Rośliny na balkonie

Rośliny na balkonie (fot. Shutterstock)

trend

Prace ogrodnicze na balkonie przychodziły mi tak instynktownie, jak kroki w tańcu

Balkonowe odpady - pajęczyny, pył z ziemi, opadłe liście - nie były powodem do zmartwień, przynajmniej nie w obliczu satysfakcji, którą napełniał mnie nowy widok zza drzwi balkonowych - pisze w książce "Mowa roślin" Alice Vincent. Publikujemy jej fragmenty.

Tak jak osoby, które odkurzają cały dom, zanim go zamkną i wyjadą na wakacje, wkładałam mnóstwo czasu w dopieszczenie balkonu, zanim zamknęłam za sobą drzwi. To, że mogłam zaczerpnąć tu kilka głębokich wdechów, pozwoliło uzyskać mi trochę spokoju. Uzależniłam się od tych kilku minut na zewnątrz, odczytywania ukrytego języka rosnącej na nim zieleni, od tego, co porabiały drzewa w oddali, od ruchu nieba i chmur na jego tle. Znajdowałam w tym niezbędną do życia równowagę.*

Ostatni poranek przed opuszczeniem mieszkania był pracowity. Wstałam parę minut po świcie, zaledwie kilka nędznych godzin po tym, jak położyłam się spać, i wciąż z sennym piaskiem w oczach i resztkami niedbale zmytego makijażu poczułam palącą potrzebę, by wywrócić wszystko na balkonie do góry nogami. Przede mną rozciągał się pastelowy świt w kolorach lodowego deseru. Pomalowane różowymi pasmami miasto wydawało się w nim maleńkie i odbijało światło w milionach szklanych okruchów, z których je zbudowano.

Niedługo miałam być na dole, pośród ulic pełnych syren i ogłoszeń o wolnych pokojach, czekać na autobusy i przeciskać się pomiędzy ludźmi uchwyconymi w pudełka, w których nie ma równowagi pomiędzy czasem pracy a odpoczynku. Sukces często oznaczał odcięcie się od fizycznej rzeczywistości, życie ludzi sukcesu toczyło się za pośrednictwem ekranów.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Alice Vincent (@noughticulture) Cze 9, 2020 o 12:30 PDT

Tutaj jednak, w tej małej, zawieszonej wysoko betonowej klatce, prawdziwe życie uparcie opierało się temu wrażeniu. Chociaż za chwilę miałam zostać stąd brutalnie usunięta, chociaż nie wiedziałam, jak długo jeszcze będę mogła się o to miejsce troszczyć, sama myśl o porzuceniu mojego balkonu - pozwoleniu, by wydał nasiona bez mojej obecności - była zupełnie nieznośna. Pielęgnowanie go, praca nad nim wymagały fizycznego zaangażowania.

W puchówce zarzuconej na piżamę przesuwałam ciężkie pojemniki z miejsca na miejsce i czułam pracę własnych mięśni. Ręce miałam brudne i zmarznięte od zimnej ziemi w najbardziej zaniedbanych zakątkach. Czułam, jak rytm mojego serca przyspiesza, obserwowałam blade obłoczki mojego oddechu w rozgrzewającym się powietrzu. Ćwiczyłam improwizację; sposób działania, kiedy to dla odmiany odpuszczam sobie bardziej szczegółowe planowanie czy analizowanie.

Prace ogrodnicze w tym miejscu przychodziły mi tak instynktownie, jak kroki w tańcu, gdzie za pierwszym idzie kolejny, wynikający z czystej potrzeby i konieczności. Zabierając się do pracy rzadko miewałam szczegółowy plan, czy to w kwestii podlewania, czy przesadzania: robiłam po prostu to, co uważałam za stosowne.

Pelargonie i cyklamen**

Najlepszą wskazówką odnośnie tego, od czego zacząć, jest pora roku. Łatwo pozwolić, by lato niepostrzeżenie zamieniło się w koniec września, jeśli zagapimy się z pracami ogrodowymi, ale wizja tego, że wrócę tu dopiero w listopadzie, nie przygotowawszy balkonu na zimę, była dość nieprzyjemna, nawet jeśli na tym etapie przyszłość wydawała się tak rozmyta, że nie potrafiłam sobie wyobrazić, gdzie zastanie mnie wiosna, i jak będzie wyglądało jej nadejście.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Alice Vincent (@noughticulture) Maj 7, 2020 o 1:01 PDT

Pelargonie z donic okiennych, jeszcze niedawno pokryte zwartą pianą delikatnych płatków, kilka dni wcześniej wyciągnęłam z korzeniami i odłożyłam na gazetę na składanym stoliku z blatem z melaminy, który służył mi za pomocnik ogrodowy. W Londynie jest wystarczająco ciepło, by można było pozostawić na zewnątrz pelargonie bez zbędnych trosk i zabiegów na całą zimę. Większość z nich powinna przetrwać w zimnych  doniczkach i spektakularnie zakwitnąć kolejnego lata - w poprzednich latach przysunęłam donice do ściany, w cieplejsze i bardziej osłonięte od wiatru miejsce niż ich stałe lokum tuż przy gzymsie. Jeszcze częściej się słyszy, by w ogóle nie zawracać sobie nimi głowy, bo pelargonie są tak tanie, że można bez trudu zastąpić je nowymi roślinami w kolejnym sezonie. Ja nie miałam jednak do dyspozycji kompostownika z prawdziwego zdarzenia, więc wyrzucenie ich wydawało mi się świętokradztwem - dlaczego miałabym unicestwiać tak silną wolę życia?

Wciąż jednak miałam ochotę na zmiany. Rośliny, które uprawiałam, były mieszanką okazji z targu kwiatowego przy Columbia Road z kilku ostatnich miesięcy, a ja wciąż ćwiczyłam różne sposoby na ich odpowiednią pielęgnację. W tym przypadku wyciąganie ich z doniczek i przycinanie oraz przesadzanie do świeżej gleby pomagało nabrać im energii, by mogły wrócić z wigorem, gdy ponure dni będą już tylko odległym wspomnieniem.

Pelargonie wypuszczą wiotkie łodygi w poszukiwaniu światła. Ciepłe lato sprawiło, że urosły wyżej niż same kwiatostany. Wepchnęłam palce w zbyt ciasne donice i wyciągnęłam z nich rozrośniętą plątaninę korzeni, obracając się o dziewięćdziesiąt stopni, by odłożyć je na papier za mną. W powietrzu unosił się zapach stygnącej ziemi wymieszany z rześkim, pieprznym aromatem ich liści. Potraktowałam sekatorem ich łodyżki, pozostawiając kikuty o wysokości dłoni, z których miały wyrosnąć nowe liście. Wyglądały bezbronnie, a zarazem krzepko, jak gdyby wyszły na zewnątrz w grubej bluzie, ale zapomniały narzucić na siebie kurtki. Wsunęłam je ciasno w ziemię, do świeżo przygotowanych doniczek, i ustawiłam w rzędzie na stole tuż przy ceglanej, ciepłej ścianie mieszkania.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Alice Vincent (@noughticulture) Kwi 23, 2020 o 1:05 PDT

Ich miejsce zajął obsypany białymi kwiatami cyklamen. Jego elegancja kłóci się z jego wytrzymałością. Te wywrócone na lewą stronę płatki mogą wyglądać jak krucha porcelana, lecz zniosą niejedną burzę - ulegną wyłącznie gnijącej ziemi, której nie zapewniono odpowiedniego drenażu. Kiedy w okolicach nowego roku opadną ich kwiatki, swoje pięć minut otrzymują liście w kształcie zaokrąglonych serc, pokryte pajęczyną bladej zieleni. Posadziłam je z innymi roślinami, którym nie przeszkadzają mokre nogi, i są w stanie same się sobą zająć pod moją nieobecność: bluszczem, który zachłannie wypełnia przestrzeń zielenią, o ile gleba jest dość wilgotna, oraz fiołkami. Cała trójka to tanie odmiany, żadna z nich nie jest szczególnie wyszukana, a wszystkie są w stanie trochę rozjaśnić szary zimowy poranek.

Bambus i rozchodnik

Dostałam kiedyś wielkiego bambusa, był to dość zabawny prezent. Po paprociach rozrastających się w ciemniejszych zakątkach balkonu, był drugą rośliną, która wyznaczyła początki mojej przemiany w lepszego, bardziej ambitnego ogrodnika, specjalistę od małych przestrzeni. Dzięki niemu i kilku innym krzewom betonowa przestrzeń zmieniła się w zieloną oazę. Nie zaczyna się jednak przygody z ogrodnictwem od roślin wyższych niż sam ogrodnik - to tak, jakby pozwolić ogromnemu, mokremu psu wbiec do sklepu z antykami, w którym może przewrócić wszystko, co stoi na półkach. Musimy wiedzieć, co zrobić, gdy coś pójdzie nie tak. Tamtego poranka zrobiłam pierwszy krok, by wziąć mojego psa na smycz i przeciągnęłam kamienną donicę z olbrzymem o szeleszczących liściach przez całe dwa metry długości balkonu.

Rozchodnik, który nabrał odcieni czekolady i wciąż smakował pszczołom, musiał się teraz przyzwyczaić do swojego nowego sąsiada. Bardzo spodobał mi się kontrast, jaki tworzyły ich liście, powoli udzielające sobie przyzwolenia na wzajemne towarzystwo, zadowolone wbrew zasadzie, że nie należy pozwolić roślinom się stykać poza granicami wyznaczonymi przez skorupy doniczek.

Pracowałam w pośpiechu, nie zważając na chłód październikowego poranka, wysiłek rozgrzewał moje grabiejące od zimnej ziemi palce. Produktywność zajęcia, tempo, w jakim kiełkowały pomysły, realizowane kilka sekund później, zwyciężyły nad niedoborem snu i żołądkiem ściskającym się od kaca. Zdołałam wyciszyć brzęczące w mojej głowie listy zadań do wykonania. Nauka patrzenia jest niezbędna każdemu ogrodnikowi, a zwłaszcza tym niecierpliwym i nie znoszącym zwłoki, czyli takim jak ja. Balkon jednak dostarczał mi praktycznie nieskończonej uciechy dla oczu: szukałam wzrokiem oznak wzrostu, patrzyłam, jak światło igra z liśćmi, zauważałam cienie tańczące na betonowej podłodze.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Alice Vincent (@noughticulture) Kwi 12, 2020 o 2:10 PDT

Tak jak mój ojciec stojący przy oknie w naszej kuchni, obserwowałam i tworzyłam w głowie niekończące się listy rzeczy, które należało zmienić, oraz efektów, na jakie liczyłam, podczas gdy moja koncentracja stawała się miękka i ciężka. Wykonanie jednej, prostej i krótkiej czynności na balkonie było praktycznie niemożliwe. Po zrywaniu uschniętych kwiatów należało podlać rośliny, posprzątać i pogrzebać w ziemi; z zaplanowanych początkowo pięciu minut robiło się kilka godzin, moje ręce, wycierane z grubsza w to, co akurat naciągnęłam na nogi, drętwiały z zimna, a mój umysł był ukojony.

Plewiła grządki w butach od Ferragamo

Katherine S. White, z domu Angell, była pierwszą redaktorką działu prozy w "New Yorkerze" - to właśnie ona odkryła Nabokova i Updike'a. W obszarze jej rozległych zainteresowań znalazły się również katalogi nasion, i sama Katherine, w wieku sześćdziesięciu sześciu lat, zainaugurowała swoją pierwszą serię ogrodniczych felietonów, "Onward and Upward in the Garden", w których opowiadała o ogrodnikach i szkółkarzach, porównując ich dokonania, jak gdyby byli kolejną literacką sensacją. I chociaż White (która poślubiła jednego ze swoich protegowanych, E.B.White'a) zmieniła współczesne oblicze beletrystyki poprzez swoje główne zajęcie, jej "ulubionymi lekturami" pozostały katalogi nasion.

To samo w sobie dość urocze, jednak moją ulubioną informacją na temat Katherine S. White pozostaje fakt, że - jak pisał jej mąż, wydając felietony żony w formie książkowej po jej śmierci w 1977 roku: "[Katherine] nie posiadała żadnych ubrań do pracy w ogrodzie i nigdy się do niej nie przebierała. Kiedy składała wizytę swoim bylinom, szła przyciąć klomby lub popracować w ogrodzie różanym, nawet nie próbowała ubierać się odpowiednio do sytuacji - pod wpływem chwili zrywała się z miejsca, wybiegała z domu, a na początku swojej kariery odrywała się od korekty manuskryptów. Rzadko zdarzało mi się widzieć, jak szykuje się do pracy w ogrodzie; po prostu wychodziła na zewnątrz, nie bacząc na wilgoć i chłód, słońce czy żar, ubrana dokładnie w to, co akurat rano założyła".

White plewiła grządki w butach od Ferragamo, w "schludnej tweedowej spódnicy i marynarce" albo nieskazitelnej sukience z bawełny. "Kiedy wciągał ją wir pracy, zapominała o całym świecie i przesadzała, plewiła, przerzedzała roślinność lub zrywała zwiędłe kwiaty; jej ubrania nie miały tutaj nic do powiedzenia".

Podobnie wtedy, w porze śniadania, nic do gadania nie miała moja piżama. Balkonowe odpady - pajęczyny, pył z ziemi, opadłe liście - nie były powodem do zmartwień, przynajmniej nie w obliczu satysfakcji, którą napełniał mnie nowy widok zza drzwi balkonowych: długie, spiczasto zakończone, tańczące liście bambusa wystawały zza ramy okiennej po lewej stronie, a w tle w górę strzelały fajerwerki łubinu. Zupełnie nieświadomie spędziłam tu parę ładnych godzin. Wszystko porządnie podlałam, zostawiłam ogólnikowe i optymistyczne instrukcje dotyczące roślin doniczkowych rosnących w domu, i zasunęłam zamek swojej czerwonej walizki spakowanej na cały nadchodzący miesiąc.

 *Fragmenty książki "Mowa roślin" Alice Vincent, tłumaczenie: Katarzyna Mojkowska i Agata Pryciak
**Śródtytuły pochodzą od redakcji

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

'Mowa roślin' Alice Vincent (fot. Materiały prasowe)
'Mowa roślin' Alice Vincent (fot. Materiały prasowe)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku