Procesy norymberskie

Procesy norymberskie (fot. Raymond D'Addario)

wywiad gazeta.pl

Tropiciel nazistów "łączył pedantyczność odziedziczoną po niemieckich przodkach z polskim polotem"

Kiedy w 1946 roku alianci zachodni zaczęli wydawać Polsce hitlerowskich zbrodniarzy, przesłuchiwał ich właśnie Jan Sehn - mówi Filip Gańczak, autor książki, "Jan Sehn. Tropiciel nazistów".

Mieszkańcy jego rodzinnego Tuszowa upamiętnić Jana Sehna nie chcieli.

Mieszkańcy to może za dużo powiedziane. Pojawił się anonim, wysłany w roku 2004 między innymi do lokalnych władz, w którym podawano dość absurdalne powody, by profesora Jana Sehna nie upamiętniać. Osoba czy też osoby, bo list nie był podpisany, powoływały się na niemieckie pochodzenie rodziny Sehnów oraz na to, że nie była rzekomo związana z tą ziemią. Mimo absurdalności owych zarzutów anonim wywołał zamieszanie i przyczynił się do tego, że Jana Sehna upamiętniono nie na ścianie szkoły w Tuszowie Narodowym, jak planowano, lecz na prywatnej posesji w pobliskim Tuszowie Małym, w miejscu, gdzie stał kiedyś dom rodziny Sehnów.

Ktoś tam dzisiaj Sehnów pamięta?

Po 90 latach - tyle minęło od wyprowadzki Sehnów z Tuszowa - trudno już znaleźć takie osoby. Ale wciąż znakomicie zorientowana jest rodzina Dziewitów, która zgodziła się na upamiętnienie profesora na swojej posesji. Jej właściciel miał nawet pod ręką kopię umowy kupna domu od Sehnów.

Cieszy to upamiętnienie na prywatnej działce, ale smuci zachowanie władz i szkoły - instytucji publicznych.

Jan Sehn generalnie nie ma szczęścia do upamiętnień. Co prawda istnieje w Krakowie Instytut Ekspertyz Sądowych, którym przez wiele lat kierował i który od 1966 roku nosi jego imię, ale można by się spodziewać, że upamiętnień będzie znacznie więcej, w postaci tablic czy nazw ulic, choćby w Krakowie, gdzie Sehn studiował i pracował. Współwłaściciel krakowskiej kamienicy przy ulicy Czystej, w której przez 20 powojennych lat mieszkał Sehn z rodziną, powiedział mi, że myśli o umieszczeniu tam tablicy pamiątkowej po remoncie budynku.

Kamienica na rogu ulic Westerplatte i Marii Skłodoskiej-Curie, w której mieści się Instytut Ekspertyz Sądowych im. Prof. dra Jana Sehna (fot. Marcin Zieliński)
Kamienica na rogu ulic Westerplatte i Marii Skłodoskiej-Curie, w której mieści się Instytut Ekspertyz Sądowych im. Prof. dra Jana Sehna (fot. Marcin Zieliński)

Skąd ten opór?

Być może jest spowodowany tym, że Jan Sehn zmarł ponad pół wieku temu, zmarła też jego żona, najbliżsi współpracownicy - przynajmniej ci najbardziej wpływowi. Sehn nie miał dzieci, tylko dalszą rodzinę, więc tak się złożyło, że niemal nikt się nie podjął niesienia pamięci o nim.

Kiedy Jan Sehn zmarł, pisała o nim szeroko prasa polska i zachodnioniemiecka, a potem z każdym rokiem pamięć o nim niknęła. Gdyby dzisiaj zapytać przeciętnego mieszkańca Krakowa, miasta, z którym tak mocno był związany, kim był Jan Sehn, nie otrzymalibyśmy pewnie poprawnej odpowiedzi.

Ale wiele jest osób, które zmarły pół wieku temu, a nawet pół tysiąca lat temu, a zostały upamiętnione. Czy tu aby na przeszkodzie nie stanęło niemieckie pochodzenie Sehna?

Nie wiem, czy nie idziemy zbyt daleko. Na tej zasadzie można by się zastanawiać, czy Mikołaj Kopernik powinien być upamiętniany, a przecież nie ma z tym żadnego problemu.

Mikołaj Kopernik nie miał w rodzinie volksdeutschów.

Jan Sehn deklarował się jako Polak przed wojną, w trakcie wojny i po wojnie. Niemieckie korzenie Sehna nie były też żadnym tematem wśród jego znajomych czy współpracowników, o czym wiem z rozmów z ludźmi, którzy go jeszcze pamiętają. Jeśli zaś chodzi o volksdeutschów, jest to argument z anonimu, od którego zaczęliśmy. Rzeczywiście, w trakcie hitlerowskiej okupacji jego starszy brat i ojciec otrzymali kenkarty dla osób narodowości niemieckiej. Brat był w czasie wojny sołtysem w Bobrowej, dokąd Sehnowie przeprowadzili się z Tuszowa. I muszę powiedzieć, że nie znalazłem - poza wpisem na volkslistę - niczego, co obciążałoby Józefa Sehna, brata Jana.

Podobno wręcz pomagał polskim mieszkańcom Bobrowej.

Tak przedstawiają go potomkowie. W znanych mi dokumentach zachowanych w Instytucie Pamięci Narodowej i innych archiwach, a dotyczących choćby pacyfikacji Bobrowej w 1943 roku, Józef Sehn pojawia się marginalnie. Już jednak sama obecność na volksliście wystarczała, by w nowej Polsce być mocno podejrzanym. Mogło to nawet prowadzić do odpowiedzialności karnej, prawo było wówczas pod tym względem surowe. Zapewne właśnie dlatego Józef Sehn ukrywał się po wojnie. Zaszył się w północnej Polsce, gdzie żył na odludziu i do śmierci w roku 1958 prawie nie kontaktował się z rodziną. Jego dziećmi przez pewien czas opiekował się brat - Jan Sehn.

Po lewej: prof. dr Jan Sehn podczas pracy (fot. Jerzy Rys, Archiwum Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Prof. dra Jana Sehna w Krakowie), po prawej: Jan Sehn w mundurze oficera Polskiej Misji Wojskowej Badania Niemieckich Zbrodni Wojennych, 1946 rok (fot. Archiwum IPN)
Po lewej: prof. dr Jan Sehn podczas pracy (fot. Jerzy Rys, Archiwum Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Prof. dra Jana Sehna w Krakowie), po prawej: Jan Sehn w mundurze oficera Polskiej Misji Wojskowej Badania Niemieckich Zbrodni Wojennych, 1946 rok (fot. Archiwum IPN)

Kiedy Jan Sehn przestał być Niemcem i został Polakiem?

Polonizacja rodziny Sehnów zaczyna się w XIX wieku, kiedy Jana Sehna nie ma jeszcze na świecie. Sprzyja temu na pewno autonomia austriackiej Galicji, więc i polskie szkolnictwo. Jan rodzi się w 1909 roku, jeszcze pod zaborami, ale w dorosłość wkracza już w II Rzeczypospolitej. Kończył polskie szkoły - gimnazjum w Mielcu, potem Uniwersytet Jagielloński. Wydaje się, że w wielkim stopniu ukształtowała go właśnie polska edukacja. Także w domu Sehnów mówiono po polsku, choć zdarzało się, że ojciec z dziadkiem kłócili się po niemiecku.

Mówienie po polsku nie musi oznaczać polskiej tożsamości.

To prawda, to jest indywidualna sprawa. W każdym razie Jan zawsze wpisywał w dokumentach "narodowość polska". Nie mamy żadnych śladów wskazujących na to, że, nawet jako gimnazjalista, czuł się Niemcem.

Można go określić jako Polaka pochodzenia niemieckiego?

Tak, aczkolwiek sam Jan Sehn tematu niemieckiego pochodzenia nie poruszał. Uważał się po prostu za Polaka. Ale jego pochodzenie nie było też jakąś wielką tajemnicą. Świadczy o tym choćby to, że nie zmienił nazwiska, nie spolszczył go, a wskazywało ono dość jednoznacznie na jego korzenie.

Jan Sehn po prawniczych studiach na UJ stawia pierwsze kroki w zawodzie. Kroki, jak się potem okazało, nieraz ryzykowne, bo był przed wojną uczestnikiem - mimo woli - postępowania przeciw znanemu socjaliście, Bolesławowi Drobnerowi, co po wojnie mogło się dla Sehna skończyć źle.

Jego rola w sprawie Bolesława Drobnera była drugoplanowa, bo Sehn nie był wtedy samodzielnym sędzią śledczym. Właściwie tylko wspomagał śledztwo, protokołował przesłuchania. Drobner zapamiętał jednak Sehna z tego czasu i już po wojnie opisał spotkanie z nim w swoich wspomnieniach i w piśmie do władz uniwersytetu. Nie pociągnęło to za sobą żadnych konsekwencji.

W czasie wojny Drobner przystał do komunistów. Był krótko I sekretarzem w Krakowie, a wcześniej, jeszcze w latach 1944-45, ministrem i prezydentem Wrocławia, ale nie cieszył się zaufaniem najważniejszych osób z kręgu władzy, był rozpracowywany przez bezpiekę. Być może to właśnie działało na korzyść Sehna. Albo jego wieloletnia znajomość z Józefem Cyrankiewiczem, "wiecznym premierem" PRL. Ale też trzeba pamiętać, że sięganie po takich starannie wykształconych w II RP fachowców jak Jan Sehn było zaraz po wojnie normalne. Dopiero pod koniec lat 40., kiedy nowa władza okrzepła i rozrosły się komunistyczne kadry, zaczęła się szerzej zakrojona weryfikacja. Sehn był w swoim środowisku jednym z nielicznych, którym pozwolono kontynuować karierę, aż do jego przedwczesnej śmierci w 1965 roku.

Widok panelu sędziów podczas procesów norymberskich (fot. Harvard Law School Library, Harvard University)
Widok panelu sędziów podczas procesów norymberskich (fot. Harvard Law School Library, Harvard University)

Zatrzymajmy się jeszcze na wojnie, bo Jan Sehn przeszedł ją w Krakowie w miarę suchą nogą.

Przez pierwszy rok wojny nie pracował, przynajmniej tak wynika z dokumentów. Być może pomagali mu bliscy, rodzina, być może rodzina żony, bo Zofia Puskarczyk, później Sehn, pochodziła z dobrze ustosunkowanej familii. Jeden z jej krewnych - Józef Lubelski - był znanym krakowskim restauratorem, działaczem stowarzyszenia restauratorów i wiele wskazuje, że dzięki jego protekcji Jan Sehn znalazł tam pracę jesienią 1940 roku.

Wydawało się, że będzie to spokojna posada w niespokojnych czasach. Tak jednak nie było. Kiedy Niemcy zażądali weryfikacji lokali gastronomicznych, co mogło skutkować nie tylko zamknięciem części z nich, lecz także wysłaniem ich właścicieli i pracowników na roboty do Rzeszy, Jan Sehn miał zrobić wiele, by opóźnić ten proces i ograniczać jego skalę.

Nie uchroniło go to jednak przed fałszywym oskarżeniem.

W 1946 roku wszczęto dochodzenie na wniosek pary restauratorów z krakowskiego Podgórza, oskarżających Sehna, że w czasie okupacji przyczynił się do zamknięcia ich lokalu.

Obronili go inni restauratorzy, wystawiając Sehnowi wspaniałą opinię.

Tak, a groziły mu, trzeba to powiedzieć, bardzo poważne konsekwencje, gdyby uznano go za winnego. Materiał zgromadzony przez prokuraturę świadczył jednak na korzyść Sehna. Stowarzyszenie restauratorów stanowczo twierdziło, że Jan Sehn nie tylko dał się poznać podczas wojny jako prawdziwy Polak, ale wręcz chronił, jak się tylko da, polskich restauratorów w konfrontacji z niemieckimi władzami okupacyjnymi.

Po wojnie Jan Sehn robi niezwykłą karierę, stając się - jak głosi podtytuł pańskiej książki - nie tylko tropicielem nazistów, ale i wybitnym ekspertem w tematyce obozowej, szczególnie Auschwitz-Birkenau. Czy dlatego, że - jak mówił jego przedwojenny przełożony - "wspaniale łączy pedantyczność odziedziczoną po niemieckich przodkach z polskim polotem"?

Jan Sehn sam zainteresował się tematem i zgłosił się do tego rodzaju pracy. Postulował zabezpieczenie dowodów niemieckich zbrodni w Auschwitz, w tym urządzeń obozowych. Wszedł także, niemal od razu, do nowo powstałej tak zwanej Komisji Oświęcimskiej, która działała w Krakowie, i szybko zaczął w niej grać pierwsze skrzypce. Przesłuchiwał świadków, więźniów Auschwitz. Robił to, dodajmy, zgodnie z przepisami polskiego Kodeksu postępowania karnego, żeby sporządzone protokoły miały potem wartość przed sądem. Od maja 1945 roku jeździł wielokrotnie do Oświęcimia, zabezpieczając listy więźniów, niemieckie rozkazy i korespondencję. Wszystko to było potem niezwykle ważne w dochodzeniach. A kiedy w 1946 roku alianci zachodni zaczęli wydawać Polsce hitlerowskich zbrodniarzy, przesłuchiwał ich właśnie Jan Sehn.

Tory kolejowe, wartownia i brama główna Auschwitz (fot. Stanisław Mucha / Bundesarchiv, B 285 Bild-04413)
Tory kolejowe, wartownia i brama główna Auschwitz (fot. Stanisław Mucha / Bundesarchiv, B 285 Bild-04413)

Lista przesłuchiwanych przez niego hitlerowców jest bardzo długa, wspomnijmy więc tylko Rudolfa Hössa, komendanta Auschwitz-Birkenau, czy Amona Götha, komendanta obozu w Płaszowie. Nie on jednak oskarża ich przed sądem.

Wynikało to z ówczesnego podziału zadań. Istniała instytucja sędziego śledczego, który, moim zdaniem, wykonywał większość pracy: przesłuchiwał świadków, przesłuchiwał podejrzanych, zbierał wszelkie dowody, korespondował z rozmaitymi instytucjami w Polsce i za granicą. Takim właśnie sędzią śledczym był Jan Sehn. Prokuratura dostawała od niego właściwie gotowy materiał, będący podstawą oskarżenia.

Materiał zbierany zawsze z wielką kulturą i poszanowaniem wszelkich procedur.

Sehn z jednej strony podążał za wytycznymi prokuratury Najwyższego Trybunału Narodowego, która chciała, żeby oskarżeni byli w jak najlepszej kondycji podczas procesów - także dlatego, że bardzo się nimi interesowały światowe media. Z drugiej strony, wynikało to z jego humanitaryzmu, legalizmu i przedwojennej praktyki, które miały dla niego fundamentalne znaczenie. Sehn pozwalał, by niemieccy zbrodniarze mieli dostęp do książek, by mogli korespondować z rodzinami. Rudolfowi Hössowi kupował nawet w dniach przesłuchań obiady.

Jego drugi język, niemiecki, miał też, jak rozumiem, niebagatelne znaczenie.

Być może łatwiej mu było skłonić podejrzanych, żeby się otworzyli, żeby składali obszerniejsze wyjaśnienia. Wiadomo, że inaczej rozmawia się bez tłumacza. Z pewnością o wiele trudniej było Sehna zbić z tropu. Arthur Liebehenschel, następca Hössa w Auschwitz, wielokrotnie został przyłapany przez Sehna na kłamstwie.

Dlaczego znamy Szymona Wiesenthala, słynnego łowcę nazistów, a Jan Sehn opinii publicznej jest nieznany?

Powtórzę tu znów moją teorię o tym, że miała na to wpływ jego przedwczesna śmierć, ale także to, że zainteresowanie Zagładą narastało stopniowo, w dużej mierze już po śmierci Sehna. Wiele przełomowych książek, seriali i filmów - jak "Holocaust" czy "Lista Schindlera" - pojawiło się znacznie później.

Jan Sehn (na pierwszym planie) w Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie, 1958 rok (fot. Archiwum IPN)
Jan Sehn (na pierwszym planie) w Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie, 1958 rok (fot. Archiwum IPN)

Irena Sendlerowa żyła długo, umarła nieco ponad dekadę temu, a dla świata "odkryto" ją dopiero kilka lat przed śmiercią. Co jest tego powodem? Dlaczego nie umiemy pamiętać o wybitnych Polakach? Dlaczego nie umiemy o nich opowiadać światu?

Niemiecka badaczka Sybille Steinbacher zwracała uwagę, że bardzo Janowi Sehnowi zaszkodziła żelazna kurtyna. Był po jej niewłaściwej stronie. Zachód nie bardzo interesował się Wschodem. Poza, oczywiście, specjalistami. Prokuratorzy z Frankfurtu nad Menem, którzy przygotowywali w latach 60. procesy załogi z Auschwitz, znali dokonania Jana Sehna, znali jego monografię tego obozu.

Z kolei po 1989 roku polscy badacze nadrabiali zaległości, zajmując się - wcześniej zakazanymi - zbrodniami sowieckimi, a nieco zaniedbując niemieckie. Odstraszało też na pewno to, że Sehn praktycznie nie zostawił po sobie osobistych zapisków.

Trudno, żeby zostawił zapiski, skoro przewodniczył Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich, kierował Działem Dokumentacji Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, potem jeszcze Instytutem Ekspertyz Sądowych, w końcu - jako profesor - Zakładem Kryminalistyki na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Sporo roboty.

Jan Sehn pracował po nocach, wykonując tytaniczną pracę. Z urlopu pierwszy raz po wojnie skorzystał dopiero jesienią 1948 roku. Zostały po nim setki tomów akt, ale informacje o jego życiu prywatnym są nadzwyczaj skromne.

W dodatku umiera po pięćdziesiątce, dużo za wcześnie. Zostaje znaleziony martwy w pokoju hotelowym we Frankfurcie tuż przed rozpoczęciem drugiego z tamtejszych procesów członków załogi Auschwitz. To rodzi mnóstwo plotek.

Podchodzę do nich ostrożnie, choć wiemy o pogróżkach, które otrzymywał. Nie ma jednak żadnych dowodów podważających oficjalną wersję o śmierci z powodu zawału serca.

Wolałby pan pomnik Jana Sehna w Krakowie czy film o nim?

Zdecydowanie film, bo życie Sehna to gotowy scenariusz. W Niemczech Fritz Bauer, podobnie zasłużony łowca nazistów, stał się w ostatniej dekadzie bohaterem nie jednego, lecz bodaj dwóch kinowych filmów fabularnych. A my o Janie Sehnie nie mamy nawet jednego. Marzy mi się produkcja z rozmachem, oczywiście z udziałem polskich i niemieckich aktorów.

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Filip Gańczak, autor książki 'Jan Sehn. Tropiciel nazistów' (fot. Magda Varda / hush! baby photo studio)
Filip Gańczak, autor książki 'Jan Sehn. Tropiciel nazistów' (fot. Magda Varda / hush! baby photo studio)

Filip Gańczak. Ur. 1981. Dziennikarz, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, a wcześniej tygodnika "Newsweek Polska". Specjalizuje się w tematyce niemieckiej i polsko-niemieckiej. Doktoryzował się w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Debiutował reportażową biografią "Erika Steinbach. Piękna czy bestia?" (2008). Jego "Filmowcy w matni bezpieki" (2011) byli nominowani w konkursie Książka Historyczna Roku. Za monografię "Polski nie oddamy. Władze NRD wobec wydarzeń w PRL 1980-1981" (2017) otrzymał nominację do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego. Stypendysta m.in. Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Mieszka w Warszawie.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (100)
Zaloguj się
  • freud1

    Oceniono 42 razy 24

    Kopernik byl Niemcem. Na dobra sprawe nie wiemy, czy mowil po polsku. Niemcami byli tez Brueckner, Po(h)l, Anders i Kleeberg, bo przeciez dla wolakow Austriacy, jak np. Hitler, to tez Niemcy.
    Ba, przyjmujac wolskie kryteria wiekszosc Piastów byla Niemcami, od Kazimierza Odnowiciela poczawszy. Podobnie sprawa ma sie z mieszczanstwem niemieckim, ktore zakladalo i zarzadzalo wiekszoscia miast I RP (i nie mowie tu o oczywistych oczywistosciach typu Gdansk, Elblag czy Torun, ale np. o Krakowie, gdzie w takim kosciele Mariackim do konca XVI wieku msze odprawiano po niemiecku).
    To tak po lebkach i na marginesie, bo artykul cokolwiek ciekawy i wart komentarza ad meritum.

  • fuqu

    Oceniono 25 razy 23

    mój wujek Franek, Ślązak, powstaniec, w 1939 w WP, wzięty do niewoli przez Rosjan,
    wrócił do Polski z II Armią LWP, (na Andersa się nie załapał).

    Zawsze mnie śmieszyło, jak z ojcem grali w skata albo pinusia i on liczył punkty,
    mówił po śląsku, gwarą, po polsku umiał słabo, liczył tylko po niemiecku, po polsku nie umiał.

    Do ludzi z tej wiochy, którzy napisali ten anonim:
    jesteście paskudni, powiem więcej, jesteście PRAWDZIWYMI POLAKAMI.

  • vinogradoff

    Oceniono 5 razy 5

    Narodowosc jest PRZYMUSOWA i NIKT sam sobie jej nie wybiera tak jak NIKT nie decyduje o tym czy przyjdzie na swiat.Jednak problem wogole nie w tym a w zupelnie czyms innym. Otoz jak weimy z historii wielu Polakow w II wojnie swiatowej to zdarzalo sie, ze Polak wydal Polaka na GESTAPO z motywowo osbistych aby np. nie splacac zaciagnietego jeszcze przed wojna dlugu czy zagarnac Jego majatek a NIEMIEC i to STUPROCENTNY uratowal zycie Polakowi.Znam takie trzy przypadki tylko w mojej Rodzinie ze strony Matki, ze Niemiec uratowal zycie trzem Czlonkom Rodziny. Oczywiscie to szalenie niepopularne i wogole nie ,, na bazie i nie po linii,, bo to wprost HEREZJA za ktora zaraz po wojnie Czerwona Holota mogla skazac nawet i na RASSTRIEL a dzis nadal jest zle odbierane. Badzmy REALISTAMI a liczy sie to czy KTOS i to niewazne z jakiego Narodu jest Czlowiekiem czy tylko LAJDAKIEM.

  • k_turska

    Oceniono 5 razy 5

    Dziekuje za wywiad i przybliżenie postaci Jana Sehna

  • tetradrachma

    Oceniono 4 razy 2

    Podziały społeczne istniały "od zawsze". Do Rewolucji Francuskiej - STANY istniały - mniej więcej we wszystkich krajach, ich granica przebiegała; chłopi/mieszczanie, duchowieństwo, szlachta, król. Decydował niezmienny tzn. dziedziczny cenzus; urodzenia, posiadania. Francuska szlachta (stan rycerski) broniła, duchowieństwo opiekowało (organizowało szpitale, szkoły, sieroty, dzieci niechciane, biedota). Z czasem ulegał modyfikacji, polegajacy na płaceniu lub nie, podatku, prawa głosu, otrzymywaniu urzędu, zdobywaniu wykształcenia. Podziały były restrykcyjnie przestrzegane, tak dalece, ze np. kupienie majątku łączyło się z kupieniem nazwiska, nie oznaczało zmiany STANU/statusu społecznego. Utopiści, starali (się) aby granica przebiegała …. moralny/madry - łajdak/głupi. Niektórym (krajom) cywilizowanym TO się udawało.

  • rikol

    Oceniono 7 razy -3

    Polska nie ma znaczenia militarnego, więc nikogo nie interesują polscy bohaterowie. Tak samo jak nas nie interesują bohaterowie serbscy, tureccy i in.

  • tetradrachma

    Oceniono 18 razy -6

    Krytykujecie GW ?! Uczcie się. Myslcie. Dla mnie, GW jest jedyna, obiektywna, informacja zydowska. Nawet jak mi posty likwidują jestem wdzięczny, że ISTNIEJE (ona, gazeta) !

  • jan_sobczak1

    Oceniono 9 razy -7

    Za kilka lat będziemy potrzebowali takich tropicieli do szukania świń i morderców z Izraela.

  • poszum

    Oceniono 16 razy -10

    A tropiciel komunistycznych zbrodniarzy jak Stefan Szechter co laczyl ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX