Test BAKER operacji Crossroads

Test BAKER operacji Crossroads (fot. Shutterstock)

Brytyjskie Los Alamos. Niebieski paw wytworzyłby krater o średnicy ponad 100 metrów

Brytyjscy badacze zauważyli, że w minie jest dość miejsca, by pomieścić dorosłe kury. Było to nie tylko spostrzeżenie pozwalające zabić nudę - to mogło być rozwiązanie problemu - pisze w książce "Jak wysadzić księżyc" Vince Houghton. Autor opisuje najbardziej szalone pomysły naukowców, szpiegów i wojskowych z ostatnich dziesięcioleci.

Pod koniec 1954 roku War Office zarządziło, że potrzebna jest mina jądrowa. W tym samym roku pracę nad Niebieskim Pawiem rozpoczął Ośrodek Badań i Rozwoju Uzbrojenia w Kent - właśnie tam w 1947 roku wystartował program jądrowy Wielkiej Brytanii. To takie brytyjskie Los Alamos. Do połowy 1955 roku pomysł na minę był już gotowy. Miała być umieszczona w stalowym cylindrze o średnicy około 180 centymetrów, ważącym aż osiem ton. Sama bomba miała być identyczna z pierwszą brytyjską atomówką, Niebieskim Dunajem (testowaną po raz pierwszy w 1954 roku podczas operacji o nazwie Huragan - kolejny świetny kryptonim). Podano, że potrzebna jest moc 10 kiloton - trochę mniejsza (choć nieznacznie) od mocy bomby Little Boy zrzuconej na Hiroszimę. Gdyby zdetonowano minę blisko powierzchni, niebieski paw wytworzyłby krater o średnicy ponad 100 metrów, ale gdyby zakopać ją na głębokości 10 metrów, średnica wzrosłaby do prawie 200 metrów. To dosyć duża dziura w ziemi.*

Problem wrednego mrozu**

Gdyby się zdawało, że zbliża się inwazja Sowietów na Europę Zachodnią, Brytyjczycy przenieśliby niebieskie pawie na obszary strategiczne. Mogły być rozmieszczone na ziemi (na przykład przy torach kolejowych albo tamach), zakopane pod ziemią lub zanurzone w rzece czy jeziorze. Można było je zdetonować na dwa sposoby. Był zapalnik czasowy ustawiony na osiem dni, z możliwością aktywacji przez żołnierza, jeśli on i jego jednostka będą musieli wiać gdzie pieprz rośnie, zanim pojawi się Armia Czerwona. W celu bardziej kontrolowanej detonacji można było też rozciągnąć pięciokilometrowy kabel od miny do punktu dowodzenia na tyłach pola bitwy. Gdy Sowieci ruszą do ataku, dałoby się im wtedy wyjątkowo spektakularnie popsuć zabawę.

A jeśli ustawi się zapalnik czasowy, opuści teren, a Sowieci przyjdą i znajdą minę, zanim wybuchnie? Nie będą mogli jej po prostu rozbroić?

Brytyjczycy przygotowali się na taką ewentualność. Stworzyli minę odporną na manipulacje. Powłoka niebieskiego pawia znajdowała się pod ciśnieniem, zatem gdyby ktoś próbował dostać się do środka miny po aktywacji, uruchamiałby się dziesięciosekundowy zapalnik czasowy. Mina była też wyposażona w czujnik przechyłu, zatem gdyby Sowieci próbowali ją przesunąć, włączyłby się ten sam dziesięciosekundowy zapalnik.

Dziesięć sekund to niedużo. Nieważne, jak szybko się biega ani nawet czy jedzie się szybkim pojazdem. Uruchomiony zapalnik czasowy oznacza poważne tarapaty.

Teraz trzeba było tylko poradzić sobie z wrednym mrozem. Na niewiele by się zdało konstruowanie tych wszystkich min - nie mówiąc już o poleganiu na ich skuteczności w planowaniu ogólniejszej strategii wojennej - gdyby miały nawalić, bo zimą w Niemczech zrobiło się za zimno.

Jeden z pomysłów miał polegać na otuleniu elementów elektronicznych i innych części wrażliwych na zimno poduszkami z włókna szklanego. To dość sensowny pomysł. I dość przytulny, jeśli się nad tym zastanowić. Może brytyjski żołnierz odpowiedzialny za minę mógłby się skulić z kubkiem herbaty i ulubioną powieścią Dickensa w oczekiwaniu na czerwonych.

Ale gdyby to był jedyny pomysł, historia nie trafiłaby do tej książki. Nie, nie. Istniał o wiele ciekawszy plan, w którym zamierzano wykorzystać żywe kury.

Obchody 31- rocznicy rewolucji październikowej w Moskwie w 1948 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Obchody 31- rocznicy rewolucji październikowej w Moskwie w 1948 roku (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Homeotermia kur

Brytyjscy badacze zauważyli, że w minie jest dość miejsca, by pomieścić dorosłe kury. Było to nie tylko spostrzeżenie pozwalające zabić nudę (w stylu "ej, pewnie zmieściłbyś głowę do tamtego pudełka") - to mogło być rozwiązanie problemu. Ciepło ciał zwierząt mogło pozwolić na utrzymanie elementów w temperaturze na tyle wysokiej, by w razie potrzeby zadziałały. Wystarczy wsadzić do miny parę kur, dorzucić jedzenie i zamknąć.

Pasza dla drobiu miała w zasadzie dwie funkcje. Pierwsza jest oczywista: dzięki niej żywe kury pozostałyby żywe. A po drugie, dzięki temu kury nie zrobiłyby się głodne i nie zaczęłyby dziobać elementów elektronicznych oraz pozostałych części uzbrojonej miny jądrowej. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby Brytyjczycy zmienili Niemcy Zachodnie w radioaktywne pustkowie, bo jakaś ich kura przedziobała niewłaściwy kabel?

(...)

Kury są do jedzenia - w formie piersi, udek, skrzydełek albo nuggetsów. Zwykle nie powierza im się zadania termoregulacji broni masowego rażenia.

Ja też nie wiedziałem, skąd taki pomysł, więc to sprawdziłem. Na szczęście nauka zna odpowiedź.
Jak podaje Kolegium Rolnictwa, Żywienia i Środowiska przy Uniwersytecie Kentucky, kury mają cechę, którą nazywa się homeotermią. To znaczy, że wytwarzają ciepło i wydzielają je na zewnątrz, by utrzymać stałą temperaturę. Jeśli kura jest cieplejsza od powietrza lub innego otoczenia, w którym się znajduje, jej ciało się ochłodzi - a to poskutkuje ogrzaniem powietrza wokół niej. Sama ta właściwość nie jest magiczną mocą, jaką posiadają tylko kury. Większość ptaków i ssaków (w tym także ludzie) jest homeotermiczna. Jednak (a w naszej historii to ważne "jednak") dorosła kura w normalnym stanie chodzi sobie po świecie z temperaturą ciała około 41 stopni Celsjusza. Gdy wetknie się ją do stalowego pojemnika podczas środkowoeuropejskiej zimy, będzie wydzielała dużo ciepła. Ponadto temperatura ciała kury może spaść nawet do niecałych 23 stopni, zanim ptak zamarznie na śmierć. Dlatego może rozdać dużo energii.

Być może najbardziej zadziwiającą rzeczą w programie Niebieski Paw jest to, że zrezygnowano z niego nie ze względu na pomysł z kurami. Nie, brytyjscy planiści uznali, że jest całkiem sensowny.
Chodziło o całą resztę problemów z projektem.

Kury mają cechę, którą nazywa się homeotermią (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Kury mają cechę, którą nazywa się homeotermią (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Brytyjczycy stworzyli dwa prototypy miny, ale kłopoty nadal się pojawiały. To coś było po prostu o wiele za wielkie i za ciężkie. Trudno to przenieść, a tajne testy były niemal niemożliwe ze względu na rozmiar stalowego pojemnika. Problem uznano za jeszcze poważniejszy, gdy zaczęły się pojawiać mniejsze i lżejsze głowice bojowe (na przykład Czerwona Broda). Była też kwestia opadu promieniotwórczego, która miała dwa aspekty. Pierwsze głowice bojowe, takie jak Niebieski Dunaj wykorzystany w niebieskich pawiach, bardzo "brudziły" w porównaniu do współczesnej broni. Oznacza to, że wydzielały mnóstwo promieniowania. Gdy dodać do tego powierzchniową (lub podziemną czy podwodną) detonację, podczas której tony napromieniowanej ziemi i gruzu wystrzeliwują w powietrze, wniosek jest taki, że niebieskiego pawia nie dało się wykorzystać w praktyce, czy to z kurami, czy bez.

"Służba cywilna nie robi sobie żartów"

Ostatecznie jednak program zgubiły przeszkody polityczne. W lutym 1958 Komitet Polityki Zbrojeń brytyjskiego Ministerstwa Obrony postanowił zakończyć pracę nad niebieskim pawiem. Konieczność rozmieszczenia min w miejscu ewentualnej detonacji lub w jego pobliżu była nie do przyjęcia dla większości europejskich cywilów. No bo dlaczego mieliby się na to godzić? Przecież tak naprawdę nie byłaby to obrona dla ich domów, osiedli i narodów przed zagrożeniem ze strony Sowietów.
Nie. Miny były zaprojektowane właśnie tak, by zrównać to wszystko z ziemią i zmienić okolicę w radioaktywne pustkowie na wiele pokoleń. Ja też bym protestował.

Oczywiście żadnych protestujących nie było. O programie Niebieski Paw, podobnie jak o większości innych programów zajmujących się bronią jądrową, wiedzieli tylko ludzie z dostępem do najtajniejszych informacji. Projekt był tajny od lat 50. XX wieku aż do 1 kwietnia 2004 roku, kiedy Brytyjskie Archiwum Narodowe odtajniło dokumenty go dotyczące. Tak - odtajnili program w prima aprilis.

Okazało się, że nie był to pomysł brytyjskiego rządu na szczeniacki kawał. Kiedy BBC spytało, czy cała sprawa z bronią jądrową ogrzewaną kurami to wymyślny dowcip, Archiwum odpowiedziało: "Służba cywilna nie robi sobie żartów". No tak.

Koniec programu Niebieski Paw nie oznaczał, że całkiem zrezygnowano z pomysłu min jądrowych. Wiadomo nawet, że amerykańskie wojsko stworzyło co najmniej sześć różnych rodzajów ADM. Co prawda żaden z nich nie wymagał ogrzewania przez drób. Dwa najdłużej wykorzystywane modele, które stanowiły część arsenału USA aż do lat 80. XX wieku, to średnie jądrowe środki rażenia (medium atomic demolition munition, MADM) oraz specjalne jądrowe środki rażenia (special atomic demolition munition, SADM). Mina MADM była większa - ważyła około 180 kilogramów (porównajcie to z ponad siedmioma tonami niebieskiego pawia). Miała funkcję "wyboru mocy" czy też "zmiennej mocy". Dzięki niej można było zmienić moc broni na wartość w zakresie od 1 do 15 kiloton, co sprawiało, że system stawał się jeszcze bardziej uniwersalny.

Naukowcy stojący nad MADM (fot. Brookings Institution / Department of Defense)
Naukowcy stojący nad MADM (fot. Brookings Institution / Department of Defense)

Mniejsza i lżejsza SADM ważyła w całości zaledwie około 70 kilogramów, razem z dość lekką głowicą bojową o wadze niecałych 30 kilogramów. Była wystarczająco mała, by mogły przenosić ją zespoły operacji specjalnych podczas misji za linią wroga. Członków tych zespołów można było nawet zrzucać na spadochronie na terytorium nieprzyjaciela, by wysadzali cele, takie jak centrum dowodzenia, centrale łączności czy obiekty logistyczne. Ponieważ nie zamierzano ich rozmieszczać w terenie na długo przed wykorzystaniem, zimno nie stanowiło problemu, nie wspominając o tym, że w latach 80. XX wieku elektronika była już o wiele bardziej zaawansowana i odporna na zimno (chociaż i tak trzeba było dmuchać na karty Nintendo, żeby działały).

Do lat 80. XX wieku, podczas największych zimnowojennych napięć, Stany Zjednoczone miały w arsenale łącznie ponad sześćset min jądrowych - zarówno MADM, jak i SADM. Prawie czterysta spośród nich znajdowało się w Europie Środkowej (Niemcy Zachodnie i Włochy), dwadzieścia jeden na obszarze Pacyfiku w bazach w Korei Południowej i Guam, a pozostałe (nieco ponad dwieście) w Stanach Zjednoczonych. W amerykańskim wojsku służyli też specjalnie wyszkoleni żołnierze, którzy odpowiadali za konserwację, obsługę oraz, jeśli zostaliby do tego wezwani, zastosowanie min na polu bitwy. W latach 80. armia Stanów Zjednoczonych wyszkoliła około 750 specjalistów od ADM, a marynarka wojenna i marines miały dodatkowych 200. Rząd USA pilnował też, by inżynierów oraz oddziały specjalne państw sojuszniczych przeszkolić w obsłudze amerykańskich min jądrowych. Z Belgii, Wielkiej Brytanii, Grecji, Włoch, Turcji, Niemiec Zachodnich i Holandii przysyłano żołnierzy, którzy mieli nauczyć się, co i jak się robi przy minie jądrowej.

Na szczęście dla wszystkich nigdy nie wykorzystano ADM w walce. Pod koniec lat 80., gdy w Europie Wschodniej upadały komunistyczne rządy, Stany Zjednoczone postanowiły wycofać wszystkie ADM z użycia.

*Fragmenty książki "Jak wysadzić księżyc" Vince'a Houghtona, tłumaczenie: Aleksandra Żak
**Śródtytuły pochodzą od redakcji

Vince Houghton, autor książki 'Jak wysadzić księżyc' (fot. Materiały prasowe)
Vince Houghton, autor książki 'Jak wysadzić księżyc' (fot. Materiały prasowe)

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku