Gdyby dziecku działa się krzywda, powinno wiedzieć, że właśnie na policji czy w pomocy społecznej może szukać pomocy

Gdyby dziecku działa się krzywda, powinno wiedzieć, że właśnie na policji czy w pomocy społecznej może szukać pomocy (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

rozmowy Anny Kality

"Bolą mnie sytuacje, kiedy idzie matka z dzieckiem i widząc mnie, mówi: Bądź grzeczna, bo ta pani cię zabierze"

Jak ktoś jest wypalony zawodowo, to może wziąć L4. Wypalone koleżanki nie są empatyczne. I wtedy jestem w stanie uwierzyć, że przysłowiowa "baba z opieki" rzeczywiście nakrzyczała. Ja się staram widzieć dobro w człowieku, nawet jak wiele wskazuje, że to nie jest dobry człowiek - mówi Anna, która od pięciu lat pracuje w ośrodku pomocy społecznej.
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Dość długo się pani wahała, czy ze mną rozmawiać. Padł argument: "Media nas nienawidzą, tylko czekają na kolejny show w OPS-ie".

ANNA*: Teraz wszyscy żyjemy innymi sprawami, ale wcześniej nie było tygodnia, żeby w telewizji nie ukazał się reportaż o tym, jacy to pracownicy pomocy społecznej są bezduszni i nie interesują się choćby losem staruszków, którzy mieszkają w fatalnych warunkach w pustostanie. Oczywiście, może się zdarzyć, że kierownik OPS-u czy jego pracownicy są wredni, ale najczęściej, proszę mi wierzyć, jest tak, że miesiąc przed takim reportażem pracownicy byli u jego bohaterów, a ci nie tylko nie chcieli pomocy, ale i psem poszczuli! Szczególnie starsze osoby odmawiają usług opiekuńczych, bo nie chcą, żeby "ktoś obcy kręcił się po domu".  Boją się, że zostaną okradzeni. 

Media zapominają, że Konstytucja gwarantuje wolność każdemu bez wyjątku. I jeśli ktoś zacznie nałogowo pić, stoczy się i będzie spać na działkach, to pracownik OPS- u czy strażnik miejski może czasem zajrzeć i zaproponować: "A może pójdzie pan do schroniska?". Ale to tyle. Taka osoba może chcieć tam zostać i tam umrzeć. Gdybyśmy wykonywali swoją pracę tak źle, jak przedstawiają to media, to połowa z nas siedziałaby już w więzieniach!

Pani jest bardzo rozżalona.

Chyba najbardziej bolą mnie sytuacje, kiedy idzie matka z dzieckiem i widząc mnie, mówi: "Bądź grzeczna, bo ta pani cię zabierze". Szczucie dzieci przeciwko nam to jest dla mnie coś nie do pomyślenia. Gdyby dziecku działa się krzywda, powinno wiedzieć, że właśnie na policji czy w pomocy społecznej może szukać pomocy. A tak nie poszuka, bo się będzie bało. 

Ile pani ma lat?

Trzydzieści.

A od ilu lat pracuje pani w opiece społecznej? 

Od pięciu. Ale proszę: nie w opiece, tylko w pomocy społecznej. To jest bardzo istotna różnica!

Dlaczego? 

Opieka była do 1989 roku. Ośrodki funkcjonowały w ramach służby zdrowia, pracownicy byli poupychani w małych pokoiczkach w przychodniach, a w teren jeździli karetkami. Od starszych kolegów usłyszałam taką historię: są lata 80., kobieta składa podanie o pieniądze, żeby móc pojechać z dzieckiem do Centrum Zdrowia Dziecka. A pracownik opieki na to: "To są majętni ludzie! Mają 12 krów! Niech jedną sprzedadzą, to będą mieli za co pojechać!". Do takich dochodziło absurdów: "Tego lubię, to mu dam, a tamtego nie lubię, to odsyłam go z kwitkiem".

W 2004 roku powstała ustawa o pomocy społecznej i skończyła się partyzantka, uznaniowość. Zmieniło się też podejście. Nie ma opieki społecznej, a właśnie pomoc. Na moim biurku stoi kubek z hasłem: "Opieka się kurczaka". Mamy usamodzielnić naszego klienta, ale nie jesteśmy odpowiedzialni za jego życie. Mogę pomóc od 7 do 15, bo w tych godzinach pracuję. I naprawdę, nie zawsze można przewidzieć, co się w rodzinie stanie po tym, jak pracownik od nich wyjdzie. Mieliśmy taką sytuację, że byliśmy w domu o 14 i wszystko było w porządku, a dosłownie chwilę po naszym wyjściu córka dźgnęła ojca nożem.

I teraz - wracając do początku naszej rozmowy - to zasadne, że w reportażu na ten temat padłoby pytanie: "Jak to możliwe, że pracownicy OPS-u nie zapobiegli tej tragedii?!".

Nie mogliśmy! Ta 16-latka zażyła dopalacze chwilę przed naszym przyjściem. Póki byliśmy w tym domu i rozmawialiśmy z rodziną, niczego nie było widać. Potem wpadła w szał i chwyciła za nóż. Ojciec miał szczęście, bo nie dźgnęła go w serce. 

Co się stało z tą dziewczyną?

Trafiła do poprawczaka.

W sąsiedniej gminie była o wiele bardziej dramatyczna sytuacja: libacja alkoholowa, awantura i kiedy kobieta zasnęła pijana, konkubent ją podpalił. W domu było dwoje dzieci, które uratowały się, skacząc z okna. Ich rodzice spłonęli. Po tej tragedii prokurator postawił pracownikom OPS-u zarzuty. Byli załamani.

Nie wiedzieli, że ta rodzina jest patologiczna?!

To była rodzina alkoholowa i przemocowa, i pracownicy o tym doskonale wiedzieli! Była założona Niebieska Karta. Ale proszę zrozumieć: Niebieska Karta nie oznacza, że w takiej rodzinie już nic złego nie może się stać! To nie jest tak, jak się ludziom wydaje: zakładamy Niebieską Kartę i nagle, w magiczny sposób, mąż staje się cudowny, nie podnosi już ręki na kobietę, znajduje pracę i zgłasza się do AA, a dzieci są szczęśliwe i zaczynają przynosić dobre oceny. Zmiany nie zachodzą w pięć minut! 

Niebieska Karta nie oznacza, że w takiej rodzinie już nic złego nie może się stać (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)
Niebieska Karta nie oznacza, że w takiej rodzinie już nic złego nie może się stać (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Dlaczego w takim razie te dzieci nie zostały zabrane rodzicom? Przecież to cud, że też nie spłonęły. 

Ponieważ nie żyjemy w Norwegii. W Polsce sąd nie zabiera dziecka rodzicom tylko dlatego, że ono jeden raz dostanie w twarz.

Jak to strasznie brzmi!

Strasznie brzmi, ale tak to po prostu jest! Zanim dziecko zostanie zabrane z rodziny biologicznej, pomoc społeczna musi przesłać do sądu informację, na podstawie której sąd wysyła kuratora. I teraz proszę zobaczyć: ja jestem u takiej rodziny powiedzmy raz w miesiącu, od pół roku, i wiem, że tam się dzieje bardzo źle. A kurator co robi? Ponieważ mu szkoda benzyny, to przed wizytą się zapowiada! Absurd. Zapewniam, że jeśli się pani zapowie z wizytą do pierwszej z brzegu patologicznej rodziny, to oni nawet posprzątają i z tej okazji wytrzeźwieją. No więc kurator raportuje do sądu, że wszystko jest super. A my słyszymy: "Jakbyśmy mieli wszystkie dzieci zabrać za to, że dostają w twarz albo jest przemoc psychiczna, to państwo polskie by zbankrutowało". 

Usłyszała pani takie słowa? 

Nie raz! Plus poradę, że mam nie popadać w paranoję dlatego, że się rodzic czasem napije. Miałam sytuację, że rodzina była przemocowa, schlani rodzice, ledwo trzymali się na nogach, a kurator patrzy i mówi: "Może damy im jeszcze szansę?". A asystent rodziny, który stoi obok, pyta: "Będziemy czekać, aż zabiją te dzieci?". I potem dochodzi do tragedii, bo dzieci są zabierane często zbyt późno! Wie pani, dlaczego tak się dzieje? Ze względu na pieniądze. Umieszczanie dzieci w pieczy zastępczej jest kosztowne. Miesięcznie to jest plus minus pięć tysięcy złotych. W skali roku dla gminy to są ogromne pieniądze.

Pani stawia tezę, że w Polsce odbiera się dzieci zbyt rzadko? W marcu głośno było o kobiecie z Wierzbicy, której sąd postanowił odebrać 11 dzieci. W sprawę zaangażował się wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik i podkreślał, że bieda nie jest powodem do odbierania dzieci. 

Nie chcę komentować tej konkretnej sprawy, bo jej nie znam. Wiem natomiast, że w Polsce nikt nie zabiera dzieci tylko z powodu biedy! Mam taką rodzinę, matka i ojciec są lekko upośledzeni, totalnie niezaradni. Byłam u nich w zimie. Chłopczyk, czteroletni, zrobił kupę w majtki nie dlatego, że nie wiedział, że należy pójść do toalety, ale dlatego, że nie chciał wychodzić na zimno. Bo oni mieszkają w starym domu, ze sławojką na zewnątrz budynku. Ale tym ludziom nikt dzieci nie zabierze, oni bardzo je kochają! Tam nie ma przemocy. A kiedy w grę wchodzi tylko bieda, to wtedy zawsze można pomóc! Organizujemy zbiórki mebli, ubrań, przywieziemy pożywienie z banku żywności czy Caritasu i taka rodzina będzie dalej żyć ze swoimi dziećmi.

Wspomniała pani o sytuacji, kiedy dziecko zabrano z rodziny zbyt późno.

Przez pół roku chodziłam do patologicznej rodziny: dziadkowie i ich niepracujące dorosłe dzieci mieszkali w jednym domu. Wielokrotnie karani. Alkohol. Narkotyki. Nigdy nie widziałam tam dziecka, po czym przyszły ferie zimowe i spotykam siedmioletniego chłopca! Okazało się, że on zawsze po szkole zostawał w świetlicy i zjawiał się dopiero po 16, żeby jak najmniej przebywać w domu. Pytam: "Czyj to syn?". A dziadek mówi: "Córki, która wyjechała za chlebem za granicę".

Zanim dziecko zostanie zabrane z rodziny biologicznej, pomoc społeczna musi przesłać do sądu informację, na podstawie której sąd wysyła kuratora (fot. Shutterstock)
Zanim dziecko zostanie zabrane z rodziny biologicznej, pomoc społeczna musi przesłać do sądu informację, na podstawie której sąd wysyła kuratora (fot. Shutterstock)

Dziecko zostało z rodziną.

Ale tak nie może być! Dziecko nie miało prawnego opiekuna. Napisałam do sądu, przyjechała pani kurator i się na mnie wściekła: "Po cholerę to ruszałaś?! Było dobrze, to po co wymyślasz?". Ostatecznie - po moich namowach - matka tego chłopca wróciła do kraju, ale to nie rozwiązało problemu, bo przyczepił się do niej recydywista, z którym uciekła na drugi koniec Polski. 

Znowu zostawiła dziecko. 

Chłopiec nie mógł zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, i zaczął się wdawać w bójki w szkole i dziwnie zachowywać: robił sobie makijaż i nadmiernie się interesował intymnymi częściami ciała rówieśników. Wreszcie trafił do rodziny zastępczej. A tam usiłował molestować innego chłopca. Dopiero wtedy intensywną pracę z nim zaczęli psychotraumatolodzy i seksuolodzy.

Ten chłopiec był ofiarą przemocy seksualnej? 

Wszystko wskazuje na to, że był molestowany. Podejrzewamy też, że widział, jak dorośli uprawiali ze sobą seks. To trwało latami i nikt nie interweniował. I teraz, kiedy specjaliści usiłują go z tej traumy wyciągnąć, on ma już 13 lat! Nie wiem, czy tego chłopca uda się wyprostować. A można było mu pomóc o wiele wcześniej.

Wspomniała pani, że to dziecko zostało dwukrotnie porzucone przez matkę. W lutym cała Polska żyła historią czterech chłopców z Tarnowa, których matka porzuciła w pogotowiu opiekuńczym. Trudno mi sobie w ogóle wyobrazić, jak coś takiego się odbywa. 

Powiem pani jak. Zgłosiła się do nas kobieta. Prosiła o obiady dla siebie i dzieci. Najstarszy syn był już pełnoletni, 16-letnia córka była w ciąży, a prócz nich miała jeszcze dwóch synów: pięć i siedem lat. Poszłam do tego domu, od jej konkubenta czuć było kryminałem. Dzieci zostawały same w domu na całe noce. Pewnego dnia ta kobieta przyszła do ośrodka - mnie nie było tamtego dnia w pracy, relacjonowały mi to koleżanki - i po prostu oświadczyła, że już nie chce swoich dzieci. "Co ja mam podpisać, żeby mieć spokój? Muszę iść na policję?". Dziewczyny były w szoku,  godzinę  z nią rozmawiały, ale ona była nieugięta. Ostatecznie dały jej kartkę, napisała, że zrzeka się praw rodzicielskich, pismo zostało złożone w sądzie. I tyle. Ona nigdy nie miała więzi ze swoimi dziećmi. W wielu rodzinach nie ma więzi. A ja lubię sprawdzać profile moich klientów na Facebooku. Jak na tych zdjęciach wszystko pięknie wygląda! Naprawdę. Byłaby pani w szoku.  

To, co pani mówi, jest szokujące.

Opowiem pani o innej sprawie, którą teraz żyję. Jest zaburzona psychiatrycznie kobieta. Nimfomanka. Sama o sobie mówi, że może wszędzie i z każdym. Co roku rodzi dzieci. Dotąd pięcioro. Wszystkie te dzieci rodzą się z genetyczną chorobą i umierają w hospicjum, nie kończąc roku. Chcielibyśmy ją ubezpłodnić, ale to jest bardzo trudna droga. Boimy się, że jak sąd uzna, że nie ma podstaw, to ona nas do takiego stopnia znienawidzi, że już nigdy nie odbudujemy jej zaufania. Pierwszy raz coś takiego robimy, nie wiem, jak to się skończy. I mam świadomość, że sąsiedzi mogą zgłosić telewizji, że chcemy kobietę poddać ubezpłodnieniu, a dziennikarze przyjadą, zrobią show i nikogo nie będzie interesowało, dlaczego my to zrobiliśmy.

Czuję, jak pani mocno przeżywa każdą sprawę, o której mi opowiada.

Są sytuacje, które naprawdę potrafią człowiekiem wstrząsnąć. Przyjechałam raz do patologicznej rodziny, sąsiedzi stoją pod drzwiami, w środku kobieta strasznie płacze. Mówię: "Trzeba wyważyć drzwi". Okazało się, że jej mąż zapił się na śmierć. A ona - osoba niepełnosprawna - leżała bezradna, nieprzewinięta, od dawna bez picia. Straszny widok. Tamta historia skończyła się dobrze: do tej kobiety przeprowadzili się młodzi krewni i opiekowali się nią do jej śmierci w zamian za to, że ona przepisała im mieszkanie. 

Są sytuacje, które naprawdę potrafią człowiekiem wstrząsnąć (fot. Tomasz Niesłuchowski / Agencja Gazeta)
Są sytuacje, które naprawdę potrafią człowiekiem wstrząsnąć (fot. Tomasz Niesłuchowski / Agencja Gazeta)

Wróćmy jeszcze na chwilę do odbieranych z rodzin biologicznych dzieci. Mówi pani, że to się nigdy nie dzieje z powodu biedy. To z jakich powodów? 

Matka wybrała się z półtorarocznym dzieckiem do przychodni, na bilans. Dziecko bez pieluchy, przesiusiane. Upał, a w wózku nie było wody, nic - tylko piwo. Lekarz rodzinny zawiadomił ośrodek i dziecko trafiło do pogotowia opiekuńczego. To była sytuacja bezdyskusyjna. Ale w Polsce wciąż nie ma wyczulenia na krzywdę dziecka.

Miałam taką rodzinę: on świeżo wrócił z więzienia, w domu alkohol i narkotyki. Kombo straszne. A w tym wszystkim jest czteroletnie dziecko. Do sądu zostały wysłane cztery pisma o odebranie dziecka, jednak kurator stwierdził, że to nie jest konieczne, ponieważ w domu mieszkają też dziadkowie i oni są gwarantem bezpieczeństwa tego dziecka. Totalny absurd! Mamy uznać, że jak rodzice się tłuką, a dziecko leci do dziadków, to już wszystko jest w porządku? 

Dziecko zostało z rodzicami?

Nie. Któregoś razu przyszło do przedszkola z rozciętym łukiem brwiowym. Jego ojciec tłumaczył, że chciał uderzyć kobietę i przez przypadek uderzył dziecko, które ona trzymała na rękach. Wtedy też policja zajęła się sprawą i dziecko zostało zabezpieczone. 

Kolejny raz w tej rozmowie pojawia się alkohol. 

Dzieci zawsze się zabiera z powodu alkoholizmu i przemocy. Na przykład asystentka rodziny przyjechała niezapowiedziana: ojciec ledwo się trzymał na nogach i wygrażał wszystkim nożem. Na to pojawiła się matka. Jeszcze bardziej pijana. Oboje rodzice mieli ponad dwa promile. Ale ponieważ w domu mieszkali jeszcze dziadkowie, to wcale dzieci nie musiałyby zostać zabrane! W takiej sytuacji policja pyta, czy na najbliższe 24 godziny rodzina przejmie opiekę. Ale wtedy dziadkowie stwierdzili, że nie. Że już mają tego dosyć, że te dzieci są krzywdzone. Więc zostały zabrane do pieczy zastępczej.

Ile miały lat?

Sześć i dziesięć. Asystentka rodziny i kurator byli w szoku, bo te dzieci nie uroniły ani jednej łzy. Były przerażone wcześniej. Kiedy widziały ojca z nożem. 

A jak się zachowali ich rodzice, kiedy wytrzeźwieli?

Spodziewa się pani, że byli wstrząśnięci i chcieli je jak najszybciej odzyskać? Nic podobnego. Pracownik socjalny poszedł do nich następnego dnia i zastał ich przy śniadaniu: luz, spokój, jakby nic się nie stało. Dopiero po dwóch czy trzech dniach ta kobieta zadzwoniła do dzieci, ale one jej powiedziały, że nie chcą wracać do domu. Wyobraża sobie pani, co tam się musiało dziać? 

Chyba się boję sobie wyobrażać. 

W tych rodzinach dzieją się rzeczy straszne, tymczasem nas - którzy dzieci chcemy ratować - podejrzewa się o to, że zabieramy je od rodziców, żeby mieć premie do wypłaty.

Dzieci zawsze się zabiera z powodu alkoholizmu i przemocy (fot. Rafał Michałowski / Agencja Gazeta)
Dzieci zawsze się zabiera z powodu alkoholizmu i przemocy (fot. Rafał Michałowski / Agencja Gazeta)

Nie wierzę, że ktokolwiek może tak sądzić!

Zdziwiłaby się pani! Ja to słyszę od ludzi! 

Domyślam się, jak to panią musi boleć, bo pani żyje swoją pracą i ma piękną empatię. 

Bóg mi świadkiem, że jeśli się wypalę i stwierdzę, że ten zawód mi nie daje radości, to zmienię pracę! Ja od pierwszego roku studiów wkuwałam, że podstawa to jest indywidualne podejście do klienta! Zenek i Marek mogą mieć taką samą historię życia, ale nie ma takiej opcji, żebym ja ich tak samo traktowała! Każdy jest inny! A jak przychodzi do mnie facet, który mnie już pięć razy zawiódł, to ja ciągle wyciągam rękę i chcę pomóc. Nie odmawiam tej pomocy.

Zawiódł, czyli napił się?

Miałam takiego pana, który przyszedł po dwóch miesiącach w szpitalu i ja go wtedy po raz pierwszy zobaczyłam trzeźwego. Umyty, ogolony, czysto ubrany. Każdego można wyciągnąć z rynsztoka. Przez jakiś czas sobie radził, ale alkohol wygrał. Moja kierowniczka od razu mi powiedziała: "Naciesz się tym momentem, bo on tego nie udźwignie". Nie mam o to pretensji. Obiecał, że się zgłosi na leczenie.

Kiedy pani tak przeżywa każdą kolejną historię, starsze stażem koleżanki nie mówią: "Przejdzie ci!"? 

Teraz jestem w młodym zespole i wszyscy żyjemy pracą! Ale w poprzednim miejscu słyszałam to milion razy. Ale nie wchodziłam w takie dyskusje. Nie ma sensu rozmawiać z osobami, które są wypalone zawodowo. Jak ktoś jest wypalony, to może na to wziąć L4. Ja się staram widzieć dobro w człowieku, nawet jak wiele wskazuje, że to nie jest dobry człowiek. A wypalone koleżanki nie są empatyczne. I wtedy jestem w stanie uwierzyć, że przysłowiowa "baba z opieki" rzeczywiście nakrzyczała. A nam nie wolno na nikogo krzyczeć. Choć czasem trudno się opanować: przyszedł pijany klient i wyzywał mnie od k...y.

To samo słyszałam od opiekuna z domu pomocy społecznej: że przyzwyczaił się do wyzwisk. 

Nasi klienci to są ludzie, którzy mają problemy z tyloma dziedzinami życia. Tamten człowiek wrócił następnego dnia i przepraszał. A ja powiedziałam: "OK, wypstrykał się pan, to teraz ja powiem, co mam do powiedzenia". Kulturalnie, z klasą. Ale nie twierdzę, że to jest standard postępowania w ośrodkach pomocy społecznej.

W poprzednim miejscu, w którym pracowałam, była taka sytuacja: do OPS-u przychodzi bezdomna, nikomu nie zagraża - gdyby tak było, zadzwonilibyśmy na policję - siada, mówi do siebie, bierze kartkę, długopis i rysuje. A na to wpada kierowniczka i wyrzuca ją za drzwi. Krzyczy. To niedopuszczalne! Kierownicy nie są właścicielami OPS-ów, a OPS-y to nie są korporacje ani banki. Tu nie przychodzą ludzie ładnie ubrani i nie ma "ą" i "ę". Zdarzają się klienci śmierdzący kałem, moczem czy obrzygani, a ja muszę ich przyjąć i nie wolno mi okazać obrzydzenia czy pogardy. Czasem po takiej rozmowie muszę długo wietrzyć pokój, ale taka już natura tej pracy.

Osoby, które się zgłaszają, mają często problem z wieloma dziedzinami życia (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)
Osoby, które się zgłaszają, mają często problem z wieloma dziedzinami życia (fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Kilka razy podczas naszej rozmowy wspominała pani o osobach, które opuściły zakłady karne. Wielu ma pani takich podopiecznych? 

Niewielu. Ostatnio był taki, który siedział 10 lat za narkotyki. Koleżanka się go bała, ale ja nie. Dopytywałam, w jakim więzieniu siedział, jakie miał warunki. I ten mężczyzna stwierdził, że bardzo mu się tam podobało (śmiech)! Że ekstrajedzenie, siłownia, wszystko fajnie. Kursy porobił i jeszcze kolegę miał obok, który na wolności robił tatuaże i za darmo mu zrobił ekstradziary. Dla mnie czy dla pani to by była tragedia iść do więzienia, a dla niego to było superfajne doświadczenie (śmiech).

Pierwszy raz, odkąd rozmawiamy, pani się roześmiała! 

Bywają w mojej pracy humorystyczne akcenty, ale też dni, kiedy jest po prostu radość! Przychodzi klient i się cieszy, że znalazł zatrudnienie, albo kobieta mówi, że właśnie się uwolniła od swojego kata. Na stu klientów może dwóch ma powody do radości, ale to zawsze coś. I my się cieszymy razem z nimi! 

Zachwycam się tą pani energią i entuzjazmem i mam nadzieję, że on pani jeszcze długo nie minie. 

Ta praca ma w sobie coś uzależniającego. Naprawdę! Nie wyobrażam sobie innej. Ja tym autentycznie żyję. Czuję się trochę jak superbohaterka (śmiech), która chce zdążyć na czas i ich wszystkich uratować. Może jutro jednak kobieta, którą od dawna przekonuję do założenia Niebieskiej Karty, powie, że się zdecydowała? Nie ma chyba drugiego takiego zajęcia, które pozwalałoby przeżywać takie stany emocjonalne!

Zauważę tylko na koniec, że angażuje się pani o wiele bardziej, niż na początku pani twierdziła, i to hasło: "Opieka się kurczaka" nie jest adekwatne do pani postawy. Może jednak zdecyduje się pani podpisać pod naszą rozmową imieniem i nazwiskiem?

Wtedy kierowniczka w ogóle nie pozwoliłaby mi udzielić tego wywiadu, a zależało mi bardzo, żeby opowiedzieć, jak naprawdę wygląda nasza praca. 

*Imię bohaterki zostało na jej prośbę zmienione

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (123)
Zaloguj się
  • czarna_zoska

    Oceniono 42 razy 36

    Nie jestem zadnym pracownikiem socjslnym. Prywatnie pomagalam dziewczynie. 21 lat, 3 dzieci. Kazde z innym. Chcialam oplacac jej przedszkole dla dzieci byle tylko skonczyla jakies kursy zawodowe. 2-3 tygodnie przyprowadzala dzieci potem przestala. Zagrozila ze sie zabije i dzieci bo juz nie moze. Mops zabral jej dzieci i umiescil w cudownej rodzinie zastepczej. Tego samego wieczoru poszla do kolezanki i przymierzala ciuchy kilka godzin. To jest taki wlasnie rodzaj ludzi. Malenkie dzieci, wystraszone u obcych ludzi a ona przymierza ciuchy. 10 razy na 100 obietnic odwiedzala te dzieci. W miedzyczasie urodzila kolejne dziecko a gdy wprowadzono 500+ wystapila o zwrot trojki. Nie wiem czy je odzyskala i jakie sa jej koleje bo sie wyprowadzila z okolicy.

  • moniqe6

    Oceniono 30 razy 28

    Straszne ale prawdziwe! Skandalem jest to,że nie ma współpracy pomiędzy instytucjami i nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. Panie z MOPSu są ograniczone godzinami pracy, kurator choc może więcej często mu się nie chce, bo trzeba ruszyć tyłek a potem jeszcze to opisać, policja tłumaczy,że jest tylko do zabezpieczenia, pedagodzy wolą się nie mieszać, bo trzeba będzie sie po sądach poniewierać, sąsiedzi wolą nie widzieć i nie słyszeć i zostawić siły na komentarze w stylu gdzie była policja, opieka jak już się cos stanie.... I wiem co mówię, bo brałam w tym udział. Nikt nie wykazuje empatii. NIe jestem zwolenniczką bezstresowego wychowania ale chyba można odróżnić prawdziwą tragedię dziecka w domu rodzinnym, od buntu i grymasu młodego człowieka! Zmiany należy zacząć od samej góry czyli od sędziów , którym należałoby przyprawić jaja, których i,m brak, bo jak już sprawa sprawa na wokandę po wielu perypetiach, to jeden czy drugi nie znajduje "podstaw prawnych" bo brakło przysłowiowego przecinka. Uważam, po kilkunastu latach pracy w tym temacie,że większą krzywdę można wyrządzić dziecku zostawiając go z oprawcą niż "pochopnie" go od niego odizolować poprzez umieszczenie tymczasowe w pieczy zastępczej!

  • czesarna

    Oceniono 40 razy 26

    Konieczność zachowania anonimowości przez pracownicę pomocy społecznej wymuszona troską o zachowanie pracy jest świadectwem braku zrozumienia ze strony jej zwierzchników (a przede wszystkim złego ich doboru). Świadczy to, że na bardzo trudnym odcinku nadzwyczaj odpowiedzialnej pracy społecznie niezbędnej zatrudnione bywają osoby bez stosownych predyspozycji, kwalifikacji i nienadające się do tego, za co gotowe są pobierać wynagrodzenie, choć przynoszą SAMĄ szkodę. Szkodę czynią przede wszystkim z reguły zgubionym podopiecznym, (podwładnym) współpracownikom i marnują fundusze przeznaczone na pomoc społeczną. Jaskrawo zły dobór ludzi jest tu najbardziej dotkliwą bolączką. Komentarz poniżej /smiki48/ razi podobnymi wadami i wskazuje, jak niestosowne potrafimy formułować opinie, co sugeruje, że nie stać nas na zrozumienie ludzi w trudnym położeniu, bo tkwi w nas obłudna wiara w swoją - podobno życiową - "mądrość" . Bezduszność i nic więcej!

  • n3xt

    Oceniono 21 razy 19

    Praca niewdzięczna już z samej swojej specyfiki. Do tego raczej trudno w niej o wdzięczność czy dobre wynagrodzenie. Zmęczenie psychiczne, mierzenie się z ogromnymi ludzkimi problemami, dramatami, codziennością takich ludzi, rodzin, dzieci.
    Trzeba też spojrzeć na ramy prawne, społeczne w jakich ludzie jak bohaterka wywiadu pracują. Co mogą zrobić, jakie są możliwości prawne, ale także ekonomiczne w połączeniu przecież z emocjami pomiędzy tym wszystkim.
    Niestety pewnie takie podejście prezentuje mniejszość, może jacyś specyficzni ludzie. Oby się pani Anna* nie wypaliła, życzę sukcesów w pracy, spokoju w życiu osobistym, rozumienia osób postronnych i przełożonych oraz tego żeby przełożeni i rząd pomagał i doceniał taką pracą i ludzi.

  • czarna_zoska

    Oceniono 23 razy 19

    Dla mnie najsmutniejsze jest to ze agresja rodzi agresje. Te biedne dzieci o ile przezyja to wyrosną na takie same osobniki. Nerwowe z problemem alkoholowym, wiecznie bez pracy. Zastanawiam sie czemu tyle agresji w spoleczenstwie, ano wlasnie przez to ze nie ma polityki rodzinnek. 500 + nie zastapi dziecku milosci rodzica.

  • aheniutek

    Oceniono 22 razy 16

    To gów...niany zawód, nisko oplacany. Nie niedoceniany a gó...any. Pracowników socjalnych kopią po dupie inne instytucje, opluwają klienci. Po kilku latach w wielu przypadkach pracownik socjalny traci część zdrowia psychicznego, co ładnie nazywa się wypaleniem zawodowym, a przede wszystkim wiarę w zapewnienie bezpieczeństwa przez państwo. Młodzi adepci pracy socjalnej nie łudźcie się, że będziecie lepsi, inni, że naprawicie świat. Nie naprawicie. Przekwalifikujcie się jak najszybciej i poszukajcie innej, normalnej pracy, gdzie wynagrodzą Was godnie i docenią.

  • Oceniono 17 razy 13

    Świetny wywiad. Gratuluje Pani. Szczerze i profesjonalnie. To prawda, nie ma opieki jest pomoc. Podpisuje się pod tym wywiadem bo pracuje w zawodzie blisko 20 lat i mam podobne doświadczenia i odczucia. Pozdrawiam.

  • gab48

    Oceniono 23 razy 13

    A jutro Pani Kalita napisze, jak to paskudni pracownicy Jugendamtu zabrali niewinnym Polakom dziecko do zniemczenia.

  • szaryjan

    Oceniono 12 razy 12

    Moi mili, tego typu rodziny będą regularnie doprowadzać do porządku swój dom i wszystko wokół siebie (na wódkę musi być), do wyjścia Pani kurator, będzie super, a później "hulaj dusza". System norweski, angielski, szwedzki i bodajże równie niemiecki = dobro i bezpieczeństwo dziecka ponad wszystko. Nie jesteś w stanie zapewnić dziecku odpowiednich warunków, przykro nam, ale dziecko nie może cierpieć z powodu bezmyślności rodziców, trzeba się zastanowić nad płodzeniem dzieci, trochę odpowiedzialności. Chcesz kilkoro dzieci - zastanów się, czy jesteś w stanie im zapewnić odpowiedni standard życia !!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX