Aleksandra Dejewska

Aleksandra Dejewska (fot. Alicja Bodnar - Zaczarowana fotografia)

wywiad gazeta.pl

"Dziewczyny by造 hospitalizowane 10 razy i wcale nie chcia造 wyj嗆 z choroby"

Osoby zdrowe maj wyobra瞠nie, 瞠 zaburzenie od篡wiania musi by wida. Je郵i nie ma wystaj帷ych ko軼i, to chocia ob喚d w oczach, potargane w這sy i struga 郵iny ciekn帷a po policzku. A to tak nie dzia豉. Osoba chora nie musi by skrajnie chuda - m闚i Aleksandra Dejewska, terapeutka zaburze od篡wiania, kt鏎a sama przez wiele lat chorowa豉 na bulimi.

Co pani jadła dzisiaj na śniadanie?

Naleśniki z mango, jogurtem i masłem z nerkowców.

Ile to kalorii?

Nie wiem. Jestem dietetyczką i oczywiście mogłabym to zrobić raz dwa, ale nie liczę, bo po co?

Od jak dawna pani nie liczy?

Od sześciu lat. Kiedy byłam chora, nie tylko liczyłam kalorie, ale doszłam do etapu tak wyjałowionej diety, że po smaku byłam w stanie poznać, czy jogurt w sałatce jest light, czy nie. Choroba rozwinęła się, kiedy byłam w liceum. Pamiętam moment, kiedy płakałam, jedząc spaghetti - a to była moja ulubiona potrawa - bo bałam się, że od tego przytyję i stracę upragniony wygląd. 

Pani była bulimiczką? 

Chorowałam na bulimię i anoreksję bulimiczną.

Aleksandra Dejewska (fot. Alicja Bodnar - Zaczarowana fotografia)
Aleksandra Dejewska (fot. Alicja Bodnar - Zaczarowana fotografia)

Bulimia kojarzy się z objadaniem się i prowokowaniem wymiotów, a anoreksja z głodzeniem się. Ale anoreksja bulimiczna - czym jest? 

Przy bulimii pojawia się niekontrolowane objadanie się, przyjmowanie pokarmu często, nawet co dwie godziny, oraz powtarzające się zachowania, które mają zapobiegać przybieraniu na wadze, czyli właśnie prowokowanie wymiotów czy łykanie tabletek przeczyszczających. Z kolei anoreksja bulimiczna charakteryzuje się głodówkami lub jedzeniem małej ilości kalorii. Takie osoby jedzą znacznie poniżej swojego zapotrzebowania kalorycznego. Różnica polega też na spadku masy ciała: przy bulimii jej nie ma, nie schodzi się do poziomu niedowagi, niedożywienia. Przy anoreksji bulimicznej tak się dzieje. 

U mnie bulimia zaczęła się od prób przeczyszczania. Dzisiaj wiem, że tabletki przeczyszczające działają odwadniająco, ale nie powodują, że pokarm się nie wchłania. Próbowałam też pić olej rycynowy i brałam tabletki zaburzające poczucie głodu, ale mama znalazła te środki i mnie wyśmiała, nie zdając sobie sprawy z powagi problemu. Wtedy zaczęło się katowanie ćwiczeniami i prowokowanie wymiotów. Popularne trenerki mogą bardzo zaszkodzić dziewczynom z zaburzeniami odżywiania.

Promowanie zdrowego trybu życia i ćwiczeń to nic złego.

To, co ze sobą robiłam, to nie była wina Ewy Chodakowskiej! Ona, Anna Lewandowska czy inne idolki pewnie nie mają świadomości, jak kreowany przez nie obraz kobiety wpływa na osoby zmagające się z bulimią i anoreksją. Zaburzeniom odżywiania często towarzyszy dysmorfofobia, czyli zaburzony obraz własnego ciała. Chore osoby widzą je wtedy jako nieestetyczne, za duże, nawet wtedy, gdy mają odpowiednią wagę lub niedowagę. Szukają dla siebie tzw. thin inspiration: dawniej wycinały zdjęcia modelek z gazet i wklejały je do zeszytu. Ja nie musiałam już tego robić, moją inspiracją była Ewa Chodakowska i jej zdjęcia w social mediach. A one nie są odbiciem rzeczywistości. To jest "ja idealne": opalone, jędrne, doskonale szczupłe i młode ciało. W przypadku Chodakowskiej - jeszcze z dużym biustem. Dodatkowo znane trenerki nie pokazują swojego ciała w niedoskonałej formie - rozluźnionego, kiedy wychodzą fałdy. Na ich profilach nie ma miejsca na normalizację obrazu kobiecego ciała. Więc kiedy nastolatka porówna ich zdjęcia - to "ja idealne" - ze swoim "ja realnym", katastrofa jest gotowa.

Patrzyła więc pani na te idealne ciała i ile ćwiczyła? 

Katowałam się po dwie, trzy godziny. Dzień w dzień. Aż drętwiały kolana. W końcu przychodził moment, kiedy nie wytrzymywałam presji i pojawiał się napad.

(fot. shutterstock.com)
(fot. shutterstock.com)

Czyli objadanie się? 

Tak. Któregoś razu zważyłam się przed i po. To była różnica dwóch kilogramów. 

Dwóch kilogramów?! Co pani zjadała?

Zapisałam to potem, więc przeczytam pani przykładowy zestaw: pół litra budyniu, cztery ciastka, tabliczka czekolady 300 gramów, miseczka słodkich kulek, trzy kawałki ciasta z kremem, trzy bułki i mleko.

Takie objadanie się przypomina haj, jak po narkotykach czy alkoholu? 

Tak. Zaburzenia odżywiania to jest próba realizacji potrzeb nie z poziomu racjonalnego, ale emocjonalnego. To są potrzeby kontaktu, bliskości, posiadania wpływu, ulgi i inne.

Czy można zajadać na przykład samotność?

Między innymi. Podczas napadu przestajemy zauważać problemy. Pojawia się  myślenie tunelowe: jestem tylko ja i jedzenie. To jest błędne koło - najpierw wpada się w myślenie "jestem bezwartościowa, nic nie umiem, jestem samotna, nikt mnie nie kocha i nie akceptuje", a potem nie myśli się wcale i nie czuje niczego... 

A później przychodzą okropne wyrzuty sumienia i znowu myśli autodestrukcyjne!

Po napadzie jeszcze bardziej obwiniałam siebie i jeszcze bardziej sobą gardziłam. Boli też brzuch, zalega w nim ogromna ilość jedzenia, więc prowokuje się wymioty. Każdy, kto kiedykolwiek się zatruł wie, że wymioty dają poczucie oczyszczenia i ulgi. W bulimii czuje się to samo i jest to bodziec wzmacniający chorobę. Może uzależnić.

Czytałam, że pani od ciągłych wymiotów miała nadżarte gardło. 

Przełyk nie jest przyzwyczajony do obecności kwasu żołądkowego, dlatego w ślinie pojawiała się krew. W ekstremalnych przypadkach dziewczyny nie tylko wtykają sobie rękę czy szczoteczkę do zębów do gardła, ale potrafią połykać siateczkę na sznurku, by prowokować wymioty. Robią to, kiedy zanika odruch wymiotny. Z czasem zwieracze żołądka są tak zniszczone, że trudno jest utrzymać jedzenie w żołądku. 

I wtedy wymiotuje się w sposób niekontrolowany?

Nie. Ale jest to taki stan, kiedy wystarczy napiąć brzuch, by sprowokować wymioty. Bywa też, że kiedy osoba chora nieopatrznie zje więcej, to trudno jest jej utrzymać jedzenie w żołądku, występuje efekt "ulewania się".

To musi być straszny ból. 

Ból i poczucie upokorzenia. Miałam już tego dosyć, a ponieważ strach przed przytyciem był ogromny, z czasem zaczęłam ograniczać jedzenie do absolutnego minimum. Wtedy choroba przeszła w anoreksję bulimiczną. 

(fot. shutterstock.com)
(fot. shutterstock.com)

Ile kalorii dziennie?

Maksymalnie 800. Chora na anoreksję osoba jest mistrzem udawania i kamuflażu. Na talerz najlepiej nałożyć dużo sałaty, bo to sprawia wrażenie, że jedzenia jest dużo. Z tego samego powodu kroiłam dwie oliwki na małe kosteczki. Oczywiście zero tłuszczu, produkty tylko light. Warzywa, ale też nie do woli! Obowiązkowo musiałam zostawić coś z posiłku na talerzu. Mama się ze mnie śmiała, bo ważyłam nawet sezam i nasiona słonecznika. Potrafiłam odłożyć dwa ziarenka, żeby nie przesadzić.

Jak długo trwała ekstremalna postać choroby? 

Dwa lata. Schudłam 14 kilo. To wyniszcza całkowicie: miałam bardzo mało siły fizycznej i psychicznej, byłam chwiejna emocjonalnie. Czułam ogromny smutek, ból, samotność, bezsilność, bezradność. I w tym wszystkim niejeden lekarz potrafił powiedzieć: "Wystarczy zacząć normalnie jeść".

Wciąż jest bardzo dużo niewiedzy w temacie zaburzeń odżywiania. A to one wśród wszystkich zaburzeń psychicznych mają najwyższy - bo ponad 20-procentowy - wskaźnik umieralności. Tymczasem w Polsce na leczenie refundowane przez NFZ czeka się nawet dwa lata!

Trudno mi uwierzyć, że lekarze mogą w ten sposób bagatelizować anoreksję i bulimię. Już w latach 90. powiedziano i napisano na ten temat tyle, że chyba dziś już każdy wie, że to nie jest żadne wydziwianie. 

Zdziwiłaby się pani, od ilu lekarzy usłyszałam to cholerne: "Proszę zacząć jeść". Jakby to było proste! Powiedzieć coś takiego osobie cierpiącej na zaburzenia odżywiania to tak samo jak - przepraszam za porównanie - choremu przy nieżycie żołądka wsadzić korek w odbyt i stwierdzić, że po problemie! Dziś często słyszę, że zaburzenia odżywiania to są fanaberie nastolatek, z których się wyrasta, lub że to "choroba mięczaków". Albo tezy wręcz odwrotne - że anorektyczką czy bulimiczką jest się do końca życia. Oba twierdzenia są nieprawdziwe.

Wróćmy jeszcze na chwilę do pani. Pani mama nie była przerażona, kiedy ważyła pani ziarna słonecznika. Czy w szkole ktoś zwrócił uwagę, że dzieje się coś złego? 

U mnie to był szerszy problem. Nauczyciele wiedzieli, że w moim domu się źle dzieje, ale nikt nie zareagował. Nie wiem dlaczego. 

Pani pochodzi z przemocowego domu?

Tak. Ojczym potrafił rzucać mną o podłogę i po niej ciągnąć. Stosował przemoc fizyczną, psychiczną oraz ekonomiczną.

Na oczach matki?

Była przy tym i nie reagowała. Myślę, że zaznawała wtedy paraliżującego strachu. Z czasem wyparła te sytuacje do tego stopnia, że kiedy opisałam je w książce, zapytała: "Naprawdę tak było?".

(fot. shutterstock.com)
(fot. shutterstock.com)

Zaburzenia odżywiania to był krzyk rozpaczy?

Po części na pewno nieuświadomiona odpowiedź na bezsilność wobec przemocy oraz na brak autonomii. Zaburzenia odżywiania stanowiły próbę przejęcia kontroli nad sobą i swoim życiem. W moim domu nie było przyzwolenia na okazywanie słabości, uczuć, szczególnie tych negatywnych, a ponieważ miałam w sobie dużo złości - kierowałam ją przeciwko sobie. 

Uważa pani, że za pani chorobę są odpowiedzialni mama i ojczym?

Nie! Jako terapeutka sprzeciwiam się obwinianiu za wszystko rodzin. Upraszczając: mój brat nie miał bulimii. Szukając przyczyn zaburzeń odżywiania, zwracam uwagę na predyspozycje: osobowość i temperament oraz to, jak one się kształtują pod wpływem życiowych doświadczeń. Rodzina to tylko jeden czynnik. Ogromną rolę gra środowisko, kultura, patriarchat, który w Polsce wciąż mocno się trzyma. Kobiety muszą być doskonałe. W dzieciństwie poprzeczkę wciąż podnosi szkoła. Uczniów się porównuje, wytyka braki. Jeśli to wszystko trafi na bardziej podatny grunt - osobę bardziej wrażliwą - ziarno zostanie zasiane. Zaburzenia odżywiania są wieloczynnikową chorobą.

Jestem przekonana, że wielu rodziców bierze całą winę na siebie.  

Część tak, i kiedy słyszą, że nie trzeba być idealnym rodzicem, a wystarczająco dobrym, to jest dla nich wielka ulga. Ale jest też taka grupa, która przychodzi do mnie z żądaniem, żebym "naprawiła" im dziecko. A to tak nie działa. Choroba często spełnia potrzebę relacyjną. Dziecko się głodzi, rodzic to w końcu zauważa i poświęca mu więcej uwagi - zmniejsza liczbę godzin spędzanych w pracy lub z niej rezygnuje - i wtedy młody człowiek się boi, że jeśli wyzdrowieje, to znowu tego rodzica straci! Rozmawiałam z dziewczynami, które były hospitalizowane nawet 10 razy i wcale nie chciały wyjść z choroby. Czasem najlepszym rozwiązaniem jest terapia rodzinna. 

Bywa tak, że rodzice orientują się, że coś się dzieje z dzieckiem dopiero wtedy, kiedy ono wygląda jak szkielet?

Tak. Najchudsza nastoletnia pacjentka, jaką miałam, przyszła do mnie, ważąc 36 kilo przy wzroście 164 cm.

Rodzice musieli być przerażeni!

Właśnie nie. Oni do końca wypierali fakt, że córka cierpi na zaburzenia odżywiania. Na szczęście ta dziewczyna sobie poradziła, wyszła z tego. Ale teraz muszę powiedzieć o bardzo ważnej sprawie. W zaburzeniach odżywiania wcale nie musi być tak, że dziecko jest skrajnie chude. Często rodzic się dziwi: "Przecież ona normalnie wygląda!". Ludzie zdrowi - nie zawsze są to rodzice, czasem partnerzy dorosłych osób - mają wyobrażenie, że zaburzenie odżywiania musi być widać. Jeśli nie ma wystających kości, to chociaż obłęd w oczach, potargane włosy i struga śliny cieknąca po policzku. A to tak nie działa.

To kiedy powinna się ta czerwona lampka zapalić? 

Kiedy dziecko zaczyna płakać nad jedzeniem, codziennie i bardzo intensywnie ćwiczy, zaczyna liczyć kalorie - to są czynniki alarmujące przy anoreksji. W przypadku bulimii: kiedy znika duża ilość jedzenia, a masa ciała dziecka nie rośnie, pojawiają się ślady na dłoniach, w łazience czuć zapach wymiocin.

Ślady na dłoniach? Od czego? 

Od prowokowania wymiotów. Kiedy wkładamy rękę do gardła, zębami haratamy sobie ręce. Na kłykciach pojawiają się rany. Rodzice powinni się zaniepokoić, kiedy znajdują środki przeczyszczające i herbatki na odchudzanie, a w szafkach - poupychane batoniki czy cukierki. Poważnym sygnałem jest, kiedy dziecko odmawia wspólnego jedzenia. Między innymi dlatego teraz jest taki wysyp zgłoszeń. Póki nastolatek chodził do szkoły, wymówka, że jadł na mieście, była racjonalna. Można się bronić, że niby boli brzuch, ale ile dni tak można?

Ma pani teraz więcej pacjentów niż przed narodową kwarantanną?

Zdecydowanie! Mamy teraz wysyp w zaburzeniach odżywiania. Młodzi ludzie zostali zamknięci z rodzicami, z którymi mają słabe lub po prostu złe relacje, i to jest dla nich ogromne obciążenie. Zgłaszają się też samotni dorośli, dla których sytuacja dużego lęku, napięcia, stresu okazała się katalizatorem. Cierpieli na zaburzenia odżywiania już wcześniej, ale teraz - na skutek izolacji - to ich zaczęło całkowicie wyniszczać. Zgłaszają się i mówią, że choroba odbiera im wolność i chcą normalnie żyć. 

O ile więcej osób zgłasza się teraz do pani gabinetu?

Mam około 30 procent więcej klientów niż wcześniej.

(fot. shutterstock.com)
(fot. shutterstock.com)

Istnieją szacunki, ile osób w Polsce cierpi na zaburzenia odżywiania?

Statystyki mówią, że choruje do 2 procent społeczeństwa. To tak, jakby na zaburzenia odżywiania cierpiał cały Gdańsk. Jednak statystyki te dotyczą tylko leczących się w państwowych instytucjach, nie uwzględniają osób chodzących na samopomocowe grupy wsparcia czy leczących się prywatnie. Chorują najczęściej 13-latki, ale bywają też młodsze osoby, nawet 8-letnie.

Czy dla pani pacjentek jest ważne, że pani przeszła przez to samo, przez co one teraz przechodzą?

Bardzo ważne. I nie tylko dla pacjentek. Jedna piąta moich pacjentów to mężczyźni w wieku od 15 do 30 lat. Często słyszę od pacjentów lub ich rodzin: "Pani mnie zrozumie, bo pani wie, co ja czuję". 

I pani na pewno w związku z tym nie da się oszukać, prawda? 

To jest złe podejście! Jeśli pacjent oszukuje, to tak naprawdę nie mnie, tylko siebie, i pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego to robi?

Podczas konferencji naukowej jedna z psycholożek oświadczyła, że anorektyczki kłamią. To straszne uproszczenie! Jasne. Żeby chronić chorobę, mówią nieprawdę. Poza tym nie można zapominać, że osoby chore mają zaburzony obraz siebie.

Często robię takie ćwiczenie: kładę na podłodze wielką kartkę i proszę pacjentkę, by narysowała obrys siebie, a potem się w nim położyła. Najczęściej jest tak, że ten obrys jest o wiele za duży. I ona jest zaskoczona, jak bardzo ma zaburzony obraz siebie. Zaburzony obraz siebie, ale też świata i innych ludzi to jest dziś podstawowy problem u nastolatków, który wychodzi za każdym razem, kiedy spotykam się z nimi na wykładach.

Spotyka się pani z licealistami?

Miałam też zajęcia w gimnazjum. To są spotkania fakultatywne, podczas których staram się pokazać młodym ludziom, jak wpływają na nich social media. Oni żyją w sieci i wrzucanie swoich zdjęć na Instagram czy Facebook - tu rzadziej, bo z Facebooka korzystają ich rodzice - to dla nich oczywistość. Dziś na Instagramie królują zdjęcia, na których osoby mają małe noski, a wielkie oczy i usta. Więc oni przerabiają na tę modłę swoje zdjęcia i zgarniają lajki, które ogromnie wpływają na ich samopoczucie i postrzeganie siebie.

Jednocześnie, żyjąc w wirtualnym świecie, są zalewani niesamowitą ilością informacji, których nie potrafią weryfikować. Wydawałoby się, że "pokolenie Google" nie da się nabrać na internetowy fake. A fake newsem jest też przerobione zdjęcie idolki. Poszarzała skóra wychudzonej dziewczyny jest pokolorowana, wystające kości - wygładzone, skóra opalona, a piersi i usta - powiększone. Kiedy pokazuję młodym ludziom zdjęcia sprzed i po retuszu, są zszokowani! A przecież sami są specjalistami od filtrów i Photoshopa, bo na co dzień przerabiają własne zdjęcia! 

A na kim ci młodzi ludzie się wzorują? Youtuberkach i blogerkach? 

Tak. Dla chłopaków wzorcem męskiego piękna są często mężczyźni z koreańskich zespołów, dla dziewcząt Kylie Jenner i cały klan Kardashianów.

Pokazuję im zdjęcia, na których widać, jak bardzo ich idolki się zmieniły z biegiem lat, i tłumaczę, że często ta zmiana byłaby niemożliwa bez operacji plastycznych, np. wycięcia żeber. 

To szokuje młodych ludzi?

No właśnie nie zawsze. Mnie to przeraża, że kiedy mówię o operacjach plastycznych, oni potrafią wzruszyć ramionami: "I w czym problem?". 

Interwencje chirurgiczne traktują jak makijaż. Rozmawiam z nimi o tym, gdzie jest granica, kiedy ingerencja we własne ciało prowadzi do form karykaturalnych. I o tym, że kanony piękna to sprawa przemijająca.

Te spotkania z nastolatkami i decyzja, by zostać terapeutką, to jest też sposób na pomoc samej sobie?

Zaczęłam praktykę, gdy miałam pewność, iż skończyłam własną terapię i nie będę wnosić do gabinetu swoich spraw. Ale odpowiadając na pani pytanie: na pewno tak. Nie wierzę w czysty altruizm. Pomagając innym, pomagamy też sobie, lepiej o sobie myślimy, gdy spełniamy dobre uczynki. Praca daje mi poczucie sensu. Na początku terapii widzę osobę apatyczną, pozbawioną nadziei, wyglądającą, jakby stała nad grobem. Pod koniec terapii przychodzi pełna życia, promieniejąca kobieta i dziękuje, a czasem pyta, czy może się przytulić. Nie potrafię tej satysfakcji porównać do niczego innego, aż mam gęsią skórkę na ręku, gdy o tym mówię!

Aleksandra Dejewska. Terapeutka i dietetyczka oraz założycielka Fundacji "Aż sobie zazdroszczę", w ramach której prowadzi warsztaty dietetyczne i sportowe dla dzieci i dorosłych. Autorka poradnika "Uwolnij się! Poradnik eksbulimiczki" oraz książki "Bulimia. Moja historia choroby". 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku