Po jednej twarzy na każdy język - to pociągająca koncepcja dla każdego, kto lubi kamuflaż albo ma w sobie coś z niespełnionego aktora. Kto czuje, że jego obecne wcielenie go ogranicza, a nie wystarcza mu brawury, by niczym David Bowie stworzyć sobie kosmiczne alter ego, może po prostu zanurzyć się w nowy język.
Znana w Stanach Zjednoczonych terapeutka Priska Imberti, emigrantka z Argentyny, doświadczyła takiego właśnie przeobrażenia. Okazało się, że wraz z językiem zmieniło się jej spojrzenie na świat. Imberti, na co dzień wysłuchująca cudzych bolączek i interpretująca je, przekonuje nas, że "chcąc skutecznie porozumiewać się w języku niewypływającym z naszego ja> czy z głębi naszego jestestwa, w języku, który nie odzwierciedla naszego związku z kulturą, którą reprezentuje, musimy stać się nowymi ludźmi".
Język a osobowość
Nie ma lepszego sposobu na zademonstrowanie własnego dziedzictwa kulturowego niż posłużenie się językiem. Wycinanki łowickie czy mistrzostwa w lepieniu pierogów pewnie też mogą się przydać, ale niekoniecznie pomagają w formułowaniu poglądów i przekonań. Język przekazuje najważniejsze elementy tego, co wynieśliśmy z rodzimej rzeczywistości. Całe szczęście. Umiejętność przekazywania wyłącznie jednoznacznych komunikatów w rodzaju "Nie zamawiaj mi pizzy z salami" i "Co roku jeżdżę nurkować do Egiptu", nie czyniłaby ludzkiego daru języka nawet w połowie tak interesującym. I tak demaskującym. Język wyraża naszą osobowość i sposób bycia, które są zakodowane właśnie w tym, jak się wypowiadamy, jakich używamy słów, w subtelnościach, także w stężeniu przekleństw, błędów czy niechlujstwie. Bariera językowa potrafi zablokować przepływ nawet prostych komunikatów, a co dopiero wymagających intelektualnie dyskusji, dowcipów czy ripost. Język drugi używany przez osoby nie do końca osadzone w rzeczywistości, którą ten język tworzy, ukazuje zaledwie wersję demo ich osobowości. Wydaje się, że ta pełna - wielowymiarowa i wyrosła na gruncie języka ojczystego - wersja czai się gdzieś za fasadą słów.
Psychologowie prawdopodobnie złapaliby się za głowy, gdyby im zasugerować, że dwujęzyczność wpływa na osobowość. Według nich zdecydowanie nie przypomina ona smakowicie pachnącej ciastoliny sprzedawanej w plastikowych kubeczkach, z której wedle uznania - i wedle języka - ulepić można zarówno natchnionego spokojem melancholika, jak i wiecznie pobudzonego choleryka. Osobowość jest tworem stabilnym, złożonym ze względnie trwałych cech, nie podlega językowej kreacji. Prowadzone przez psycholingwistów badania analizujące językowe zachowania pojedynczych osób potwierdzają jednak fascynujące zjawisko: jest nim współistnienie dwóch sposobów bycia w jednej, dwujęzycznej, a ponoć przecież zintegrowanej, istocie ludzkiej.
Kto sam włada dwoma językami, ten i bez badań jest w stanie zauważyć, że w języku drugim, choćby doskonale opanowanym, mówi po prostu inaczej. Często posługujemy się nim z mniejszą elastycznością, brzmimy mniej nonszalancko. Jesteśmy skupieni na regułach gramatycznych i doborze właściwego słownictwa. Związani gorsetem poprawności językowej, nie zawsze pozwalamy sobie na spontaniczność, którą daje nam język ojczysty. W trakcie niezobowiązującej kolacji ze znajomymi z zagranicy aż chce się popisać humorem i ciętą ripostą. Tymczasem, jeśli nasz język drugi nie należy do najlepszych kelnerów, najczęściej kończy się na wzięciu głębokiego wdechu. Zanim mentalna wyszukiwarka podświetli słowo bądź frazę idealnie pasujące do spuentowania wypowiedzi rozmówcy, ten będzie już trzy tematy dalej. Leżysz potem w łóżku, nie mogąc zasnąć, bo wciąż rozmyślasz o tym, jak pięknie mogłeś skontrować wypowiedź kogoś, kto wymądrzał się na temat czegoś, na czym akurat doskonale się znasz. On trajkocze jak szalony, a ty, marszcząc czoło i przebierając nogami, wysilasz wszystkie zwoje, myśląc, jak powiedzieć, że gada od rzeczy. A gdy już otworzysz usta, stwierdza, że musi już iść - nieświadomy, że oblicze zacukanego misia to ani twoje jedyne, ani reprezentacyjne oblicze.
Rozdwojenie jaźni?
Każdy z opanowanych lepiej czy gorzej języków odsłania naszą inną twarz. W badaniu przeprowadzonym przez Michele Koven na osobach dwujęzycznych jedna z uczestniczek, Linda, przyznała, że używając ojczystego portugalskiego, ukazuje osobowość ukształtowaną w domu rodzinnym. Linda w "wersji domowej" jest powściągliwa, niemal nie używa przekleństw i nie pozwala sobie na rubaszne żarty. Chodząca reklama przyzwoitości i opanowania, postawy lansowanej przez konserwatywną rodzinę. Przełączenie na język drugi, w jej przypadku francuski, sprawia jednak, że grzeczna i opanowana Linda ukazuje zupełnie inne oblicze. Używając francuskiego, języka poznanego z dala od bogobojnego domu i wykorzystywanego w kontaktach z rówieśnikami, pozwala sobie na swobodne wyrażanie emocji, okazjonalne przekleństwa i dwuznaczne żarty. Badacze nadają językowi drugiemu szczególny status: language of detachment. To język oderwania, taki, którego ładunku emocjonalnego nie odczuwa się tak bardzo jak w przypadku języka ojczystego. Linda chętniej klnie i nie unika sprośności po francusku, bo ten język nie wydaje jej się tak przytłaczający i dosłowny jak portugalski, i nie uderza jej swą brzydotą czy niestosownością.
W przypadku uczestniczki badania Anety Pavlenko - Rebekki, Brytyjki, która poza angielskim włada także francuskim i walijskim - rzecz wygląda odwrotnie, ale nie mniej interesująco: "Kiedy mówię po francusku [drugi język Rebekki, przyp. aut.], jestem milsza, spokojniejsza i poważniejsza; kiedy mówię po angielsku [język ojczysty Rebekki, przyp. aut.], jestem bardziej wulgarna i częściej używam slangu" - zapewne wskutek większego oswojenia z rodzimą ulicą i jej nieparlamentarnymi odzywkami. Wydaje się, że przypadek Rebekki potwierdza teorię, że milczenie niekoniecznie świadczy o tym, co inni mogą podejrzewać. Otwarcie przyznaje ona, że gdy posługuje się najsłabiej przez siebie opanowanym językiem - walijskim - praktycznie nie ma osobowości: "No, może jedynie zgadzam się ze wszystkimi wokół, bo łatwiej się ze wszystkim zgadzać niż być zmuszoną samodzielnie formułować swoje poglądy!".
Co więc pomyślała sobie Holenderka, której ubłocony od pyska po ogon labrador skoczył na mnie radośnie na środku amsterdamskiej ulicy, dekorując mój świeżo uprany płaszcz brązowymi cętkami? Kobieta to przepraszała mnie, to karciła ubłoconego zwierzaka, to znów pomagała mi doprowadzić się do ładu. W uszach brzęczał mi jej niderlandzki, podobno mój język czwarty, ja zaś słyszałam głównie głośne skrzypienie dźwigni z napisem "niderlandzki", języka ponoć zainstalowanego w mojej głowie. "No powiedz coś" - szeptał umysł, uruchamiając z mozołem mój czwarty język. "Najlepiej powiedz, co myślisz, powiedz, że jesteś wściekła, bo nie masz się w co przebrać, boisz się tego szalonego psa i chce ci się wyć". Ale nie. Na to czwarty język nie pozwolił, był zbyt słabiutki i za długo się uruchamiał. Mogłam co prawda szybko zasłonić się rwącym się do boju, zawsze gotowym angielskim, chciałam jednak zachować resztki honoru, w końcu nie po to uczyłam się niderlandzkiego przez trzy lata, żeby teraz jak ostatni tchórz wycofać się do angielskiego! Skrzypienie w głowie nasila się, dźwignia uruchomiona. "Nic się nie stało" - sylabizuję po niderlandzku, wściekła na siebie, że tylko na takie wyznanie mnie stać. Właścicielka szalonego labradora była zbyt przejęta aferą, by oceniać moje językowe popisy; gdyby to zrobiła, doszłaby pewnie do wniosku, że jestem wcieleniem albo zen, albo otępienia. Osobę zakneblowaną przez językową niemoc łatwo uznać za kogoś, kto nie ma nic do powiedzenia, mimo że już w innej językowej dekoracji może się okazać kimś elokwentnym, o bogatej osobowości. A jakiej dokładnie - to właśnie zdradza używany język. Pytanie tylko, który z nich pokazuje to najprawdziwsze oblicze.
Wypisz wymaluj - rozdwojenie, a nawet roztrojenie jaźni. Badający dwujęzyczność od kilku dekad François Grosjean odwodzi nas jednak od takich dramatycznych osądów: osoba dwujęzyczna nie ma podwójnej osobowości. Po prostu dostosowuje swoje zachowanie i używany język do okoliczności i ludzi, z którymi się komunikuje. Na pytanie, dlaczego Linda używając francuskiego, przeklina, Grosjean odpowiedziałby z prostotą godną wielkiego językoznawcy: "Bo może". Linda używa francuskiego wśród znajomych, z którymi na pewno czuje się swobodniej niż przy swojej mamie. Innymi słowy, jeśli Linda nie opowiada przy rodzinnej kolacji sprośnych dowcipów, to tylko dlatego że jej matce takich dowcipów się nie opowiada, a nie dlatego, że w jej towarzystwie Linda aktywuje określoną osobowość.
Związek języka z emocjami
Gdy języka drugiego uczymy się później niż w dzieciństwie i wczesnym okresie dojrzewania, czyli później niż na etapie gromadzenia podstawowych doświadczeń i najistotniejszych danych o świecie, faktycznie może on znacząco różnić się od pierwszego. Niekoniecznie jednak jest aż tak ułomny, gdy chodzi o ekspresję. On też służy do wyrażania uczuć - tyle że odmiennych. W tej sferze między dwoma językami nigdy nie ma pełnej symetrii. Jeśli miłośnik filozofii zgłębiał tę naukę po francusku, prawdopodobnie w tym języku będzie o niej mówił najpiękniej i najbardziej szczegółowo, niezależnie od tego, jakim językiem włada od dziecka. W naszym osobistym repertuarze pewne języki po prostu nadają się lepiej do snucia opowieści na taki czy inny temat. Z wyjątkiem opowieści o dzieciństwie - tu niemal zawsze najlepiej pasuje ojczysty. Wystarczy wysłuchać wspomnień imigrantów z badania Koven. Kiedy opowiadali je w swoich językach ojczystych, kipiały od emocji, mało tego - epizod, który zdarzył się w danej rzeczywistości językowej, był przez nich opisywany o wiele bardziej szczegółowo, gdy mówili w odpowiadającym mu języku, jakby pamięć faktycznie działała z nim w sprzężeniu. Język to smaki, zapachy i kolory konkretnej rzeczywistości. Wspomnienia w różnych językach mogą zatem różnić się wieloma szczegółami. Czy to nie przydatna informacja dla osób w związkach językowo mieszanych? Jeśli interesuje je przeszłość partnera, mogliby poznać ją znacznie lepiej. poznając jego język ojczysty.
Przez całe lata nestorów myśli językoznawczej, z Noamem Chomskim na czele, niespecjalnie interesował związek języka z emocjami. Jednak badacze, którzy wyszli z ciepłego kokonu teorii i przyjrzeli się temu, co ludzie naprawdę mówią i jak mówią, przeżywając swoją przygodę z językiem, nareszcie dostrzegli ogromne znaczenie kontekstu - także emocjonalnego - dla nauki języka obcego. Okazało się, że nie tylko biegłość w języku sprawia, że staje się on dla nas bardziej emocjonalny. Biegłość to raczej dowód na to, że mieliśmy z językiem kontakt w sytuacjach, w których musieliśmy zaangażować emocje. Im więcej językowych przygód przeżywamy, im częściej używamy języka w sytuacjach dalekich od sztampowych pogawędek w hotelowych recepcjach czy na stacjach benzynowych, tym większe są nasze kompetencje.
* Fragmenty książki Jagody Ratajczak "Języczni. Co język robi naszej głowie" ** Śródtytuły pochodzą od redakcji
KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>
Jagoda Ratajczak. Ur. 1987. Filolożka, tłumaczka przysięgła i konferencyjna, członkini Polskiego Towarzystwa Tłumaczy Przysięgłych i Specjalistycznych TEPIS oraz Związku Zawodowego Tłumaczy Przysięgłych. Absolwentka Wydziału Anglistyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Jako sferę badań i działań upodobała sobie psycholingwistykę, naukę o dwujęzyczności i akwizycji języka, w której próbuje odnaleźć odpowiedzi na pytania nurtujące ją od dzieciństwa. Mieszka w Poznaniu, pracuje tam, gdzie trzeba.