Werner Jerke

Werner Jerke (fot. mat. Museum Jerke)

wywiad Gazeta.pl

Niemiecki okulista kolekcjonuje polską sztukę. Ma ponad 600 prac. Zbudował dla nich muzeum

Werner Jerke już na studiach zaczął kolekcjonować polską sztukę. Jego zbiór stał się tak duży - dziś ma ponad 600 prac - że postanowił otworzyć w małej niemieckiej miejscowości Recklinghausen własne muzeum. Mimo że nie ma wykształcenia artystycznego, doskonale wie, jakie dzieła pragnie mieć w swojej kolekcji. Żeby kupić jeden obraz, musiał poczekać aż 15 lat. 6 marca w domu aukcyjnym DESA Unicum odbyła się premiera filmu zrealizowanego przez Fundację Wernera Jerkego o grupie artystycznej Gruppa.

W jednym z wywiadów porównał pan Recklinghausen do Gliwic - miasta mają podobną liczbę mieszkańców. Czy ktokolwiek interesuje się tam polską sztuką współczesną?

Porównanie do Gliwic nie było przypadkowe. Miastu, mimo że jest nieduże, daleko do prowincji. O ile Gliwice są częścią Górnego Śląska, o tyle Recklinghausen jest częścią Zagłębia Ruhry, gdzie mieszka prawie pięć milionów osób. Do Recklinghausen z większych miast - Düsseldorfu czy Kolonii - jest zaledwie kilkadziesiąt kilometrów.

Zainteresowanie polską sztuką współczesną oczywiście jest. W Zagłębiu Ruhry średnio co trzeci mieszkaniec ma polskie korzenie - pod koniec XIX wieku ogromna liczba Polaków wyjechała tam, żeby pracować w kopalniach, przede wszystkim byli to mieszkańcy Mazur. W książce telefonicznej roi się od nazwisk z końcówką "-ski". Klub sportowy FC Schalke, którego jestem kibicem, został założony przez Polaków.

W tym regionie polska sztuka nie jest niczym egzotycznym.

Werner Jerke przed muzeum (fotografia po lewej autorstwa Andrzeja Świetlika, po prawej: Museum Jerke)
Werner Jerke przed muzeum (fotografia po lewej autorstwa Andrzeja Świetlika, po prawej: Museum Jerke)

Więc na brak zainteresowania muzeum pan nie narzeka?

Nie narzekam.

Kto je odwiedza?

Często Polacy mieszkający w Belgii albo we Francji. Piszą do nas mejle i pytają, czy danego dnia muzeum jest otwarte, bo wybierają się na urlop samochodem i chcieliby wstąpić. W Niemczech bardzo dużo jest stowarzyszeń artystycznych, które same otwierają różne wystawy, ale organizują również wycieczki po muzeach i galeriach sztuki. Więc takich wycieczek również mamy sporo. Modne ostatnio stało się u nas urządzanie w muzeum imprez urodzinowych. W budynku mamy restaurację. Solenizant zamawia oprowadzanie po wystawie, a potem w restauracji ma kolację z przyjaciółmi.

Wychował się pan w Polsce, w 1981 roku wraz z rodziną wyjechał pan do Niemiec.

Tak. Moi rodzice 20 lat o to się starali - czasy były takie, że nie można było sobie ot tak z Polski wyjechać. Najpierw, w 1978 roku, ojciec z siostrą wybrał się rzekomo tylko w odwiedziny do krewnych. Niestety, w związku z tym, że nie wrócili do kraju, musieliśmy z mamą odczekać za karę trzy lata, zanim pozwolono nam opuścić Polskę.

Ile miał pan wówczas lat?

23 lata.

Pańscy rodzice nie byli z wykształcenia artystami czy historykami sztuki, specjalnie się sztuką nie interesowali. Skąd u pana zamiłowanie do niej, i to w polskim wydaniu?

Pochodzę z niemieckiej rodziny. Polskiego nauczyłem się dopiero w wieku siedmiu lat, jak poszedłem do szkoły. Okres szkolny był dla mnie trudny. W latach 60. na Śląsku stosunek Polaków do Niemców z wiadomych powodów nie był zbyt ciekawy. Dzieciaki potrafiły być wobec mnie i mojej siostry bardzo niedobre. Ale nie załamywałem się, wręcz przeciwnie. Ich zachowanie nawet mnie motywowało do tego, żeby jeszcze bardziej przykładać się do nauki. Postanowiłem sobie, że będę lepiej znał historię Polski i polskiej sztuki od moich rówieśników, mimo że jestem Niemcem. Dla przekory! Potem już sam nie wiem, czy nie lubili mnie, bo byłem Niemcem, czy dlatego, że wiedziałem więcej niż oni.

Myślę, że już wtedy byłem najlepszym materiałem na Europejczyka, bo wychowałem się w dwóch kulturach. Moim zdaniem to wyłącznie wzbogaca. Ponadto w liceum w Pyskowicach, do którego chodziłem, mieliśmy najlepszy w Polsce klub filmowy. Bardzo dużo dyskutowaliśmy tam o sztuce. Marzyłem, żeby pójść do szkoły filmowej. Najpierw jednak musiałem skończyć jakieś studia - padło na geografię. W Niemczech nie miałem szans, żeby dostać się do jakiejkolwiek filmówki, bo nie miałem wystarczającej wiedzy o niemieckiej kulturze, potrzebnej, żeby zdać wszystkie egzaminy, poszedłem więc na medycynę. Skończyłem ją i zostałem lekarzem okulistą. Marzenie o tym, żeby nakręcić chociaż jeden film, udało mi się zrealizować ostatnio - we współpracy ze szkołą filmową w Łodzi powstał dokument o polskiej grupie artystycznej Gruppa [grupa [założona?] w 1982 roku przez absolwentów warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, reprezentujących nurt nowej ekspresji. Utworzyli ją Ryszard Grzyb, Paweł Kowalewski, Jarosław Modzelewski, Włodzimierz Pawlak, Marek Sobczyk i Ryszard Woźniak - przyp. red.].

Na moją fascynację sztuką na pewno wpłynęły też studia w Krakowie. Instytut Geografii mieścił się przy ulicy Grodzkiej, jednej z najstarszych ulic miasta. Zachwyciło mnie ono swoją architekturą. A kilka lat temu skończyłem studium podyplomowe "Rynek sztuki w Krakowie".

Wnętrze muzeum Wernera Jerkego (fot: Museum Jerke)
Wnętrze muzeum Wernera Jerkego (fot: Museum Jerke)

Na pana zainteresowanie sztuką wpłynął jeszcze pewien incydent z dzieciństwa.

W wieku 13 lat miałem wypadek - zostałem potrącony na chodniku przez samochód. Trafiłem do szpitala. Nie było tam telewizora, jedynie książki, które do pokoju przynosiła mi szpitalna bibliotekarka. Gdy już przeczytałem wszystko, co było dostępne z literatury młodzieżowej, zacząłem czytać książki o sztuce. Jedną z nich była ta o francuskim chłopcu, którego mama zmuszała do malowania - jako artystka marzyła o tym, żeby jej syn również wybrał tę drogę. Tym chłopcem był Maurice Utrillo, przedstawiciel École de Paris. Gdy wiele lat później zobaczyłem na aukcji jedną z jego akwarel, uznałem, że muszę ją mieć, na pamiątkę tamtych czasów. Zakupiona przeze mnie akwarelka cztery razy była wypożyczana na wystawę do Japonii. Dostałem z niej katalog i już wiem, jak się po japońsku pisze Jerke.

Kiedy kupił pan swoje pierwsze dzieło sztuki?

Jeszcze jak byłem studentem.

Co to było?

Pierwszym poważnym dziełem, które kupiłem, był "Wodnik" Witolda Pruszkowskiego. Jak go zobaczyłem, to pomyślałem, że muszę go mieć, przypominał mi balladę Mickiewicza "Świtezianka".

Z kolekcjonowaniem jest u mnie jak z piciem wina. W wieku 17-18 lat zaczyna się od win słodkich, potem coraz chętniej sięga się po wytrawne. Na początku interesowała mnie więc przede wszystkim sztuka Młodej Polski, na przykład Malczewski, oraz École de Paris. Z czasem coraz bardziej zaczęła pociągać mnie sztuka abstrakcyjna, taka, która prowokuje. Później jednym z głównych kryteriów, według których kupowałem sztukę, był właśnie jej kontestujący charakter.

Budynek muzeum w Recklinghausen, który sam zaprojektowałem, również budził na początku duże kontrowersje. Ludzie łapali się za głowy - jak to, w centrum Starówki ma stanąć taki szary monolit? W tej chwili nikt nie wyobraża sobie, żeby miało go tam nie być.

Nie ma pan wykształcenia artystycznego. Skąd pan wie, że dane dzieło sztuki jest dobre, jest warte swojej ceny?

Nie wiem.

Obraz Wojciecha Fangora 'B 69' z 1965 roku z kolekcji Wernera Jerkego (fot: Museum Jerke)
Obraz Wojciecha Fangora 'B 69' z 1965 roku z kolekcji Wernera Jerkego (fot: Museum Jerke)

Usłyszał pan kiedyś od kogoś: Werner, w tym przypadku przepłaciłeś. Albo: Przecież to tandeta.

Oczywiście. To, że za dużo zapłaciłem, zawsze słyszę. Ale ja sam tak mam, że jak czasem idę do muzeum, to zastanawiam się, dlaczego dane dzieło jest częścią ekspozycji, bo dla mnie nie ma żadnej wartości artystycznej. Innym razem dziwię się, że coś tyle kosztuje. To bardzo względne, ile dane dzieło sztuki jest warte.

Od czego to zależy?

Od tego, ile ktoś chce i może za nie zapłacić. Wiadomo, że jako studenta nie było mnie na dużo rzeczy stać, wiele aukcji przegrywałem. Pamiętam doskonale, jak koło nosa przeszło mi dzieło Witkacego "Pejzaż jesienny". Piętnaście lat czekałem, żeby móc je kupić. Oczywiście musiałem za nie zapłacić o wiele więcej, niż kosztowałoby mnie wtedy. Ale też moja sytuacja finansowa była już diametralnie inna.

Gdzie teraz ten Witkacy wisi?

U mnie w domu w pokoju gościnnym. To jedna ze spokojniejszych jego prac. Lubię się przy nim zatrzymać, koi nerwy.

A co wisi u pana w sypialni?

W sypialni wisi obraz Joachima Weingarta, przedstawiający dwie dziewczyny. W holu z kolei powiesiłem olbrzymi czterometrowy obraz Zbigniewa Rogalskiego "Kubki".

Jaka była najwyższa cena, jaką zapłacił pan za dzieło sztuki?

Takich informacji nie zdradzam.

Ma pan jakąś granicę, której pan nie przekracza?

Mam taką zasadę: kupuję tylko wtedy, jeśli mam na to gotówkę. Tylko raz w życiu zdarzyło mi się wziąć pożyczkę, ale wtedy musiałem działać szybko.

Co to było?

Dwa akty z gipsu Katarzyny Kobro. Bardzo trudno zdobyć jej prace, bo właściwie ich nie ma na rynku, a to, co się pokazuje, to zazwyczaj kopie.

Jak udało się zdobyć te dwa akty?

Po śmierci córki Kobro i Władysława Strzemińskiego sprzedawał je spadkobierca. Odezwał się do mnie, zaproponował kwotę, od razu się zgodziłem. To była prawdopodobnie jedyna okazja, żeby zdobyć oryginalną Kobro.

Rzeźba Katarzyny Kobro - Akt dziewczęcy, 1948 r. (fot: Museum Jerke)
Rzeźba Katarzyny Kobro - Akt dziewczęcy, 1948 r. (fot: Museum Jerke)

Co jeszcze szczególnie pan ceni w swojej kolekcji?

Zdecydowanie dzieła Strzemińskiego.

A jest coś, na co pan poluje?

Jest kilka takich prac, między innymi prace konstruktywistów międzywojennych. Ale trudno je będzie zdobyć, bo właściwie wszystkie są w rękach prywatnych kolekcjonerów albo w muzeach. Rynek polskiej sztuki awangardowej jest stosunkowo mały. Wiadomo, co kto ma, kto czym się interesuje, do kogo ewentualnie się zgłaszać, jeśli chce się coś sprzedać.

Środowisko artystyczne w Polsce nie ma do pana żalu, że wywozi pan polską sztukę za granicę?

Absolutnie. Jak inaczej ją promować, jeśli nie właśnie otwierając muzeum takie jak moje? Nie chcę się chwalić, ale moja placówka to pierwsze prywatne muzeum poza granicami Polski poświęcone polskiej sztuce awangardowej.

Obraz Władysława Strzemińskiego z kolekcji Wernera Jerkego (fot: Museum Jerke)
Obraz Władysława Strzemińskiego z kolekcji Wernera Jerkego (fot: Museum Jerke)

Oprócz wystawy stałej staram się organizować przynajmniej dwa razy w roku wystawy czasowe, między innymi zrobiliśmy wystawę Ryszarda Grzyba z Gruppy czy Pawła Kowalewskiego. I wtedy to nie ja jestem kuratorem, ale zapraszam do współpracy polskie galerie i polskich kuratorów. Oprócz sztuki awangardowej posiadam także największą kolekcję literatury awangardowej lat 20. i 30. Niedawno, w 2017 roku, poprosiłem dwie kuratorki z Łodzi, żeby przygotowały u mnie wystawę tej kolekcji. Jako kolekcjoner jestem również zobowiązany do udostępniania sztuki innym instytucjom. Polskie dzieła z moich zbiorów pokazywane były w Museo Reina Sofia w Madrycie, w Centre Georges Pompidou w Paryżu czy w nowojorskiej MOM-ie.

Odzywają się do pana młodzi artyści, którzy chcieliby, żeby wystawił pan ich prace?

Często. Nie zawsze jest to jednak wykonalne, bo po prostu nie mam zbyt dużo czasu. Prowadzę równolegle muzeum i klinikę okulistyczną. Pracownice kliniki pracują również w muzeum. Jesteśmy ze sobą bardzo zżyci. Raz w roku organizuję dla nich wycieczkę do jakiegoś europejskiego miasta, potem wszystkie przygotowują referat na wybrany temat związany z architekturą albo sztuką danego miejsca. Każda ma już swojego ulubionego artystę, jedna van Gogha, inna Caravaggia.

Same kobiety?

Tak się złożyło. Bardzo dobrze mi się pracuje z kobietami. Żyje również. W domu są żona, dwie córki. Nawet pies to suczka. (śmiech) To ważne dla mnie, żeby umożliwiać kobietom rozwój - jak kręciliśmy film o Gruppie, zależało mi na tym, aby produkcją zajęły się właśnie kobiety.

Córki interesują się sztuką?

Obie poszły na medycynę, starsza już skończyła studia i plan jest taki, że to ona będzie powoli przejmować klinikę. Wtedy ja będę mógł poświęcić się bardziej muzeum.

Ma pan jakieś plany jego rozwoju?

Moim marzeniem jest, żeby je rozbudować. To, co pokazuję na wystawie stałej, to jedna piąta mojej całej kolekcji.

Ma pan trzy główne pasje: polską sztukę współczesną, medycynę, ale i wino - posiada pan własną winnicę. Jakby miał pan uszeregować, co jest dla pana najważniejsze, to co znalazłoby się na pierwszym, a co na ostatnim miejscu?

To naczynia połączone. Bez medycyny nie byłoby sztuki, bo nie byłoby mnie na nią stać, a gdyby nie wino, może inaczej bym ją odbierał i wtedy moja kolekcja byłaby inna.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również w serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.

Komentarze (40)
Zaloguj się
  • frankyy

    Oceniono 30 razy 30

    Brawo panie Wernerze, świetna robota. Chętnie odwiedzę Pana muzeum jeśli będę miał okazję być w tej okolicy.

  • wojtek6971

    Oceniono 20 razy 20

    Brawo! Polska sztuka poza krajem raduje oczy odwiedzajacych muzeum! Tylko tak dalej! Dziekuje temu panu za pomysl!

  • milewidziany

    Oceniono 20 razy 20

    Szczerze zazdroszczę Panie Wernerze. To mój ideał - połączenie sfery zawodowej ze sztuką. Oby udało się Panu
    rozbudować muzeum. Ma Pan od niedawna bratnią duszę w Szwajcarii w osobie Pani Grażyny Kulczyk, która zbudowała muzeum z polską sztuką w starym browarze w Susch. Brawo, oby tak dalej Panu się wiodło.

  • kazek1948

    Oceniono 16 razy 16

    Piękna historia , poczułem się Europejczykiem , dziękuję.

  • oloros11

    Oceniono 14 razy 14

    nieprawdopodobna wspaniała historia

  • sector23

    Oceniono 9 razy 9

    Okulista, to wydawałoby się, że powinien mieć dobry wzrok. Niemniej obrazu Tarasewicza zazdroszczę szczerze - bo to mój miszcz nad miszcze!

  • derek45

    Oceniono 7 razy 7

    Chylę czoła!

  • jurostach

    Oceniono 7 razy 7

    Małe uzupełnienie: Muzeum Susch powstało w budynkach klasztoru, ktorego historia sięga XII w. i ktory byl zbudowany przy Drodze Jakuba.
    Muzeum poświęcone jest sztuce współczesnej w wymiarze miedzynarodowym (aczkolwiek propaguje współczesną sztukę polską.
    Pozdrawiam

  • krisp_2007

    Oceniono 6 razy 6

    Pozytywna, zrealizowana życiowo, osoba. Gratuluję !

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX