Kapsztad

Kapsztad (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

Polacy w RPA. Jak się żyje w kraju kontrastów?

Cały świat w jednym kraju - jeśli chodzi o przyrodę, jest tu prawie wszystko. Publiczna służba zdrowia działa niewydolnie, prywatna - według najwyższych standardów. Jak gdzieś się wychodzi, lepiej się zastanowić, czy będzie tam bezpiecznie. A jednocześnie pięknych miejsc jest tyle, że nie wiadomo, gdzie się wybrać.

Eryk, 42 lata

Do RPA trafił na kontrakt. Pracuje w firmie logistycznej. Teraz chwilowo mieszka w Polsce, bo wygasła mu wiza, ale od kilku lat żyje w Kapsztadzie. Aplikował ponownie, dostał odmowę, czeka na rozpatrzenie odwołania. - Trudność z pozwoleniem na pracę w RPA jest taka, że oficjalne bezrobocie to 29 procent, więc ogranicza się możliwość zatrudniania obcokrajowców - tłumaczy Eryk.

Gdy przeprowadzał się do RPA, z Polski wziął prawie cały dobytek. - Nawet żelazko, deskę do prasowania czy papier do drukarki - wylicza. - Nie byłem pewien, co zastanę na miejscu. Teraz się wstydzę, że tak myślałem.

Pozytywnie zaskoczyła go służba zdrowia. Publiczna jest niewydolna, ale praktycznie każdy, kto pracuje, wykupuje opiekę prywatną. A tu obowiązują najwyższe standardy. - Raz podczas biegania zrobiłem sobie coś ze stopą, fizjoterapeutka skierowała mnie na prześwietlenie - opowiada Eryk. - Poszedłem do kliniki, zaczęli przepraszać, że będę musiał dłużej poczekać. Czekałem 34 minuty. Ledwo wyszedłem z gabinetu, dzwoni fizjoterapeutka i mówi, że wszystko jest w porządku. Okazało się, że już miała zdjęcie u siebie w systemie.

Duży nacisk kładzie się na profilaktykę. - Firma sprzedająca ubezpieczenie zdrowotne wprowadza różne cele: na przykład jak uprawia się sport, dostaje się punkty, które potem można wymienić na przykład na smoothie. Ludzi bardzo to motywuje. Nagradzane jest też wykonywanie badań profilaktycznych - opowiada Eryk. Raz w ten sposób udało mu się zdobyć 30-procentowe zniżki na bilety lotnicze. Podobnie działają ubezpieczalnie samochodów. - Zakładają w aucie czujnik. Jeśli przejedzie się tygodniowo 100 kilometrów bez przekraczania prędkości i ostrego hamowania, zdobywa się punkty. Ludzie jeżdżą więc przepisowo.

Eryk twierdzi, że dopiero mieszkając w RPA, zaczął rozumieć powiedzenie: "Wy macie zegarki, my mamy czas". - Dla Europejczyka może brzmieć jak hiszpańskie maniana, a tu chodzi o co innego. Jak się stoi w supermarkecie w kolejce, kasjerzy często rozmawiają z klientami i nikogo to nie denerwuje - twierdzi. Ten luz widoczny jest też w pracy, ale się go nie nadużywa. Ludzie nie mają syndromu poniedziałku, bo firmy starają się o dobre samopoczucie swoich pracowników. - Jeśli ktoś chce się zdrzemnąć w biurze, to proszę bardzo. Podejście jest takie, że po 15-minutowej drzemce ten pracownik będzie bardziej efektywny. W mojej firmie zawsze były lody, a w piątek zostawaliśmy często po godzinach na lampkę wina czy piwo - opowiada Eryk.

Eryk podczas biegu na 100 km w Górach Smoczych (fot. Archiwum prywatne)
Eryk podczas biegu na 100 km w Górach Smoczych (fot. Archiwum prywatne)

W RPA ludzie mniej też przejmują się wyglądem i konwenansami. Gdy do Eryka przyjechała mama, postanowił zabrać ją do opery. - Martwiła się, że nie ma co na siebie włożyć. Przekonałem ją, że to nie jest problem. Tu do teatru czy opery można przyjść na sportowo, w ludowym stroju czy w garniturze. Mama uspokoiła się już w holu - śmieje się.

Bardzo popularnym sposobem spędzania wolnego czasu w RPA jest tzw. braai, czyli grill. - W każdej rodzinie jest taki mistrz braaia, ktoś, kto najlepiej radzi sobie z przygotowaniem steków - wyjaśnia Eryk. - Południowoafrykańczycy są dumni ze swojej wołowiny. Wegetarianizm nie cieszy się tu uznaniem. Myślę, że może być traktowany jako zagrożenie dla przemysłu mięsnego, zamach na zwyczaje, kulturę - twierdzi i dodaje, że mieszkańcy RPA chronią też swój przemysł tekstylny, choć produkowane tam ubrania nie są zbyt dobrej jakości. Ale na te sprowadzane spoza kraju jest wysokie cło, więc są stosunkowo drogie.

Eryka fascynuje przyroda RPA. - Na początku bałem się węży, bo jest tu ponad 20 gatunków, z czego część jadowita. Ale kobrę zobaczyłem raz i dopiero po czterech latach mieszkania w tym kraju - opowiada. - W okolicach Przylądka Dobrej Nadziei można spotkać pingwiny, antylopy, zebry. A wielka różnorodność zwierząt jest w Parku Narodowym Krugera, przy granicy z Mozambikiem. Wjeżdża się tam samemu, bez przewodnika. Są wskazówki, gdzie nie wysiadać z samochodu albo jak poznać, że słoń cię atakuje. Lwy podchodzą na odległość metra. Ale nawet przy otwartym oknie nic złego się nie dzieje.

Niebezpieczniej może być w mieście, wśród ludzi. - Jak gdzieś chcę pobiegać albo pójść wieczorem, to najpierw muszę się zastanowić, czy wybrałem dobre miejsce - mówi Eryk. Dodaje, że w RPA trudno funkcjonować bez samochodu: - Kapsztad jest jedynym miastem w tym kraju z transportem publicznym w stylu europejskim. MyCiti Bus to wysokiej klasy autobusy miejskie, za mniej bezpieczne uznaje się busiki, które dowożą do pracy ludność z townshipów, czyli dzielnic ze slumsami. Nazywa się je taxi, a jak ktoś chce wziąć taksówkę, to powinien zaznaczyć, że chodzi o "cab" albo "private taxi".

Eryk twierdzi, że w RPA funkcjonuje system wyrównywania szans: - Jeśli jest stanowisko do obsadzenia i konkurują o nie osoby o tych samych kwalifikacjach, to najpierw przyjmuje się czarną kobietę, potem czarnego mężczyznę, kolorową kobietę, kolorowego mężczyznę, Azjatkę, Azjatę, a na końcu białą kobietę i białego mężczyznę. Firmy są z tego rozliczane, dostają certyfikat i państwowe przedsiębiorstwa pracują tylko z tymi, które mają wskaźniki zatrudnienia ciemnoskórej ludności powyżej określonego poziomu. Są konkretne targety: tyle i tyle czarnej ludności musi być w zarządzie, tyle brać udział w szkoleniach. Wielu osobom białym to przeszkadza, bo trudniej im dostać pracę niż kiedyś. Rząd tłumaczy, że przez lata proporcje były inne i obecny system ma sprawić, by wszystko się wyrównało.

Zuzanna*, 43 lata

Piętnaście lat temu przyleciała do RPA na kontrakt. Najpierw pracowała w Johannesburgu, gdzie poznała swojego obecnego męża, teraz mieszka w Kapsztadzie. - Mój mąż jest Afrykanerem, inaczej Burem. Do tej grupy etnicznej zalicza się potomków Holendrów, Francuzów, Niemców, ale też Szwajcarów. Druga grupa białych wywodzi się z kolonii brytyjskich. W czasie apartheidu nieformalny podział władzy był taki, że Afrykanerzy rządzili krajem, a Brytyjczycy biznesami - wyjaśnia. - Ludność RPA stanowią jeszcze kolejne dwie grupy: ludzi czarnoskórych, a wśród nich kilka grup etnicznych, mówiących odrębnymi językami, i tak zwanych Koloredów, czyli ludności kolorowej.

Widok na Kapsztad (fot. Shutterstock)
Widok na Kapsztad (fot. Shutterstock)

Zuza widzi sporo różnic między Johannesburgiem a Kapsztadem. Do pierwszego ludzie przyjeżdżają, żeby robić karierę i zarabiać pieniądze. - Czarna ludność zdobywa tu doświadczenie i pozycję, żyje na innym poziomie niż w dość konserwatywnym Kapsztadzie, gdzie na wysokich stanowiskach wciąż przeważają biali - mówi. - W Johannesburgu ludzie są też bardziej przyjaźni i otwarci na inne narodowości.

Kapsztad oferuje z kolei znacznie więcej opcji spędzania wolnego czasu. - Tu krócej się pracuje, więcej czasu poświęca rodzinie. Można pójść na plażę, uprawiać sporty wodne, jeździć na rowerach, chodzić po górach - wylicza Polka. - Ale zarobki są niższe o jakieś 30 procent i ofert pracy dużo mniej. Na przeprowadzkę z Johannesburga do Kapsztadu decydują się raczej ludzie zamożni.

Dwa lata temu zamieszkała tu także Zuza wraz z rodziną. Kupili dom, dzieci poszły do szkoły, mąż prowadzi biznes, ona rozwija karierę w marketingu. - Chcemy tu zostać jak najdłużej, czujemy się zakorzenieni, ale nasze dzieci na pewno nie pójdą w RPA na studia, bo na uniwersytetach dzieją się straszne rzeczy. Za naukę płaci się ogromne pieniądze i z tego powodu wybuchają zamieszki. W protestach brali też udział biali studenci, ale wycofali się, kiedy zaczęło się barykadowanie w budynkach uczelni, palenie obrazów, niszczenie akademików - opowiada Zuza.

Póki co jej dzieci chodzą do prywatnej szkoły. Czesne w przeliczeniu wynosi około 1400 złotych miesięcznie za osobę. - To bardzo dużo, a do tego trzeba kupić mundurki, książki, opłacić zajęcia sportowe, w których uczniowie muszą uczestniczyć. A to szkoła podstawowa, bez żadnych fajerwerków. U mnie w publicznej pod Warszawą było lepiej - twierdzi.

Zuza dużo pracuje, zatrudnia pomoc domową. - Stać na to przeciętnego obywatela - mówi. - Nasza Cecylia ma 35 lat i pochodzi z Zimbabwe. Sprząta, gotuje, zajmuje się dziećmi. Z dwójką swoich widuje się raz do roku. Zostawiła je z dziadkami, a w Kapsztadzie mieszka z mężem. To nie tak, że nie miałaby czasu tu się nimi zajmować, ale w szkołach, na które byłoby ją stać, jest potwornie niebezpiecznie - dzieci noszą przy sobie noże, dochodzi do gwałtów, morderstw - stwierdza Zuza.

Sylwia, 62 lata

Po raz pierwszy przyleciała do RPA w 1990 roku jako pilot wycieczki. Rok później przeniosła się tam na stałe. - Gdy wylądowałam w Kapsztadzie, ciągle padało i było zimno, a ja miałam same letnie rzeczy. Zawsze się śmieję, że nigdzie nie zmarzłam tak, jak w Afryce - wspomina.

Sylwia z lwami w parku koło Johannesburga (fot. Archiwum prywatne)
Sylwia z lwami w parku koło Johannesburga (fot. Archiwum prywatne)

Ma wielu znajomych w townshipach. - Czasem zabieram tam turystów. Po powrocie z jednej z takich wycieczek rozmawiałam z kolegą ze Stanów, który mieszkał w RPA. Spytał, czy nadal jest tam tak niebezpiecznie, bo - jak twierdził - raz przejeżdżał przez jedną z takich dzielnic i wszyscy patrzyli na niego tak, jakby chcieli go zabić. Jeśli na takiej podstawie wydaje się opinie, to chyba jest coś nie tak - obrusza się Sylwia. Jej zdaniem starsi mieszkańcy mają świadomość koloru skóry, w młodszych pokoleniach przestaje to być widoczne. - W szkołach publicznych potrafi być niebezpiecznie, ale nie dlatego, że jest rasizm. Szerzy się przestępczość, rasizm nic do tego nie ma - stwierdza.

Najbardziej fascynuje ją tu przyroda. - RPA określane jest jako cały świat w jednym kraju. Są tu olbrzymie otwarte przestrzenie, wspaniałe góry, dzikie plaże i afrykańskie zwierzęta - wylicza. A ludzie? - Są bardzo ciepli, życzliwi, chętni do prezentowania swoich tradycji i kultury. Nie najlepiej się za to z nimi pracuje. W pierwszym biurze podróży, w którym byłam zatrudniona, jak zbliżała się 16.00, to tak, jakby ktoś przystawił do drzwi odkurzacz. Naraz wszystkich wyciągało - śmieje się Sylwia.

Najbardziej męczące w RPA jest dla niej to, że na każdym skrzyżowaniu można spotkać kogoś proszącego o pieniądze. - To całe gangi. Ilu może być niewidomych w Kapsztadzie? - pyta. Podkreśla, że Afryka uczy pokory i rozsądku: - Jak jedziesz od skrzyżowania do skrzyżowania, a na każdym ktoś prosi o pieniądze, zdajesz sobie sprawę, że wszystkich biednych nie wyżywisz.

Po lewej: restauracja z paleniskiem w środku, gdzie dziczyznę serwuje się prosto na talerz, po prawej: park z lwami koło Johannesburga (fot. Archiwum prywatne)
Po lewej: restauracja z paleniskiem w środku, gdzie dziczyznę serwuje się prosto na talerz, po prawej: park z lwami koło Johannesburga (fot. Archiwum prywatne)

Andrzej, 66 lat

Geodeta, w RPA od 1982 roku. Dlaczego wybrał właśnie ten kraj? - Bo to jedyny, który zaoferował mi wtedy start w zawodzie - mówi Andrzej. - Podpisałem kontrakt z kopalnią złota. Trzeba było wytyczać i mierzyć tunele, sprawdzać urobek. Po półtora roku przeniosłem się do pracy na konstrukcjach. Stwierdziłem, że wolę pracować nad ziemią.

Andrzej od czterech lat nie pracuje. Celowo nie używa określenia, że "jest na emeryturze". - Jeśli sam sobie nie zorganizujesz inwestycji i nie pomyślisz, jak będzie wyglądała twoja starość, to nie masz co liczyć, że zadba o ciebie państwo. Ktoś, kto pracował przez wiele lat na dobrym stanowisku w dużej firmie, pewnie uzbiera na jako taką emeryturę, ale nie będą to dobre pieniądze. Tu w ogóle socjal jest słaby - mówi.

Jest zadowolony ze swojego komfortu życia, ale przyznaje, że w Kapsztadzie, gdzie teraz mieszka, widać ubóstwo. - Rząd stara się burzyć te blaszane domki i stawiać murowane budynki, ale ludzi szybko przybywa i nie jest ich w stanie zapewnić wszystkim. Widać jednak postęp. Kiedyś, jak jechało się z lotniska, po drodze było mnóstwo lepianek. Dziś stoi ich mniej - mówi.

Andrzej z synami Alexem i Ryanem oraz żoną Janine na Tile Cape Town (fot. Archiwum prywatne)
Andrzej z synami Alexem i Ryanem oraz żoną Janine na Tile Cape Town (fot. Archiwum prywatne)

Marek, 54 lata, i Wojsław, 53 lata

Decyzję o tym, że zamieszkają na stałe w RPA, podjęli w jeden dzień. Najpierw w 2016 roku Marek wyjechał na miesięczny kontrakt do Johannesburga. Akurat na ten czas przypadały jego 50. urodziny. Wojsław myślał, żeby mu wysłać jego ulubione pączki, ale stwierdził, że lepiej będzie, jeśli sam wsiądzie w samolot.  - O 7.00 rano zastukałem do drzwi pokoju hotelowego Marka. Przyleciałem w niedzielę, zostałem do poniedziałku. Niewiele widziałem, ale wystarczyło, żeby zakochać się w tym kraju: inne powietrze, życzliwi ludzie, niesamowite kolory - wylicza.

Wojsław z wykształcenia jest psychologiem, ale w RPA pracować nie może, bo nie pozwala na to wiza małżeńska. - Nie można być na niej nawet wolontariuszem - wyjaśnia. Obaj zamierzają teraz starać się o stałą rezydenturę. Mimo nieuregulowanej jeszcze sytuacji formalnej, kupili dom. - To pomaga dostać wizę na stałe - twierdzi Marek.

Po przeprowadzce do RPA jego zakres obowiązków w firmie zmienił się niewiele. Więcej jest jednak wyzwań na poziomie kontaktów międzyludzkich. - Tu rozmowy przebiegają zupełnie inaczej. Jeśli zlecam inwentaryzację, wiem, że wyniki dostanę po pięciu dniach, a nie po jednym - opowiada. - W południowej Afryce "just now" oznacza "kiedykolwiek w najbliższej przyszłości". Aby podkreślić, że chcemy, by coś było zrobione naprawdę zaraz, mówi się "now, now".

Marek chwali za to bankowość. - Moim zdaniem w RPA jest na wyższym poziomie niż w niejednym kraju europejskim. Wszystko można załatwić online, do płacenia są aplikacje, ludzie nie noszą gotówki, rzadziej też korzystają z kart plastikowych - wylicza, ale zaraz dodaje, że regularnie zdarzają się za to czasowe wyłączenia prądu. - Linie przesyłowe i elektrownie nie były modernizowane przez ostatnich 20 lat - mówi. - Jak pierwszy raz po moim przyjeździe tutaj wyłączyli prąd, to się rozczuliłem - wspomina Wojsław. - Przypomniały mi się czasy dzieciństwa. Tylko wtedy nie wiadomo było, kiedy z powrotem włączą, a tu jest aplikacja, która cię o wszystkim informuje.

Od początku pobytu w RPA nie spotkały ich żadne przykrości. Wojsław: - Jestem tutaj rok, a czuję się wciąż jak na detoksie. Muszę zapomnieć o tej agresji, która była w naszym kraju. Jesteśmy gejami, mieszkaliśmy razem. Oprócz tego jesteśmy żydami. W Polsce naprawdę nie było łatwo. Tu ludzie szanują swojego rozmówcę, akceptują, że ktoś może się z nimi nie zgadzać.

Wojsław i Marek w drodze na Chapman's Peak (fot. Archiwum prywatne)
Wojsław i Marek w drodze na Chapman's Peak (fot. Archiwum prywatne)

Podoba mu się też wolniejszy tryb życia. - Przez wiele lat pracowałem w korporacjach, gdzie głównym słowem był "deadline". W RPA na początku denerwowało mnie, że ktoś jest w sklepie opieszały, że za wolno pakuje. A potem zacząłem doceniać, że pyta, jak się czuję.

Serdeczność jest też widoczna w sferze religii. - Jak mamy Chanukę, to zaprzyjaźniony meczet zaprasza nas do siebie, zapalamy świeczkę, jemy razem, śmiejemy się. Z kolei na zakończenie ramadanu to do naszej synagogi przychodzą muzułmanie. Nie spotkaliśmy tu jeszcze osoby, która by była tak zapiekła, jak niektórzy w Polsce - twierdzi Wojsław. - Ateiści też są szanowani. Tu każdy ma wolność wyboru. Nigdy nie miałem sytuacji, żeby ktoś mnie oceniał, pouczał, mówił, co powinienem zrobić.

Znajomych mają mnóstwo. Jak przychodzą goście, Marek i Wojsław uzupełniają zapasy cukru. - Południowoafrykańczycy do wszystkiego dodają tonę - opowiada Wojsław. - Nie zwracają też uwagi na to, co jedzą. Najlepiej smakują im ziemniaki, chleb, mięso, chipsy i cola. Warzywa to dla nich obcy temat.

Wojsław jest wegetarianinem i nie zawsze może znaleźć w sklepach to, na co ma ochotę. - Uwielbiam nabiał, a tu na przykład serka wiejskiego nie uświadczysz. Sery dojrzewające są z kolei horrendalnie drogie. Ale to, czy ja sobie kupię ser pleśniowy, w ogóle nie ma znaczenia. Zdecydowaliśmy się na wyjazd do RPA, żeby być razem, żeby nas ludzie szanowali jako małżeństwo i żeby nikt nie robił głupich min za naszymi plecami. To było najważniejsze. Żeby czuć się wolnym. I żeby żyć.

*Imię zmienione 

Izabela O'Sullivan. Dziennikarka prasowa i radiowa. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie", "Polityce", "Newsweeku", serwisach Polityka, WP i Polki. Lubi dobrą kawę i literaturę faktu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (311)
Zaloguj się
  • woland7

    Oceniono 58 razy 52

    Artykuł bardzo koloryzowany i politycznie poprawny. Siostra mojej mamy mieszka w RPA od 1982 roku, wyszła za rodowitego Bura. Ja tam latam regularnie od 1990 roku. Kapsztad i Johannesburg to enklawy. Moja rodzina mieszka teraz w Kimberley. Jak jest? W trakcie „rewolucji” zginął szwagier mojej ciotki wraz z żoną i 3 dzieci. Po prostu w nocy kilku miłych czarnoskórych osobników weszło do domu, zastrzelili rodzinę i obrabowali dom. Kamery nagrały ich wejście ale oczywiście nie udało się ich ukarać, no przynajmniej oficjalnie, a tam dosyć otwarcie przyznawali się kto co zrobił. Dom teścia „nieznani” sprawcy obrzucili koktajlami Mołotowa. To był rok 2000, dom spłonął, czarnoskórzy strażacy odmówili ratowania „domu białych”; sprawców nie ujęto. To nie były żadne rezydencje za płotami z drutem i tłuczonym szkłem (teraz w takiej mieszka ciotka), a zwykle domu na przedmieściu. Ja też miałem nóż przy gardle, pewnie uratowało mnie to, że byłem turystą - zabrali aparat, telefon, pieniądze i zegarek, to było w 2010 roku. Publiczna służba zdrowia i edukacja to dramat, myślę że taka Mołdawia czy Albania to przy tym wypas. Policja - jak przyjedzie czarnoskóry policjant do poszkodowanego białego to zwykle bez łapówki nie ruszy. Poziom bezpieczeństwa jest taki, że poza tymi dwoma miastami każdy kogo stać kupuje opancerzone auta. System wyrównywania szans opisany w artykule działa tak, na przykładzie firmy, w której pracuje mój wuj, że czarnoskórzy posłowie czy prominentni politycy lokalni wskazują z imienia i nazwiska kogo firma ma zatrudnić i za ile, przy czym w dużej części wypadków osoby te absolutnie nie wykonują pracy, za którą dostają wynagrodzenie. Oczywiście są też mocno zwesternizowani, dobrze wykształceni czarnoskórzy, którzy chcą pracować i robić karierę, ale to jest skali tego olbrzymiego kraju naprawdę niewielka ilość. Kraj piękny, przyroda super, ale uczy, że gwałtowne przemiany społeczne nie zawsze są korzystne. To już 30 lat, a oni nadal nie potrafią się ogarnąć.

  • druga_wieza

    Oceniono 42 razy 42

    Wzruszające. Przestępczość ogromna, ale za to para gejów może obchodzić żydowskie święto w meczecie.
    No i szkoły do kitu. Płacisz tylko za to żeby twoje dzieci nie oberwały nożem i nie zostały zgwałcone. Za to zachody słońca urocze!

  • kapitan.kirk

    Oceniono 68 razy 36

    Panowie z ostatniego przykładu doprawdy w czepku się urodzili - geje, Żydzi, wegetarianie i nic złego ich nie spotyka, a nawet muzułmanie na święta zapraszają, bo w RPA wszyscy są przyjaźni i nie ma ludzi takich "zapiekłych" jak w Polsce. A to, że rocznie popełnianych jest 21 tys. morderstw (od kilku lat wzrost średnioroczny o 4%), co w przeliczeniu per capita daje wskaźnik 45 (czterdzieści pięć) razy wyższy niż w Polsce, to pewnie tylko ksenofobiczo-rasistowska propaganda zagranicy; albo może ludzie się tam zabijają empatycznie, ze wzajemnym szacunkiem i ciepłym uśmiechem na ustach, więc się w sumie nie liczy.

  • kioto2000

    Oceniono 52 razy 36

    co za bzdury ci ludzie opowiadają. z rpa każdy normalny człowiek chce uciekać. przestepczość wszechobecna na ulicach. domy za wysokimi murami otoczonymi drutem kolczastym pod prądem, nikt nie porusza się bez samochodu, bo może zosatć w najlepszym razie obrabowany.
    w firmach na siłe wprowadza się certyfikaty BBBEE Broad-Based Black Economic Empowerment, które zmuszją firmy do zatrudniania gorzej wyedukowanych, leniwych pracowników czarnoskórych, czy kolorowych i później trzeba się z takimi męczyć, bo oni ani nie potrafią, ani nie chcą, ani nie muszą pracować dobrze, efektywnie, właśnie ze względu na BBBEE, a pieniądze zarabiają takie same jak wykwalifikowany pracownik w Europie Zachodniej. i to wszystko niby dla wyrównania możliwości lokalnej ludności.
    szkoda gadać.

  • Andrzej Kurczych

    Oceniono 38 razy 34

    Mieszkalem w RPA 31 lat i wyjechalem w 2012 roku ze wzgledu na bezpieczenstwo i korupje.To ze to piekny kraj to nie ulega watpliwosci.Dwie skradzione obraczki slubne mojej zony i pistolet przylozony do jej glowy zmienia troche punkt widzenia na kraj.W kazdym razie zycze szczescia na przyszlosc.Oby was to nie spotkalo.A Cape Town ,no coz przepiekne miasto ktore znam bo czesto tam bywalem pracujac dla marynarki wojennej.

  • Ryszard Lordyński

    Oceniono 35 razy 31

    Mieszkałem w Ermelo kilka lat , do RPA przyjechałem w 1980r rządził Botha . To był piękny kraj (dla białych) Po kilku latach uciekłem z tego zmieniającego się kraju, jako dziadek mieszkam w Polsce. Ale ten artykuł to kupa bzdur.
    Jedź na prowincje, tam poznasz RSA.

  • e50504

    Oceniono 35 razy 27

    Jaki jest sens pisania takich artykułów? Za kogo wy macie czytelników?

    " Muszę zapomnieć o tej agresji, która była w naszym kraju. Jesteśmy gejami, mieszkaliśmy razem. Oprócz tego jesteśmy żydami. W Polsce naprawdę nie było łatwo. Tu ludzie szanują swojego rozmówcę, akceptują, że ktoś może się z nimi nie zgadzać."

    Tak było, nie zmyślamy. Jest to kraj z najwyższą liczbą gwałtów, w którym branża ochrony zatrudnia najwięcej ludzi.

  • true_lysander

    Oceniono 29 razy 27

    Kto tylko może, ucieka z RPA. Jest to obecnie kraj nie tylko olbrzymich nierówności społecznych, ale szerzącego się rasizmu , tym razem skierowanego ostrzem na białych, kraj skorumpowany. Mało tego prowadzenie biznesu wymaga oprócz łapówek również konieczność akceptacji iż to nie Ty wybierasz sobie pracowników w swojej firmie, ale zostają Ci oni narzuceni przez ustawy rządowe. Uciekać. Emeryci tu zostaną, bo muszą, ale kto tylko mógł, wyjechał.

  • pioneer

    Oceniono 39 razy 27

    Pierdoły. Przestępczość w tym kraju jest olbrzymia. Prezydent który jest murzynem śpiewa w parlamencie piosenkę "zabij farmera, zabij boera". Biali sa tam bezpieczni tylko w największych miastach i żyją w izolacji. Biali farmerzy potomkowie osadników z Europy uciekają stamtąd do m.in. Australii, gdyż na prowincji dochodzi do rabunków i mordów a sprawcy zazwyczaj sa bezkarni. Patrz profil plaasmoorde na fb.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX