Janina Bąk, autorka książki 'Statystycznie rzecz biorąc'

Janina Bąk, autorka książki 'Statystycznie rzecz biorąc' (fot. Julia Knapp)

Czy ludzie, którzy uprawiają więcej seksu, naprawdę mają wyższe zarobki?

Musicie wiedzieć, że gdy podaję ten przykład na swoich wykładach, to w tym miejscu robię strategiczną przerwę, bo połowa moich studentów jest już za drzwiami - pisze w książce "Statystycznie rzecz biorąc" Janina Bąk. Autorka opisuje ciekawy świat statystyki przeplatając historie o liczbach anegdotami ze swojego życia.

Jak zasłużyć na ksero na własnej twarzy?*

2007 rok to był w ogóle ciekawy rok. Czy wiecie na przykład, że był to rok ogłoszony rokiem Bolesława Leśmiana, Stanisława Wyspiańskiego, Artura Rubinsteina, ale też... delfina? W sensie takiego zwierzęcia. Rany, jego mama musiała być dumna, swój własny rok dostał i przez dwanaście miesięcy wszystkie rozgwiazdy chodziły w T-shirtach z jego podobizną, a płaszczki sprzedawały papierowe wiatraczki na festynach organizowanych na delfinią cześć. W 2007 roku wydarzyło się coś jeszcze - w Niemczech przeprowadzono badanie, którego wyniki okazały się szalenie obiecujące dla bardzo wielu z nas.

Było to bardzo duże badanie ankietowe na próbie 7500 domostw. Pytano domowników o najróżniejsze rzeczy - jak dojeżdżają do pracy, jak spędzają czas wolny, jakie są ich ulubione programy telewizyjne... no możecie sobie wyobrazić, że te pytania były trochę jak bigos cioci Heli na ostatnim weselu kuzyna - absolutny miszmasz i bałagan totalny, było tam absolutnie wszystko i nie możemy wykluczyć, że zaginiony chomik sześcioletniej Marlenki też. Przewaga tego badania nad bigosem cioci Heli była jednak oczywista. Po pierwsze, najpewniej w procesie jego tworzenia nie zginął (prawdopodobnie) żaden gryzoń. Po drugie, dzięki zebraniu tak dużej liczby danych i tak różnorodnych zmiennych można było pobawić się w szukanie związków i zależności pomiędzy czynnikami, które niekoniecznie wydawały się ze sobą powiązane. Tak też zresztą się stało - badacze skorelowali wiele różnych czynników i ze zdumieniem odkryli zależność, która sprawiła, że badacz Hans natychmiast poszedł odkopać swój karnet na siłownię, a badacz Ulrich aż odłożył nadgryzione ciastko. Okazało się mianowicie, że ludzie, którzy uprawiają seks 3-4 razy w tygodniu ... (tutaj potrzymam was chwilę w niepewności)

... zarabiają o 3,4 proc. więcej niż pozostali.

No dajcie spokój, każdy by się podjarał, zawsze to prostszy sposób na zostanie miliarderem niż systematyczna praca zawodowa połączona z ograniczonym wydawaniem pieniędzy. Nic więc dziwnego, że to odkrycie natychmiast zostało podchwycone przez gazety, które ogłosiły: ej, uprawiajcie więcej seksu, by lepiej zarabiać!

Musicie wiedzieć, że gdy podaję ten przykład na swoich wykładach, to w tym miejscu robię strategiczną przerwę, bo połowa moich studentów jest już za drzwiami. Już są w drodze do akademika w trosce o swoją finansową przyszłość. Wystarczyłoby jednak, żeby chwilę poczekali, a zrujnowałabym im życie. Z rozdziału "Ile trzeba zjeść czekolady, żeby dostać Nobla?" dowiemy się, że sam związek pomiędzy dwoma czynnikami nie oznacza automatycznie, że jedno powoduje drugie. Zastanówmy się więc, jaki może być związek między seksem a zarobkami?

Badanie pokazało, że ludzie, którzy uprawiają seks 3-4 razy w tygodniu zarabiają o 3,4 proc. więcej niż pozostali (fot. Shutterstock)
Badanie pokazało, że ludzie, którzy uprawiają seks 3-4 razy w tygodniu zarabiają o 3,4 proc. więcej niż pozostali (fot. Shutterstock)

Może być tak, że im więcej seksu, tym większe zarobki. Że jak Julian ma dobrze w chałupie, to mu się do tego domu śpieszy, pracuje sto razy bardziej efektywnie i przez to jest obsypywany złotem i awansami. Może tak być.

Opcja druga jest odwrotna: im większe zarobki, tym więcej seksu. Może być tak, że jak Julian wraca do domu i od progu krzyczy, że jest milionerem, to Halinie płoną lędźwia. No tak też może być. Opcja kolejna jest znacznie mniej spektakularna i polega na tym, że istnieje jakaś trzecia zmienna, która wyjaśnia związek między seksem i zarobkami. Na przykład stan zdrowia lub określone cechy osobowości, które powodują, że ludzie, którzy je mają, więcej zarabiają i dlatego ich życie seksualne jest urozmaicone jak u mątwy w czasie godów. Nie no, serio, wiedzieliście, że mątwy w czasie godów zmieniają kolory?!

I opcja ostatnia: istnieje inne wyjaśnienie tej korelacji. Wliczając w to przypadek, bo takie przypadkowe korelacje też się zdarzają. Na przykład nie wiem, czy wiecie, ale istnieje bardzo silna korelacja między liczbą filmów, w których grał Nicolas Cage, a liczbą utonięć w basenie. I choć każdy, kto widział go w jakimkolwiek filmie, jest w stanie uwierzyć w nagłe myśli samobójcze po projekcji, to rozwiązanie tej zagadki jest znacznie prostsze i brzmi: losowość. Choć oczywiście przezorny zawsze ubezpieczony, więc dobrze by było, gdybyście nie oglądali żadnego filmu z Nicolasem Cage'em. W sensie, wiecie, nie ma co ryzykować.

No to wróćmy do tego seksu i zarobków. Zanim podjaracie się tym odkryciem jak jeż na wykładach akupunktury, wytłumaczę wam, że wyjaśnieniem tej zależności jest punkt ostatni, czyli: istnieje inne uzasadnienie wspomnianej korelacji. Mianowicie - zapomnieliście, że ludzie to kłamczuszki. I że istnieje w badaniach ankietowych coś takiego, co nazywamy EFEKTEM SPOŁECZNYCH OCZEKIWAŃ. To znaczy, że na niektóre pytania odpowiadamy niekoniecznie zgodnie ze stanem faktycznym, ale tak jak (wedle naszego mniemania) wygląda oczekiwanie społeczne.

To generalnie jest dość ciekawe, bo badania pokazują, że są zachowania, których częstotliwość lubimy zawyżać (na przykład chodzenie na siłownię, ale o tym to tylko słyszałam, bo ja akurat na to pytanie zawsze odpowiadam zgodnie z prawdą, że na siłowni byłam trzy razy, z tym że być może nie dopowiadam, że trzy razy w życiu, a nie że trzy razy w tym tygodniu), i są też takie czynności, których prawdziwą częstotliwość zaniżamy, na przykład korzystanie z wszelkich używek typu alkohol, papierosy, a w przypadku mojego męża - również spożycie kiełbasy.

Wyjątkiem jest częstotliwość (niepełnoletni niech zasłonią teraz oczy) kontaktów seksualnych, a tym, którzy nie wiedzą, tłumaczę, że kontakt seksualny jest wtedy, kiedy osoba z osobą się bardzo kochają i pewnego dnia dają sobie buzi na golasa, i to jest miłe, chyba że są przed ślubem, to niezbyt miłe, bo spłoną w piekle. No i z tą liczbą partnerów i kontaktów seksualnych jest tak, że mężczyźni mają tendencję do jej zawyżania, a kobiety do zaniżania. Ciekawe, nie? Mam nadzieję, że w tym momencie choć pięcioro z was wstało i zaczęło klaskać z uznaniem.

Nie jest więc prawdą, że uprawiając więcej seksu, zarobimy więcej. Prawdą jest natomiast, że mężczyźni z wielu różnych powodów wciąż zarabiają więcej od kobiet. I uprawiają więcej seksu. A przynajmniej tak deklarują. Klawa odpowiedź na zagadkę, nie? A to nie jedyna sytuacja, kiedy lubimy w badaniach ankietowych dostosowywać nasze odpowiedzi do cudzych upodobań.

Badania pokazują, że są zachowania, których częstotliwość lubimy zawyżać i są też takie czynności, których prawdziwą częstotliwość zaniżamy, na przykład korzystanie z wszelkich używek typu alkohol, papierosy (fot. Shutterstock)
Badania pokazują, że są zachowania, których częstotliwość lubimy zawyżać i są też takie czynności, których prawdziwą częstotliwość zaniżamy, na przykład korzystanie z wszelkich używek typu alkohol, papierosy (fot. Shutterstock)

Czy powiesz to tej krowie prosto w pysk?

EFEKT SPOŁECZNYCH OCZEKIWAŃ to niestety nie jedyne utrudnienie, które może nas czekać w przypadku przeprowadzania badań ankietowych. Możemy mieć również do czynienia z wyżej już wspomnianym EFEKTEM ANKIETERA, czyli sytuacją, w której charakterystyka osoby zadającej pytania - na przykład jej rasa lub płeć - może wpływać na sposób odpowiedzi. Znaczy wyobraźcie sobie, że przychodzi do was jakaś krowa, puka do drzwi kopytkiem, puk, puk, i mówi: "Dzień dobry, przeprowadzam tu takie badanie, czy mógłby mi Pan powiedzieć, jak często jada Pan hamburgery?" No i weźcie powiedźcie teraz tej krowie prosto w pysk, że w sumie to po kilka razy w tygodniu macie rendez-vous z kotletem i być może jesteście również skarbnikiem w Stowarzyszeniu Miłośników Mielonego Mięsa. Zresztą to nie tylko o krowy chodzi, ale o wszelkie badania, w których cechy demograficzne ankietera mogą w jakikolwiek sposób wpłynąć na udzielane odpowiedzi.

Davies i Baker (1987) postanowili więc w dość nietypowy sposób sprawdzić, czy z tym efektem ankietera jest coś na rzeczy - stworzyli kwestionariusz ankiety, który był skierowany do mężczyzn uzależnionych od heroiny. Pierwszy kwestionariusz został im dostarczony przez powszechnie znanego heroinistę (nie pytajcie mnie o definicję powszechnie znanego heroinisty, najpewniej to taki Robert De Niro świata narkotyków - wszyscy go znali, podziwiali i mówili, że był doskonały w tym Milczeniu. owiec).

Drugi kwestionariusz został im dostarczony 10-14 dni później przez człowieka w ogóle niezwiązanego z tym światem, takiego sobie zwykłego Józka, który rano chodzi po bułki do sklepu, mówi "dzień dobry" sąsiadom i sprząta po swoim psie, a najbardziej szaloną rzeczą, jaką zrobił w życiu, było przejechanie 23 minut na 20-minutowym bilecie (!!!). Badanym mówiono, że oba kwestionariusze nie mają ze sobą nic wspólnego, STATYSTYCZNIE RZECZ BIORĄC że są to dwa osobne badania. Odpowiedzi różniły się w zależności od tego, kto przeprowadzał badanie, ale w dość zaskakujący sposób - badani pytani przez pana Józka znacznie częściej opisywali siebie jako bardziej uzależnionych i biorących więcej narkotyków.

Zarówno efekt społecznych oczekiwań, jak i efekt ankietera zdarzają się najczęściej w przypadku, gdy pytamy o tematy trudne lub wrażliwe. Sprawdzili to też McBee i Justice (1976), którzy wysłali ankieterów, by zebrali wywiad psychiatryczny wśród 128 dorosłych pacjentów obojga płci. Tym razem sprawdzano, w jaki sposób zachowanie ankietera wpływa na liczbę zgłaszanych symptomów. Okazało się, że pacjenci byli w tej kwestii najbardziej otwarci w przypadku, gdy ankieter udzielał im wzmacniających, wspierających komunikatów, był ubrany w fartuch laboratoryjny i siedział za biurkiem naprzeciwko badanego. Dajcie spokój, wszyscy wiemy, że jeśli pan w reklamie leku na ból łokcia ma na sobie fartuch lekarski, to wiadomo, że możemy mu ufać. A to się dobrze składa, bo przy okazji możemy sobie do takiego doktora przyjść i poprosić, by reanimował naszą chorą ankietę.

Efekt ankietera to sytuacja, w której charakterystyka osoby zadającej pytania - na przykład jej rasa lub płeć - może wpływać na sposób odpowiedzi (fot. Shutterstock)
Efekt ankietera to sytuacja, w której charakterystyka osoby zadającej pytania - na przykład jej rasa lub płeć - może wpływać na sposób odpowiedzi (fot. Shutterstock)

Dej (wskazówki), mam chorom ankiete

Czasem, gdy opowiadam w różnych miejscach o efekcie społecznych oczekiwań lub innych błędach poznawczych, które mogą zrujnować nasze badania ankietowe, spotykam się z reakcją podobną do swojej, gdy mąż pyta mnie, czy chcę gryza kanapki. Z tym że w tej drugiej sytuacji co najmniej jedna strona czuje się potem pokrzywdzona.

Faktycznie, kiedy zapoznamy się z tymi błędami, bardzo często wydają nam się one intuicyjne i logiczne. Niemniej w trakcie tworzenia i analizowania wyników ankiety bardzo często zdarza nam się o tym zapomnieć. Ma to znaczenie również wtedy, gdy czytamy i próbujemy zrozumieć wyniki ankiet przedstawianych w mediach. Na przykład w "Wysokich Obcasach" pojawił się artykuł, według którego 72 proc. Polaków deklaruje, że segreguje śmieci. Ale według danych Polskiego Zakładu Gospodarki Komunalnej (opartych na liczbie tych segregowanych worków, które otrzymują) robi to zaledwie 27 proc. No i co teraz? Który Czesiek wrzucił ostatnio słoik po jabłkach, co mu matka usmażyła, do odpadów papierowych, bo wymyślił sobie, że wszak były to jabłka, he, he, papierówki?

No słuchajcie, warto się nad tym zastanowić. To zdanie pozostawione samo sobie jest trochę jak taki gumowy łabędź na wzburzonym morzu ludzkich interpretacji - gdzie zawieje, tam poleci. Jeśli ktoś na podstawie tej jednej informacji będzie chciał uznać, że wszelkie ankiety są bez sensu, a badania naukowe to lichy fundament jakiegokolwiek osądu, taki fundament wszelkich wniosków zrobiony z rozmokłej tektury i zardzewiałego widelca, obawiam się, że tak właśnie uzna i wszystkim będzie opowiadał, że badania kłamią, a intuicja, intuicja, proszę pani, to mnie jeszcze nigdy nie zawiodła! INTUICJA I ZDROWY ROZSĄDEK!!!

Jeśli ktoś na podstawie tego jednego zdania będzie chciał wysnuć wniosek, że Polacy to fleje, nic tylko rzucają starymi ścierkami przez okno, a potem celebrują wspólne tarzanie się w obierkach po ziemniakach, to też najpewniej tak właśnie zrobi. A tak naprawdę to, co jest dla nas wszystkich w tym zdaniu najistotniejsze, to - ośmielę się zasugerować - prawda. Czyli ustalenie, jak jest z tą segregacją. Czemu mamy dwie tak odmienne statystyki? Jak to zinterpretować? Wiemy już, że temu doniesieniu opartemu na deklaratywności możemy ufać tak sobie - spytani o to, czy segregujemy śmieci, czy też codziennie rzucamy foliówkami w żółwie morskie, chętniej odpowiemy, że tak, tak, oczywiście, segregujemy. No bo jednak wolimy w swoim bloku wyjść na czołowych ekologów, żeby potem obciachu nie było, że komuś się nie chce nawet przez chwilę zastanowić nad tym, gdzie wyrzucić papierek, a tymczasem Krystyna spod piątki rzetelnie segreguje odpady, przygarnęła do siebie pięć bezdomnych manatów i postawiła w ogródku ule, bo dowiedziała się, że pszczoły bardzo potrzebują domów, a żaden hotel nie chce ich przyjąć, bo nie mają kart kredytowych.

W 'Wysokich Obcasach' pojawił się artykuł, według którego 72 proc. Polaków deklaruje, że segreguje śmieci. Ale według danych Polskiego Zakładu Gospodarki Komunalnej robi to zaledwie 27 proc. (fot. Shutterstock)
W 'Wysokich Obcasach' pojawił się artykuł, według którego 72 proc. Polaków deklaruje, że segreguje śmieci. Ale według danych Polskiego Zakładu Gospodarki Komunalnej robi to zaledwie 27 proc. (fot. Shutterstock)

Kłopot z tymi ankietami. Pomyślcie o nich jak o kapibarach. Z jednej strony budzą w wielu osobach uczucia ciepłe i pluszowe, no bo jednak wydają się niegroźne i całkiem przystępne, z drugiej strony wciąż na ich temat krąży wiele niedomówień, to znaczy mam tutaj na myśli badania ankietowe, ale w sumie kapibary też, no dajcie spokój, zastanówcie się przez chwilę, co wiecie o kapibarach. Czy wiecie, co jedzą? Co je cieszy? Co smuci? Jaki jest ich ulubiony program w telewizji? Jaki jest ich stosunek do ekonomii politycznej ze szczególnym uwzględnieniem perspektywy pozytywnej?

No i widzicie, teraz wystąpiła pewna niezręczność, bo nagle okazało się, że większość osób niewiele wie o kapibarach. Mam dla was złą wiadomość: najpewniej tak samo jest w przypadku badań ankietowych. Na przykład czy wiecie, że gdyby badania ankietowe zorganizowały wigilię dla całej rodziny, to przybyłoby wielu gości, bo i badanie ankietowe typu CATI, i typu CAWI, i CAPI też przyjdzie, i PAPI też. A każde z nich ma własne kłopoty, o których opowiada rodzinie, łącznie z tym, na ile musi sobie radzić z problemami wynikającymi z deklaratywności czy efektu ankietera. CATI, CAWI, CAPI, PAPI. Być może myślicie, że to dziwne imiona dla dzieci, ale już wam przedstawiam wszystkich członków tej radosnej rodziny.

CAWI (ANG. COMPUTER-ASSISTED WEB INTERVIEW)

to wywiad wspomagany komputerowo, czyli że bierzemy sobie takiego miłego człowieka i prosimy go o wypełnienie kwestionariusza on-line, i on go wypełnia samodzielnie, bez ankietera. W tym wypadku nie ma więc osoby, która czyta ankietowanemu pytania, i taki biedny Jędrzej nie musi myśleć, że ktoś go oceni i złoży donos do Świętego Mikołaja, że prezenty się nie należą, bo Jędrzej zadeklarował, że często kopie gołębie na ulicy

CATI (ANG. COMPUTER-ASSISTED TELEPHONE INTERVIEW)

to wywiad przeprowadzany telefonicznie, w którym ankieter czyta pytania, a potem wklepuje uzyskane odpowiedzi do komputera. To ten przypadek, kiedy ktoś do was dzwoni i mówi: ,,Halo, czy chciałby Pan porozmawiać o plastiku?", a wy się zgadzacie, bo akurat telefon zatrzeszczał i myśleliście, że pytają, czy chcecie porozmawiać o serniku.

CAPI (ANG. COMPUTER-ASSISTED PERSONAL INTERVIEW)

to metoda, w której kwestionariusz wypełnia się znów za pomocą komputera (to jest laptopa, iPada lub innego urządzenia mobilnego, a nie że ankieter targa ze sobą komputer stacjonarny od domu do domu, bo to by było niepoważne, przecież już w okolicach Mokotowa by mu kabla nie starczyło). Niemniej ankieter przychodzi do nas osobiście, czyta pytania, a my mu udzielamy odpowiedzi, które on zaznacza w komputerze. Czyli to w sumie taki kwestionariusz w wersji audiobookowej.

No i nasza ostatnia kwestionariuszowa gwiazda, o nazwie tak pluszowej, że bardziej kojarzy się z imieniem dla puchatego kundelka niż z techniką ankietowania - PAPI.

PAPI (ANG. PAPER AND PENCIL INTERVIEW)

czyli ten przypadek, kiedy drukujemy kwestionariusze, a następnie ankieter odczytuje pytania i notuje za nas odpowiedzi na tejże kartce (sytuacja idealna dla leniwych buł sukcesu). Bliskim kuzynem tej techniki jest wersja P&P (paper and pencil), w której rozdajemy kwestionariusze wśród ankietowanych, a oni je wypełniają ręcznie jak amisze. Uspokajam również, że nazwa tej techniki jest zwyczajowa, to wcale nie jest tak, że jeśli nie macie przy sobie ołówka, jedynie długopis z jednorożcem, który ma pióra zamiast grzywy, to nie wolno wam tego kwestionariusza wypełnić.

*Fragmenty książki "Statystycznie rzecz biorąc" Janiny Bąk

Janina Bąk, autorka książki 'Statystycznie rzecz biorąc' (fot. Julia Knapp)
Janina Bąk, autorka książki 'Statystycznie rzecz biorąc' (fot. Julia Knapp)

Janina Bąk. Wykłada statystykę w Trinity College. Po godzinach prowadzi bloga Janina Daily. Mieszka w Dublinie z mężem Wojtkiem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (139)
Zaloguj się
  • homo-homini-lupus

    Oceniono 43 razy 37

    Czy ludzie, którzy uprawiają więcej seksu, naprawdę mają wyższe zarobki?

    Oczywiście. Jak się pi€rdolą za awans.

  • wrobelek_elemel

    Oceniono 22 razy 18

    Więcej klientów -> wyższe zarobki. Co tu badać.

  • rabbi.rozencwajg

    Oceniono 22 razy 16

    Uprawiam seks ze 3, 4 razy dziennie, bo mam czas bedac bezrobotnym.

  • necesse

    Oceniono 15 razy 13

    Z zaciekawieniem przeczytałam tekst i przyznaję, że \\\\\\

    Z zainteresowaniem przeczytałam tekst i żal mnie ogarnął, że nie spotkałam w swojej szkolnej "karierze" nauczyciela, który tak ciekawie mówiłby czy pisał o tak - z pozoru- mało pociągających rzeczach, jak rodzaje badań ankietowych. Pewnie nie czułabym się teraz tak niedouczona z przedmiotów tzw. ścisłych.
    Pozdrowienia dla Józka i kapibary :)
    P.S.
    Pani Janino, może warto byłoby zaznaczyć , że tekst nie jest fragmentem dysertacji i może zawierać treści podane w formie żartobliwej ? Najlepiej w formie podkreślonego na czerwono, przesuwającego się paska na dole kranu (DANGER ! DANGER! DANGER !) .

  • wheesy

    Oceniono 14 razy 8

    Grafomania. Ciężko się to czyta. Blog to jednak inna forma niż książka i niestety Janina na tym popłynęła.

  • six_a

    Oceniono 15 razy 7

    muszę powiedzieć, że jest to ciężko strawne. na blogu janina taki styl jest super, jak widzę nagłówek nauka, to wolę normalne kuśwa słownictwo, a nie jakiś stylizowany na nastoletni bełkot.

  • algreg

    Oceniono 10 razy 6

    na pewno nie kupię. Ta próbka wystarczy aż nadto. Czytanie tego to mordęga

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX