Anna Walentynowicz z wizytą w amerykańskiej szkole, 1989 r.

Anna Walentynowicz z wizytą w amerykańskiej szkole, 1989 r. (fot. Instytut Pamięci Narodowej)

wywiad gazeta.pl

"Dla Anny Walentynowicz charakterystyczne było, że gdy się na kimś zawiodła, nie potrafiła mu przebaczyć"

Do tej pory historia Walentynowicz była przedstawiana czarno-biało i wiele było w niej przemilczeń. Walentynowicz zaczyna walkę z komunizmem w 1951 roku? To nieprawda. Ale w żadnym stopniu nie umniejsza to jej zasług - mówią Dorota Karaś i Marek Sterlingow, autorzy wydanej przez Znak książki "Walentynowicz. Anna szuka raju", która ukazała się 11 marca.

Przeczytałam z dużą uwagą nie tylko waszą książkę, ale nawet podziękowania! Te dla Hanny Krall - "Za radę, by nie oceniać" - wydały się kluczowe.

DOROTA KARAŚ: Ta rada wydaje się dość oczywista, każdy dziennikarz powinien się do niej stosować. W praktyce wygląda to różnie.

MAREK STERLINGOW: Dla mnie przy pisaniu tej książki trzymanie się tej zasady nie było wcale łatwe. Wielokrotnie musiałem się hamować, bo czułem, że podążam za utartymi ocenami danych sytuacji czy ludzi. 

Anna Walentynowicz budzi skrajne emocje. 

M.S.: Jedni uważają, że była bezlitosna, bo nigdy nie pogodziła się z Lechem Wałęsą. Inni uważają to wręcz za cnotę. Rada, żeby nie oceniać, była w moim przypadku potrzebna. 

D.K.: Wzięliśmy ją sobie do serca. Woleliśmy zadawać pytania, opisywać konkretne zdarzenia, niż formułować oceny.

Wspominacie w książce o tym, że biografię Anny Walentynowicz próbował na początku lat 90. napisać aktualny wiceprezydent stolicy Paweł Rabiej. Nigdy jej nie wydał, bo Walentynowicz ją zablokowała, grożąc mu sądem. Czy myślicie, że wasza bohaterka autoryzowałaby waszą książkę? 

D.K. i M.S.: (śmiech) Sami zadajemy sobie to pytanie. 

M.S.: W książce Rabieja nie podobało jej się to, co mówili o niej inni. My byśmy woleli, żeby Anna Walentynowicz nie tyle autoryzowała naszą książkę, co ją uzupełniła. 

I odpowiedziała na pytanie, dlaczego przez całe życie ukrywała swoje ukraińskie pochodzenie? 

D.K.: Dużo się nad tym zastanawialiśmy. Po wojnie było to dość oczywiste. Relacje między Polakami a Ukraińcami były napięte. Żywa była pamięć o rzezi na Wołyniu, gazety pisały o bandach UPA, miały miejsce przesiedlenia, akcja "Wisła". Przyznanie się do ukraińskich korzeni mogło utrudnić młodej dziewczynie życie w Polsce.

M.S.: Ale Anna Walentynowicz do końca trzymała się tej wersji swojego życiorysu. Smutne, że nawet w wolnej Polsce nie czuła się na tyle bezpiecznie, by opowiedzieć o swojej rodzinie, odnalezionej 55 lat po wojnie. Choć myślę, że to gorzej świadczy o naszym społeczeństwie niż o niej.

Była ikoną prawicy. Może się obawiała, że spadnie z piedestału? Piszecie, że prosiła ukraińską rodzinę - którą odnalazła w latach 90. - by nie pojawiali się w Polsce na jej pogrzebie! 

M.S.: To prawda. Osoby, które odczytywała jako swoich politycznych sojuszników, często były nacjonalistami lub ksenofobami. Z mojego punktu widzenia Walentynowicz, mająca dwie tożsamości - w tym jedną ukrytą - stała się o wiele bardziej interesująca.

D.K.: Ciekawszą na pewno. Pod koniec życia zbierała anonimy, które do niej przychodziły. Kiedy zmarła, przekazał je do IPN-u jej syn, Janusz. Przeczytaliśmy wszystkie, w książce również je cytujemy. Niektóre są ohydne: "Nędzna żydzino mącisz w głowach Polaków", "wracaj na wschód - wykarmiona na polskim chlebie".

Stoczniowa brygada po pracy. Obok Anny siedzi Kazimierz Walentynowicz (fot. Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza)
Stoczniowa brygada po pracy. Obok Anny siedzi Kazimierz Walentynowicz (fot. Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza)

A jaka jest prawda o tym, jak była traktowana przez polską rodzinę Teleśnickich, z którymi uciekła z Ukrainy i u których przez wiele lat była służącą? 

M.S.: Tego też do dziś tak naprawdę nie wiemy. Z jednej strony jest relacja Anny Walentynowicz, która wspomina ich jak najgorzej. Z drugiej - dotarliśmy do potomków Teleśnickich, którzy twierdzą, że była traktowana jako członek rodziny.

D.K.: Dzięki nim udało nam się znaleźć jedyne jej zdjęcia z dzieciństwa. Mają dowodzić, że była dla nich niemal jak córka.

Tymczasem Walentynowicz mówiła o upokarzaniu, biciu, a nawet molestowaniu seksualnym!

D.K.: Anna trafiła do Teleśnickich w 1941 roku i była z nimi aż do roku 1950. Ich drogi skrzyżowały się na Wołyniu, skąd Teleśniccy - razem z Anną, przekonaną, że jej rodzina została przez Niemców zamordowana - uciekli. Zabrali ją ze sobą, prawdopodobnie ratując jej w ten sposób życie. Pod Warszawą mieszkali u Leona Teleśnickiego, który za współpracę z AK został zesłany na Syberię.

M.S.: Dla Anny charakterystyczne było, że gdy się na kimś zawiodła, nie potrafiła mu przebaczyć. O takiej osobie mówiła już tylko źle. Podobna historia przydarzyła się przecież z Wałęsą. Najpierw byli przyjaciółmi, potem, gdy się skonfliktowali, dobrego słowa nie była w stanie o nim powiedzieć. "Wałęsa? Ledwo go znałam!" - twierdziła.

Wasza książka obala mit za mitem. Dla prawicowych środowisk wiadomość o tym, że Walentynowicz nie zaczęła walczyć z ustrojem już na początku lat 50., ale wspierała go o wiele dłużej, to będzie szok! 

D.K.: Do tej pory w biografiach Anny Walentynowicz brakowało wielu ważnych fragmentów. Zaczyna walkę z komunizmem w 1951 roku? To nieprawda, choć w żadnym stopniu nie umniejsza to jej zasług. Naszym zdaniem przestała działać w ZMP, bo zaszła w ciążę i samotnie wychowywała dziecko. W tej organizacji panowały surowe zasady moralne. Nie mogła być już aktywistką i przykładem dla innych. Przestała być dziewczyną z młodzieżowego plakatu, ale do połowy lat 60. działała w Lidze Kobiet i socjalistycznych związkach zawodowych. Była częścią tego systemu. Nigdy nie zapisała się do partii, bo - jak tłumaczyła po latach - nie wydawało jej się, że jest tego godna.

M.S.: Anna Walentynowicz przez wiele lat pomagała budować socjalistyczne państwo. Ale trudno się temu dziwić. Ja nie mam żadnych pretensji do ludzi, którzy po takiej strasznej wojnie chcieli żyć spokojnie i naiwnie uwierzyli w ten system. 

D.K.: PRL, który był autorytarnym, represyjnym i zależnym od ZSRR państwem, został po wojnie zaakceptowany przez dużą część społeczeństwa. Annie, jak wielu jej podobnym, dał możliwość awansu społecznego. Stocznia oferowała robotnikom nie tylko miejsce pracy, ale też edukację, żłobek, przychodnię, kino, grupę teatralną i klub sportowy. Przed wojną dziewczyna taka jak Anna Walentynowicz mogła o tym tylko pomarzyć.

M.S.: Dla niej to był gigantyczny awans społeczny. Na Ukrainie mieszkała w małej chatce, chodziła boso i pasła krowy.

Dorota, wspomniałaś, że Walentynowicz nie zapisała się do PZPR, bo czuła się gorsza od jej członków. Czy była analfabetką?

D.K.: Skończyła prawdopodobnie cztery klasy, z tego dwie po rosyjsku albo po ukraińsku. Pisać i czytać po polsku musiała się nauczyć u Teleśnickich. Podanie o pracę, które w 1950 roku złożyła w stoczni, wręcz wykaligrafowała. 

Anna Walentynowicz w 1999 r. (fot. Piotr Janowski / Agencja Gazeta)
Anna Walentynowicz w 1999 r. (fot. Piotr Janowski / Agencja Gazeta)

Wykaligrafowała pięknie podanie, skończyła kurs spawacza i nim została. Opisy tej pracy są naprawdę mocne: "Latem blacha tak się rozgrzewa, że w roboczym kombinezonie człowiek oblewa się potem, zimą trzęsie się z chłodu. (...) Oczy bolą strasznie. Z cementowego dna odpryskuje beton i kaleczy".

M.S.: Do dziś praca spawacza należy do najcięższych w stoczni. Ale Anna Walentynowicz była bardzo pracowitą osobą: potrafiła spawać i robiła to dobrze. Chciała odpłacić się za wszystko, co dał jej system.

Sporo jej dał! Walentynowicz napisała list do prezydenta Bieruta z prośbą o mieszkanie i on kazał jej to mieszkanie przyznać! Piszecie, że płakała ze wzruszenia, odbierając klucze. 

D.K.: Ale jej zapał do pracy to nie była tylko wdzięczność za mieszkanie. Powojenny entuzjazm był ogromny. Ludzie chcieli odbudować kraj, zakłady pracy, zacząć żyć na nowo. Zakasywali rękawy i z przekonaniem wykonywali swoje obowiązki.

I to jak! Walentynowicz wyrabiała po 270 procent normy! Prawdziwa stachanowszczyzna, z której czerpała radość. Nawet po kilkudziesięciu latach potrafiła się cieszyć z tych swoich wyników.

D.K.: Było w nich oczywiście wiele przesady, przodownicy to przecież wytwory partyjnej propagandy. Ale w prasie publikowano zdjęcia Anny Walentynowicz: robotnicy, która spełniła nadzieje młodego państwa polskiego. 

Przytaczacie w książce jej życiorys z "Głosu Stoczniowca": "Często długo w noc płakała i wyrzekała na swój niewdzięczny los. Słowo "kocmołuch" i "garkotłuk" było najczęściej używanym epitetem przez wypierścienioną i w srebrne lisy przyodzianą kupcową". Dziewczynę ratuje nowy ustrój i praca w należącej do klasy robotniczej stoczni: "Radość bije z jej twarzy, że stanęła w szeregach budowniczych Polski Socjalistycznej". Socjalistyczny Kopciuszek!

M.S.: Myślę, że wtedy po raz pierwszy w życiu była szczęśliwa.

D.K.: Stała się samodzielna, zdobyła pierwsze mieszkanie - na początek w suterenie, ale to już było coś - miała stałą pracę i niezłą pensję. W 1951 roku została delegatem Stoczni Gdańskiej na Światowy Zlot Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie. To był zaszczyt i przejaw zaufania.

Przeczytałam u was, że dostała wtedy kilka koszul, spódnicę i płaszcz i że nigdy dotąd - w całym swoim życiu - nie miała aż tylu ubrań. Mogła też najeść się do syta, a ponieważ często bywała głodna i żółty ser był dla niej szczytem luksusu, to smarowała masłem nie chleb, a właśnie ten żółty ser. Historia jak z Dickensa. 

M.S.: Nie gloryfikujemy PRL-u, ale faktem jest, że młodą Annę wychowała stocznia i organizacja socjalistyczna. System się nią opiekował.

I nie zostawił też, kiedy została samotną matką: przy stoczni działał żłobek, o którym Dorota już wspomniała. Wzrusza mnie bardzo, kiedy piszecie, jak po latach Anna bierze ślub i jej syn, Janusz - który ma już wtedy kilkanaście lat - mówi w szkole: "Ja już nie jestem Lubczyk. Nazywam się teraz Walentynowicz i mam tatusia". Położyliście mnie tą sceną na łopatki.

D.K.: Nas też poruszyła. Janusz Walentynowicz opowiedział nam wiele o swoim dzieciństwie. Również o swoim ojczymie. Kazimierz, kolega Anny ze stoczni, był obecny w ich życiu przez lata, ale Janusz czekał do dnia ślubu, żeby powiedzieć do niego "tato". 

M.S.: Janusz Walentynowicz był dla nas wielkim odkryciem. Mimo że politycznie bardzo się różnimy i na początku trudno nam się rozmawiało, z czasem się polubiliśmy. On do dziś pracuje na dźwigu, nie odcina kuponów od nazwiska matki. Trudno go nie szanować.

Ślub w kościele (fot. Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza)
Ślub w kościele (fot. Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza)

A wracając do Kazimierza - to on właśnie zakazuje Annie zapisać się do ORMO. Piszecie, że miała taki zamiar. "Podoba jej się, że jako społeczny milicjant będzie miała prawo pouczać ludzi, gdy będą robili coś złego". To jest jeden z moich ulubionych fragmentów waszej książki!

M.S.: W Walentynowicz była potrzeba działania i aktywizmu. Chciała żyć w idealnym świecie - stąd też tytuł naszej książki.  

D.K.: W ośrodku w Gołdapi, w którym Walentynowicz wraz z innymi działaczkami była internowana w stanie wojennym, doszło pewnego razu do incydentu. Uwięzione kobiety piły alkohol razem ze strażniczkami, siedząc w wygodnych fotelach w recepcji. Anna, gdy się o tym dowiedziała, zrobiła koleżankom karczemną awanturę. Chodziła od pokoju do pokoju i mówiła: "Żeby mi się to nigdy więcej nie zdarzyło, bo powiadomię zarząd regionu!". Chodziło jej o zdelegalizowaną już wówczas "Solidarność".

Mocny przeskok: z kobiety, która - gdyby nie sprzeciw męża - być może zapisałaby się do ORMO, do działaczki "Solidarności" i liderki strajku w stoczni!

D.K.: W międzyczasie wiele się jednak dzieje. Anna choruje na raka, z którego wychodzi, musi jednak przestać spawać i zostaje przeniesiona na suwnicę, w związku z czym dostaje niższe wynagrodzenie. Do tego dochodzi konflikt personalny w pracy, który kończy się dla niej przejściem na inny wydział i nerwicą. 

M.S.: Anna przestaje funkcjonować jako działaczka związkowa. Nie wybierają jej już do kolejnych rad, kolektywów. Staje się zwykłą pracownicą.

D.K.: Której zdania na wydziale już nikt nie słucha. I wtedy przychodzi tragiczny Grudzień '70, ona jest świadkiem tych wydarzeń. 

"Anna Walentynowicz słyszy strzały podczas obierania ziemniaków. Biegnie pod bramę. Na przyzakładowym szpitalu zawieszono białe prześcieradła, na których krwią zamordowanych nakreślono czerwone krzyże".

D.K.: Dla wszystkich, którzy wtedy żyli na Wybrzeżu, było to szokiem, a dla stoczniowców - szczególnie. Przestali wierzyć tej władzy. Miała reprezentować robotników, a tymczasem do nich strzelała.

M.S.: Rok później niespodziewanie umiera mąż Anny. To było szczęśliwe i udane małżeństwo. Kilka miesięcy później Janusz idzie do marynarki wojennej na trzy lata. Ona zostaje sama i jest zdruzgotana. Przechodzi załamanie psychiczne. Leczy się w poradni zdrowia psychicznego, kilka lat żyje w półmroku. Ma chyba poczucie, że wszystko, co miało się w jej życiu zdarzyć, już się zdarzyło. Ale z czasem potrzeba działania do niej wraca.

Anna Walentynowicz w Instytucie Pamięci Narodowej, 2006 r. (fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta)
Anna Walentynowicz w Instytucie Pamięci Narodowej, 2006 r. (fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta)

M.S.: Budzi się z letargu pod koniec lat 70. Słucha Radia Wolna Europa, łapie kontakt z Borusewiczem i resztą ówczesnej opozycji. To była naprawdę niewielka grupa ludzi.

D.K.: Na całym Wybrzeżu zaledwie kilkadziesiąt osób.

M.S.: Podobno rewolucja zwykle zaczyna się od niewielkiej grupy ludzi. Wtedy także, większość wolała trzymać się od takiej działalności z daleka.

W 1980 roku, kiedy Walentynowicz wyrzucają z pracy w stoczni, podczas opozycyjnej imprezy Wałęsa rzuca hasło, by zorganizować strajk w jej obronie. Tysiące ludzi żąda przywrócenia jej do pracy. Nikt nie protestował chwilę wcześniej, gdy ją z tej pracy zwalniano.

M.S.: Należy pamiętać o realiach.  W stoczni pracowało 16-17 tysięcy ludzi i praktycznie codziennie kogoś z tych czy innych powodów zwalniano. Mało kto o tym wiedział. Dopiero akcja ulotkowa, przygotowana przez Bogdana Borusewicza, nagłośniła jej sprawę. On dostrzegł, że historia Anny może poruszyć ludzi: starsza kobieta, zasłużona, wyrzucona na pięć miesięcy przed emeryturą, i to nie za bumelanctwo, ale za upominanie się o prawa robotników!

D.K.: To była historia, która mogła poderwać i poderwała stocznię do strajku. Anna była wielokrotnie nagradzana stoczniowymi krzyżami zasługi, przez lata pracowała, bardzo się poświęcając, a na koniec została niesprawiedliwie potraktowana. 

M.S.: W Polsce już wtedy wrzało z powodu podwyżek cen żywności. Dochodziło do spontanicznych strajków w różnych częściach kraju. Ale bez historii Anny stoczniowcy, którzy zarabiali bardzo dobrze, być może by nie zastrajkowali.

Podczas strajku Wałęsa i Walentynowicz stoją ramię w ramię i - jak zaznaczacie - śpią na złączonych fotelach. 

D.K. i M.S. (śmiech)

M.S.: Ale nie razem! Wiele osób w sali BHP spało na złączonych fotelach. W każdym razie w tamtym czasie byli jeszcze w dobrych relacjach. Zdecydowanie.

D.K.: Nie trzeba wielkich analiz przeprowadzać, żeby tę tezę udowodnić: na zdjęciach stoją ramię w ramię, razem przemawiają do robotników, razem przyjmują komunię. Ale zaraz po podpisaniu porozumień sierpniowych ich relacje zaczynają się psuć. Bo po strajku w Wałęsie zakochała się cała Polska.

Parapetówka, przyjęcie w nowym mieszkaniu Wałęsów. Gdańsk, wrzesień 1980. (L-P): Bogdan Lis, Henryka Krzywonos, Jerzy Trzciński, Lech Wałęsa, Stefan Lewandowski, Danuta Wałęsa, Anna Walentynowicz, Jacek Kłys, Henryk Mażul (fot. Wojtek Laski / East News)
Parapetówka, przyjęcie w nowym mieszkaniu Wałęsów. Gdańsk, wrzesień 1980. (L-P): Bogdan Lis, Henryka Krzywonos, Jerzy Trzciński, Lech Wałęsa, Stefan Lewandowski, Danuta Wałęsa, Anna Walentynowicz, Jacek Kłys, Henryk Mażul (fot. Wojtek Laski / East News)

Jest dosłownie noszony na rękach. A Walentynowicz zazdrości?

D.K.: Nie tylko ona. Oni są wszyscy z jednego, małego środowiska - Alina Pienkowska, Gwiazdowie, Borusewicz - są jedną grupą, która się sprawdziła w działaniu, i poprowadziła ten strajk tak, że nie tylko nie doszło do pacyfikacji, ale udało się podpisać porozumienie z władzą, która zgodziła się na niewyobrażalne ustępstwo - utworzenie niezależnego związku zawodowego. Po strajku nagle jedna osoba staje się ważniejsza od innych i jest bożyszczem.

M.S.: Dla Anny przyjęcie autorytetu Wałęsy było trudne.

D.K.: Dla niej autorytetem byli ludzie wykształceni - Kuroń, Gwiazdowie i Borusewicz.

M.S.: A Wałęsa był robotnikiem, jak ona. Do tej pory lubiła go, ale nie wydawał się jej specjalnie mądry. Tymczasem cała Polska zaczęła uważać go za najmądrzejszego człowieka na świecie. 

D.K.: Ale Walentynowicz też podziwiano. Na spotkaniach z nią pojawiały się tłumy. Dzisiaj wiemy, że przychodzili też ustawiani przez SB agenci. I często podpuszczali ją, by mówiła źle o Wałęsie. Prowokowali. Skłócali to środowisko.

Piszecie, że SB wysyłała jej kopie meldunków Wałęsy z początku lat 70., gdy był on zarejestrowany jako TW "Bolek".

M.S.: Takich prób kompromitowania Wałęsy było wiele. W latach 80. SB delegowała specjalną agentkę, która na pół roku mogła zrezygnować z pracy i na pełny etat krążyła między Wałęsą i Walentynowicz. Jej zadaniem było podsycanie ich wzajemnej niechęci, wywoływanie konfliktów.

Odnaleźliście ją! W schronisku dla bezdomnych.

D.K.: W SB nosiła pseudonim "Krzysztof 2". Szukaliśmy jej wiele miesięcy. 

M.S.: Nie od razu potwierdziła swoją agenturalną przeszłość. Przekonywałem ją do szczerości, perorowałem, że rozumiem, że się bała, bo SB mogła zniszczyć każdego. Byłem pewien, że zwerbowano ją na siłę. A tymczasem, kiedy postanowiła nam już się ujawnić, powiedziała: "Wy nic nie rozumiecie! To były najlepsze lata mojego życia!".

D.K.: Okazało się, że ona nawet nie uważała się za zdrajcę. Nie tego się spodziewaliśmy. 

W książce jest mowa o przyjaciółce Walentynowicz z Radomia, która była agentką i miała do posiłku dodać jej środek na odwodnienie. Żeby ją unieruchomić, przeszkodzić w spotkaniach. Ale nie wykonała tego zadania. 

M.S.: Do dzisiaj twierdzi, że agentką nie była, choć wszystkie dowody świadczą inaczej. Postawy osób zwerbowanych były różne, opisujemy je w książce. Przeszłość Wałęsy również.

Jednak Walentynowicz do końca utrzymywała, że Wałęsa współpracy nie zerwał i nie przeskoczył przez płot, tylko go SB przywiozła do stoczni motorówką.

M.S.: Dziś wiemy, że Wałęsa był od roku 1970 wpisany do kartoteki SB jako TW "Bolek". Przeczytaliśmy wszystkie jego meldunki. Faktem jest, że ta współpraca została przez niego zerwana w 1976 roku.

D.K.:  Wiele osób ze środowiska dawnej opozycji używa przeszłości Wałęsy jako pałki na niego. Nie przeszkadzało im, gdy był im politycznie potrzebny. Przecież to Jarosław Kaczyński i Krzysztof Wyszkowski pomogli mu zdobyć prezydenturę. Mazowiecki, Kuroń, Michnik stali wtedy po drugiej stronie. Przeciwko Wałęsie była też Anna i małżeństwo Gwiazdów. 

Kiedy Wałęsa zostaje prezydentem, dzwoni do Walentynowicz: składa jej bożonarodzeniowe życzenia i oferuje stanowisko w MSZ. Naprawdę chciał ją zatrudnić?

D.K.: Tak, opowiedział nam o tym. Nie tylko ją, Andrzeja Gwiazdę również. Potrzebował ich, gdy dawny KOR go opuścił. 

M.S.: Niektórzy używają sformułowania: "Annę Walentynowicz wygumkowano z kart historii". Prawda jest taka, że ona i jej środowisko w 1989 roku podjęli decyzję, że nie chcą rozmawiać z Kiszczakiem i Jaruzelskim. Chcieli czekać, aż oni sami upadną albo odebrać władzę siłą. Czy taki scenariusz byłby lepszy? Wątpię. W wolnej Polsce już nie umieli włączyć się do polityki, stworzyli własną partię, ale przepadli w wyborach. W dość naturalny sposób znaleźli się na marginesie życia publicznego.

Wizyta Solidarności w Watykanie, rok 1980 (fot. Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza)
Wizyta Solidarności w Watykanie, rok 1980 (fot. Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza)

Ale mówiliśmy o propozycji Wałęsy. Dlaczego Walentynowicz ją odrzuciła? 

D.K.: Podziały były już zbyt głębokie. Dla środowiska Anny rozmowy z Kiszczakiem to zdrada.

M.S.: A przyjęcie stanowiska od Wałęsy było równoważne z przyznaniem mu racji. Anna zawsze była uparta. Jeśli ją raz ktoś zawiódł, to nie umiała o tym zapomnieć.

Był jeden przebłysk! Przyszła na ślub i wesele Magdy Wałęsy.

D.K.: Tłumaczyła, że idzie do swojej chrzestnej córki, a nie do Lecha Wałęsy. Ale na filmie i zdjęciach widać, jak Walentynowicz i Wałęsa siedzą razem, rozmawiają, śmieją się. 

M.S.: O tym wydarzeniu napisała nawet w liście do papieża. Wydaje się, że była wtedy skłonna być może nawet do pogodzenia się z Wałęsą. Ale tak się nie stało. Jej środowisko miało do niej pretensje, Gwiazdowie ją potępili za to, że poszła na wesele. A Wałęsa może nie wykonał dodatkowego gestu? Może już więcej nie zadzwonił? Ją z kolei denerwowało, że musi się upominać o zdjęcia z uroczystości. I znów nabrała do niego niechęci.

Kiedy szliście do Lecha Wałęsy, żeby rozmawiać o Annie Walentynowicz, jakie odnieśliście wrażenie? Jakie on dziś żywi do niej uczucia? Czy mówił o niej ciepło? 

M.S.: Zaskoczyło mnie, że wielu dawnych opozycjonistów, nie tylko Lech Wałęsa, gdy opowiada o Annie Walentynowicz z końca lat 70., to są to ciepłe opowieści. W tamtych czasach oni ją bardzo lubili. Dobrze, że potrafią o tym pamiętać. Ale Wałęsa ma sporo żalu za późniejsze czasy. Uważa, że Anna była wobec niego niesprawiedliwa. 

A czy wasza książka podobała się synowi Anny? 

D.K.: Te fragmenty, które czytał, podobały mu się.

M.S.: Całą książkę dostał kilka dni temu*.  Raz zadzwonił do nas z dźwigu i mówił, że się wciągnął, że czyta nawet w pracy. Czekamy, aż skończy całość.


*Wywiad został przeprowadzony 2 marca

Dorota Karaś i Marek Sterlingow (fot. Dominik Kulaszewicz)
Dorota Karaś i Marek Sterlingow (fot. Dominik Kulaszewicz)

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (345)
Zaloguj się
  • talavera

    Oceniono 24 razy -18

    Bardzo ciekawe kto ZNAKOWI taką świnię podłożył, podrywajac zaufanie i renomę wydawnictwa, tą potwornką książką gadzinówką.
    ?

  • cichwoda

    Oceniono 18 razy -16

    Michnik też jest Ukraińcem, jego ojciec walczył o przyłączenie Zachodniej Ukrainy do ZSRR, może pani Kalita zajmie się tą historią w następnej książce, ech co ja gadam, niektórzy powiedzą że bluźnię...

  • blumkwist

    Oceniono 20 razy -14

    W wyborczej gadzinówce po ogłoszeniu Walentynowicz przez "The Time" jedną ze 100 najważniejszych kobiet XX w. trwa teraz spektakl obrzydzania tej dzielnej kobiety....byle tylko nie przyćmiła brudnej gwiazdy Wałęsy. Dla przypomnienia Wałęsa był płatnym donosicielem SB i WSW, a Walentynowicz nigdy się nie upodliła takim zachowaniem....Jednak na łamach GW nigdy o Bolku złego słowa...no chyba, że w czasie kiedy Wałęsa nie lubił się z Michnikiem i UW...o! wtedy można było po Bolku jeżdzić w te i nazad...

  • enedue3

    Oceniono 17 razy -13

    Pani Anna porządna Polka. A te paszkwile lewackie to co innego, nie dziwią normalnego człowieka, a zwłaszcza kiedy pisze osoba powiązana z GW i TVN.

  • 3miastowy

    Oceniono 23 razy -11

    Czytajcie lemingi. GW publikuje informacje, ze Walesa to notoryczny klamca, ktory do dzis zaprzecza, ze donosil SB za pieniadze na swoich kolegow. Walesa to kapus, ktory do dzis zyje w klamstwie.

  • representation1

    Oceniono 16 razy -10

    Dlaczego Wajda nie nakręcił filmu o Annie Walentynowicz?
    - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
    Wałęsa owszem został symbolem sierpnia, ale jeszcze większym symbolem jest Anna Walentynowicz, zwalczana przez Wałęsę i doceniona dopiero przez Lecha Kaczyńskiego. Wałęsa chciał przerwania strajku w sierpniu 1980 r., krótko po jego rozpoczęciu. Nie doszło do tego właśnie dzięki zdecydowanej postawie Walentynowicz. Kiedy Wałęsa zobaczył, że ludzie wracają strajkować dalej, poprosił, żeby mógł nadal prowadzić strajk - opowiadała Walentynowicz, która słusznie zyskała miano "Matki Courage" Stoczni Gdańskiej.

    A na ten film o Wałęsie to przemożny wpływ miał oligarcha Kulczyk. W rozmowie z Millerem tłumaczył, że przekonał Wajdę do zmiany finałowej sceny. – Dotarło to do niego i skreślił to – relacjonuje Millerowi Kulczyk. Kolejny fragment to wydawanie przez biznesmena instrukcji co do postępowania z Wałęsa. – Teraz tylko trzeba tego Wałęsę w odpowiednim momencie [nakierować], żeby powiedział, że te kaczki, ta kaczka, to jest nieszczęście dla Polski. (…) Teraz trzeba go podsterować, żeby to, co on powie, szło codziennie we wszystkich gazetach, na pierwszej stronie, bo po tym filmie klimat wokół Wałęsy się poprawi, zobaczysz – zapewnia byłego premiera Kulczyk.

    W trakcie rozmowy Miller zdradza: – Jedna rzecz nie jest prawdziwa. Lechu, niestety, nie skakał przez żaden płot. On mówi, że przeszedł boczną bramą, a mi nieżyjący już komandor Marynarki Wojennej mówił, że tak naprawdę to go przywieźli.

    Po co Kulczykowi był potrzebny Wałęsa. To chyba jasne. Wałęsa sam mówił, że trzeba wspierać "lewą nogie", a ta lewa noga, czyli SLD wspierała Kulczyka. Oprócz tego Wałęsa był gwarantem interesów Rosji.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX