KI oglądana z zewnątrz może przywodzić na myśl miękkie, pozbawione rywalizacji zapasy. Są unoszenia, padanie

KI oglądana z zewnątrz może przywodzić na myśl miękkie, pozbawione rywalizacji zapasy. Są unoszenia, padanie (fot: Patrick Beelaert)

wywiad Gazeta.pl

"'Kontaktowiec' to taki koszmar posła Waszczykowskiego - lewak, który nie je mięsa, jeździ na rowerze, chodzi na psychoterapię"

- W tym tańcu nie ma podziału na role męskie i damskie. Dzięki odpowiedniej technice, wykorzystaniu pędu, kobieta może unieść osobę o wiele od siebie cięższą. Mężczyźni uczą się, że nie zawsze to oni mają władzę - opowiada Andrzej Woźniak, nauczyciel kontakt improwizacji.

Gdy mówię znajomym, że tańczę kontakt improwizację, nie mają pojęcia, co to jest. Gdy zaczynam tłumaczyć, posiłkując się teorią i własnym doświadczeniem, mam wrażenie, że dziwią się jeszcze bardziej. Najczęstsza reakcja: czy to jakaś orgia?

Ludzie mają swoje projekcje, nic na to nie poradzimy. Niestety, te projekcje bardzo silnie pracują w ich głowach i tym samym sprowadzają kontakt improwizację do przytulania się i ocierania. Ale też nie dysponujemy za bardzo językiem, którym moglibyśmy opowiadać o kontakt improwizacji. Jeśli powiemy, że to taniec między ciałami, podczas którego bada się grawitację, ciężar i pęd, nikt tego nie zrozumie.

Może więc warto zacząć od miękkich sztuk walki, przede wszystkim aikido, w którym wykorzystuje się siłę przeciwnika, zamiast się jej przeciwstawiać. Steve Paxton, który nazwał i zdefiniował kontakt improwizację, trenował między innymi właśnie aikido. KI - jak skrótowo ją nazywamy - może też przywodzić na myśl miękkie, pozbawione rywalizacji zapasy. Taniec może wyglądać momentami jak walka, ale taka nienastawiona na zwycięstwo. Albo jak zabawa zwierząt - małych kotów albo psów, które w bezpiecznych warunkach rozwijają w ten sposób swoje instynkty. Pojawia się turlanie, ale i zachowania mogące wskazywać na agresję, jak popychanie czy ciągnięcie, wszystko robione jest jednak z wyczuciem i nie jest nastawione na wyrządzenie krzywdy. Są też elementy medytacji, na przykład w tzw. małym tańcu, polegającym na badaniu swojego ciała w pozycji stojącej.

I na koniec KI to forma sztuki. Chyba moim ulubionym terminem, jaki określa KI, jest ten ukuty przez Simone Forti, amerykańską choreografkę, która w latach 70. po raz pierwszy zetknęła się z tym tańcem. Powiedziała: to jest rodzaj artystycznego sportu.

Co jest fajnego w tańczeniu KI?

W KI nie tańczy się zawsze z jedną, tą samą osobą, ale z kim tylko zechcemy, można tańczyć nawet w kilka osób. Każde spotkanie w tańcu zapewnia więc zupełnie nowe doznania, każdy taniec jest inny.

Ja długo zmagałem się z niską samooceną, a tańczenie KI wzmacnia ją i poprawia mój nastrój. W tańcu czuję się wolny, silny i sprawczy. To forma improwizowana, co oznacza, że tańcząc, musimy być przygotowani na to, że będzie inaczej, niż oczekujemy, i że nasze propozycje będą odrzucane, bo na przykład nasz partner w tańcu będzie chciał tańczyć wolniej albo przeciwnie - szybciej. Tańczenie KI uczy pokory.

Wreszcie, podczas tańca można się porządnie spocić i zmęczyć, co jest świetnym sposobem na pozbycie się stresu. KI potrafi uzależniać, ale jest w stu procentach legalna.

Kontakt improwizacja wykształciła się z performensów wykonywanych przez zawodowych tancerzy.

Zapoczątkował je w latach 70. wspomniany już Steve Paxton, amerykański tancerz, który razem z 12 innymi performerami zaczął eksperymentować z ruchem, bardzo gwałtownym, ekstremalnym. Badali oni, jak ich ciała reagują w zderzeniu ze sobą, z ziemią. Przewracali się, padali, podnosili, wirowali w powietrzu. Wszystko odbywało się spontanicznie, nie było w tym choreografii, planu.

Dlaczego to robili?

Paxton wcześniej tańczył u Merce'a Cunninghama, ważnej postaci w świecie tańca współczesnego. Po latach wykonywania estetycznych, wyreżyserowanych ruchów i wierności choreografii postanowił ją rozbić i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Zaproponował alternatywę w postaci antyestetycznej formy tańca. Poszedł w dwa ekstrema - z jednej strony w ostre, momentami niebezpieczne, intensywne działanie, z drugiej w "mały taniec", czyli totalne skupienie w niemalże bezruchu, badanie, jak na ciało działa grawitacja.

Grupa Paxtona zaczęła pokazywać swoje performensy innym.

Występowali w galeriach, różnych ośrodkach artystycznych. Do grupy zaczęły dołączać kobiety, bo na początku byli sami mężczyźni. Stworzyli coś na kształt komuny - dużo czasu spędzali razem, mieszkali ze sobą, podróżowali po Stanach Zjednoczonych ze spektaklami. Wystawiali się na różne ekstremalne doświadczenia podczas tych eksperymentów, więc wytworzyła się między nimi silna więź.

Widzowie coraz bardziej zaczęli się interesować tym, co robią performerzy, i zechcieli ich naśladować. Tylko jak teraz uczyć amatorów, bez przygotowania akrobatycznego, tanecznego, czegoś, co z założenia nie ma żadnej struktury, metodologii i może być dla nich niebezpieczne?

I co zrobili?

Zaczęli, metodą prób i błędów, wszystko wymyślać i nazywać - techniki, pozycje. Przykładem klasycznej jest tzw. pozycja stołu. Jedna osoba klęczy oparta dłońmi o ziemię, a druga swoim ciałem na niej balansuje. Albo uczy się miękkiego spadania na ziemię.

Kontakt improwizacja przez lata ewoluowała. O ile na początku lat 70. była ostrą, bardzo dynamiczną, nieprzewidywalną formą ruchu, to dzisiaj jest o wiele bardziej miękka, lekka i delikatna, przyjemniejsza dla oka. Stała się też z czasem tańcem społecznym, który częściej praktykowany jest nie przez zawodowych tancerzy, ale właśnie amatorów.

W tej chwili każdy, kto zechce, kto uzna, że ma coś do zaoferowania i czuje się na siłach, może uczyć kontakt improwizacji. Nie trzeba do tego certyfikatów.

Co może być niebezpieczne, bo w KI są elementy akrobatyki. Wykonując pewne ćwiczenia bez przygotowania, można sobie zrobić krzywdę.

Zdarzają się osoby, którym mylnie się wydaje, że mają wystarczająco duże doświadczenie, żeby uczyć kontakt improwizacji. Na szczęście w środowisku istnieje pewien rodzaj nieformalnej kontroli. Niedawno natknąłem się na zajęcia pewnej pary, o której wiem, że za bardzo się tą formą ruchu nigdy nie zajmowała. Napisałem do nich z pytaniem, czy to, co robią, jest na pewno odpowiedzialne. Odpowiedzieli mi, że oferują wyłącznie miniwprawki i jeśli ktoś się KI zainteresuje, to odsyłają go do osób bardziej doświadczonych.

Ile osób w Polsce ćwiczy ten rodzaj tańca?

W Warszawie, gdzie mieszkam i pracuję, myślę, że jest to kilkadziesiąt osób, na pewno mniej niż sto. Czyli bardzo mało. Do Polski kontakt improwizacja trafiła stosunkowo niedawno. Zaczęło się od warsztatów prowadzonych pod koniec lat 90. na świecie - Polskę odwiedzili m.in. performer Ray Chung i jedna z pionierek KI Nancy Stark Smith. Ale to były pojedyncze wydarzenia.

Kiedy w 2009 roku pierwszy raz brałem udział w warsztatach kontakt improwizacji, oprócz mnie było na nich może osiem osób. W tej chwili w Warszawie dżemy, czyli spotkania osób tańczących KI, które są też po prostu spotkaniami towarzyskimi, gdzie można porozmawiać, poprosić o masaż, odbywają się dwa razy w tygodniu. Od 2010 roku odbywa się też Międzynarodowy Festiwal KI Warsaw Flow. W Łodzi regularnie od 2012 roku mamy festiwal FRU, a we Wrocławiu - festiwal Cyrkulacje, podczas którego KI zawsze zajmuje istotne miejsce.

Dżem kontakt improwizacji (fot: Aga Wiśniewska)
Dżem kontakt improwizacji (fot: Aga Wiśniewska)

Wcale tak mało się wokół KI nie dzieje, a jednak większość ludzi nie ma pojęcia, co to jest. Dlaczego KI jest tak niepopularna? Z założenia jest to forma demokratyczna, egalitarna, oparta na takich wartościach, jak akceptacja, tolerancja. Żeby ją tańczyć, nie trzeba mieć dużo pieniędzy ani umiejętności, wystarczy włożyć dres.

To mit, że kontakt improwizacja jest egalitarna, na całym świecie jest bardziej elitarna, niż byśmy chcieli. I tak samo niepopularna, jak mindfulness czy taniec współczesny. Interesuje się nią bardzo ograniczona grupa ludzi. Mówiąc żartobliwie, "kontaktowiec" to takie ucieleśnienie koszmaru posła Waszczykowskiego - lewak, który nie je mięsa, jeździ na rowerze, chodzi na psychoterapię. Oczywiście to uproszczenie, ale na kontakt przychodzą przede wszystkim osoby wykształcone, mieszkańcy dużych miast, w przeważającej części humaniści albo artyści, psychologowie, ludzie, którzy mają sporo wolnego czasu i inwestują w samorozwój.

Tę bańkę jeszcze bardziej zawęża sama forma KI, która z założenia nie ma struktury, są jakieś figury, technika, ale jest to jednak dość luźna forma - większość osób się w niej nie odnajduje, potrzebują ram, takich jak choćby w salsie czy tangu argentyńskim.

I nie można KI nigdzie zobaczyć, nie ma spektakli, performensy zdarzają się rzadko. Nie jest to rodzaj sztuki do oglądania.

Kolejną poważną barierą jest dotyk. Kiedy zaczynałem tańczyć KI, miałem dużą trudność z jej przekroczeniem. Nie lubiłem intensywnej bliskości osób, których nie znałem, reagowałem na nią napięciem, a KI zakłada bliskość wielu obcych nam osób. Potem okazało się, że tak naprawdę bardzo mi tego kontaktu fizycznego brakowało i byłem zwyczajnie zablokowany - w moim domu rodzinnym nie było za bardzo bliskości fizycznej. Wszystko zmienił mój pierwszy festiwal  KI, na który wyjechałem do Kijowa, gdzie dostałem ogromną dawkę neutralnego kontaktu fizycznego, czyli nienacechowanego emocjonalnie. Byłem tam jednym z ponad stu tancerzy, nikt nie chciał ode mnie nic więcej poza tym, żeby ze mną zatańczyć. To sprawiło, że bardzo otworzyłem się na samo doświadczenie ruchu.

Po tym, jak zaczęłam chodzić na zajęcia z kontakt improwizacji, odkryłam, że łatwiej było mi nawiązać fizyczny kontakt z ludźmi, nawet w takim codziennym życiu.

Ja też zacząłem częściej łapać kogoś za ramię czy przytulać, samo uściśnięcie dłoni wydawało się takie formalne i na dystans.

Większość ludzi nie jest jednak do takiego dotyku przyzwyczajona. Jesteśmy raczej mało dotykalską kulturą. Dlatego gdy opowiadam komuś o tym, co dzieje się na dżemach KI, budzi to jednoznaczne skojarzenia.

Mam znajomych, którzy mieli podejście do KI i zrezygnowali, bo tak duża bliskość budziła w nich dyskomfort, albo, jak powiedział jeden znajomy: zabierała go w rejony, w których nie chciał być. Dotyk wyzwala silne emocje, w trakcie tańca jest się na swoistym haju endorfinowo-oksytocynowym, ma się nieco zmienioną świadomość. Przy tak dużej bliskości może też pojawić się napięcie seksualne.

Steve Paxton powtarzał jednak, że KI jest aseksualna. Mówił: jeśli tańczysz fizykę, tańczysz kontakt, jeśli tańczysz chemię, robisz coś innego.

O seksualności lub jej braku w KI pisano wielokrotnie, Paxton miał przede wszystkim na myśli to, że nie wprowadza seksualności do swojej pracy. Poza tym wystarczy, że powie się słowo "seks" i od razu myślenie ludzi idzie w jednym kierunku, trudno, żeby nie szło, on chciał tego uniknąć. Zaprzeczanie jednak temu, że takie napięcie może się pojawić, jest moim zdaniem błędem. Jesteśmy ludźmi, odczuwamy w rozmaitych sytuacjach różne emocje i możemy próbować je tłumić, ale możemy też akceptować, że się pojawiają i świadomie, z uważnością, odpowiedzialnością decydować, co z nimi robimy. Niestety, wchodzenie w taką bliskość, do tego w przestrzeni, gdzie nie ma lidera czy, jak w klubie - ochroniarza, który w każdej chwili może kogoś niewłaściwie się zachowującego wyrzucić, może stanowić pole do nadużyć.

To znaczy?

Na dżemy może przyjść każdy. Może się zdarzyć, że ktoś wykorzysta tę przestrzeń nie po to, żeby potańczyć, ale podotykać się czy pomiziać, bo się nie kontroluje albo ma jakieś deficyty bliskości czy kontaktu fizycznego. Albo ma podejście, że przecież w KI wszystko wolno i nie można ograniczać mu pola do eksploracji. I nie zważa na to, czy druga osoba ma na dany kontakt ochotę. A ludzie, którzy są niedoświadczeni, którzy dopiero zaczynają przygodę z KI, mogą bardzo łatwo stać się ofiarą takiego niechcianego dotyku i na zawsze zniechęcić się do KI. Zazwyczaj sprawcami są mężczyźni.

I rzeczywiście kobiety się zniechęcają?

Niestety tak. Staramy się podczas dżemów i warsztatów mówić o tym, jak ważne jest stawianie granic i niegodzenie się na dotyk, na który nie mamy ochoty, oraz jak istotna jest uważność na partnera w tańcu, słuchanie go. Ale mimo że żyjemy w epoce #metoo i wiele się mówi o molestowaniu seksualnym, wciąż jest to temat trudny, unikany.

Podejmowanie go przez osoby bardziej doświadczone, czyli nauczycieli takich jak ja, jest w naszym odczuciu konieczne, ale stało się też naszym przekleństwem, bo ludzie, którzy mogliby na kontakt przyjść, jak słyszą, że może tam dojść do nadużyć seksualnych, po prostu rezygnują.

Często dochodzi do nadużyć w KI?

Myślę, że rzadko, choć nie o wszystkim mogę wiedzieć. Zdarzyło się, że na dżemy w Warszawie przychodził mężczyzna, którego zachowanie budziło dyskomfort w kobietach. Nie potrafił za bardzo tańczyć, był nachalny wobec partnerek, napierał na nie ciałem, pozbawiając je możliwości ruchu, ucieczki.

Co z nim zrobiliście?

Obserwowaliśmy go, przeprowadziliśmy kilka rozmów, ale nie przyniosły one oczekiwanego rezultatu. Ostatecznie wystosowaliśmy do niego zbiorowy list, w którym poprosiliśmy go o niepojawianie się w przestrzeni tanecznej i to poskutkowało.

Dla mnie ważne jest, aby KI nie zdominował hedonizm, a dżemy nie stały się przestrzenią służącą przede wszystkim masowaniu czy przytulaniu. Żeby pokazywać, że jest to fascynująca forma ruchu, która wiele daje i uczy.

Na przykład?

Słuchania tego, co nasze ciało nam mówi, czego potrzebuje, że jeśli coś nas boli, to że jest to ważny sygnał, który ono nam wysyła. Uczy więc uważności na siebie, ale i innych, stawiania granic.

Ważne w KI jest to, że uczy świadomości genderowej. Nie ma podziału na role męskie i damskie. W większości stylów tańca jest tak, że to mężczyzna prowadzi, w KI prowadzić i wyznaczać kierunek może każdy. Bo dzięki odpowiedniej technice, wykorzystaniu pędu, kobieta może unieść o wiele cięższego od siebie mężczyznę, nie ma figur, które wykonywać może wyłącznie silniejszy. To powoduje, że mężczyźni mogą się uczyć, że nie wszystko jest w ich gestii, to nie oni zawsze mają władzę, dominują. Ja to osobiście uwielbiam, to dla mnie ogromna ulga, kiedy wiem, że mogę oddać prowadzenie.

Pamięci Nancy Stark-Smith, która zmarła 1 maja 2020 roku.

Andrzej Woźniak, nauczyciel kontakt improwizacji (fot: Bartek Bartosiński)
Andrzej Woźniak, nauczyciel kontakt improwizacji (fot: Bartek Bartosiński)

Andrzej Woźniak. Od 2012 roku jest nauczycielem kontakt improwizacji. Wiedzę zdobywał podczas treningów w Tanzfabrik w Berlinie i wielu warsztatów w Polsce i za granicą. Do swoich najważniejszych nauczycielek i nauczycieli zalicza Joerga Hassmanna, Nancy Stark Smith, Keitha Hennessy'ego, Sarę Shelton Mann i Ninę Martin. Publikuje wiersze w czasopismach literackich.

Ewa Jankowska. Dziennikarka magazynu Weekend.Gazeta.pl, była redaktor naczelna serwisu Metrowarszawa.pl. Wcześniej pracowała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała w serwisie Ksiazki.wp.pl, magazynie Vice.com. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (35)
Zaloguj się
  • alderamin

    Oceniono 14 razy 12

    lewak chodzący na psychoterapię. już przez te podziały w społeczeństwie się kompletnie pogubiłem. wy chyba piszecie o lemingu. lewak dla mnie mieszka na squacie i w wolnej chwili przegania skinów z ulic na stadiony. to taki francuski, u nas tacy lewacy emigrowali dawno i z subkultur ostały się w Polsce tylko nazi-dresy sympatyzujące z korwinem. mógłby ktoś jakiś słownik już tego stworzyć, bo lewak to teraz może być każdy.

  • Mariusz Wit Tatkowski

    Oceniono 12 razy 12

    Kontakt Improwizacja nie jest polityczna. Nie ma sensu dorabianie "kontaktowom" jakieś gęby co powinni jeść i czy powinni korzystać z pomocy psychoterapeuty. Nazwiska polityków w ogóle nie powinny pojawiać się przy omawianiu tej formy improwizacji. Brzmi to nawet jak forma wciągnięcia Kontakt Improwizacji do działu publicystyki politycznej lub będąc prawdopodobnie autorskim pomysłem autorki wywiadu formą klickbaita (swoją drogą bardzo szkodliwą dla rozwoju Kontakt Improwizacji). Parafrazując Steva Paxtona: jeśli tańczysz fizykę, tańczysz kontakt, jeśli jeździsz na rowerze, nie jesz mięsa, chodzisz do psychoterapeuty robisz coś innego.

  • starszy-65

    Oceniono 7 razy 5

    Waszczykowski wszystko porównuje do swojego kraju czyli San Escobar a przecież my jesteśmy trochę inni a muszę przyznać, że cieszy mnie iż nie porównuje nas do ZSRR (to taki kraj poprzedzający Rosję putinowską).

  • zb.piswon

    Oceniono 8 razy 4

    Gazeta jest chora jak nie wplecie w każdą sprawę mizogonii wobec mężczyzn... Mężczyzna jest głupi, dziecinny i ciągle ma się czegoś uczyć od oświeconych kobiet...

  • maxthebrindle

    Oceniono 10 razy 4

    'Chyba moim ulubionym terminem, jaki określa KI, jest ten ukuty przez Simone Forti'
    Pojęcie Ki w języku i kulturze japońskiej (czy szerzej, na Dalekim Wschodzie, bo to jest termin równoważny do chińskiego Chi, ma też odpowiednik w języku koreańskim) jest wieloznaczne, zależne od kontekstu ale... nie ma w nim magii. Praktykowałem tradycyjne japońskie SW (między innymi wzmiankowane aikido) przez sporą część życia i miałem szczęście uczyć się bezpośrednio od japońskich mistrzów. Jeden z nich kiedyś dość prosto wytłumaczył, czym jest Ki dodając przy tym, że niezwykle bawi go, gdy ludzie z Zachodu, nie mający szans na zrozumienie specyfiki japońskiej kultury i języka (których mogą się nauczyć, albo je naśladować, ale w których... zwyczajnie się nie wychowali) 'dorabiają ideologię' do znaczeń, które de facto są proste - przykładem jest tutaj 'ukucie znaczenia terminu' przez jakąś Amerykankę czy Europejkę...
    Wieloznaczność jest cechą charakterystyczną języka japońskiego, a jego pełne zrozumienie zależy od kontekstu: od mowy ciała, od sytuacji, od wyrazu twarzy mówiącego, od sposobu wypowiadania słów: wystarczy obejrzeć parę filmów Kurosawy, by to dostrzec (niekoniecznie - zrozumieć). Język pisany, szczególnie zaś pismo odręczne, jest w pewnych przypadkach praktycznie nieprzekładalny - owszem, można przetłumaczyć słowa czy strukturę gramatyczną zdań, ale nie zawsze oddaje to intencję nadawcy komunikatu.
    Weźmy rzeczone aikido: Ai oznacza harmonię, równowagę, ale też miłość, a może oznaczać ognisko domowe. Ki - to wewnętrzna energia, ale też zwyczajnie - 'atmosfera' miejsca, bo Ki nie jest tylko 'właściwością' ludzi, tylko - Wszechświata i wszystkiego, co on w sobie zawiera. Można więc powiedzieć, że mistrz rzucił wielkiego napastnika bez wysiłku, używając Ki (choć to tez 'zachodnie' uproszczenie, bo Japończyk żadnego Ki nie 'użyje' w technice, on najwyżej wykona technikę 'w zgodzie' z Ki, to my na Zachodzie używamy rzeczy), ale można też pójść na parapetówę do nowo zakupionego przez Japończyka domu i pochwalić, że chałupa ma 'dobre, mocne Ki'. Ai-ki to zatem harmonia z wewnętrzną (lub zewnętrzną, kosmiczną - znowu ta wieloznaczność) siłą. Ale Ai piszemy znakiem, który ma na górze taki jakby daszek: dwa 'spady' tego dachu łączą się płynnie. Ale jeśli napiszemy ten znak tak, by końcówki 'daszków' przecinały się, tworząc coś na znak litery X - to tworzymy dodatkowe znaczenie tego słowa, bo narysowaliśmy agresję, konfrontację w słowie oznaczającym harmonię: pojawia się sarkazm, ironia, sprzeczność, która nie jest wyrażona słowem, ale sposobem jego napisania. Tak, jakbyśmy polskie słowo 'porządek' zapisali używając innego kroju pisma dla każdej litery, zmieniając też ich wielkość czy inne atrybuty - czyli pisząc słowo w sposób bardzo nieuporządkowany. Tyle, że to nie 'uderzy' czytelnika od razu, nie będzie oczywiste, ktoś może uznać, że piszący ma paskudny charakter pisma i tyle. Dla Japończyka zaś taki a nie inny zapis znaku będzie niósł oczywisty komunikat od pierwszego spojrzenia.
    I tu dochodzimy do sedna. Wieloznaczność jest cechą charakterystyczną języka japońskiego, ale 'definiowanie' znaczenia japońskich pojęć przez ludzi z Zachodu na potrzeby ich przemyśleń to przejaw może nie tyle głupoty, co niewiedzy i naiwności. Japończykowi nie trzeba tłumaczyć, że w takim tańcu tancerze 'korzystają' z ki, to dla niego/niej będzie oczywiste. Z kolei tworzenie wąskiej definicji znaczenia słowa na potrzeby odbiorcy zachodniego to de facto... obdzieranie tego słowa z jego rzeczywistego znaczenia, które ex definitione jest... cóż, wieloznaczne.

  • byann

    Oceniono 6 razy 2

    Koniec. Niech przybywają uchodźcy i uzdrowią tą patologię cywilizacji.

  • dante_waw

    Oceniono 2 razy 2

    Pani Ewa Jankowska od "domkniecia poznawczego" ktore opisala w artykule wybielajacym sylwetke syna pewnego wlasciciela koncernu farmaceutycznego... co slychac u doktora Maja z SWPS.. nie chcial sie wypowiedziec??

  • xpeter1

    Oceniono 4 razy 2

    Taniec na rurze też jest już oficjalnym sportem. I mężczyzna nie ma w nim władzy. To ostatnie jest bardzo ważne.

  • tajemniczy_don_pedro

    Oceniono 1 raz 1

    Ale bzdety...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX