Rozmowa
Wirtualny kochanek (Fot. Shutterstock)
Wirtualny kochanek (Fot. Shutterstock)

Kogo i czego kobiety szukają na Tinderze i innych aplikacjach randkowych?

Tinder powstał po to, by można było umawiać się na szybkie randki, na seks, by nawiązać romans. Polski Tinder ma nieco inną twarz - jest bardziej wirtualnym biurem matrymonialnym. Przynajmniej spora część Polek go tak traktuje. Szukają mężczyzn do związku, do pary na wesele, do przyjaźni. Choć są też kobiety szukające kochanka.

I znajdują?

Jak im się poszczęści. Z relacji użytkowników wynika, że do 80 procent umówionych spotkań po prostu nie dochodzi.

Znajoma opowiadała, że poznała na Tinderze mężczyznę prawie jak z marzeń. Znajomość wirtualna zaszła na tyle daleko, że zaczęło się robić gorąco. Zaproponowała spontanicznie, że zamiast przed ekranami może woli uprawiać seks u niej lub u niego. Odpisał, że tak, ale teraz nie ma warunków. Po czym się pożegnał i nigdy już nie rozmawiali.

Kobiety narzekają u mnie w gabinecie, że rozmowy na Tinderze bardzo często kończą się na niczym, zanim w ogóle dojdzie do propozycji spotkania. Po kilku rozmowach, czasami kilku dniach znajomości mężczyzna albo blokuje kobietę, albo kasuje konto i zakłada inne, z nową narracją i zdjęciem. Ogromny procent potencjalnych par nigdy się nie spotyka.

Gdy pytam klientów korzystających z Tindera, po co tam wchodzą, odpowiadają, że to zależy od stanu, w jakim się znajdują. Wielu szuka uwolnienia podniecenia, masturbują się, zrzucają napięcie i przestają się odzywać. Tinder służy im do redukowania stresu, prowadzą konkretną wirtualną rozmowę, doprowadzają się do orgazmu i znikają. Nie mają potrzeby się umawiać, a nawet dalej rozmawiać, bo wolą poznać nową osobę, znaleźć nową podnietę.

To oznacza, że mężczyźni nie szukają tam kobiet na randkę, partnerki nawet na tzw. jednorazowy numerek? Wchodzą po seks z samym sobą?

Tak często bywa: satysfakcjonuje ich wirtualne uwiedzenie kobiety, masturbacja, orgazm i tyle.

Takie zachowanie, że najpierw mężczyzna angażuje się w rozmowę, jest zainteresowany, a gdy przychodzi do spotkania, to milknie, nie pojawia się na nim, jest potem niedostępny - to zwyczajnie niegrzeczne. O co chodzi?

Przychodzi mi na myśl jeden dowcip o Tinderze. "Dlaczego w czasie pandemii Tinder świeci pustkami? Bo wszyscy single siedzą w domu z żonami" (śmiech). Kiedyś w sieci była netykieta, przestrzegało się pewnych zasad. Teraz mamy wolną amerykankę. To anonimowość i brak konsekwencji stojących za padającymi słowami i działaniami prowadzi do takiego zachowania. Poza tym ludzie w Internecie często traktują się przedmiotowo. Nie widzą na ekranie smartfona drugiej osoby, która ma lepsze i gorsze dni, można jej sprawić przykrość - tylko jakiś wirtualny byt. Używają jej, by poprawić swoje samopoczucie albo coś osiągnąć.

Mam klienta, który notorycznie naciąga kobiety na jedzenie. Umawiają się na obiad czy kolację w restauracji, on niby zapomina portfela i zapewnia, że zapłaci następnym razem. Potem znika - i z życia, i z Tindera. I szukaj wiatru w polu, kobieto!

Fot. Shutterstock

O, nie uważa, że to nie fair?

Twierdzi, że na biedną nie trafiło. Ma się za zaradnego faceta. Poza tym przecież im jest miło, że pogadał z nimi godzinę-dwie.

Joanna Jędrusik, autorka książki "50 twarzy Tindera" , twierdzi, że wiele osób jest na Tinderze tylko po to, żeby przewijać i być przewijanym. Jak ktoś ich przewinie w prawo, uznając tym samym za wystarczająco interesujących, ładnych itd., to jest już dla nich nagroda. Na dłuższą metę to przecież jest bez sensu i do niczego nie prowadzi.

To faktycznie z boku wygląda dziwnie, niepokojąco i bez sensu. Ale z perspektywy wielu mężczyzn jest ciekawym zajęciem. Oni mają poczucie, że po każdej rozmowie, podczas której kobieta interesowała się nimi, wypytywała albo chciała się spotkać, dostają punkt do atrakcyjności. Gdy sama z siebie pisze o seksie, to otrzymują kilkanaście punktów. Gdy zaproponuje spotkanie - kolejne. Poza tym oni mają wtedy poczucie, że już je zdobyli, więc tym bardziej nie chcą się umawiać. Bo po co?

A nie mają poczucia, że randka to dopiero wstęp do zdobywania? Przecież kobieta może nie chcieć kontynuować znajomości. Od spotkania do zdobycia jest długa droga.

Niektórzy oczywiście się boją, że zostaną odrzuceni. Inni boją się, że źle wypadną, bo trzeba będzie rozmawiać na żywo, reagować i może to zweryfikować na minus ich atrakcyjność. Więc ustalają sobie mniejszy limit - wystarczy, że kobieta okaże im zainteresowanie, umówi się, poda numer telefonu. Wirtualny podbój im wystarcza. Niektórzy umawiają się i nie przychodzą - a świadomość, że kobieta jest i czeka, podbija im ego.

Nie przychodzą i nie odwołują spotkania?

Jeśli kobieta ma numer telefonu do mężczyzny, adres mailowy z prawdziwym nazwiskiem, to on raczej odwołuje. Ale jeśli jest anonimowy, nie odwołuje i potem się już nie odzywa. Wygrał i nie potrzebuje dalszego kontaktu.

Co to są za osoby? Bo chyba raczej nie dojrzali, pewni siebie faceci, którzy chcą się spotkać z drugą osobą na kolację, seks czy wspólny wyjazd, a Tindera traktują jako jeden ze sposobów na poznawanie nowych ludzi. Czy tam jest jakaś specjalna kategoria mężczyzn - "pozawracam jej głowę i zniknę"?

A ilu pani pewnych siebie mężczyzn zna?

Kilku znam. W moim środowisku pewnie raczej większość jest pewna siebie.

A w moim gabinecie obserwuję raczej mężczyzn niepewnych siebie i swojej atrakcyjności, męskości, z rozrośniętym krytykiem wewnętrznym. Takich, którzy mają wybiórczą pewność siebie - np. w pracy funkcjonują wspaniale. Tam znają swą rolę od lat. A w życiu osobistym, w relacjach partnerskich czują się słabo. Chcą się sprawdzić, podbić swoją atrakcyjność. Na Tinderze łatwo to zrobić. Potem tak podwyższona samoocena przekłada się na inne sfery ich życia.

Fot. Shutterstock

Czy można się przez Tindera "sparować" na życie? Znaleźć partnera, kochanka?

Można, ale to jak szukanie igły w stogu siana. Zazwyczaj te znajomości kończą się albo rozczarowaniem, albo frustracją. Tutaj działa zjawisko określane jako efekt supermarketu - kiedy przebieramy w ludziach jak w rzeczach na wieszakach. Wszyscy są dostępni, już coś wybraliśmy, a zaraz może znajdzie się ktoś lepszy - nie jest łatwo trafić na odpowiedniego partnera. I to dotyczy i mężczyzn, i kobiet.

Nie dajemy szansy na to, by znajomość się rozwinęła, tylko skreślamy ją i klikamy dalej. Czasami powody są naprawdę banalne, np. mężczyzna poznaje kobietę - dla niego atrakcyjną, inteligentną, mają wspólne zainteresowania, podobne poczucie humoru, ale. ma kota, a on kotów nie lubi, więc porzuca tę i szuka kolejnej, lepszej. A kolejna jest bardzo fajna, ale ma pieprzyk na policzku i następną proszę! To jest właśnie efekt supermarketu.

Ale on marnuje czas na to szukanie. Nie widzi tego?

Nie, bo to wciąga. Wchodzi się na kilka minut, a wychodzi z tego godzina, dwie, więcej. Ludzie tego nie zauważają. Wielu sięga po telefon i Tindera dla rozrywki, traktuje go tak jak inne media społecznościowe - ogląda się nowe profile, zdjęcia. Wchodzą sobie pooglądać jak posty na Facebooku czy Instagramie. Taki czasoumilacz.

Ponoć "wystawianie" kobiet to zabawa inceli - sfrustrowanych, często nieatrakcyjnych mężczyzn, którzy za porażki w kontaktach z kobietami obwiniają właśnie kobiety. Znamy z mediów historię "Klaudiusza", który założył fałszywe konto, wkleił zdjęcie modela i łowił dziewczyny. Umawiał się z nimi i nie przychodził, a screeny z rozmów z nimi wklejał na jednym z portali. I potem z innymi chłopakami obrażali te dziewczyny. Czy jest jakiś inny powód takich zabaw?

Na początku chcę podkreślić, że incele wcale nie są brzydalami, to stereotyp. Często to atrakcyjni mężczyźni, ale niepewni swej atrakcyjności, wartości, zakompleksieni. Wstawiają swoje normalne zdjęcia na profil i pisze do nich kilka kobiet. Wstawiają podrasowane zdjęcie modela i pisze kilkaset, w tym mężatki, które chcą się z nimi przespać. Umawiając się z nimi, ale nie przychodząc, nie tylko dają upust frustracji, ale też są przekonani, że mszczą się na zepsutych płytkich kobietach, które cenią ulotne rzeczy.

To chyba działa w dwie strony - mężczyźni też częściej piszą do kobiet o fizycznych walorach modelek.

Tak, ale incele są samozwańczymi "strażnikami Teksasu", wydaje im się, że działają w słusznej sprawie, raniąc kobiety.

Fot. Shutterstock

Wychodzi na to, że trzeba spędzić dużo czasu i się nieźle namęczyć, by znaleźć sensownego mężczyznę na randkę. Orka na ugorze.

Bo to jest złudne, wydaje nam się, że nie ma nic prostszego - wejść w aplikacje, przeskrolować kandydatów, kandydatki, wyłowić kogoś i umówić się. A to wszystko na kanapie przy kawie, gdzie wyglądam, jak chcę, pachnę, jak chcę, i leżę, jak chcę. Leżąc na tej kanapie z telefonem, mamy zastrzyk adrenaliny jak podczas skoku na bungee.

Człowiek jest wtedy panem świata, jednodniowym milionerem, ma się ten kapitał fikcyjnego zdjęcia i wreszcie się czuje to, co taki model ze zdjęcia - władzę, zainteresowanie, dostęp do pięknych kobiet. Nikt wtedy nie myśli, że marnuje czas, nie patrzy na długofalowe skutki takiego zachowania. A te przecież są: bóle kręgosłupa, zaburzenia odżywiania, bezsenne noce, zaburzenia erekcji.

Może na Tinderze - zgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem - łatwiej znaleźć kogoś do uprawiania seksu?

Na seks równie ciężko się umówić, jak na randkę bez seksu. Winny jest wspomniany efekt supermarketu - mężczyzna ciągle szuka lepszej kandydatki. A czas mija.

Czy ci ludzie z Tindera w takim razie w ogóle się spotykają?

W piątkowe wieczory jest duże ciśnienie na Tinderze, bo ludzie chcą z kimś wyjść. Albo wracają z miasta, nic nie upolowali, więc włączają aplikację. Niektórzy mężczyźni nabierają odwagi po alkoholu. Inni chcą zatrzeć złe wrażenie po wcześniejszej nieudanej randce i szybko się spotykają z kolejną osobą. To wszystko dzieje się ze złych pobudek. Polecam film na Netflixie "Nowość", pokazujący ciemną twarz Tindera i bezsens powierzchownych internetowych relacji, które nie prowadzą do nawiązania znajomości.

Fot. Shutterstock

Chyba jedynym sposobem, by wyeliminować "internetowych gawędziarzy" na wstępie, jest w miarę szybka propozycja umówienia się?

Tak, można też poprosić o numer telefonu i zadzwonić. To również szybko zweryfikuje intencje rozmówcy. Ci, którzy nie zamierzają się spotykać, po prostu znikną. Zamiast prowadzić niekończące się dyskusje, lepiej porozmawiać dwa dni i zaproponować spotkanie w publicznym miejscu lub rozmowę przez telefon. Dodać mężczyznę do znajomych na Facebooku. Tam można nieco zweryfikować, kim jest, co robi, czy czasami w rozmowach na Tinderze nie konfabuluje.

Jak traktować Tindera i inne aplikacje randkowe, bo chyba nie na poważnie?

Należy pamiętać, że tam siedzi druga żywa, odczuwająca osoba. Trzeba potraktować ją tak, jak sami byśmy chcieli być potraktowani. Nawet jeśli mamy zaryzykować, sparzyć się, zmarnować czas. Warto być przyzwoitym - to procentuje w relacjach nie tylko z Internetu.

Andrzej Gryżewski - seksuolog, psychoterapeuta poznawczo-behawioralny (CBT), psycholog, certyfikowany edukator seksualny. Autor bestsellerowej "Sztuki obsługi penisa", książek "Jak facet z facetem, rozmowy o seksualności i związkach gejowskich", "Macho, instrukcja obsługi" oraz ostatniej, napisanej z Katarzyną Miller - "Być parą i nie zwariować". Założyciel Gabinetu Psychoterapii Seksualnej CBTseksuolog.pl.

Joanna Germak. Po 20 latach w mediach postanowiła związać się z zupełnie inną branżą. Nie tęskni za kontentem, ale brakuje jej dziennikarstwa, dlatego współpracuje jako autorka tekstów i wywiadów. Zawodowo lubi robić rzeczy, które mają sens.