Staszek Marusarz na Krokwi

Staszek Marusarz na Krokwi (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

"Wprawił sędziów, widzów i samych skoczków w osłupienie"

O tym, co wydarzyło się w Planicy, z entuzjazmem pisała prasa, rekordem Staszka żyło sportowe Zakopane, a świadkowie tamtych zdarzeń prawdopodobnie opowiadali o nich swoim dzieciom i wnukom - pisze Dariusz Jaroń w książce "Skoczkowie. Przerwany lot".

Na kilka dni przed zawodami pewien nastolatek z Zakopanego przychodził na skocznię obserwować skoki mistrzów. Marszczył brwi, przyglądał się badawczo, analizował. Myślał zapewne o tym, co może zapożyczyć od najlepszych z najlepszych, żeby wkrótce skakać daleko jak oni. Szczególnie uważnie spoglądał w stronę Sigmunda Ruuda, swojego idola, Norwega mogącego uchodzić za wzór skoczka narciarskiego.*

Nastolatek miał świetne wyniki, odskakiwał juniorom bez wysiłku, ale na szybowanie wśród dorosłych był za młody, jak tłumaczyli mu trenerzy. Ale że góralską krnąbrność wyssał z mlekiem matki, średnio go te obostrzenia obchodziły. Stał więc pod skocznią, obserwował i myślał - a może i ja wystartuję? Tak też zrobił. Na kilka minut przed rozpoczęciem zawodów, schowany w cieniu drzew, maszerował niepostrzeżenie w górę skoczni z nartami na grzbiecie...

"Przedzierając się gęstym lasem, dotarłem z nartami w pobliże progu. Wspinali się właśnie na rozbieg Czesi. Po kilku minutach starter dał sygnał pierwszemu skoczkowi. Konkurs skoków rozpoczęty. Kolejno skakali dalsi zawodnicy. Podchodziłem coraz wyżej. Po kilku minutach osiągnąłem sam szczyt rozbiegu. Szalona myśl zrodzona podczas treningu mistrzów dojrzała. Postanowiłem i ja spróbować swoich sił z ekstraklasą świata.

Z emocji serce waliło mi jak młotem. Założyłem narty. Wykorzystując wolny tor, wyskoczyłem gwałtownie z boku i rzuciłem się z impetem w dół rozbiegu. Ileż wzruszenia dawał mi ten zjazd! Sunąłem śladami wielkiego Sigmunda Ruuda. Uwaga, góralczyku - próg! Wybiłem się mocno i łagodną parabolą spłynąłem w przepaść usianą tysiącem głów. Po pewnym i spokojnym locie wylądowałem na pięćdziesiątym którymś metrze, uzyskując tym samym wynik lepszy od wielu zawodników" - wspomni później z dumą w książce Na skoczniach Polski i świata.

Autorem tych słów i skoku, który wprawił sędziów, widzów i samych skoczków w osłupienie, był niespełna szesnastoletni Staszek Marusarz.

(...)

Smarowanie nart przed zawodami. Od lewej: Staszek Marusarz, Piotr Kolesar i Izydor Gąsiennica-Łuszczek (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Smarowanie nart przed zawodami. Od lewej: Staszek Marusarz, Piotr Kolesar i Izydor Gąsiennica-Łuszczek (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Narty z bukowych desek**

Pewnej zimy, gdy Staszek miał dwanaście lat, bracia Marusarzowie dowiedzieli się, że "Sokół" organizuje na Lipkach zawody narciarskie dla dzieci - bieg juniorów na dystansie pięciu kilometrów. Postanowili wziąć w nim udział i w tajemnicy przed rodzicami przygotować się do startu. Chłopcy musieli się ukrywać, bo ich ojciec, jak sądzili, uważał sport za stratę czasu. Narty powstałe z niedoszłych sań były zbyt miękkie i nie nadawały się do rywalizacji z najlepszymi młodymi zawodnikami z Zakopanego. Janek ze Staszkiem zmajstrowali zatem nowe, bezzwrotnie pożyczając z szopy ojca bukowe deski.

Żeby uzyskać szpice, moczyli drewno w gorącej wodzie, a następnie wsuwali jeden z końców deski w szparę między belkami stodoły i wyginali. Część desek nie wytrzymała tej próby, ale w końcu domowym sposobem udało się wyprodukować dwie pary nart. Dzieło zwieńczono dodaniem wiązań ze sznurków i drutów, a gładki i szybki zjazd miało zapewnić smarowanie desek świecą i przejechanie po śliskiej powierzchni - dla utrwalenia - rozgrzanym żelazkiem, które podekscytowani narciarze zapomnieli potem oczyścić.

Wieczorem, kiedy mama prasowała tacie wyjściową koszulę, ubrudziła kołnierzyk upaćkanym stearyną żelazkiem. Staszkowi się oberwało, ale rodzice nie skojarzyli wosku z nartami, tak jak wcześniej Jan Marusarz nie doliczył się brakujących w szopie desek.

Nadszedł dzień zawodów. Na starcie zebrało się kilkudziesięciu chłopców - zakopiańczyków i dzieci przebywających w mieście gości. Staszek odebrał pierwszy w życiu numer startowy. Na czerwonym tle wyróżniały się dwie białe cyfry: dwa i osiem. Wybrzmiał sygnał startera. Chłopcy ruszyli ławą spod Regli w dół, w stronę Lipek. Stylu nie było w tym żadnego. Każdy pędził jak umiał, byle szybciej od kolegów po bokach.

Szybko z tłumu dzieciaków na czoło wybiła się sylwetka Staszka. Tuż za nim, z zaciętą miną - Janek. Bracia od zawsze ze sobą rywalizowali. Lider, dodatkowo tym zmotywowany, jeszcze mocniej przebierał nogami, odskakując na bezpieczny dystans od Janka. Meta! Pierwsze zwycięstwo i pierwsza w życiu nagroda. Kilka godzin później w sali "Sokoła" stremowany Staszek odbierze piękne wełniane rękawice. Ściskając je w dłoniach, po raz pierwszy poczuje się pełnoprawnym zawodnikiem.

Po lewej: uroczyste otwarcie mistrzostw. Z polską flagą Staszek Marusarz (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe), po prawej: Marusarz w drodze na start, Zakopane 1939 (fot. Muzeum Tatrzańskie)
Po lewej: uroczyste otwarcie mistrzostw. Z polską flagą Staszek Marusarz (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe), po prawej: Marusarz w drodze na start, Zakopane 1939 (fot. Muzeum Tatrzańskie)

Drwiny i śmiechy

Najbardziej pasjonowały go skoki, chociaż pierwsze próby powinny były skutecznie wybić mu je z głowy. Tak jak połajanki taty, który w trosce o zdrowie synów pokazywał im kaleki i - niekoniecznie zgodnie z prawdą - z góralską surowością i ojcowską troską powtarzał: "Widzicie? To przez skoki". Staszka nie przepędziło ze skoczni widmo rózgi, nie zniechęciły go też kolejne upadki. Duża w tym zasługa babci, która nieraz wyciągała w stronę wnuka pomocną dłoń, opatrywała rany i ogrzewała przemarznięte na kość stopy.

A Staszek brał pod pachę narty, drałował na skocznię, lądował w śniegu i się nie zniechęcał.

Najpierw ćwiczył na dziecięcej skoczni na Lipkach, skleconej z ubitego śniegu i desek. Idolem młodzików był tam Karol Szostak, późniejszy reprezentant kraju, rekordzista Lipek. Staszkowi zamarzył się rekord Karola, wziął więc rozbieg i... właściwie nie wiedział, co ma robić dalej, toteż huknął klatką piersiową o śnieg i boleśnie przejechał twarzą po gruncie. Nie przejął się widokiem krwi i reprymendą rodziców. Bał się, że złamał nartę.

Po Lipkach przyszła kolei na Jaworzynkę - skocznię dla dorosłych. Tu trenowali idole zakopiańskich dzieci, późniejsi olimpijczycy i mistrzowie Polski. Po jednych zawodach Staszek w towarzystwie kolegów przedostał się w okolicę szczytu skoczni. Chłopców obleciał strach, ale nie mogli pokazać przed sobą, że się boją. Drwiny i śmiech tylko dodały Staszkowi animuszu. Będzie skakał! Przerażony, choć z odwagą niepewnie wypisaną na twarzy, pomknął w dół rozbiegu.

W swych książkowych wspomnieniach zanotuje:

"Skulony więcej ze strachu niż potrzeby stylu zbliżałem się nieuchronnie do progu. Rany Boskie! Próg! Wyprężyłem instynktownie ciało i rzuciłem się do przodu niczym w paszczę niedźwiedzia. Pierwsze wrażenie? Zachłysnąłem się silnym pędem powietrza, zimnego powietrza. Zdawało mi się, że zleciałem z turni wprost do... stawu z lodowatą wodą. Pode mną rozwarła się przepaść stokroć większa, niż mogłem przypuszczać. Strach zabił całą emocję skoku. Nad zeskokiem szarpnąłem nerwowo ciałem. Efekt był taki, że wylądowałem na głowę. Mimo nieprawidłowego lądowania, poczuwszy "grunt pod głową", doznałem uczucia ulgi. Fikając koziołki, zsuwałem się po zeskoku w dół. Wykonywałem przy tym rozpaczliwe ruchy, starając się zachować prostą linię spadku, aby, znalazłszy się na przechodzącym w poprzek zeskoku mostku, nie stoczyć się do strumyka, co mi się zresztą szczęśliwie udało. Zatrzymałem się u podnóża skoczni przy akompaniamencie głośnych drwin kolegów."

Staszek Marusarz w locie na Krokwi w Zakopanem (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Staszek Marusarz w locie na Krokwi w Zakopanem (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Taka była pierwsza próba Staszka na zawodowej skoczni. Odległość: nieco ponad dziesięć metrów.

Później pokiereszuje się jeszcze na świeżo otwartej Krokwi, ale i to nie zniechęci go do skakania. Wkrótce wróci na obiekty, który były świadkami jego klęsk i wstydu. Wróci w wielkim stylu, wywracając do góry nogami dawny porządek polskiego narciarstwa.

(...)

Walka o rekord w Planicy

Największa skocznia świata.

Te trzy słowa muszą rozpalać wyobraźnię każdego skoczka narciarskiego. Nie inaczej było w marcu 1935 roku. Planica, zapamiętał Marusarz, składała się ze skoczni i niewielkiego schroniska. W tymże budynku skoszarowano najlepszych zawodników Europy, stawiając przed nimi jedno zadanie: rekord świata.

(...)

Wielkie skakanie rozpoczął Reidar Andersen. Dziewięćdziesiąt jeden metrów!

 "Mimo znacznego zmęczenia po trzech skokach w oficjalnym konkursie, powędrowałem na rozbieg. Napięcie na trybunach ogromne. Podniecenie publiczności i gorączka Norwegów udzieliły się również mnie. Ale to tylko dopingowało. Ruszyłem w dół rozbiegu. Na progu wyłożyłem się daleko do przodu. Po spokojnym locie wylądowałem pewnie na dziewięćdziesiątym trzecim metrze. A więc odsadziłem Norwega o dwa metry! Publiczność rozszalała się na dobre. Okrzykom nie było końca. Skandowano moje nazwisko" - wspominał Marusarz.

Koniec emocji? Nic z tych rzeczy. Panowie dopiero się rozgrzewali! Pobudzona ambicja Reidara Andersena sprawiła, że zawodnik pognał w sprinterskim tempie na szczyt wieży rozbiegowej. Staszek pokręcił z niedowierzaniem głową i ruszył za nim. Przeczucie go nie myliło, trzeba będzie skakać jeszcze raz. Odległość Norwega - dziewięćdziesiąt cztery metry! Idąc powoli wzdłuż rozbiegu na coraz bardziej zmęczonych nogach, na moment się zatrzymał.

Na wysokości progu usypał sobie dodatkowy śnieżny prożek. Miał mu pomóc w wybiciu się wysoko w górę. W głowie kołatała mu jedna liczba: sto. Marzył o niej, ale obawiał się konsekwencji tak odległego skoku. Na szczycie rozbiegu odetchnął głęboko, założył narty i po sygnale startera spojrzał jeszcze raz w dół, na kilkanaście tysięcy głów czekających wraz z nim na stumetrowy skok.

Po lewek: Bronek Czech i Staszek Marusarz w Garmisch-Partenkirchen (prawdopodobnie styczeń 1935) (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe), po prawej: Staszek Marusarz mimo upływu lat wciąż imponował formą (fot. Muzeum Tatrzańskie)
Po lewek: Bronek Czech i Staszek Marusarz w Garmisch-Partenkirchen (prawdopodobnie styczeń 1935) (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe), po prawej: Staszek Marusarz mimo upływu lat wciąż imponował formą (fot. Muzeum Tatrzańskie)

Marusarz: "Z emocji zamarło mi na chwilę serce. (...) Jazda! W szalonym tempie sunąłem po rynnie rozbiegu. Lecz co to? Nie było "mojego" progu. Kto go usunął? Trochę mnie to zaszokowało. Dobrze, że w porę zauważyłem, gdyż byłbym się wybił znacznie bardziej do przodu [...], a to groziło w tej sytuacji wytrąceniem z równowagi i przejściem na głowę, co na tej skoczni było szczególnie niebezpieczne. Później dowiedziałem się, że próg usunęli Norwegowie. Było to moim zdaniem zachowanie niesportowe. Mogli mnie przynajmniej uprzedzić. Odbiłem się normalnie i wylądowałem pewnie na zeskoku, odczuwając lekki wstrząs. Napięcie mięśni brzucha przy lądowaniu było tak wielkie, że - jak później stwierdziłem - puściły guziki u spodni, a sztyft w sprzączce od paska przerwał dwie dziurki."

Staszek był pewny, że skoczył dalej niż poprzednio. Wrzawa po ogłoszeniu spikera potwierdziła te przypuszczenia. Dziewięćdziesiąt siedem metrów! Najdłuższy ustany skok świata. I chociaż większość źródeł z czasem skróci wynik Polaka o dwa metry, w tym momencie faktycznie był rekordzistą globu.

Reidar Andersen odpowiedział lotem błyskawicy. Dziewięćdziesiąt dziewięć metrów! Serce chciało skakać dalej, ale głowa i organizm podpowiadały co innego. Wyczerpany mentalnie i fizycznie konkursem, kilkakrotnym podchodzeniem na szczyt rozbiegu i walką o rekordy Marusarz dał za wygraną. Miał "w nogach" o dwa skoki więcej od Norwegów, poza tym zeskok na mamucie stawał się coraz twardszy, bo po południu do doliny Tamar zawitał mróz, a słońce schowało się za okolicznymi masywami skalnymi.

O tym, co wydarzyło się w Planicy, z entuzjazmem pisała prasa, rekordem Staszka żyło sportowe Zakopane, a świadkowie tamtych zdarzeń prawdopodobnie opowiadali o nich swoim dzieciom i wnukom. Z uznaniem o skokach syna wypowiadał się Jan Marusarz, zwykle oszczędny w pochwałach. "Ale im pokazoł. Twardo beskurcyjo, co?" - powtarzał sąsiadowi.

* Fragmenty książki "Skoczkowie. Przerwany lot" Dariusza Jaronia KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>
** Śródtytuły pochodzą od redakcji

Dariusz Jaroń, autor książki 'Skoczkowie. Przerwany lot' (fot. Materiały prasowe)
Dariusz Jaroń, autor książki 'Skoczkowie. Przerwany lot' (fot. Materiały prasowe)



Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (7)
Zaloguj się
  • maj.basia

    Oceniono 2 razy 2

    Pamiętam Stanisława Marusarza , w latach 50-tych ub.wieku, spacerował po Krupówkach, a ja smarkata przyglądałam
    mu się z podziwem. Był bardzo przystojnym mężczyzną. A na akademickich mistrzostwach świata "otwierał" zawody
    skokiem z krokwi, był już wtedy "starszym " panem (w moim mniemaniu), a miał zaledwie trochę po 40-ce.
    Był wspaniały!

  • ku52

    Oceniono 1 raz 1

    cxubmsqq1
    cxubmsqq1 Przepisy wówczas były bardzo nieprecyzyjne w kwestii tego co wolno, a czego nie. Na pewno niesportowe było natomiast zakulisowe "sędziowanie" wpływowych Norwegów na mistrzostwach świata w Lahti w 1938 - ewidentnie ukradli tam Marusarzowi złoty medal (zob. jego wspomnienia Na skoczniach Polski i świata, s. 71-75).

  • ku52

    Oceniono 1 raz 1

    Obawiam się, że w tej książce najciekawsze to, co nieautorskie: cytaty ze wspomnień Staszka Marusarza (świetnych, choć skromnych objętościowo, niestety) i tytuł za Hanną Świdą-Ziembą (równie świetny "Urwany lot").

  • cxubmsqq1

    Oceniono 7 razy 1

    Ciekawy artykul - Marusarz to legenda polskich skokow narciarskich.

    Troche w tym smieszne jest stwierdzenie wybitnego skoczka, iz usuniecia 'mojego kopczyka' bylo 'zachowaniem niesportowym'. A ustawianie tegoz kopczyka bylo sportowe? Jak widac juz wowczas hipokryzja nie byla obca sportowcom. Nawet tym wielkim....

  • dar61

    0

    Więcej Stasinków, więcej skoczni - też w polskich Sudetach/ polskiej Szwajcarii kaszubskiej...
    No i - oczywista - więcej gipsu.

    ****
    '...w książce Na skoczniach Polski i świata [...] "Sokół"...'
    >>> ...książce „Na skoczniach Polski i świata” [...] „Sokół”...

    Mimo istnienia słowników SOJP?!
    '...Mimo znacznego zmęczenia po trzech skokach w oficjalnym konkursie, powędrowałem...' [pisownia oryginalna - MIMOZIZM]
    >>> konkursie powędrowałem... [BEZ PRZECINKA zasada COFANIA PRZECINKA - no to co, że to cytat?]

    '...upaćkanym stearyną...'
    A nie woskiem aby?

    '...Zatrzymałem się u podnóża skoczni przy akompaniamencie głośnych drwin kolegów."...' [anglicyzm]
    >>> ...drwin kolegów”. [polonizm]

  • hunter4

    Oceniono 2 razy -2

    Co albo kto to jest beskurcyjo?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX