lecz zachrypniętym głosem, z wyraźnym trudem przełykając ślinę. Martinello spokojnie wysłuchał ich opowieści o przyjęciu weselnym, gorączce, bólach głowy, szyi i gardła oraz czterech dniach spędzonych w szpitalu w Bostonie.

Historia była rzeczywiście bardzo zagmatwana i lekarz nie do końca rozumiał, jak mogło dojść do zapalenia mięśnia sercowego. Ucisk w klatce piersiowej ustąpił, ale mężczyzna nadal skarżył się na ból głowy, szyi i gardła. Jego skóra była ciepła i wilgotna od potu, a kark sztywny i bolesny, szczególnie po prawej stronie. Martinello postanowił dokładnie przebadać pacjenta. Najpierw zlecił tomografię komputerową głowy i szyi. W drugiej kolejności planował wykonać punkcję kręgosłupa, czyli tak zwane nakłucie lędźwiowe. Był przekonany, że któreś z tych badań pozwoli im znaleźć przyczynę jego dolegliwości.

Historia była  bardzo zagmatwana i lekarz nie do końca rozumiał, jak mogło dojść do zapalenia mięśnia sercowego (fot. Shutterstock)
Historia była bardzo zagmatwana i lekarz nie do końca rozumiał, jak mogło dojść do zapalenia mięśnia sercowego (fot. Shutterstock)

Skan głowy był prawidłowy, nie stwierdzono śladów nowotworu ani zakrzepów. Ciśnienie pacjenta było w normie. Ze względu na tkliwość szyi pacjenta Martinello przypuszczał, że powodem może być ropień w tej okolicy. Obrazy tomograficzne potwierdziły te przypuszczenia, lecz oprócz niewielkiego ogniska zapalnego w prawej żyle szyjnej pacjenta znajdowała się jeszcze skrzeplina. Martinello tylko raz zetknął się z podobnym przypadkiem. Obecność skrzepniętej krwi w żyle wskazywała na bardzo rzadką chorobę, zwaną zespołem Lemierre'a lub sepsą poanginową.

Zakażenie to zostało obszerniej opisane w latach trzydziestych XX wieku przez francuskiego badacza André Lemierre'a. Zarejestrował on dwadzieścia przypadków schorzenia, którego pierwszym objawem był ból gardła, a kolejnym tworzenie się zakrzepu w żyle szyjnej. Zakrzepy następnie ulegają rozpadowi. Ich fragmenty mogą się następnie przemieszczać wraz z krwią do różnych części ciała, zwykle do płuc, ale także do kości, mózgu i innych narządów, rozsiewając pierwotne zakażenie w całym organizmie. Za sepsę poanginową lub zespół Lemierre'a najczęściej odpowiada patogen zwany Fusobacterium necrophorum. Przed upowszechnieniem antybiotykoterapii zespół Lemierre'a niemal zawsze kończył się śmiercią.

Nawet dziś do osiemnastu procent zapadających na tę chorobę umiera w jej wyniku.

Posiewy krwi pacjenta wskazywały, że sepsa rozwinęła się u niego wskutek dość powszechnej i zwykle niezagrażającej życiu choroby - paciorkowcowego zapalenia gardła. W Stanach Zjednoczonych co roku odnotowuje się miliony zakażeń paciorkowcami. Zwykle dotyczą one gardła lub skóry. W rzadkich przypadkach choroba rozprzestrzenia się i przeradza w stan zagrażający życiu. U tego mężczyzny te same bakterie wywołały zarówno zespół Lemierre'a, jak i zapalenie mięśnia sercowego. Pacjent wymagał natychmiastowej antybiotykoterapii. Doksycyklina, którą leczono go wcześniej w związku z podejrzeniem choroby odkleszczowej, okazała się nieskuteczna, gdyż pałeczki paciorkowca są na nią odporne. Co ciekawe, mężczyzna był badany na ich obecność, kiedy po raz pierwszy trafił do szpitala. Wtedy test okazał się negatywny. Warto pamiętać, że badania nigdy nie dają stuprocentowej pewności. Dopiero gdy pacjent dotarł do szpitala Anna Jaques, bakteria dostała się już do krwi, więc łatwo było ją zidentyfikować.

Nawet dziś do osiemnastu procent zapadających na tę chorobę umiera w jej wyniku (fot. Shutterstock)
Nawet dziś do osiemnastu procent zapadających na tę chorobę umiera w jej wyniku (fot. Shutterstock)

Martinello obawiał się, że niewielki szpital, w którym pracował, nie był odpowiednio przygotowany, aby zająć się tak poważnym przypadkiem, i mężczyznę przetransportowano do siostrzanej placówki Beth Israel Deaconess w Bostonie, dysponującej zespołem lekarzy chorób zakaźnych i laryngologów.

Terapia antybiotykami trwała sześć tygodni. Pacjent przyjął też serię leków przeciwzakrzepowych.

Po kilkumiesięcznej rekonwalescencji udało mu się wrócić do pełni zdrowia. W rozmowie ze mną wspomniał, że dreszcze, gorączka i bóle głowy były tak dotkliwe, że zupełnie nie zauważył towarzyszącego im bólu gardła. Wydawało mu się to wtedy zupełnie nieistotne. Od tamtej pory jednak nikt w jego rodzinie nie lekceważy już tego objawu.

* Fragmenty książki "Szukając diagnozy" dr med. Lisy Sanders, tłumaczenie: Dominika Braithwaite

Dr med. Lisa Sanders, autorka książki 'Szukając diagnozy' (fot. Materiały prasowe)
Dr med. Lisa Sanders, autorka książki 'Szukając diagnozy' (fot. Materiały prasowe)

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku