Pozar kamienicy

Pozar kamienicy (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

''Podczas wybuchu musiała zdecydować, które z trójki dzieci podać strażakom przez okno jako pierwsze''

Teraz wielu pacjentów z oparzeniami to ofiary wybuchów biokominków i ładowarek do smartfonów czy laptopów. Zwykle kładą je sobie koło łóżka albo nawet przy poduszce. I w efekcie mają poparzone uszy, szyje czy pośladki - opowiada dr Karolina Mikuś-Zagórska z Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich.

Gdyby nie poszła pani na medycynę, to zostałaby pani... No właśnie, kim?

Mam artystyczną duszę. Od zawsze byłam zafascynowana rzeźbą, harmonią, regularnością proporcji ciała. Po prostu pięknem. Pewnie gdybym nie poszła na medycynę, zdawałabym na ASP. Fascynował mnie Michał Anioł, malowałam. Pierwsze pieniądze, jakie zarobiłam, pochodziły ze sprzedaży obrazów. Do dziś zresztą przechowuję w domu parę obrazów.

Dlaczego więc nie Akademia Sztuk Pięknych?

W moim domu od zawsze się pomagało innym. Mama, która jest pielęgniarką, zaszczepiła we mnie chęć pomocy. "Oczy są zwierciadłem duszy" - myślałam wtedy i właśnie z tą myślą poszłam na medycynę. Chciałam zostać okulistką.

Na studiach, w ramach koła naukowego, trafiłam na staż do szpitala oparzeniowego. Zobaczyłam w oczach leczonych tam pacjentów wiele cierpienia i strachu. A zarazem nadziei. Akurat przywieziono małżeństwo, które ocalało po pożarze domu. Stracili cały majątek życia.

Najpierw zobaczyłam tego mężczyznę, a potem jego żonę. Mieli tak poważne obrażenia, że lekarze nie wiedzieli, czy przeżyją do rana. Do dziś pamiętam wyraz twarzy tego pacjenta.

Jak się skończyła ta historia?

Pacjentów wyleczono, co dało mi ogromną siłę i zainspirowało do tego, żeby zamiast zostać okulistką, zająć się chirurgią plastyczną. A to oznacza, że wciąż się szkolę. Mówią, że jak zaczynasz studia medyczne, to nigdy ich nie kończysz, i tak właśnie jest.

Po doktoracie pojechałam na kilka zagranicznych staży. Lekarz stale doskonali swój warsztat i podnosi kwalifikacje. Specjalizację z chirurgii plastycznej odbywałam w kilku ośrodkach europejskich, co dało mi możliwość poznania wielu technik operacyjnych. Decydując się na pracę za granicą przez kilka lat, zostawiłam w Polsce rodzinę. Gdy moje koleżanki opowiadały o dzieciakach, ja rewanżowałam im się opowieściami o mikrochirurgii i o tym, jak się łączy naczynia u szczurów.

17.12.2013 Siemianowice . Nowy budynek z oddzialami szpitalnymi w Centrum Leczenia Oparzen .Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Centrum Leczenia Oparzeń (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Nie było pani żal, że u pani wszystko zdominowała praca?

Ani trochę. Uważam, że na wszystko przychodzi w życiu odpowiedni moment. Mąż mnie rozumiał i nie robił mi wyrzutów. Sam jest lekarzem. A od dwóch lat mamy synka i jestem spełnioną mamą.

Malowanie zarzuciłam, teraz realizuję się w kreśleniu na ciele pacjenta, gdy planuję zakres zabiegu. Chirurgia plastyczna wymaga precyzji. Zajmuję się chirurgią plastyczną, rekonstrukcyjną i estetyczną. W Centrum Leczenia Oparzeń trafiają do mnie pacjenci z różnorodnymi bliznami, przykurczami czy deformacjami po oparzeniach. Mają szpecące blizny i przykurcze, niektórzy nie mogą otworzyć poparzonych ust, oczu czy poruszać palcami. Mają więc problemy z najprostszymi czynnościami. Gdy po leczeniu taki pacjent przychodzi do mnie na kontrolę i może otworzyć oko czy usta, czuję niesamowitą radość.

Których pacjentów pani pamięta mimo upływu czasu?

Leczenie osoby oparzonej jest wieloetapowe i często zajmuje lata, pamiętam więc wielu pacjentów i historii z nimi związanych. Niezależnie od indywidualnych tragedii, które na każdym z nas wywierają wrażenie, w pamięci zostają przede wszystkim wypadki masowe. Wtedy zdarza nam się przyjmować kilkanaście ciężko oparzonych pacjentów jednocześnie.

Najwięcej historii opowiadały mi pielęgniarki, które pracują w Centrum od wielu lat. To one mają największy kontakt z pacjentem podczas codziennych zmian opatrunków, zwłaszcza że leczenie na oddziale jest często długotrwałe.

Gdy jeszcze przyjmowaliśmy dzieci, trafiało do nas wiele maluchów poparzonych podczas hucznego wesela czy komunii w miejscowej remizie. Najczęściej gorącym rosołem. Dziś są już dorośli i przychodzą do nas na laseroterapię.

Przed laty trafiło do nas dwóch nastolatków z Kamiennej Góry, którzy wracając z jakiejś imprezy, nadepnęli na schowane w trawie kable wysokiego napięcia. Poraził ich prąd, trzeba było im amputować nogi.

16.10.2014 Siemianowice Slaskie . Komora hiperbaryczna  w  Centrum Leczenia Oparzen . Fot . Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Komora hiperbaryczna w Centrum Leczenia Oparzeń (fot . Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Wie pani, że opisywałam tę historię. Stan nastolatków był bardzo ciężki. Nocami krzyczeli z bólu, a ich mamy siedziały w szpitalu i wzajemnie się wspierały.

Ci nastolatkowie są już dorośli i sporo działają teraz w sporcie niepełnosprawnych. Tragedia, którą przeżyli, sprawiła, że zaczęli robić coś dla innych. Do naszego szpitala trafił też kiedyś poparzony mężczyzna, który uratował dziecko z płonącego samochodu. I kobieta, która podczas wybuchu piecyka gazowego w domu musiała zdecydować, które z trójki dzieci podać strażakom przez okno jako pierwsze. Podała bliźniaki, a najstarszej córeczki już nie zdążyła. Obie spłonęły.

Teraz wielu pacjentów z oparzeniami to ofiary wybuchów biokominków i ładowarek do smartfonów czy laptopów. Zwykle kładą je sobie koło łóżka albo nawet przy poduszce. I w efekcie mają poparzone uszy, szyje czy pośladki.

Pewien mężczyzna prał brudne robocze ubrania w rozpuszczalniku i zapalił papierosa. Doszło do wybuchu i doznał rozległych poparzeń. Inny miał ubranie tak nasączone różnymi chemikaliami, że gdy zapalił papierosa, zaczął płonąć. Była też u nas młoda kobieta, którą poraził prąd i lekarze musieli jej amputować obie ręce. 

Nasz personel zawsze stara się zrobić wszystko, co w jego mocy. Czasem jednak poparzenia są tak rozległe i podstępne, że się nie udaje. Był u nas chłopak, który szybko dochodził do siebie. Rodzice się cieszyli, że tak ładnie się goi i nie mogli się doczekać, aż zabiorą syna do domu. Tymczasem nagle, w Wielki Piątek, chłopak zmarł.

Bardzo tragiczna była też historia mężczyzny, który trafił do nas po pożarze nowo wybudowanego domu, razem z poparzonym synem. Jego ciężarna żona i czwórka dzieci spłonęły.

Jakie przypadki poruszają panią najbardziej?

Na izbie przyjęć zdarza się zaopatrywać dziecko. Zawsze towarzyszą mi wtedy ogromne emocje. Najbardziej poruszają mnie rozległe oparzenia twarzy. Wiem, że jest to uraz, który mimo naszych nowoczesnych metod leczenia zawsze pozostawi ślad w postaci blizny, której nie da się ukryć pod ubraniem.

Nie da się na cierpienie poparzonych uodpornić. A przynajmniej ja się nie uodporniłam. Ktoś oderwany od emocji nie może być dobrym lekarzem. Więc ja tych emocji nie tłumię. Nigdy jednak nie płaczę przy pacjencie.

Studia medyczne w pewnym stopniu przygotowują nas do trudnych sytuacji.  

Na anatomii zajmujemy się ciałami w formalinie, podczas zajęć z medycyny sądowej bierzemy udział w sekcji zwłok. To wszystko przygotowuje nas do zawodu, ale nie zawsze jesteśmy w stanie unieść ciężar emocji ludzkiego cierpienia.

16.10.2014 Siemianowice Slaskie . Magister inzynier Diana Hoff - Lenczewska  w Pracowni Hodowli Komorek i Tkanek in Vitro z Bankiem Tkanek  Centrum Leczenia Oparzen . Fot . Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Pracownia Hodowli Komórek z Bankiem Tkanek w Centrum Leczenia Oparzeń (fot . Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Całkiem uodpornić się nie da?

Moim zdaniem nie da. Zwłaszcza że uraz oparzeniowy jest jednym z najczęstszych, jakiego doświadczamy w życiu. A tutaj, do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich, trafiają najcięższe przypadki. Szczególnie bliskie są mi kobiety, bo z całym szacunkiem, wydaje mi się, że mężczyznom jednak jest łatwiej. Niektórzy twierdzą nawet, że mała blizna dodaje im charakteru. Nigdy nie zapomnę pięknej modelki oblanej kwasem. Oparzenia na twarzy i szyi zmieniły jej całe życie.

Mówi pani o Kasi Dacyszyn, która oblana kwasem przez stalkera wciąż przechodzi zabiegi w Centrum Leczenia Oparzeń.

Każdy pacjent to inne emocje, cierpienia, porażki i sukcesy. Ale każdemu staramy się pomóc najlepiej jak potrafimy. Z panią Kasią było podobnie.

Wie pani, poprawienie stanu ciała pacjenta to jedno, ale osobną kwestią jest jego kondycja psychiczna. Trzeba wielu miesięcy terapii, by taka osoba poradziła sobie ze swoimi emocjami, traumą.

W wielu przypadkach otoczenie nie daje takiej osobie zapomnieć. Ludzie patrzą na bliznę, pytają, co się stało, czy to boli. A czasem, dzięki leczeniu, taki poparzony pacjent postanawia zmienić swoje dotychczasowe życie. Zdaje sobie bowiem sprawę, jak ono jest kruche i zaczyna realizować marzenia.

Pacjenci z najpoważniejszymi urazami zostają z nami na lata. Do mnie przychodzą czasem ci, z którymi zaczynałam pracę jako młoda lekarka.

Pewnie w tym czasie metody leczenia oparzeń diametralnie się zmieniły.

Dziś mamy o wiele więcej możliwości. Używamy enzymów do usuwania tkanek martwiczych przy oparzeniu rąk, hydrochirurgii czy terapii podciśnieniem. Mamy laser czy komorę hiperbaryczną, do której pacjent wchodzi na 90 minut, by oddychać czystym tlenem. Tlen powoduje, że gojenie przebiega szybciej.

W Centrum Leczenia Oparzeń mamy też bank tkanek. W przypadku rozległych oparzeń jedynym ratunkiem są tkanki pozyskane z naszego banku. Od paru lat z powodzeniem wykorzystujemy też komórki macierzyste i owodnię.

Powie pani coś więcej o terapii owodnią? To szalenie interesujące.

Podczas porodu zabezpiecza się owodnię, która ma właściwości takie jak najlepszy opatrunek. Spreparowaną kładziemy na twarz poparzonemu pacjentowi, dzięki temu rany się szybciej goją. Stosujemy tę metodę od jakichś trzech-czterech lat [szpital ma umowy z porodówkami, które pobierają owodnie pacjentkom, które się zgodzą. Potem owodnia trafia do banku tkanek w oparzeniówce, przechodzi badania i zostaje spreparowana na opatrunek - przyp. red.].  

Leczenie pacjenta oparzonego jest podzielone na etapy. Najpierw trzeba zażegnać kryzys związany z ryzykiem zgonu. Dopiero po stabilizacji stanu pacjenta można planować leczenie rekonstrukcyjne, czyli trwającą wiele miesięcy walkę z bliznami i przykurczami. Terapia uciskowa, czyli noszenie szytych na miarę ubranek uciskowych, które trzymają bliznę, by nie rosła, to jeden z elementów leczenia.

Często zderzam się z nierealnymi oczekiwaniami pacjentów. Wyedukowani przez internet chcą współuczestniczyć w wyborze metody leczenia. Moim zdaniem ogromna rola spoczywa na lekarzu, który powinien na podstawie swojej wiedzy, badania i doświadczenia wskazać najlepszą drogę leczenia.

Niektórzy pacjenci przy wypisie mówią, że będą się za mnie modlić, albo piszą pełne wdzięczności listy. Może panią zaskoczę, ale nie oczekuję od nich podziękowań. Jeśli jestem zadowolona z efektów swojej pracy, to i tak czuję spełnienie.

17.12.2013 Siemianowice . Nowy budynek z oddzialami szpitalnymi w Centrum Leczenia Oparzen .Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta
Oddział w Centrum Leczenia Oparzeń (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Ilu pacjentów ma dzięki pani nową twarz?

Do naszego szpitala trafia rocznie około 1300 pacjentów. W naszym szpitalu nie dokonujemy przeszczepów twarzy, ale w jakimś stopniu korekcje i zabiegi rekonstrukcyjne w obrębie twarzy pozwalają pacjentom na nowe spojrzenie na swoją twarz. Co chcę podkreślić, w takim ośrodku jak Centrum Leczenia Oparzeń pracujemy jako zespół i na każdym etapie leczenia każdy ma ściśle określone zadania.

Gdy karetki przywożą do szpitala np. górników poparzonych podczas wybuchu metanu w kopalni, cały zespół bez słowa zostaje dłużej. Każdy z lekarzy ma świadomość, że trzeba pomóc. Owszem, czasem trzeba zadzwonić do domu i szybko przeorganizować dzień z rodziną. Zresztą, podczas zagranicznych staży mieszkałam w szpitalu, przez 24 godziny pozostawałam do dyspozycji pacjentów.

Skóra każdego z nich goi się pewnie indywidualnie. Od czego to zależy?

Od wielu czynników. Przede wszystkim od predyspozycji genetycznych, od ogólnego stanu zdrowia. Zawsze staram się szyć skórę jak najładniej, ale to zależy od indywidualnych cech pacjenta, jak i kiedy rana się zagoi. U dzieci skóra goi się lepiej, ale zdarza się, że starszy pan czy starsza pani potrafi się pięknie zagoić.

My, chirurdzy plastyczni, jesteśmy niczym hafciarze. Wycinamy na przykład guza i myślimy, jak tę skórę dociąć, by tkanki do siebie pasowały. A potem zszyć, by było ładnie. Powoli, drobiazgowo, na miarę. Tak by pacjentowi było w tej nowej skórze wygodnie.

Zastanawia się pani czasem, jak będzie wyglądało leczenie oparzeń za parę lat?

Myślę, że terapie jeszcze bardziej skupią się na nowych technologiach i automatyzacji zabiegów. I to mnie w jakiś sposób niepokoi, bo chciałabym, żeby zawsze najważniejszą kwestią był kontakt z cierpiącym pacjentem, ta pełna empatii swoista więź. Relacja człowieka z człowiekiem, rozmowa jest dla mnie najcenniejsza. Nie wyobrażam sobie, że roboty będą potrafiły tę bliskość zapewnić.


Dr n. med. Karolina Mikuś-Zagórska (fot. mat. prasowe)

Dr n. med. Karolina Mikuś-Zagórska. Absolwentka Wydziału Lekarskiego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Specjalizację z chirurgii plastycznej, rekonstrukcyjnej i estetycznej uzyskała w ośrodku chirurgii plastycznej w Bratysławie. Odbyła także staż z mikrochirurgii, chirurgii rekonstrukcyjnej i estetycznej pod opieką profesora Veselý'ego w Brnie. Pracuje na Oddziale Chirurgii Plastycznej w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej, Rekonstrukcyjnej i Estetycznej.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku