Niemiecka inscenizacja 'Króla' Szczepana Twardocha pod tytułem 'Der Boxer' w Thalia Theater w Hamburgu

Niemiecka inscenizacja 'Króla' Szczepana Twardocha pod tytułem 'Der Boxer' w Thalia Theater w Hamburgu (fot. Krafft Angerer)

wywiad gazeta.pl

"Szczepan jest gwiazdą, a my w Ameryce lubimy gwiazdy". Sean Gasper Bye przełożył na angielski "Króla" Twardocha

Kiedy "Król" się ukazał w Polsce, koleżanka powiedziała do mnie: "To jest ta książka!". Kupiłem ją natychmiast, przeczytałem i od razu pomyślałem, że to jest literatura bardzo atrakcyjna dla amerykańskiego czytelnika - mówi Sean Gasper Bye, który - zamiast zostać amerykańskim dyplomatą w Polsce - stał się ambasadorem polskiej literatury w USA.

Twój polski to skąd?

Historia jest prosta i skomplikowana jednocześnie. Mam polskie korzenie, rodzina babci pochodzi z Suwałk. Jej dziadkowie wyemigrowali do Ameryki na przełomie XIX i XX wieku. Zamieszkali w małym górniczym miasteczku w Pensylwanii, gdzie żyli niemal sami imigranci - Polacy, Włosi, Irlandczycy. Wszyscy pracowali w kopalniach. Babcia została wychowana przez dziadków i w rodzinie mówiło się jeszcze między sobą po polsku. Ale młodo wyszła za mąż i właściwie przez całe życie nie powiedziała już w tym języku ani słowa, więc nie było mowy, by przekazała go dzieciom.

Skąd więc twój polski?

Interesowałem się naszą rodzinną historią i językami. Pomyślałem: szkoda, że mieliśmy w rodzinie polski i go zgubiliśmy. Postanowiłem więc zgubę odnaleźć i zacząłem studiować polonistykę. Nauczyłem się języka polskiego już jako dorosła osoba.

Dzieci mojej siostry - urodzone i wychowane w Chicago - mówią po polsku, ale tak sobie i z silnym amerykańskim akcentem. Nigdy ich polszczyzna specjalnie nie interesowała. A ty, proszę bardzo.

Nie umiem do końca wyjaśnić tej mojej potrzeby nauki polskiego. A przypadek dzieci twojej siostry jest typowy dla amerykańskiej Polonii, która, szczególnie w drugim pokoleniu, chce się jak najszybciej zasymilować. Tak też zrobiła moja babcia.

Natomiast ja nie wyrastałem w środowisku polonijnym, w moim domu nigdy nie mówiło się po polsku. Mam w związku z tym pewien dystans do Polski i do polskości. Z drugiej strony, jak niejeden przedstawiciel trzeciego czy czwartego pokolenia, próbuję wrócić do korzeni, zainteresować się rodzinnymi historiami, które znikają w niepamięci. Babcia nic mi właściwie nie opowiedziała.

A co powiedzieli rodzice na twoją polonistykę?

Wcześniej uczyłem się francuskiego, opanowałem ten język dość dobrze. Mówiłem też trochę po niemiecku. Rodzice wiedzieli, że interesuję się językami.

Polskiego nie studiowałeś jednakowoż w Stanach Zjednoczonych.

Studiowałem na University College London, spędziłem w sumie prawie osiem lat w Londynie. Skończyłem tam School of Slavonic and East European Studies, jeden z najlepszych ośrodków studiów polonistycznych w krajach anglosaskich.

Uważasz się dzisiaj za część Polonii?

I tak, i nie. Mam kontakt z amerykańską Polonią od sześciu lat, odkąd mieszkam w Nowym Jorku. Myślę o sobie w jakimś stopniu jak o Polish American, ale jestem właściwie typowo amerykańskim mieszańcem: babcia jest Polką, dziadek był Słowakiem, a po stronie ojca mam angielskie i holenderskie pochodzenie.

Pamiętajmy też, że kultura polonijna jest inna od kultury polskiej. Ja jestem bliżej współczesnej polskiej kultury, a nie tej polonijnej, która zresztą w dużej mierze związana jest z folklorem i klasą robotniczą, a ja współpracuję z polską inteligencją.

Sean Gasper Bye przełożył na angielski 'Króla' Twardocha (fot. Randl Bye)
Sean Gasper Bye przełożył na angielski 'Króla' Twardocha (fot. Randl Bye)

Zdobywasz już to wymarzone wykształcenie i co dalej?

Zaraz po studiach postanowiłem zostać dyplomatą. Spędziłem rok w Waszyngtonie, gdzie próbowałem zdobyć stanowisko w Departamencie Stanu. Nie udało się, poza tym Waszyngton mi się nie podobał. Wróciłem więc do Londynu, rozglądałem się za inną pracą, brałem drobne zlecenia. W końcu poznałem Antonię Lloyd-Jones, wybitną tłumaczkę z polskiego na angielski, i wraz z nią zacząłem tłumaczyć krótkie teksty dla wprawy. Było tego coraz więcej i więcej. Szlifowałem warsztat tłumacza i swój polski, który nie był na takim poziomie, jak dzisiaj. I kiedy dostaliśmy wspólnie z Antonią dotację z British Centre for Literary Translation na program mentorski dla nowych tłumaczy, zaczęła się - można powiedzieć - moja kariera tłumacza.

Zaraz potem trafiłeś do Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku?

Tak, przez pięć lat zajmowałem się tam programem literackim, którego głównym celem jest promowanie polskiej literatury i pisarzy w Stanach. Współpracowałem wówczas z polskimi i amerykańskimi wydawcami, organizatorami festiwali, tłumaczami, poznałem chyba wszystkich najważniejszych ludzi od literatury. W dzień pracowałem na pełen etat w instytucie, a wieczorami i w weekendy tłumaczyłem, co znaczy, że przez pięć lat nie miałem właściwie życia.

I zamiast amerykańskim dyplomatą w Polsce zostałeś ambasadorem polskiej literatury w Ameryce.

Troszkę tak, bo Instytut Kultury Polskiej jest częścią polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Byłem tam, nawiasem mówiąc, jedynym angielskim native speakerem.

Wymarzona praca?

Jak każda, miała swoje plusy i minusy. Ale bardzo się cieszę z tego doświadczenia i z tego, że tłumaczę z polskiego, bo Polska zbudowała całą strukturę potrzebną do promowania rodzimej literatury za granicą. Macie w wielu miejscach na świecie instytuty kultury, jest też Instytut Książki w Krakowie, są rozmaite programy i dotacje, są w końcu ludzie, którzy znają się dobrze na tej dziedzinie. Bez tego wszystkiego nie byłoby polskiej literatury na amerykańskim rynku i cieszy mnie, że mogę być tego częścią. Mnie i innych tłumaczy z polskiego, bo oczywiście wszyscy się znamy. To jest bardzo przyjazna i wspierająca się grupa. Miło jest być tłumaczem z języka polskiego.

Miło jest usłyszeć o nas coś dobrego.

To naprawdę działa i mimo zmian rządów, a co za tym idzie - dyrekcji - jak to bywa w instytucjach publicznych - nieustannie mocno wierzę w skuteczność polskiego systemu promowania rodzimej literatury.

To dlaczego odszedłeś w zeszłym roku z nowojorskiego instytutu?

Bo chciałem się zajmować już tylko tłumaczeniem. Miałem umowy na dwie książki i dostałem z National Endowment for the Arts dotację na przekład "Wyspy klucz" Małgorzaty Szejnert.

Która wychodzi po angielsku w tym roku, prawda?

Tak, za chwilę wychodzi w Stanach, a jesienią w Wielkiej Brytanii i Australii.

Do tej pory tłumaczyłeś literaturę faktu. Oprócz wspomnianej Małgorzaty Szejnert przekładałeś na angielski dzieła Lidii Ostałowskiej, Pawła Smoleńskiego czy Filipa Springera. 

Od samego początku interesowałem się polskim reportażem, który jest absolutnie wyjątkowym gatunkiem. Właściwie nie ma odpowiednika w innych tradycjach literackich. Oczywiście, mamy w Stanach reportaż, ale robiony całkowicie inaczej i znacznie, moim zdaniem, gorszy od polskiego.

Tymczasem do księgarń w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii trafił niedawno "King of Warsaw", czyli "Król" Szczepana Twardocha. Pierwszy raz przełożyłeś powieść. Jaka jest różnica?

W przypadku powieści tłumacz ma o wiele więcej swobody z tekstem. Z literaturą faktu już niekoniecznie tak jest. Przekładając reportaż, czuję się bardziej zobowiązany do trzymania się oryginału, bo są tam czyjeś listy, wspomnienia, dzienniki. Krótko mówiąc: oryginalne źródła, prawdziwe słowa prawdziwych ludzi.

'Król' Szczepana Twardocha (fot. Materiały prasowe)
'Król' Szczepana Twardocha (fot. Materiały prasowe)

Inna odpowiedzialność?

Absolutnie. Często też wymagająca intensywnego czytania wokół tematu i ślęczenia w archiwach. Tak było, kiedy tłumaczyłem "Wyspę klucz", która wyjdzie pod angielskim tytułem "Ellis Island: A People's History". Popłynąłem oczywiście na Wyspę Ellis do tamtejszego archiwum, gdzie spędziłem dwa dni. To było niesamowite doświadczenie. Wyobraź sobie, że bibliotekarze dobrze pamiętają Małgorzatę Szejnert, choć jej książka wyszła ponad dziesięć lat temu.

Jak wybierasz tytuły do przekładu?

Nie ja je wybieram, tylko amerykański wydawca. Problem jest jednak taki, że niewielu amerykańskich wydawców czyta po polsku. W związku z tym pełnię niejako rolę pośrednika między polskimi autorami a wydawnictwami w Stanach. Oczywiście robotę wykonują też polskie wydawnictwa, które promują swoje tytuły na międzynarodowych targach czy przez agentów literackich. Sam tłumacz również staje się trochę agentem autora.

Bycie agentem polskiej literatury jest trudniejsze?

Na pewno trudniejsze niż na przykład francuskiej, choćby dlatego, że o wiele więcej redaktorów amerykańskich wydawnictw czyta po francusku niż po polsku. Z polską literaturą trzeba się bardziej napracować.

Zdarza ci się czytać i myśleć, że "to jednak nie bardzo"?

Zdarza się, szczególnie kiedy sami autorzy piszą do mnie z prośbą o tłumaczenie. Ale jeśli książka nie trafia w mój gust, staram się zawsze polecić kogoś innego. Ważne jest, żeby styl autora pasował tłumaczowi, bo inaczej nie da się zrobić dobrego przekładu. Tekst trzeba czuć.

Rozumiem, że "Króla" poczułeś?

Bardzo. Słyszałem o Szczepanie Twardochu, kiedy wyszła jego "Morfina". Przez kilka lat rozmawiałem o nim z różnymi ludźmi. Kiedy "Król" się ukazał w Polsce, koleżanka powiedziała do mnie: "To jest ta książka!". Kupiłem ją natychmiast, przeczytałem i od razu pomyślałem, że to jest literatura bardzo atrakcyjna dla amerykańskiego czytelnika, co jest kluczowe w decyzji o przekładzie.

"Król" jest tak atrakcyjny, że nadaje się właściwie od razu na Netflixa.

Szczepan mówił, że od początku myślał o adaptacji filmowej.

I Canal+ szybko kupił prawa do książki. Ale pokochał go też teatr. "Króla" na scenę Teatru Polskiego w Warszawie przenieśli Monika Strzępka z Pawłem Demirskim, a na scenę Thalia Theater w Hamburgu niezmordowana wielbicielka Twardochowej prozy, Ewelina Marciniak. Widziałeś któreś z tych przedstawień?

Widziałem to warszawskie. Podobało mi się, choć oczywiście to jest adaptacja.

'Król' reż. Monika Strzępka
'Król' reż. Monika Strzępka (fot. Magda Hueckel / Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie)

"Król" wydawał mi się książką trudną do przetłumaczenia z wielu powodów - choćby z powodu mnogich i jakże smacznych archaizmów czy nazewnictwa związanego z topografią Warszawy, że o skomplikowanej mapie społeczno-politycznej II Rzeczpospolitej nie wspomnę. Trudno ci było?

Zacząć należy od tego, że Szczepan Twardoch jest wybitnym pisarzem, a to zawsze pomaga, bo najtrudniejsza dla tłumaczenia jest zła proza. Tu nie ma tego problemu. Szczepan ma świetny styl, jego postaci są wyraziste, mają swój głos, a to jest bardzo ważne, bo zadaniem tłumacza jest odróżnienie tych wszystkich głosów. Wszelkie różnice klasowe, etniczne, polityczne muszą być odzwierciedlone w języku przekładu.

Drugą sprawą jest gangsterski klimat "Króla", a my mamy w angielskojęzycznej literaturze wielką tradycję gangsterskich książek i filmów. Dlatego przed tłumaczeniem zasiadłem sobie choćby do "Chinatown" Romana Polańskiego, żeby nasiąkać odpowiednim językiem.

Oprócz tego Szczepan gra z czytelnikiem, mieszając znane aspekty polskiej kultury i historii przedwojnia z perspektywą żydowską. Wiadomo, Amerykanie nie znają ani polskiej historii, ani topografii Warszawy. Jedyne, co znają, do aspekt żydowski. Musiałem grać w tę grę Twardocha, pamiętając o tym wszystkim. Musiałem też bardzo uważać z językiem, żeby nie używać zbyt nowoczesnych słów.

Jak tu przetłumaczyć tak rozkoszne słowo, jak "apasz", jak przetłumaczyć "jadziem!", jak poetycką niemal frazę "endecka kurwa"?

Dosłowne przetłumaczenie jest oczywiście niemożliwe. Dlatego wyzwanie nie tkwi tu w osobnych słowach, tylko w ogólnej atmosferze języka. Trzeba myśleć o tym, co dany rodzaj mówienia oddaje, co mówi o postaci, jakie słowo po angielsku najlepiej oddaje sens tego polskiego. Trzeba w końcu dać się prowadzić głosom postaci.

Zachowałeś w swoim przekładzie, co wcale nie jest oczywiste, polskie znaki diakrytyczne. Zachowałeś oryginalne nazwy własne, choć są one właściwie nie do wymówienia dla amerykańskiego czytelnika. Zachowałeś też polski zapis żydowskich imion i nazwisk.

Jeśli chodzi o polskie znaki diakrytyczne, zawsze je zostawiam, bo nie ma żadnego powodu, żeby je usuwać. Usuwanie polskich "ogonków" uważam za przejaw tchórzostwa ze strony anglojęzycznych wydawców. Nazwy warszawskich ulic też zostały przepisane w oryginale, tak jak zostawiane są zawsze w angielskich przekładach oryginalne nazwy ulic francuskich czy niemieckich. Dlaczego standardy miały by być inne w stosunku do polszczyzny? Poza tym warszawskość jest w tej książce niezwykle ważna, nie chciałem jej zgubić.

Z żydowskimi nazwiskami miałem większe wyzwanie, bo amerykańska tradycja translatorska je anglicyzuje, więc z Bernsztajna robi się Bernstein. Pomyślałem jednak, że ta zbieżność żydowskości i polskości w nazwiskach polskich Żydów jest tak ważna, że należy ją zostawić. 

Ale Kum Kaplica to w twoim tłumaczeniu Buddy Kaplica.

To był twardy orzech do zgryzienia, bo słowo "kum" ma przecież polskie znaczenie, które zresztą w powieści jest wyjaśnione.

"...a Kumem został, bo każdemu, kto tylko zechciał jego przyjaźni, był przyjacielem, drogo sobie jednak swoją przyjaźń ceniąc".

No właśnie. Skoro mamy więc ksywkę, która coś znaczy, zostawienie w wersji angielskiej Kuma byłoby bez sensu. Szukałem więc najlepszego odpowiednika, który nie tylko oddałby znaczenie definicji, ale mógłby też być jednocześnie autentyczną ksywą gangstera. Tak powstał Buddy. Skonsultowałem to zresztą ze Szczepanem i się ze mną zgodził. Ale oczywiście to był mój wybór, inny tłumacz wymyśliłby pewnie coś innego.

Te konsultacje z autorem to gorąca linia czy raczej sporadyczny kontakt?

Prawie zawsze współpracuję z autorami. Prawie, bo czasami nie żyją. Ale jeśli żyją, przygotowuję całą roboczą wersję tłumaczenia, potem układam do niego listę pytań i uwag, którą wysyłam do autora. Ze Szczepanem współpraca była bardzo przyjemna. On doskonale rozumie potrzeby innych języków, innych rynków i mówi też świetnie po angielsku, co jest niezwykle pożądane, bo można wtedy swobodnie udzielać wywiadów, uczestniczyć w spotkaniach autorskich, pomagać w promowaniu książki.

Szczepan Twardoch generalnie wydaje się stworzony na amerykański rynek. Od obecności w mediach społecznościowych zaczynając, na profesjonalnej sesji zdjęciowej autorstwa Zuzy Krajewskiej kończąc. Na tych fotach, które można pobrać z jego trójjęzycznej strony internetowej, wystylizowany od góry do dołu Twardoch wygląda jak, nie przymierzając, śląski Jakub Szapiro.

Powiem tak: Szczepan jest gwiazdą, a my w Ameryce lubimy gwiazdy. Jeśli autor mówi po angielsku, jest charyzmatyczny i stworzony na prasowe okładki, tym lepiej dla książki.

Szczepan Twardoch (fot. Zuza Krajewska)
Szczepan Twardoch (fot. Zuza Krajewska)

Książki, która już spotkała się w anglojęzycznym świecie ze znakomitym przyjęciem. Zapowiadał ją amerykański "The New York Times", a brytyjski "The Times" entuzjastycznie ją zrecenzował. Na Amazonie 86 procent czytelników daje "King of Warsaw" najwyższe noty. To wasz wspólny sukces, bo przecież przekład to trochę nowa książka.

Na tym właśnie polega magia tłumaczenia: na powstaniu właściwie nowego tekstu, który dostaje nowe życie w nowych warunkach. Ogromnie się cieszę, że książka jest tak znakomicie przyjmowana, bo ja wiedziałem, że jest świetna, ale nigdy nie wiadomo, co pomyślą amerykańscy czytelnicy.

Co teraz tłumaczysz?

"Panią Stefę" Magdy Kicińskiej. 

A potrafisz przeczytać polską książkę bez myślenia o jej przekładzie?

Nie, nie potrafię. To jest silniejsze ode mnie. Niedawno czytałem książkę Piotra Lipińskiego "Cyrankiewicz. Wieczny premier". Bardzo mi się spodobała, ale w Stanach nie miałaby żadnych szans, bo tu nikt nigdy nie słyszał o Cyrankiewiczu. Nie przeszkodziło mi to jednak podczas lektury rozmyślać, jak bym ją przetłumaczył.

KSIĄŻKA "KRÓL" SZCZEPANA TWARDOCHA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Sean Gasper Bye. Jest tłumaczem polskiej literatury. Przez kilka lat kierował programem literackim Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku. Współtwórca nowojorskiego kolektywu tłumaczy literatury Cedilla & Co. Laureat Asymptote Close Approximations Prize i stypendysta National Endowment for the Arts. 

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (24)
Zaloguj się
  • dudeu666

    Oceniono 17 razy 17

    Fajnie, gdyby udało się przełożyć i wypromować "Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Urbanka - co by nie promować sie też rozumem i nauką

  • pirimpirim

    Oceniono 13 razy 13

    I to jest prawdziwa promocja. A nie m.in tweety za 100 mln PLN z kasy przekręconej przez pewną fundację:)

  • augenthaler

    Oceniono 15 razy 9

    Ciekawy wywiad. Jako warszawiak, zazdroszczę Ślązakom Twardocha. Ale Twardoch wszedł do mojej Warszawy książką "Król", dla mnie stał się tym samym troszkę warszawski ;) Pewnie przygotowując tę powieść dowiedział się o Warszawie na tyle dużo, że teraz wie o niej więcej ode mnie.

  • bubba

    Oceniono 8 razy 8

    "Wyspa klucz" Szejnert to świetny reportaż i dobry wybór, ciekaw jestem jaka będzie reakcja w Stanach

  • aala43

    Oceniono 10 razy 4

    "Morfina" - przegadana, można połowę wyrzucić, w "Królu" sporo jest schematów i stereotypowych wyobrażeń Polaków o żydowskim życiu, czasami banalnych błędów, no, ale może dla szerokiej publiczności to jakaś oferta - nie jest to jednak wielka literatura a coś co w niemieckim ma określenie "Unterhaltungsliteratur"...

  • mniklasp

    Oceniono 3 razy 3

    Mieszkam ponad 30 lat w Ameryce, duzo czytam ale nigdy nie slyszalem o tych polskich ksiazkach tlumaczonych przez tego pana. Niedawno w Barns and Nobles kupilem ksziazke Tokarczuk tylko dlatego ze dowiedzialem sie ze dostal Nobla za literature. Nigdy o nie wczeniej nie slyszalem. Czytam co tydzien NY bestsellers w fiction i non fiction ,czytam co tydzien sekcje kulturalne LA Times w literaturze , filmie i muzyce. Od okolo 10 lat obserwuje zupelny , ale to zupelny brak czegokolowiek w kuturze w USA z Polski . W latach 90 tych jescze goscilismy polskich dyrygentow , czy byly wystawiane polskie sztuki w teatrze,Nie wiem jak Instytut Kultury w NY moze promowac polska literature na zach USA.?

  • laerke

    Oceniono 11 razy 3

    Wspaniale tlumaczenie "Krola" na angielski i wspaniala ksiazka.
    Czyta sie po kawalku, delektujac sie jezykiem i mocna historia pelna skretow i zaskoczen.

  • udibidi03

    Oceniono 10 razy 2

    Ktoś się tu nabzdyczył i napuszył. Tak Twardoch nie pisze wielkiej literatury, są kalki i stereotypy. Może i Twardoch jest Narcyzem itp. Facet pisze powieści popularne i chyba nie ma innych ambicji! Dobrze się to czyta. To jest rozrywka na wysokim poziomie. Jednak kopacze, którzy popisują się tu erudycją, mają za cel dokopania mu za wszystko, czyli że jest wyrazisty, że wygląda, że ma poglądy i że nie jest geniuszem. BRAWO WY!

  • snacksmile

    Oceniono 18 razy 2

    Ha, ha! No i mam potwierdzenie mojej opinii o autorze jak i o jego literaturze! "Jest w sam raz dla Amerykanów" - no tak, gdyż zieje wręcz od niej niedojrzałością (psychologiczną oczywiście, ponieważ język literacki jest świetnie opanowany przez autora). Taka typowa, narcystyczna literatura, napisana przez neurotyka. W literaturze niedojrzalców jest zazwyczaj wiele przemocy (psych. lub fiz.), agresji, narkotyków, patologii i dewiacji, w których to tematach narcystyczne osobowości lubują się.
    Kiedyś ten pisarz stwierdził, że jest wdzięczny życiu, czy losowi (coś w tym stylu), iż są na świecie knajpy z narkomanami, prostytutkami i alfonsami (zwłaszcza gejowskimi) i lubi je odwiedzać, kiedy jest za granicą. On tam przychodzi i kuląc się ze strachu, patrzy na ten trójwymiarowy, ach!, taki "cudownie dewiacyjny"! obrazek i chłonie... Może dowartościowuje się przez to, w duchu mówiąc sobie: "Ech! fajnie, że ja tak nisko nie upadłem, że ja mam duuużo lepsze życie" i paaatrzy na nich z tej perspektywy. No bo przecież gdyby mógł się zdobyć na empatię, to przecież nigdy w życiu (chyba) nie podziękowałby losowi za istnienie na świecie nieszczęśliwych, cierpiących ludzi.
    Ale narcystyczni tak mają – oni patrzą na życie i otoczenie jak na hologram, anaglif i nie muszą nawet wkładać okularów VR.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX