Miejscowość A Coruna, w której Elisa i Marcela wzięły ślub

Miejscowość A Coruna, w której Elisa i Marcela wzięły ślub (fot. Shutterstock)

"W moim domu nigdy nie mówiło się o Elisie". Historia miłości sprzed ponad wieku znalazła epilog

Zdjęcie, jakich wiele. Panna młoda w ciemnej sukni i z mantylką upiętą we włosach w jednej dłoni ściska bukiecik kwiatów pomarańczy, drugą ufnie wspiera się na świeżo poślubionym małżonku. Ten, wysoki, szczupły, patrzy z dumą w obiektyw. Wyglądają na onieśmielonych i szczęśliwych. W ślubnej fotografii zrobionej w 1901 roku w A Corunii nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w rzeczywistości są na niej dwie kobiety.

Elisa Sánchez Loriga i Marcela Gracia Ibeas stały się bohaterkami, jak ujął to pisarz Manuel Rivas, "jednej z najbardziej niezwykłych historii miłosnych wszech czasów".

O ich ślubie wiadomo całkiem sporo. Na przykład to, że ceremonia odbyła się 119 lat temu, w sobotę 8 czerwca o 7.30 rano - pewnie dlatego, żeby uniknąć zbyt wielu niepowołanych gości. A także to, że Elisa wystąpiła w kościele jako Mario Sánchez Loriga, Hiszpan wychowany w Londynie w protestanckiej rodzinie, który niedawno powrócił do rodzinnej Galicji. Ślubu udzielał proboszcz parafii pod wezwaniem Świętego Jerzego, ksiądz Cortiella, który parę tygodni wcześniej ochrzcił Maria. Po ślubie para młoda udała się do atelier fotograficznego przy ulicy San Andrés należącego do José Selliera, a później, z butelką kupionego po drodze sherry, wybrała na obiad w towarzystwie świadków.

Eliza i Marcela po wzięciu ślubu (fot. Domena publiczna)
Eliza i Marcela po wzięciu ślubu (fot. Domena publiczna)

Wszystkie te szczegóły są znane, bo niedługo po ślubie Marcela i Elisa stały się kimś w rodzaju celebrytek na opak. Kiedy sprawa wyszła na jaw - a wyszła bardzo szybko - pisała o nich prasa nie tylko w A Corunii i Madrycie, ale także w Portugalii, a nawet za oceanem. "Małżeństwo bez mężczyzny", "Hiszpania, kraj wariatów", "Młoda para z przemytu" - pisały dzienniki.

Budziły na równi oburzenie i fascynację. "Jaką przebiegłością i talentem musiała się wykazać Elisa, żeby porzucić własną skórę i stworzyć całkowicie wyimaginowaną postać?" - zastanawiała się na łamach "La Ilustración Artistica" pochodząca z Galicji pisarka Emilia Pardo Bazán.


*

O ile o okolicznościach, w jakich zawarły małżeństwo, wiadomo całkiem sporo, o tyle wiedza o nich samych jest dość powierzchowna. Wywiadów udzieliły zaledwie kilku, nie zachowały się ich listy, brakuje opowieści bliskich.

Wiadomo, że obie urodziły się w rolniczej, spokojnej Galicji w latach 60. XIX wieku. Poznały się w szkole dla nauczycielek, kiedy Marcela miała 18 lat, Elisa -23. "Mamo, musisz poznać moją przyjaciółkę, zobaczysz, jaka jest dobra i sympatyczna!" - oznajmiła któregoś dnia Marcela swojej matce.

Ich więź szybko stała się na tyle intensywna, by wzbudzić niepokój rodziców Marceli, ustosunkowanej rodziny z A Corunii (jej ojciec był wojskowym). Postanowili wysłać córkę do szkoły w Madrycie, żeby odseparować ją od Elisy. Ich więź przetrwała jednak rozłąkę. Kiedy Marcela wróciła w rodzinne strony i znalazła pracę nauczycielki w niewielkiej miejscowości, Elisa przeprowadziła się do pobliskiego miasteczka. Co wieczór pokonywała 11 kilometrów, często piechotą, żeby spędzić noc z Marcelą. Później zamieszkały razem w 5-tysięcznej Dumbrii położonej 80 kilometrów od A Corunii. Ich wspólne życie nikogo specjalnie nie dziwiło: niezamężne nauczycielki - a tych nie brakowało na hiszpańskiej prowincji - miały społeczne przyzwolenie, by dotrzymywać sobie nawzajem towarzystwa.

W ich relacji coś zaczęło jednak szwankować. Coraz częściej widziano, jak się kłócą, a któregoś dnia krzyki Marceli sprowadziły do ich domu zaniepokojonych sąsiadów, których oczom ukazała się niebagatelna scena: Elisa pochylała się nad leżącą Marcelą z siekierą w dłoni, drugą ściskając ją za gardło.

Być może chodziło o zazdrość, z której napadami Elisa miewała, jak się wydaje, pewien problem. Ale może i ta scena nie była wcale tym, czym się wydawała. Narciso de Gabriel, galisyjski badacz i autor książki "Elisa y Marcela. Amigas y amantes" ("Elisa i Marcela. Przyjaciółki i kochanki"), stawia tezę, że Marcela i Elisa inscenizowały teatralne konflikty, żeby uprawdopodobnić decyzję Elisy: "Wyjeżdżam szukać szczęścia do Ameryki". To nie mogło być zaskoczenie: na podobny krok decydowały się tysiące Galisyjczyków.

Elisa wyjechała jednak w rzeczywistości do A Corunii. Tam ścięła włosy, kupiła garnitur i tytoń, a potem odwiedziła tamtejszą parafię pod wezwaniem Świętego Jerzego.

*

To właśnie proboszcz Cortiella jako jeden z pierwszych dowiedział się, że stojący przed nim mężczyzna o subtelnej urodzie nazywa się Mario Sánchez Loriga. Człowiek ów wyjaśniał, że po wielu latach życia w Londynie powrócił do rodzinnej Galicji i chciałby pojąć za żonę przyjaciółkę swojej kuzynki. Jedynym problemem jest brak świadectwa chrztu - dodał. Jego ojczym był brytyjskim protestantem i w takim wyznaniu go wychowano, ale chciałby powrócić do wiary swoich przodków. Ksiądz, zachwycony możliwością ocalenia duszy swojego rozmówcy, bez wahania przystąpił do dzieła i już wkrótce Mario dysponował dokumentami niezbędnymi do zawarcia małżeństwa.

- Jesteście mężem i żoną - ogłosił proboszcz Cortiella zaledwie parę tygodni później.

Jedyną osobą, która znała prawdziwą tożsamość pana młodego, była matka Marceli. Marcela przedstawiła Maria jako kuzyna Elisy i poprosiła o zwyczajowe błogosławieństwo, ale senora Ibeas bez problemu rozpoznała dawną przyjaciółkę córki i wyrzuciła je za drzwi. Niedługo potem wyjechała z A Corunii - nie chciała być w mieście w dniu ślubu. Nie zamierzała go jednak uniemożliwić, w czym można dopatrywać się resztek matczynej miłości albo lęku przed publiczną hańbą. "Umiałam zapanować nad moim mężem i dałabym sobie radę z konnym regimentem, ale nie umiałam sprawić, żeby wyszło z niej coś dobrego" - powiedziała później prasie o córce.

Prawdopodobnie nie próbowała uniemożliwić małżeństwa także dlatego, że wiedziała o czymś jeszcze: Marcela była w ciąży.

Kościół w A Coruna, w którym Elisa i Marcela wzięły ślub (fot. Domena publiczna)
Kościół w A Coruna, w którym Elisa i Marcela wzięły ślub (fot. Domena publiczna)

*

Kiedy dziewczynka przyszła na świat w dniu Trzech Króli 1902 roku w Oporto, portugalska prasa pisała o niej, że jest "śliczna i zdrowa".

O biologicznym ojcu nie wspominano, choć pojawiły się domysły, że to chłopak z Dumbrii. Domysły można też dziś snuć wokół roli, jaką odegrała ciąża w tej historii. Była efektem romansu Marceli czy częścią planu zbudowania wspólnego, rodzinnego szczęścia z Elisą?

Jak pisze w swojej książce Narciso de Gabriel, nie można całkiem wykluczyć tezy, że małżeństwo Elisy i Marceli było próbą ratowania reputacji tej ostatniej - od nauczycielek wymagano w końcu nienagannej opinii i takiegoż prowadzenia się. Ich historia byłaby więc nie tyle opowieścią o miłości, co przyjacielskiej solidarności. Według de Gabriela nie jest to jednak zbyt prawdopodobna wersja: istniały inne, dużo mniej ryzykowne sposoby wybrnięcia z sytuacji, a nawet jeśli Marcela zdecydowałaby się urodzić i wychowywać córkę sama, nie byłoby to wcale jednoznaczne z utratą pracy czy honoru - podobnych przypadków nie było wówczas wcale tak mało.

Dziecko przyszło w każdym razie na świat w chwili, kiedy jego matki były już sławne nie tylko w Hiszpanii, ale i Portugalii, dokąd uciekły przed wydanym za nimi nakazem aresztowania. Dopracowany na pozór plan wspólnego życia spełzł bowiem na niczym jeszcze w dniu ślubu. W dyliżansie powrotnym do Dumbrii jeden ze współpasażerów rozpoznał Elisę przebraną za Maria.

Niezrażeni Marcela i Mario wybrali się nawet z tradycyjnym ciastem do miejscowego kościoła. "Chciałam przedstawić księdzu mojego męża" - powiedziała Marcela. Wieści rozniosły się jednak szybko i nikt nie wierzył już w zapewnienia, że łudzące podobieństwo Maria do Elisy to tylko kwestia genów. "Jeśli to nie dona Elisa, to chyba sam diabeł wstąpił w jej skórę" - miała powiedzieć jedna z sąsiadek.

Mario został wezwany do A Corunii przez księdza Cortiellę, który zaproponował, żeby poddał się lekarskim oględzinom. Ten przystał na to podobno bez większego oporu. Lekarz ograniczył się do stwierdzenia, że organy płciowe pacjenta należą do kobiety. Było to tylko pierwsze z wielu mniej lub bardziej upokarzających badań, którym został poddany Mario w następnych latach i które nieodmiennie - jak donosiła prasa - znosił z godnością.

Widok na współczesną A Corunę (fot. Shutterstock)
Widok na współczesną A Corunę (fot. Shutterstock)

Wersje, które przedstawiały Elisa i Marcela w swojej obronie, były różne: Mario przekonywał, że jest hermafrodytą, Marcela upierała się, że jest "stuprocentowym mężczyzną". W portugalskim więzieniu, do którego trafiły, trzymały się z kolei wersji, że obie są kobietami - byle nie zostać rozdzielone. "Dopiero w trumnie!" - powiedziała dziennikarzom Marcela. Jak zdefiniowałaby swoją tożsamość Elisa, wolna od lęku dotyczącego aresztowania i presji ze strony otoczenia - nie wiadomo. Czarno-białe podpowiedzi podsuwane przez ówczesną prasę, lekarzy i sędziów raczej zaciemniają tylko sprawę.

*

Przestraszony własną naiwnością ksiądz Cortiella zgłosił sprawę na policję. Elisa i Marcela nie miały wyjścia - musiały zniknąć.

Miały szczęście: portugalska granica była rzut kamieniem. Pierwsza, już pod koniec czerwca, przekroczyła ją Elisa, sama, żeby nie budzić podejrzeń. Dopiero później dołączyła do niej Marcela. Wspólnie dotarły do Porto.

Elisa -  występująca jako Pepe - dzięki nowo poznanym Hiszpanom znalazła swojej żonie pracę w kawiarni. W ich życiu pojawił się upragniony spokój. Nie na długo: hiszpańska policja wysłała za nimi list gończy, więc po niecałych dwóch miesiącach zostały zdemaskowane i trafiły do aresztu.

Portugalczycy - a przede wszystkim Portugalki - wykazali się jednak zaskakującą wielkodusznością. Wokół sprawy więzionych kobiet pozbawionych środków do życia, z których jedna na dodatek była w ciąży, powstał ruch solidarności. Portugalska prasa zaczęła zbiórkę datków na ich rzecz. "Zasługują bardziej na współczucie niż karę" - pisali czytelnicy. Ludzie przynosili im do więzienia ubrania i jedzenie, pisali listy.

Prawdopodobnie to właśnie pod wpływem presji ze strony opinii publicznej Portugalia odmówiła ostatecznie ich ekstradycji do Hiszpanii, a tamtejszy sąd oczyścił Elisę z zarzutu sfałszowania dokumentów.

Marcela i Elisa wyszły na wolność, ale nie zagrzały na długo miejsca w Porto. Zdając sobie sprawę z tego, że hiszpańska policja prędzej czy później się o nie upomni, po raz kolejny spakowały walizki.

Do portu w Buenos Aires pierwsza znowu zawinęła Elisa, później dołączyła do niej Marcela z córką. Podobnie jak większość ich rodaczek, znalazły pracę jako służące. Nie było to zapewne łatwe życie i prawdopodobnie dlatego w 1903 roku Elisa wyszła za mąż za starszego o 25 lat Duńczyka, Christiana Jensena.  

Przeprowadzili się na wieś, gdzie mężczyzna miał swoje gospodarstwo. Jeszcze w tym samym roku Jensen wniósł jednak do sądu wniosek o unieważnienie małżeństwa. Argumentował, że został oszukany, domagał się przeprowadzenia badań, które wykażą, czy jego żona jest kobietą. Zaniepokojony faktem, że nie chce z nim współżyć, zaczął bowiem rozpytywać wśród hiszpańskich znajomych i odkrył prawdę: jego małżonka była bohaterką historii o "małżeństwie bez męża", a rzekoma "siostra", która często odwiedzała ich na wsi, była jej hiszpańską żoną.

Marcela i Eliza po wyjściu z aresztu (fot. Domena publiczna)
Marcela i Eliza po wyjściu z aresztu (fot. Domena publiczna)

Elisa po raz kolejny musiała poddać się badaniom, ale lekarze - a później sąd - nie dopatrzyli się w jej ciele biologicznych odstępstw od kobiecości. Sąd oddalił wniosek o unieważnienie małżeństwa.

O dalszych losach Elisy i Marceli wiadomo niewiele. Wszystko wskazuje jednak na to, że ta historia nie ma happy endu. Jak ustalił Narciso de Gabriel, około 1904 roku Marcela i Elisa na zawsze się rozstały. Kiedy de Gabriel kończył pisać swoją książkę w 2008 roku, jedynym późniejszym śladem, który udało mu się znaleźć, była wzmianka w meksykańskim dzienniku przedrukowana przez madrycką prasę o rzekomym samobójstwie Elisy w 1909 roku na plaży w Veracruz.

Kilka lat później dotarł jednak do Argentynki, która - jak twierdziła - spotkała Elisę pod koniec jej życia, w latach 40., ciężko chorą na nowotwór. Pamiętała jej słowa, niemal na łożu śmierci: "Doceniaj swoje przyjaciółki, to najważniejsze, co masz w życiu".

Resztę tej historii na dobre zatarł czas - tak się przynajmniej wydawało.

Do Narcisa de Gabriela napisała jednak niedawno Norma Graciela Moure z Buenos Aires, która twierdzi: Marcela to moja prababcia. Jak wyjaśniała, na trop rodzinnej historii wpadła za sprawą filmu "Marcela i Elisa" hiszpańskiej reżyserki Isabel Coixet z 2019 roku, który można zobaczyć na Netflixie.

Babcią Normy Gracieli jest Maria Enriqueta, "śliczna i zdrowa" dziewczynka urodzona w Porto. Kobieta nie miała pojęcia o przeszłości swojej prababki, w jej rodzinie mówiono tylko, że musiała uciekać z Hiszpanii z powodu prześladowań. Zdjęcia jednak nie kłamią: na starych fotografiach - z których jedna została zresztą wykonana w atelier José Selliera w A Corunii - jest kobieta, którą widać na ślubnym portrecie Elisy i Marceli.

"W moim domu nigdy nie mówiło się o Elisie ani tym bardziej o historii ich małżeństwa" - tłumaczyła Norma Graciela Moure gazecie "La Voz de Galicia". Żona Marceli zostawiła jednak w rodzinie swój ślad. Na babcię Normy Gracieli mówiono bowiem "Sánchez Loriga" - czyli używając nazwisk Maria/Elisy - mimo że w jej dokumentach widniało samo Sánchez.

W jakimś sensie Elisa i Marcela odniosły symboliczne zwycięstwo. Jak odkrył Gabriel de Narciso, ich hiszpański akt małżeństwa nigdy nie został unieważniony. W świetle prawa nigdy nie przestały więc być małżeństwem.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z książki Narciso de Gabriela "Elisa y Marcela. Amigas y amantes" (2019) oraz artykułów z dziennika "La Voz de Galicia".

Aleksandra Lipczak. Dziennikarka, reporterka, autorka książki "Ludzie z Placu Słońca" (wyd. Dowody na Istnienie), zbioru reportaży o współczesnej Hiszpanii. Laureatka IV edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego, nominowana do nagrody Grand Press w dziedzinie dziennikarstwo specjalistyczne i Nagrody Literackiej im. Witolda Gombrowicza.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku