Ciotka Pauline

Ciotka Pauline (fot. Archiwum prywatne)

wywiad gazeta.pl

"To jest historia o tym, że ludzie najpierw zgodnie współżyją, a potem zaczynają się zabijać"

Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to tylko to, że w Słowenii było aż takie okrucieństwo. Jest w tym małym kraju około 600 ukrytych grobów i Słoweńcy do dzisiaj się zastanawiają, co z nimi zrobić. Rozgrzebywać? Rozliczać? Mówić otwarcie? - mówi Martin Pollack, autor książki "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki".

Przystojna ta pana ciotka Pauline.

Rzeczywiście, była ładna i elegancka, choć to elegancja małego miasta, jakim było i nadal jest Laško/Tüffer w Słowenii.

Zobaczył ją pan po raz pierwszy na zdjęciu, które jest teraz w książce?

Zanim je zobaczyłem, byłem zdziwiony, że ktoś taki jak ciotka Pauline w ogóle istnieje, bo w rodzinie nigdy o niej nie mówiono.

Ani słówka, nawet szeptem?

Nic a nic. Wśród członków rodziny w Amstetten nie słyszałem o niej ani słowa. Nie mówił o niej ani mój dziadek, ani żaden z jego braci, w tym wujek Ernst, o którym sporo piszę. Może rozmawiali o ciotce ze swoimi żonami? Może między sobą? Choć wątpię. W każdym razie ja przez prawie całe życie o niej nie słyszałem.

Do czasu.

Wydarza się historia niemal niewiarygodna i w sumie dość zabawna. Dzwoni do mnie mój przyjaciel, który prowadzi w Wiedniu antykwariat, i mówi, że ma coś, co mnie może zainteresować. Otóż wspomniany wujek Ernst miał syna, Gunthera, który z kolei miał dwoje dzieci - syn umarł, więc córka odziedziczyła jego rzeczy, wśród których była doskonale zachowana biblioteka nazistowska dla młodzieży. Wnuczka Ernsta, osoba zupełnie apolityczna, postanowiła się jej pozbyć i szukała antykwariatu, który by ów księgozbiór zakupił. I tak trafiła na mojego przyjaciela. Postawiła jednak warunek, że musi od niej kupić wszystkie papiery, bo samej biblioteki nie sprzeda.

Dobili targu?

Tak, mój przyjaciel uznał, że warto. Kiedy wrócił do siebie i zaczął wszystko przeglądać, natrafił na nazwisko Bast, nazwisko mojego pradziadka z Laška/Tüffer, i pomyślał: "O cholera! To chyba coś dla Pollacka!". Wśród sprzedanych przez wnuczkę Ernsta papierów były listy, rysunki i fotografie - w tym fotografia ciotki Pauline.

Bez tego niemal nic o ciotce nie dałoby się opowiedzieć?

Otóż to, bez skrupulatnego gromadzenia papierów moja książka by nie powstała.

Nie tylko Pauline była przemilczana.

Okazało się, że sióstr było więcej. Cztery siostry i czterech braci, wśród nich mój dziadek. Z jakiegoś powodu o nich się również nie mówiło, liczyli się tylko bracia. Naturalnie od razu zaciekawił mnie powód tego wszystkiego.

Okazało się, że sióstr było więcej
fot. Archiwum prywatne

Powód skazania na zapomnienie?

Właśnie, choć trzeba powiedzieć, że akurat Pauline doskonale pasowała do nazistowskiej narracji wujów. Nie uciekła po wojnie, jak inni Niemcy, z Laška/Tüffer i zamordowali ją brutalnie słoweńscy partyzanci.

A reszta sióstr?

Żyły w Zagrzebiu i umarły naturalnie wiele lat po wojnie.

Mimo odkrycia zaprzyjaźnionego antykwariusza pańskie śledztwo w sprawie Pauline miało nadal charakter poszlakowy. Informacje o niej są więcej niż skromne.

Zmieściłyby się właściwie na kilku stronicach. Być może jest gdzieś więcej dokumentów, ale nie udało mi się do nich dotrzeć. Być może ma je moja rodzina, ale oni ze mną nie rozmawiają, więc nic od nich nie dostanę. Poza tym historia Pauline wydaje się zupełnie marna, nieciekawa. Bo cóż o niej wiemy? Że była dziwaczką, że głównie widywano ją w oknie domu w Laško/Tüffer, że była w bliskich stosunkach z wujem Ernstem. Przecież to są jakieś nieznaczące marginesy, błahostki, okruchy.

A jednak postanowił pan te okruchy zebrać.

Dopingowało mnie to rodzinne milczenie. Chciałem się za wszelką cenę dowiedzieć, co było jego przyczyną. A kiedy dodatkowo odkryłem, że Pauline nie umarła śmiercią naturalną, nie mogłem już jej zostawić. Oczywiście wszystko to było już dużo za późno, bo ci, którzy ciotkę znali, umarli.

Bardzo panu w rozwikłaniu tej trudnej niemiecko-słoweńskiej historii pomogli Słoweńcy. Od początku byli chętni?

Tak, od samego początku. Zbieranie materiałów zajęło mi półtora roku. Jeździłem tam często. Raz, drugi raz, jeszcze raz - przynajmniej dziesięciokrotnie. Już mnie więc poznali. I to na wyraźną prośbę mieszkańców Laška zorganizowałem w jednej z tamtejszych kawiarni wieczór, podczas którego pokazywałem zdjęcia mojej rodziny. Przyszły prawdziwe tłumy. Ludzie opowiadali, pytali, rozpoznawali postaci ze zdjęć. Sporo się od niech dowiedziałem o Pauline.

Czego się pan dowiedział?

Że ciotkę wyprowadził z domu młodziutki partyzant, tak młody, że karabin był niemal jego wielkości. I jestem pewien, że ten chłopak wiedział dokładnie, kogo wyprowadzał. Może nawet jeszcze żyje, tylko nie chciał się ujawnić? I ja go rozumiem. Sam też nie ujawniłbym jego nazwiska, nawet gdybym je znał.

Nie obawiał się pan choć odrobinę tego spotkania w kawiarni?

Nie, zupełnie nie. Od razu im powiedziałem, o co mi chodzi. Wszystko było jasne. Mieszkańcy bardzo chętnie otworzyli też przede mną swoje rodzinne archiwa, pokazywali zdjęcia. Byłem tym, muszę powiedzieć, bardzo wzruszony.

"Śmierć w bunkrze", w której rozlicza pan nazistowską przeszłość rodziny, szczególnie ojca, była paszportem do Laška?

Na pewno. Mieszkańcy znali tę książkę, więc wiedzieli, o czym piszę i jakie są moje intencje. Poza tym myślę, że są zwyczajnie zadowoleni, że znów powstaje książka, w której Laško/Tüffer zajmuje ważne miejsce, że może przyciągnie to do miasteczka więcej turystów. Niebawem wyjdzie słoweński przekład "Kobiety bez grobu", już jest gotowy do wydania.

Ciotka Pauline (fot. Archiwum prywatne)
Ciotka Pauline (fot. Archiwum prywatne)

W "Śmierci w bunkrze" mamy pana ojca - oprawcę. W "Kobiecie bez grobu" mamy pana ciotkę - ofiarę. Może te dwie książki potraktować jak awers i rewers?

Zgoda, choć to pisanie "Kobiety bez grobu" było dla mnie niekomfortowe.

Dlaczego?

Bo nie czułem się dobrze, pisząc o członku swojej rodziny jak o ofierze. Dlatego tak dużo miejsca poświęcam też wujkowi Ernstowi, zdeklarowanemu naziście, by niejako równoważyć narrację. Nie chciałem malować obrazu niewinnych Niemców jako ofiar, które cierpiały tak samo jak inni. Szczerze panu powiem, że czekałem nawet na to, że u mnie w Austrii lub w Niemczech skrajna prawica weźmie moją książkę na sztandary, by opowiadać o niemieckich ofiarach wojny, ale to się na szczęście nie wydarzyło. Przynajmniej nic o tym nie wiem.

Czy to jest aby na pewno książka o ciotce Pauline, czy raczej opowieść o tym, co nacjonalizm robi z ludźmi? I o tym, że jego ofiarami padają najczęściej niewinni?

To jest też oczywiście książka o tym małym świecie - niemiecko-słoweńskim miasteczku w Dolnej Styrii - który zostaje zmieciony z powierzchni ziemi przez nacjonalizm. I jest to jeden z tysięcy przykładów w Europie Środkowej i nie tylko. To jest historia o tym, że ludzie najpierw zgodnie współżyją, a potem zaczynają się zabijać. Przecież moja niemiecka rodzina miała sąsiadów Słoweńców, przyjaciół Słoweńców, siostry wyszły za mąż za Słoweńca (Pauline), Chorwata (Käthe) i Żyda (Josefine). Tylko Anna wyszła za Niemca. Aż tu nagle wszystko zaczyna się rozpadać. Początkowo niewinnie, od zwykłej bójki. Potem jest coraz brutalniej, potem się zabija. W Dolnej Styrii, zaznaczmy, robiły to obie strony.

Intrygujący jest ten podział płciowy wśród rodzeństwa. Synowie zostają nazistami, a córki wychodzą za Słoweńców, Żydów, Chorwatów i czują się dobrze w wielonarodowym społeczeństwie. Czy to wina ideologicznej edukacji lub jej braku?

Narodowy nacjonalizm kwitł już na pewno w domu rodzinnym w Lašku/Tüffer, ale kwitł wśród mężczyzn, bo to oni przecież zajmowali się polityką, ideologią, poważnymi dyskusjami. Kobiety w tamtym tradycyjnym społeczeństwie przebywały przede wszystkim w kuchni, zajmowały się prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci.

Ale ma pan rację, że kluczowa była tu edukacja. Synowie zostają wysłani do gimnazjum, gdzie dominuje duch niemieckiego nacjonalizmu, gdzie działają w zjednoczeniu noszącym imię Bismarcka. Potem na studiach w Grazu wstępują do korporacji studenckiej, która również jest niemiecko-nacjonalistyczna, antysemicka i antysłowiańska. Kiedy więc w nich kształtował się pogląd nazistowski, siostry spędzały czas ze Słoweńcami.

Mimo to stosunki między rodzeństwem wydają się wówczas poprawne, wręcz pełne miłości. Widać to w przytaczanej przez pana korespondencji między Ernstem a Pauline. On jest nazistą, ona ma męża Słoweńca.

To kwestia staroświeckich manier. Oni byli tak wychowywani, że trzeba się wzajemnie szanować. Ważne były więzy rodzinne, reszta schodziła na drugi plan. Proszę zwrócić uwagę, że syn innej ciotki i jej żydowskiego męża był przez swoich wujków nazistów kochany i rozpieszczany. Uważali go po prostu za swojego, ustawy norymberskie tu dla nich nie działały. Podobnie było z wieloma Słoweńcami. Generalnie chcemy ich wypędzić z Dolnej Styrii lub zgermanizować, ale słoweński sąsiad to po prostu nasz, swojak.

Czy to poczucie naszości było głównym powodem, dla którego ciotka Pauline nie wyjechała pod koniec wojny, jak wielu Niemców, z Laško/Tüffer? Nie bała się słoweńskiego odwetu, bo uważała, że jest swoja?

Moim zdaniem głównym powodem jej pozostania było to, że nie chciała opuścić domu rodzinnego, domu ojca. Pauline uważała, że jej obowiązkiem jest pilnowanie stojącego w centralnym punkcie miasteczka domu Bastów.

Ale tak, nie można wykluczyć, że skoro znała wszystkich, a wszyscy ją, uważała, że nic jej nie grozi. Tym bardziej że rzeczywiście nic nikomu nie zrobiła. Wszyscy ją szanowali i lubili. Poza tym ona po prostu nie znała innego świata, nawet go sobie nie wyobrażała.

Ważne były więzy rodzinne, reszta schodziła na drugi plan (fot. Archiwum prywatne)
Ważne były więzy rodzinne, reszta schodziła na drugi plan (fot. Archiwum prywatne)

Zginęła okrutnie, pogrzebana w bezimiennym grobie. Straszny los spotkał szanowaną i lubianą ciotkę Pauline.

I niewiele, wszystko na to wskazuje, można było w tej sprawie zrobić. Miejscowi bali się stanąć w jej obronie, bo mogli być posądzeni o sprzyjanie Niemcom, o kolaborację. Rozumiem to. Wtedy wystarczył donos, sąsiedzka zazdrość i można było marnie skończyć. Tużpowojenny czas był pełen przemocy i bezprawia.

Zna pan ten kawałek Europy doskonale, napisał pan o nim kilka książek. Czy przy odkrywaniu historii Pauline coś pana zaskoczyło?

To jest dość typowa historia dla naszego regionu, w tym dla Dolnej Styrii, którą znam rzeczywiście bardzo dobrze. Moja żona jest pół-Słowenką, mamy tam rodzinę, często jeździmy. Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to tylko to, że w Słowenii było aż takie okrucieństwo. Jest w tym małym kraju około 600 ukrytych grobów i Słoweńcy do dzisiaj się zastanawiają, co z nimi zrobić. Rozgrzebywać? Rozliczać? Mówić otwarcie? Pod tym względem są zapóźnieni w stosunku do Czechów, Słowaków czy nawet Polaków. W Polsce jest całkiem sporo wspaniałych publikacji rozliczających trudne karty historii. W Słowenii nie bardzo.

Może to kwestia wielkości kraju? Może małym narodom jest trudniej?

To jest bardzo możliwe. Tam do tej pory jest też silny mit partyzantów.

Jak dzisiaj z austriackiej perspektywy wygląda Dolna Styria?

Uważam, że jest to zamknięty rozdział. Zresztą mniejszość niemiecka była tam zawsze stosunkowo niewielka. Oczywiście są tacy, którzy płaczą, że "to kiedyś było nasze", ale stanowią naprawdę margines. Niezwykle rzadko spotykam się z takim podejściem. Dzisiaj Austriacy cieszą się raczej, że nie ma granicy, że można tam pojechać, że można kupić dom, że można otwarcie rozmawiać o historii.

Znam ponad 90-letniego członka rodziny, który miał zamek w Hrastovcu, tym samym, w którym stworzono potem obóz i zamordowano Pauline. To bardzo energiczny i zupełnie niezgorzkniały człowiek, który lubi wspominać dawne czasy, ale nigdy nie słyszałem, żeby powiedział choć jedno złe słowo o Słoweńcach.

Czyli dolnostyryjska rana jest zagojona?

Poza kilkoma szaleńcami, których można spotkać wszędzie - tak.

Tylko Pauline nie ma nadal grobu.

I wygląda na to, że nie będzie miała. Ale nie ma co też dzisiaj robić o to wielkiego szumu. Nie widzę takiej potrzeby. Jest to smutne, bo każdy człowiek zasługuje na mogiłę. Ona jej nie ma. Ale ma za to książkę.

W dodatku i po niemiecku, i po słoweńsku.

I o to chodzi.

Martin Pollack, autor książki 'Kobieta bez grobu' (fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta)
Martin Pollack, autor książki 'Kobieta bez grobu' (fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta)

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Martin Pollack. Ur. 1944 w Bad Hall w Górnej Austrii. Tłumacz, eseista, publicysta. Studiował literaturę słowiańską i historię Europy Wschodniej w Wiedniu i Warszawie. Do 1998 roku pracował jako redaktor i korespondent czasopisma "Der Spiegel", obecnie pisze i tłumaczy (przełożył m.in. na niemiecki większość książek Ryszarda Kapuścińskiego). Pollack jest laureatem wielu prestiżowych nagród. Nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jego najnowsza książka "Kobieta bez grobu. Historia mojej ciotki".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku