Szpital psychiatryczny w Tworkach

Szpital psychiatryczny w Tworkach (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Rozmowy Anny Kality

Jonathan Britmann: Pamiętam, że łzy same ciekły mi po twarzy. Czy moja pacjentka zauważyła? Raczej nie

Wiem, że nie jestem supermanem, nie mogę być wszędzie. Zrobię tyle, ile mogę, narzędziami takimi, jakie mam. Nie jestem mesjaszem, posłańcem, uzdrowicielem, tylko rzemieślnikiem, który nauczył się fachu - mówi psychoterapeuta Jonathan Britmann, który od 15 lat pracuje w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach.
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.

Czy możemy się tak umówić, że nie uciekasz od trudnych pytań w formułkę: profesjonalny psychoterapeuta korzysta z superwizji i nic go nie rusza?

Ja sam jestem superwizorem! I wszystko mnie rusza.

Co za ulga!

Jesteśmy ludźmi, nie robotami. Pelerynka psychoterapeuty czy superwizora nie chroni nas przed trudnymi emocjami. Pracując z pacjentami...

Pacjentami? Część terapeutów używa sformułowania "klient". Co według mnie wyraźnie stawia barierę, być może chroni przed bliskością z drugim człowiekiem?

Pracuję w szpitalu, więc mówię o pacjentach. Przeżywam ich sukcesy i porażki. Myślę o nich. Nie wiem, czy w ogóle są psychoterapeuci, którzy nie myślą o pacjentach. Mnie się to wydaje niemożliwe. Między terapeutą i pacjentem rodzi się bardzo bliska, emocjonalna relacja. Nie da się zrobić tak, jak niektórzy twierdzą, że psychoterapeuta zamyka drzwi gabinetu i zostawia tam pracę. Moja żona wykonuje ten sam zawód co ja. Staramy się nie wnosić historii pacjentów do domu, ale czasem się to nie udaje, ponieważ my te historie po prostu przeżywamy.

Skoro już wspomniałeś o żonie, to od razu dodajmy, że dom, w którym mieszkacie, znajduje się na terenie szpitala psychiatrycznego w Tworkach, a trójka waszych dzieci chodzi do przedszkola, które również jest tam zlokalizowane!

Dzieci już skończyły edukację przedszkolną, ale chodziły do tego przedszkola, to prawda.

Jestem z Tworkami związany i zawodowo, i rodzinnie, i emocjonalnie. A moja praca, jako terapeuty w szpitalu pracującego z pacjentami z zaburzeniami, psychozami i przyjmującymi farmakoterapię, różni się od pracy psychoterapeuty w gabinecie prywatnym, gdzie przeważnie przychodzą pacjenci, którzy nie mają doświadczenia psychozy i na co dzień lepiej funkcjonują w środowisku.

Jakiś czas temu mój znajomy chciał mi zaproponować współpracę w prywatnym gabinecie, gdzie powstała spółdzielnia terapeutów. Ale reszta załogi, kiedy usłyszała, w czym się specjalizuję, zaprotestowała: "On pracuje z pacjentami psychotycznymi, którzy są nieprzewidywalni!".

Jonathan Britmann jest z Tworkami związany i zawodowo, i rodzinnie, i emocjonalnie (fot. Archiwum prywatne)
Jonathan Britmann jest z Tworkami związany i zawodowo, i rodzinnie, i emocjonalnie (fot. Archiwum prywatne)

Twierdzisz, że terapeuci z tamtej spółdzielni przestraszyli się osób z psychozami, które mogłyby przychodzić do ciebie? A może chodziło o to, żeby nie odstraszać pacjentów tego eleganckiego gabinetu?

To na pewno też, ale wierz mi, że pacjentów z doświadczeniem psychozy boi się również część terapeutów! Praca z nimi nie jest zbyt popularna. Nie tylko większość społeczeństwa podziela stereotyp, że taki pacjent biega z siekierą i morduje, część specjalistów również! To jest atawistyczny lęk! Jak strach przed wężem.

Rozmawiałam z kilkoma kobietami, które miały psychozy. Jedna czuła wtedy, jakby ktoś ją gwałcił. Inna widziała zmarłych członków rodziny.

To akurat się rzadko zdarza, że pacjenci widzą rzeczy, których nie widzą inni. Najczęściej słyszą głosy. Psychoza jest ekstremalnym doświadczeniem, pod wpływem którego człowiek robi różne, również przerażające, czyny. Miałem pacjentkę, której w takim stanie zdarzyło się dzieciobójstwo.

Zdarzyło się dzieciobójstwo?! Okropnie to brzmi. Jakbyś bagatelizował to, co zrobiła.

Ona w sensie prawa karnego nie dokonała zbrodni. Była w stanie psychozy, w związku z czym nie miała wpływu na swoje postępowanie. Sąd ją uniewinnił. Trafiła do Tworek i na terapię - do mnie. Zabiła dwoje dzieci, jej starszy syn miał 12 lat.

Co ty mówisz! Słysząc o dzieciobójczyniach, myślę o kobietach, które w stanie szoku po porodzie zabijają niemowlęta, a to były duże dzieci!

Tak. W stanie psychozy była przekonana, że świat to przerażające miejsce, gdzie musi się im stać potworna krzywda, i uważała, że chroni je przed tym, odbierając im życie.

Jak je zabiła?

Udusiła je. A potem chciała odebrać sobie życie, ale mąż wrócił do domu i dlatego to się nie udało.

Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłeś, kiedy weszła do gabinetu - tak po ludzku - nie czułeś odrazy?

Nie, odrazy nie, ale to było przerażające przeżycie. Psychozę trudno jest zrozumieć, co nie zmienia faktu, że tak, jest to straszne, i pracując z taką osobą, człowiek ma przed oczami swoje dzieci. Miałem też taką pacjentkę... 

Zaczekaj! Dlaczego uciekasz?

Już wszystko powiedziałem o tej historii.

Ja nie chcę już rozmawiać o tej historii, ale o tobie tak. Jak się czułeś, kiedy po takiej sesji wracałeś do domu?

Jak ja się czułem? Byłem przerażony kalibrem tego dramatu. Ta kobieta nie wyglądała na morderczynię. To dobitnie pokazuje, jak nieodgadniona jest psychika, a osoby, które wyglądają przeciętnie, mogą się okazać w momencie psychozy kimś zupełnie innym. To było dla mnie bardzo trudne doświadczenie i ciężko było mi jej towarzyszyć. Szczególnie w tych momentach, kiedy wyparcie przestawało zdawać egzamin i uświadamiała sobie, co zrobiła. Wciąż trzyma zabawki dzieci, tęskni za nimi, płacze. Musi żyć z tym dramatem.

Czego szukała u ciebie? Rozgrzeszenia?

Nie. Zrozumienia i pomocy.

Masz umiejętności i narzędzia, żeby pomóc. Ale zrozumieć? Jak ty, ojciec, masz zrozumieć kobietę, która zabiła swoje dzieci?

Terapeucie nie wolno oceniać. A prawda jest taka, że ani ja, ani ty nie wiemy, do czego bylibyśmy zdolni, gdybyśmy dostali psychozy.

Terapeucie nie wolno oceniać (fot. Archiwum prywatne)
Terapeucie nie wolno oceniać (fot. Archiwum prywatne)

Psychoza to jest najgorsze, co człowieka może dotknąć?

Nie można tak powiedzieć. Mam u siebie cały wachlarz pacjentów. Na przykład z pacjentami borderline pracuje mi się dobrze. Dzieje się podczas sesji dużo, czasami nawet za dużo. A z socjopatami generalnie wcale się nie pracuje.

Dlaczego?

Nie potrzebują psychoterapii. Ewentualnie mogliby się dzięki niej nauczyć, jak jeszcze lepiej manipulować ludźmi.

Pracowałeś z mordercami?

Wiesz, ja pracuję w Tworkach od 15 lat. Tu wiele rzeczy się dzieje. Ostatnio pacjent dusił pielęgniarkę i tylko dzięki temu, że udało jej się krzyknąć, uniknęła śmierci. Bywa bardzo niebezpiecznie.

Znalazłeś się kiedyś w takiej niebezpiecznej sytuacji? 

Szczęśliwie nie. Ale było tak, że do gabinetu wszedł mężczyzna ze sznytami na rękach, o którym ja wiem, że kogoś nożem ugodził. Wchodzi, rozmawiamy, staram się go zrozumieć. Bo dla świata on jest "wariatem", wszyscy przed nim zamykają drzwi. Więc to tu jest miejsce, gdzie powinien zostać zrozumiany. Co nie zmienia faktu, że sam mam czasami ten lęk: co będzie, jak on się nagle na mnie rzuci?

Boisz się?

Czasem tak.

No proszę! A przed chwilą dziwiłeś się, że tamci terapeuci się bali i nie chcieli ciebie i twoich pacjentów u siebie w gabinecie w Warszawie!

Boję się, bo to jest ludzkie. Ale jednak pracuję z nimi i staram się pomóc.

A jaką za to płacisz cenę?

Byli pacjenci, którzy wywoływali we mnie różne uczucia: smutku, melancholii, złości. Od tego jest superwizja, żeby pomóc to ogarnąć.

Miałeś nie twierdzić, że ona załatwia wszystko.

Nie wszystko, ale można się skonfrontować ze swoimi uczuciami i przeżyciami w związku z pracą z pacjentem, omówić jego przypadek i siebie w tym wszystkim.

Nigdy nie płakałeś przy pacjencie?

Zdarzyło się. Pamiętam jedną pacjentkę, która opowiadała mi o śmierci swojej matki, przy której była. Powiedziała wtedy to, co pamiętam do dziś: "Panie doktorze, moja matka nie żyła... A autobusy dalej jeździły, ludzie chodzili, dzieci bawiły się nadal pod blokiem". Pamiętam, że łzy same ciekły mi po twarzy. Czy to zauważyła? Raczej nie. Pracowałem z nią kilka lat.

Wiem, że pracujesz też z ofiarami gwałtu. Czy to jest ten rodzaj traumy, z której człowiek się nigdy do końca nie wyleczy?

Tak nie chcę mówić. Ale to są bardzo trudne sytuacje, na pewno. Wiele kobiet z zaburzeniami z pogranicza, czyli borderline, było wykorzystywanych w młodości. Molestowanych lub gwałconych. Przez wujków, starszych braci, kuzynów, znajomych. A skalę tego dramatu zwiększa pretensja do siebie, do rodziców, którzy zostawili, nie dopilnowali.

Szpital psychiatryczny w Tworkach, w którym pracuje Jonathan Britmann (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)
Szpital psychiatryczny w Tworkach, w którym pracuje Jonathan Britmann (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Za każdym razem, kiedy media obiega informacja o kolejnej dziewczynie, którą przez lata gwałcił ojciec czy brat, zastanawiam się, dlaczego ich matki nie reagują. Udają, że się nic nie dzieje, bo wtedy nie muszą mierzyć się z przerażającą rzeczywistością?

Czasem nie chcą tego dopuścić do świadomości, skonfrontować się ze swoją winą, więc "nie wierzą" córkom. "Co ona opowiada? Fajny wujek, wesoły, dziecko na kolana wziął na weselu i tyle".

Tak myśleć jest wygodnie.

A jeśli nawet coś przeczuwają, to wypierają te myśli. Mam teraz pacjentkę, którą przez lata gwałcił brat. Matka przez cały czas zachowywała się, jakby nic się nie działo. Córka jest już dorosła i po kilku próbach samobójczych, na szczęście nieudanych.

Kobieta, o której mówisz, jest mężatką? Mamą?

Nie. Ciągle ma myśli samobójcze, robi sobie krzywdę, często się okalecza. A sytuacja jest patowa, bo nie potrafi się oderwać od rodziny, w której doznała krzywdy. Nie umie przeciąć tej relacji i pójść dalej, w nowe środowisko.

Kocha swoją rodzinę.

Kocha i nienawidzi tak samo mocno.

Strasznie mi jej żal, chociaż jej nie znam.

Mnie jest też smutno, kiedy z nią rozmawiam. Bardzo rzadko się uśmiecha lub z czegoś się cieszy.

A czy nie boisz się, że te jej próby samobójcze w końcu się powiodą?

Boję. Ja i cały zespół, bo przecież każdy przypadek zawsze się omawia w zespole, czasem z pacjentem pracuje kilka osób - zastanawiamy się, jak jeszcze pomóc, pytamy, konsultujemy się. Ale bywa i tak, że po prostu się nie da temu zapobiec.

Mieliśmy na oddziale pacjentkę, która za wszelką cenę chciała popełnić samobójstwo. Miała endogenną depresję i po prostu nie chciała żyć. Farmakoterapia nie działała, dlatego dołączono terapię elektrowstrząsami.

Elektrowstrząsy kojarzą się tylko z "Lotem nad kukułczym gniazdem" i sadystami, którzy znęcają się nad pacjentami, robiąc im to za karę.

Elektrowstrząsy stosuje się z powodzeniem m.in. u pacjentów z katatonią, czy ciężką depresją. Ale u tej kobiety to nie poskutkowało. Nie chciała rozmawiać ani z mężem, ani z psychologiem, ani z psychiatrą. I wystarczyło, że mąż wyszedł z domu po chleb. Nie było go 15 minut, a ona się powiesiła na jego pasku. Na klamce.

Dla tego mężczyzny to musiało być traumatyczne doświadczenie.

Dla nas też było! Masz pacjenta, prowadzisz go, czasem latami, i nagle - nie ma. Człowiek sobie zadaje pytanie, czy zrobił wszystko.

W przypadku tej pacjentki gwałconej przez brata ja też zastanawiam się, czy jak przyjdę jutro do pracy, ona będzie żyć.

Mówiłeś, że praktycznie nie przynosisz pracy do domu. Myślisz, więc przynosisz!

Nie przynoszę w tym sensie, że o niej nie rozmawiam. Ale w głowie jest! Myślę o tym! Dostaję też telefony od pracowników, że komuś się pogorszyło: "pani Stasia, nazwijmy ją tak, ma myśli rezygnacyjne, one są bez tendencji, ale trzeba uważać". No więc zastanawiam się, co my z tym jutro zrobimy.

Psychiatra stara się nie wnosić historii pacjentów do domu, ale czasem się to nie udaje (fot. Archiwum prywatne)
Psychiatra stara się nie wnosić historii pacjentów do domu, ale czasem się to nie udaje (fot. Archiwum prywatne)

Myśli rezygnacyjne bez tendencji?

Czyli myśli o tym, że nie chciałaby żyć, ale nie robi jeszcze planu, jak popełni samobójstwo.

Gdybym chciała się zabić, tobym nie powiedziała terapeucie, że mam plan - ze strachu, że trafię w pasach na oddział - tylko bym to zrobiła.

I tak najczęściej jest! Wiele osób o tym nie mówi. I tych najbardziej się obawiam.

Przeżyli straszne rzeczy, a jednak uśmiechają się sztucznie i mówią: "Wszystko u mnie dobrze"?

Dokładnie tak. Odratowaliśmy kogoś po próbie samobójczej, a on nie chce rozmawiać, omawiać tego, jak źle się czuje, tylko twierdzi, że wszystko jest super. Wtedy zapala się czerwona lampka.

I tobie się teraz cały czas pali czerwona lampka, czy pacjentka po gwałcie nie powiesi się na pasku?

Tak.

I co robisz z tymi myślami, żeby nie popaść w - nomen omen - szaleństwo?

Wiem, że nie jestem supermanem, nie mogę być wszędzie. Zrobię tyle, ile mogę, narzędziami takimi, jakie mam. Nie jestem mesjaszem, posłańcem, uzdrowicielem, tylko rzemieślnikiem, który nauczył się fachu. Tymi narzędziami pracuję na tyle, na ile druga osoba pozwoli się zbliżyć i wyruszyć w świat poznawania jej życia, emocji, myśli.

Autoterapia?

Autoterapię miał tylko Zygmunt Freud. 

Nie potrafiłabym wykonywać pracy, która wiąże się z takim obciążeniem psychicznym. Jak ja zawalę robotę, to po prostu ten wywiad się nie ukaże. Ale taka stawka: czy człowiek się zabije, czy nie? Sam mówisz, że czasem nie da się temu zapobiec, choćbyś był najgenialniejszym terapeutą na świecie.

Ani ja, ani mój zespół nie jesteśmy bogami.

Zespół! No tak! Czyli buforem bezpieczeństwa jest omawianie przypadków. Dzięki temu to nie jest jednoosobowa odpowiedzialność.

Tak.

Sporo jest przypadków beznadziejnych? Jak tej kobiety, która się powiesiła na pasku, kiedy mąż poszedł po chleb?

Nie wiem, czy można mówić o przypadkach beznadziejnych. Kiedyś ktoś powiedział: "Pozwólmy umrzeć swoim pacjentom, jeżeli tak chcą". Ja nie jestem zwolennikiem takiego podejścia.

A ja tak. Dorosły człowiek ma prawo żyć i umrzeć.

Ja uważam, że jestem po to, żeby walczyć o jego życie.

Umieszczając go na zamkniętym oddziale, przywiązując pasami, monitorując 24 godziny na dobę?

Rozmawiając z nim też o tym, co ta śmierć oznaczałaby dla jego bliskich. W historii świata dużo było wojen, ludzie ginęli tak po prostu, więc jeśli teraz można uratować jakieś istnienie, to trzeba zrobić wszystko, by chociaż spróbować.

W historii świata dużo było wojen, ludzie ginęli tak po prostu, więc jeśli teraz można uratować jakieś istnienie, to trzeba zrobić wszystko, by chociaż spróbować (fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)
W historii świata dużo było wojen, ludzie ginęli tak po prostu, więc jeśli teraz można uratować jakieś istnienie, to trzeba zrobić wszystko, by chociaż spróbować (fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

No to podnosisz sobie poprzeczkę ekstremalnie wysoko. A kiedy się nie udaje...

Jest to też osobista tragedia! I przeżywasz to tak, jakby umarł ktoś bliski. Terapia jest pracą na uczuciach, emocjach. Związujemy się z pacjentami i wspominamy ich jeszcze długo po ich śmierci. Kiedy odchodzą, to tak, jakby część naszego życia odchodziła.

Takie podejście może się skończyć katastrofą.

Był taki terapeuta, pracował w Śródmieściu, który wyskoczył z okna. Akurat jego historia jest ekstremalna.

Dochodzi do różnych sytuacji, psychoterapeuta to też człowiek, taki sam jak każdy inny. 

A czy to nie jest ekstremalne, żeby nie tylko pracować w Tworkach, ale tu mieszkać i posyłać dzieci do przedszkola - co prawda miejskiego, publicznego, ale jednak znajdującego się na terenie szpitala psychiatrycznego, dokładnie naprzeciwko odwyku? 

To jest walka ze stereotypami! Byłbym fałszywym prorokiem, gdybym przekonywał swoich pacjentów, że chorując psychiatrycznie czy mając kryzysy, nie są odmieńcami, "wariatami", a potem uciekał stąd gdzie pieprz rośnie. Mieszkając na terenie szpitala, pokazuję, że każdemu człowiekowi - bez względu na to, na co choruje - należy się szacunek.

Bardzo pięknie.

A poza tym, dzięki temu mam blisko do pracy (śmiech).

Śnią ci się pacjenci i ich historie?

Nie wiem. Nawet jeśli tak, to to wypieram (śmiech).

Pijesz?

Tylko okazjonalnie. Jeśli pytasz o to, czy terapeuci uciekają w alkohol, to powiem ci, że bardzo niewielu. Z tych, których znam.

Dziś jesteś w świetnej formie, ale kiedy prosiłam cię o ten wywiad, powiedziałeś stanowczo: "Dopiero za tydzień! Mam wszystkiego dość". Byłeś tak przytłoczony pracą? Pacjentami?

Nie pacjentami! Mam chwile wyczerpania, wypalenia zawodowego, złości i bezsilności - ale głównie przez ten chory system!

Psychiatria jest niedofinansowana.

Psychiatria jest strasznie niedofinansowana, do tego dochodzą ciągłe zmiany w systemie, likwiduje się oddziały, zdejmuje ze stanowisk kompetentne osoby ze względów politycznych. I to mnie wścieka, wypala i degustuje. System jest antypacjencki.  

Ostro!

Wyrażam złość. Zawsze powtarzam moim pacjentom, że wyrażanie złości to nic złego, oczywiście w konstruktywny sposób.

Też się tego nauczyłam na terapii. A jak ty odpowiadasz na popularne teorie, że ci, którzy idą na psychologię, robią to dlatego, że sami potrzebują terapii?

Że coś w tym jest! Ja chciałem siebie lepiej zrozumieć, więc poszedłem na psychologię i po tysiącach godzin własnej psychoterapii nabyłem narzędzia, żeby lepiej zrozumieć innych. Co w tym złego?

Co ci robi ta twoja praca, prócz tego, że dobrze poznałeś siebie?

Jest czymś, co daje mi spełnienie i poczucie, że jestem użyteczny. Ale ten system mnie wykończy!

Poczucie własnej wartości buduje?

Na pewno. Skoro jestem użyteczny, to i wartościowy.

I dobry?

Trudno decydować się na uprawianie zawodu, w którym pomagasz innym i być jednocześnie złym człowiekiem! Musisz lubić ludzi, być ich ciekawy.

No to ustaliliśmy, że cena za uprawianie tego zawodu jest wysoka, ale profity też. Zakończmy tę rozmowę jak każdą sesję u terapeuty. Jestem ci wdzięczna za ten wywiad, podziwiam cię i szanuję. A ty co czujesz? Tylko nie mów, że zmęczenie i znudzenie!

(śmiech) Też wdzięczność, że mogłem się podzielić tym, co jest dla mnie ważne i co czuje większość terapeutów, ale nie jest to nagłaśniane medialnie i zostaje w zaciszu naszych gabinetów.

Jonathan Britmann. Dr n. med., psychoterapeuta, superwizor, specjalista psychologii klinicznej. Konsultant wojewódzki, prezes Polskiego Towarzystwa Psychologii Klinicznej, autor wielu artykułów z zakresu psychologii i psychiatrii, wykładowca akademicki. Od 15 lat związany ze szpitalem w Tworkach, gdzie kieruje Zespołem Leczenia Środowiskowego i koordynuje prace psychologów i psychoterapeutów.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (82)
Zaloguj się
  • chlopzlasu

    Oceniono 52 razy 52

    Mój ojciec przez wiele lat pracował w Tworkach. Był neurologiem. Ta praca kosztowała wiele emocjonalnie... naprawdę doceniam ludzi, którzy tam pracują. Ciężka praca, ciężkie warunki, brak podstawowego sprzętu, słabe pieniądze..

  • 545osa

    Oceniono 42 razy 42

    Dobry artykuł - przybliża problem psychiatrii ..... o stanie faktycznym decydenci wolą nie mówić.....z psychiatrią dzieciecą tez tragedia - nie ma personelu : lekarzy , terapeutów..... wszystko polikwidowane za rządów PiS..... Dla nich człowiek z problemami psychicznymi nie istnieje......bo są inne priorytety..... dofinansowanie duchowego lekarza czyli kler...
    Smutne to bo to praca dla pasionatow , dla ludzi o wielkich sercach...

  • superpolpol

    Oceniono 34 razy 32

    Bohater! Szacunek.

  • zgredzik01

    Oceniono 24 razy 22

    Polska to kraj, który potrzebował by dużo psychiatrów, psychologów i psychoterapeutów, ale mało kto chce się przyznać, że musiałby skorzystać z ich pomocy. Jeśli jednak ktoś z pomocy fachowej korzysta, to zwykle jest napiętnowany przez "normalnych".

  • Aleksandra Sawiel

    Oceniono 16 razy 14

    Super wywiad .Wspaniały lekarz, terapeuta.Poprostu odpowiedni człowiek na właściwym miejscu. Wspaniała dziennikarka bardzo ciekawy człowiek Pan doktor.Pani natomiast gratuluje trafności wyboru tematu .Podziwiam Pana psychiatrę .Wiem jaki to ciężki kawałek chleba.Podziwiam i gratuluję .Sama jestem emerytowaną pedagog i psycholog. Pracowalam od przedszkola do liceum , ( cały przekrój wieku rozwojowego .Praca z drugim człowiekiem potrzebującej naszej pomocy , posiadanie umiejętności słuchania to ogromna sztuka.Kochałam swoją pracę ,teraz odpoczywam cieszę życiem i Rodziną. Życzę zarowno Pani jak i Panu doktorowi dużo sukcesów w pracy zawodowej jak i życiu osobistym.Wywiad czytałam z zapartym tchem , widać profesjonalizm pytając ego jak i odpowiadającego , pozdrawiam.
    .

  • limonader

    Oceniono 13 razy 13

    Dziękuję za te artykuł. Jak zwykle pokazuje niewydolny system. Szacunek za odwagę. Tak jest wszędzie niekompetentni ludzie z nadania pisowskiego na kierowniczych stanowiskach, brak środków chociaż na propagandę mają.

  • i_k_a

    Oceniono 11 razy 11

    Bardzo ciekawy wywiad.

    System wypala, wścieka i degustuje nas wszystkich. Zwolnienia lekarzy ze względów politycznych!? Jest aż tak źle??
    Nie mam pewności, czy ten system jest tylko po prostu chory, obawiam się że to świadomy, zaplanowany wyzysk nas wszystkich. Czy NFZ w ogóle rozlicza się publicznie? Potrafimy chyba obliczyć ile wpływa na konto NFZ co miesiąc. To są pieniądze nas wszystkich, powinni upublicznić wydatki i plany budżetowe.

  • kisssmyass

    Oceniono 15 razy 11

    C.G. Jung twierdził że przeważająca większość ludzi to 'funkcjonalni psychopaci'..... Lepiej uważać,,,

  • jael53

    Oceniono 9 razy 7

    Pan doktor jest konsultantem wojewódzkim w dziedzinie psychiatrii na Podkarpaciu. Mam dla niego bardzo, bardzo ciekawą historię o tym, jak tu się traktuje ludzi z psychozami - psychoza to dobry sposób na ubezwłasnowolnienie. Może być "zadekretowana" przez biegłego na podstawie jednego wywiadu - bez historii hospitalizacji, bez historii leczenia... A po przeprowadzeniu tej operacji pacjent nadal nie jest leczony. W żaden sposób. I nikt nie widzi w tym nic dziwnego - ani opieka społeczna, ani sąd, ani prokuratura.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX