Wojtek Astachow

Wojtek Astachow (fot. Angelika Swoboda)

wywiad gazeta.pl

Przychodził tu Cybulski, a Osieckiej szatniarz nie wpuścił, bo jej nie poznał. Sopocki SPATiF w opowieściach barmana

Agnieszka Osiecka się obraziła i poszła. Ale miesiąc później znów weszła po naszych słynnych schodach. Czasem ktoś się awanturuje przy wejściu i nalega, że on musi do środka. Jeden podawał się za brytyjskiego dyplomatę. Uwierzyliśmy. Kiedyś się wygadał, że to nieprawda. Tak nas rozbawił, że jest naszym klientem do dziś - wspomina Wojtek Astachow.

Od 30 lat jesteś barmanem w kultowym sopockim klubie SPATiF. Zdobycie tej posady wymagało od ciebie wielu starań?

Dawno temu, na kursie "Kucharz, barman, kelner", spotkałem piękną dziewczynę o imieniu Małgorzata, która później została moją żoną. Pracowała wtedy w gdańskim lokalu z wyszynkiem i dzięki niej poznałem panią Jagodę, której teściowa prowadziła sopocki SPATiF [Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu - przyp. red.]. Zaproponowała mi pracę barmana.

Miałeś doświadczenie?

Byłem mechanikiem samochodowym, prowadziłem też handel obwoźny. Na przełomie lat 80. i 90., kiedy w Polsce sprzedawało się wszystko. Ale postanowiłem spróbować czegoś innego. Dwa dni po tym, jak pojawiła się propozycja od pani Jagody, zaszedłem do SPATiF-u powiedzieć, że się zgadzam. To był 1990 rok.

Zaraz na początku mojej pracy przyszło kilku chłopaków, zamówili herbatę. Myślę sobie: "słabo". Doszli do nich koledzy, wzięli soki. Parę minut później dosiadł się kolejny, który mówi: "Sprzedałem obraz". Znajomi zaczęli go pytać, jaki i gdzie wisiał, a nie za ile. Postawił im dwie butelki wina. Potem przyszedł inny gość, który pochwalił się, że sprzedał rzeźbę. Spłacił długi, a za resztę postawił wszystkim kolejkę.

Wszyscy nasi stali bywalcy żyli w specyficznej symbiozie. A w niedziele całymi rodzinami przychodzili na obiad.

Dzisiaj ludzie nie są już tak otwarci, bezinteresownie kolejek nie stawiają. Myślą o rewanżu. A kiedyś było tak: "Dzisiaj mam, to stawiam innym. Nieważne, co będzie jutro".


Wnętrze sopockiego klubu SPATiF (fot. Angelika Swoboda)

Dziś niedzielnych obiadów już nie ma?

Mamy zupy i pyszne pierogi pana Krzyśka: ruskie, z mięsem, z kaszanką, szpinakiem, kaszą gryczaną. Od lat przygotowywane są według tej samej receptury. Ciasto jest wyrabiane przez półtorej godziny i rozwałkowywane na tak cienkie placki, że można przez nie zobaczyć nadzienie.

Pierogi są pyszne, ale wnętrza klubu wręcz mnie uwiodły. Niesamowity zapach sopockiego domu, meble retro, portrety na ścianach.

Mało kto pamięta, że w 1998 roku klub zamknięto, by zburzyć i na nowo postawić budynek o tym samym charakterze, ale spełniający najnowsze przepisy bezpieczeństwa. Trwało to trzy lata. W tym czasie pracowałem w Sfinksie, do którego na czas budowy przeniesiono SPATIF. Ale brakowało mi starego miejsca.

SPATiF zamykano również wcześniej. Chociażby w marcu 1968 roku, gdy ówczesna władza ograniczała działalność kawiarni także w Warszawie.

Z opowiadań wiem, że SPATiF został wtedy zamieniony w bibliotekę. Ale ponoć był nią jedynie po części. Owszem, można było przyjść pożyczyć książki, jednak gdy pojawiał się ktoś znajomy, bibliotekarz wyjmował zza regału kieliszki. Na początku lat 70. Janusz Kondratiuk po całym dniu zdjęć nad morzem mawiał podobno: "Na dziś koniec, idziemy do SPATiF-u poczytać".

Na szczęście w 1974 roku, dzięki staraniom Macieja Michalaka, który by reaktywować kultowe miejsce, rzucił studia aktorskie, SPATiF powrócił. Peerelowskie władze łaskawie się zgodziły, choć klub dostał mało zaszczytną kategorię IV, co skutkowało tym, że trzeba było naliczać niskie marże na alkohol.

Zupełnie niezasłużenie tę kategorię dostał!

Ceny wódki w SPATiF-ie były takie same jak w sklepie, ale oczywiście tu można ją było kupić także późno. Wiele osób przychodziło więc po pół litra. "Czego szanowny pan szuka o tak późnej porze w tak podłym miejscu?" - spytał kiedyś szatniarz I sekretarza miejscowej PZPR. "Ja wiem, że nie mogę wejść, bo nie mam legitymacji członkowskiej, ale tylko połówkę chciałem" - odparł zawstydzony partyjniak.

e18.12.2007 SOPOT ARCHIWUM PRYWATNE MACIEJ MICHALAK KLUB SPATIFFOT. DAMIAN KRAMSKI  / AGENCJA GAZETA
Maciej Michalak w 2007 roku (fot. Damian Kramski / AG)

Takich kart wydano podobno ponad trzy tysiące i wciąż obowiązują. Choć ja weszłam bez niej.

Bo każdy, kto chce, może wejść, żeby zobaczyć, jak wygląda klub, coś zjeść czy się napić. Tacy goście są u nas mile widziani. Choć w dalszym ciągu prowadzimy selekcję gości. Chcemy, by odwiedzali nas ludzie związani ze światem artystycznym. Nie tolerujemy chamstwa, nagabywania kobiet, awantur. Karty wstępu są elementem naszej wieloletniej tradycji. Aby dostać kartę, trzeba być twórcą, przyjść do nas i wypełnić wniosek. Prośby rozpatruje Związek Polskich Artystów Plastyków. Karta kosztuje 10 złotych.

Na karcie członkowskiej Klubu Środowisk Twórczych sopockiego SPATiF-u są informacje, że "miejsce to było i jest mekką artystów i intelektualistów, z których wielu osiągnęło znaczne sukcesy, nie tylko przy barze".

Dla miejscowej artystycznej bohemy klub od początku był miejscem kultowym. Nazwę zapożyczył od Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu. Kiedy dokładnie powstał, nie wiadomo, ale już pod koniec lat 50., gdy mieściła się tu siedziba Związku Polskich Artystów Plastyków, malarze spotykali się przy wódeczce i pierogach, żeby porozmawiać zarówno o sztuce, jak i przytłaczającej ich rzeczywistości.

Najwybitniejsi aktorzy i reżyserzy, którzy zjeżdżali wtedy do Trójmiasta, chętnie zaglądali do SPATiF-u. Bywali tu Kalina Jędrusik, Andrzej Wajda, Konrad Swinarski, Jerzy Skolimowski, Roman Polański, Janusz Morgenstern czy Leszek Herdegen. W klubie powstał nawet słynny utwór pt. "Kasztany".

s02.06.2003. SOPOT UL BOHATEROW MONTE CASSINO MONCIAK DEPTAK PUB SPATIF OGRODEK FOT. KAMIL GOZDAN / AGENCJA GAZETA
Klub SPATiF w 2003 roku (fot. Kamil Gozdan / AG)

Zdjęcia słynnych gości wiszą na ścianach klubu. Widzę także Zbyszka Cybulskiego.

Cybulski przyjeżdżał pod SPATiF motocyklem z Bogumiłem Kobielą. Lubili się zabawić. Zostawiali maszynę pod klubem i szli pić, a potem o siódmej rano nerwowo próbowali uruchomić motocykl, by nie spóźnić się na próbę do teatru. Gdy nie odpalał, prowadzili go między sopockimi podwórkami.

Wpadał też Roman Wilhelmi. Po sukcesie serialu "Kariera Nikodema Dyzmy" każdy chciał się do niego dosiąść, ale on na pytanie: "Czy można?", odpowiadał: "Może i by było można, ale proszę przyzwyczajać się do myśli, że ode mnie nic tu nie zależy".

Arkadiusz Hronowski, który obecnie prowadzi klub, wspominał niedawno, że gdy władze sopockie pojechały do Krakowa, by nadać Czesławowi Miłoszowi tytuł honorowego obywatela Sopotu, ten od razu spytał, co słychać w Grandzie i SPATiF-ie. Słyszałam, że byłeś ulubionym barmanem poety.

Szczególnie lubił, jak podawałem mu płonący krupniczek.

W SPATiF-ie do dziś bywają artyści, dziennikarze, lekarze i prawnicy. Nie ma chyba człowieka z pierwszych stron gazet, który by nas nie odwiedził. Przychodzą prawdziwe osobowości. Popatrz, to zdjęcie George'a Kanady herbu Łabędź, poety, który bywa u nas codziennie na kawie. Stałym gościem SPATiF-u był też Marek Bogdaszewski, sopocki artysta rzeźbiarz, oraz Ryszard Hodowany, znany trójmiejski złotnik.

Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, zagląda do nas na wspaniałą wiśnióweczkę. Nawet gdy jest tłum gości, a ja zobaczę w górze jego rękę, wiem, co podać. Nasze wina testował z kolei kilka razy Marek Kondrat. Po degustacji stwierdzał, że są wspaniałe. Czasem odwiedza nas też Leszek Możdżer. Bywało, że siadał przy pianinie Zdzisława Maklakiewicza, podarowanym SPATiF-owi przez Martę, córkę aktora, i grał. Na to pianino mamy akt notarialny.

A wspomniany Maciej Nowak wiele lat temu nie został przez bramkarzy wpuszczony do klubu. Poskarżył się właścicielowi, od którego usłyszał: "Osieckiej też kiedyś nie wpuściliśmy, bo jej nie poznaliśmy".


Pianino Zdzisława Maklakiewicza, które podarowała klubowi córka aktora Marta (fot. Angelika Swoboda)

Nie poznaliście Osieckiej?

To był chyba 1992 rok. Ówczesny bramkarz, a obecnie szatniarz, po prostu Agnieszki Osieckiej nie poznał. "Pani już jest trzecią Osiecką dzisiaj. A poza tym nie ma pani karty wstępu" - usłyszała poetka. Obraziła się i poszła. Kiedy się o tym dowiedziałem, zareagowałem błyskawicznie. Poprosiłem, by wypisać dla niej kartę i wręczyć jej, gdy pojawi się w pobliżu.  

Gdy miesiąc później weszła, pierwsza kolejka oczywiście była ode mnie. Pamiętam, że Agnieszka pijała wtedy wódeczkę w literatkach. Chodziła o lasce, więc naprawdę warto docenić fakt, że wspięła się po naszych słynnych stromych schodach.

Schody sopockiego SPATiF-u też są kultowe. A zwłaszcza upadki z nich. Według waszych statystyk ze schodów spadło co najmniej kilkanaście tysięcy osób. Ktoś to liczy?

Nasze źródła są wiarygodne. Opieramy się bowiem na świetnej pamięci naszych znamienitych stałych gości. A co do upadków, to ich powody są najróżniejsze. Zepchnięcia z zazdrości, brawurowe zjazdy po poręczy czy lekkomyślne próby schodzenia po dwa stopnie naraz.

Czytałam, że w latach 60. w klubie bawiła dwójka aktorów w mundurach oficerów SS. Nie zdążyli się przebrać po skończeniu zdjęć. Gdy szli po schodach, mieszkaniec Sopotu wziął ich za Niemców i kazał im "spie***lać". Jeden z mężczyzn go zranił, sprawa miała swój finał w sądzie. Z punktu widzenia barmana czy bramkarza - straszna granda.

Dyplomatycznie powiem, że kontakt z ludźmi nie zawsze jest najłatwiejszy. Ale zwykle jest fajnie. Goście siadają przy barze i opowiadają o nieszczęśliwych miłościach. Bywają historie bardzo pikantne, ale żadnej ci nie opowiem. Jestem niczym ksiądz w konfesjonale. Wysłucham z empatią, ale dalej nie puszczę. Nawet własnej żonie.

2003.07.11 SOPOT SPATIF STARY ROWER NA KTORYM JEZDZIL ZBYSZEK CYBULSKIFOT. ROMAN JOCHER / AGENCJA GAZETAPLYTA GDANSK NR 111-116
Rower, na którym jeździł Zbyszek Cybulski (fot. Roman Jocher / AG)

Pocieszasz klientów?

Załamanej klientce mówię na przykład: "Zrobię ci drinka innego niż wszystkie". I robię na przykład takiego pod kolor jej oczu. Potrafię dobierać skład pod każdy, nawet najbardziej wyrafinowany smak. Lubię kombinować.

Zdarzają się agresywni goście?

Wiesz, jest taki przepis z lat 80., że ze SPATiF-u wylatuje się tylko za sikanie do umywalki. A poważnie: niektórzy przychodzą do klubu w złym nastroju, zdarzają się też tacy, którym po alkoholu puszczają hamulce. Wtedy, jak już żadne argumenty nie trafiają, oddalam się, czyli wychodzę za bar. I czekam, aż gość ochłonie.

Czasem ktoś się awanturuje przy wejściu i nalega, że on musi do środka. Jeden podawał się za brytyjskiego dyplomatę. Uwierzyliśmy. Kiedyś się wygadał, że to nieprawda. Tak nas rozbawił, że jest naszym klientem do dziś.

Mnie rozbawiła lista rzeczy, które goście zostawiają w klubie.

Rano znajdujemy staniki, majtki, krawaty, skarpetki, dowody osobiste, prawa jazdy, paszporty, legitymacje szkolne, indeksy studenckie, piloty samochodowe, telefony komórkowe, portfele, obrączki, pierścionki, dyplomy magisterskie. Z bardziej zaskakujących znalezisk sprzed lat wymienię: granaty ręczne, legitymacje ORMO, złoty medal mistrzostw świata z 1968 roku, akt notarialny na dom w Górnym Sopocie, legitymację poselską, akt małżeński i odznakę milicyjną.

Wszystko wróciło do swoich właścicieli?

Niekoniecznie. Niektórzy wracają po zgubę po tygodniu, innym zorientowanie się, gdzie mogli coś zgubić, zajmuje więcej czasu. Po zostawione parasolki goście zawsze przychodzą, jak zaczyna padać.


Sopocki SPATiF w środku (fot. Angelika Swoboda)

Znalazłam też ciekawe statystyki dotyczące interwencji policji i rozwodów, do których przyczyniły się częste wizyty w SPATiF-ie któregoś z małżonków.

A zabiegi wszycia esperalu naszym klientom idą w tysiące! Wielu mówi, że przestali pić. Przychodzą do nas po dłuższej przerwie, by pokazać, że są silniejsi niż nałóg. Mówię wtedy: "Postawię ci wodę albo colę w nagrodę". Cieszę się, że człowiek wychodzi na prostą. W SPATiF-ie chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę. Można przyjść na koncert, spotkać się ze znajomymi, pogadać. Niekoniecznie przy alkoholu. Do legendy przeszły już popularne tańce na stole, które chętnie uprawiali w latach 90. aktorzy Teatru Ekspresji.

Nie mam wątpliwości, że o niepowtarzalnym charakterze tego miejsca stanowią ludzie. Najbardziej lubię, gdy jest tłum, który rozmawia, śmieje się, tańczy. W tle gra muzyka, a SPATiF żyje.

Zresztą dla mnie samego praca barmana to rodzaj przyjemnego spędzania wolnego czasu.


Wojtek Astachow, legendarny sopocki barman podczas pracy (fot. Angelika Swoboda)

Wojtek Astachow. Legendarny barman w sopockim SPATiF-ie. Prowadzi też firmę, która buduje domy o konstrukcjach szkieletowych, wiaty, zadaszenia, knajpki na plaży i stragany. Jego pasją są klasyczne samochody. Ma żonę i troje dzieci.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka słoni, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i klasycznych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku