Kadr z filmu (M)other

Kadr z filmu (M)other (fot. Materiały prasowe)

wywiad gazeta.pl

"Widzę wokół siebie dużo par, które tworzyły związki partnerskie, dopóki nie pojawiły się dzieci"

Antonia Hungerland, młoda niemiecka dokumentalistka, przyjedzie do Warszawy w ramach festiwalu Her Docs Film Festival. Jej film dyplomowy - "(M)other" - pokazuje, jak nieoczywiste zależności kryją się pod prostym terminem "matka". Z mieszkającą w Berlinie reżyserką rozmawiamy m.in. o oczekiwaniach wobec współczesnych rodziców, różnicach w wychowaniu dzieci w Niemczech Wschodnich i Zachodnich oraz o rozszerzeniu się pojęcia rodziny.
Film "(M)other" pokazywany  jest w ramach festiwalu HER Docs, pierwszego w Polsce festiwalu filmów dokumentalnych prezentujących twórczość kobiet. Wydarzenie trwa od 6 do 10 marca. Filmy pokazywane są w warszawskiej Kinotece.

Czy macierzyństwo jest stanem błogosławionym?

Ciekawe pytanie (śmiech). Szczerze mówiąc, wcale nie uważam, że bycie matką w dzisiejszym świecie to jakieś szczególne błogosławieństwo. Mam wrażenie, że wobec kobiet, a matek w szczególności, mamy obecnie bardzo wysokie wymagania. Dla mnie "matka" to termin, nie stan. Chciałabym, by w społecznym odbiorze bycie matką oznaczało w pierwszej kolejności troskliwą opiekę nad dziećmi, ale nie wiązało się koniecznie z byciem w ciąży i genetycznym powinowactwem. Oczywiście to jest też rola społeczna i jako taka podlega ocenie - ale pewnym przeżytkiem jest dziś oczekiwanie, że gros pracy opiekuńczej nad dzieckiem zostanie wykonane przez kobietę, która wydała dziecko na świat.

Tymczasem w tzw. normalnych, heteronormatywnych rodzinach, które składają się z mamy, taty i dziecka, to statystycznie kobieta obciążona jest w większym wymiarze pracami domowymi i opieką nad potomstwem. A szkoda. Po okresie ciąży, a najpóźniej po zakończeniu karmienia piersią, mężczyźni mogliby być znacznie bardziej zaangażowani w opiekę nad dziećmi. Jednak brakuje struktur i rozwiązań, które by to ułatwiały. Chociażby nierówne płace nadal przesądzają o tym, że to kobiety znacznie częściej decydują się na urlopy rodzicielskie. Wciąż reprodukujemy stereotypową wizję rodziny i stereotypowy podział obowiązków między płciami.  

Co skłoniło cię do tego, żeby zainteresować się tematem macierzyństwa? Sama nie jesteś mamą.

Złość. Widzę wokół siebie dużo par, które tworzyły związki partnerskie, dopóki nie pojawiły się dzieci. Wtedy obowiązki kobiet i mężczyzn się rozjeżdżały, to ona musiała coś poświęcać, np. zrezygnować z kariery zawodowej. Nawet w rodzinach, w których panowie chętnie przejmowaliby więcej ról opiekuńczych, nie zawsze było to możliwe właśnie ze względu na to, jak skonstruowany jest rynek pracy. Ta nierówność sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, co czyni z istoty ludzkiej matkę.

Zaczęłam dostrzegać też, że nie każda kobieta może zostać matką, chociaż społeczeństwo tego od niej oczekuje. I że tak niewielkie pole manewru, poza fizycznym urodzeniem własnego dziecka, w kwestii rodzicielstwa mają osoby homoseksualne czy transpłciowe. Mocno zajmowałam się tym, w jak ograniczający sposób widzimy kobiety: sama identyfikuję się nie tylko ze swoją funkcją rodzinną, ale też myślę o sobie jako o dokumentalistce, siostrze, przyjaciółce etc. Gdy zaczynałam pracę nad filmem, byłam w związku z kobietą i miałyśmy pomysł, by zostać rodzicami. Zastanawiałam się wtedy, która z nas zaszłaby w ciążę i kim ja byłabym wobec naszego dziecka, gdyby biologiczną matką została moja żona.

Nie każda kobieta może zostać matką, chociaż społeczeństwo tego od niej oczekuje (fot. Materiały prasowe)
Nie każda kobieta może zostać matką, chociaż społeczeństwo tego od niej oczekuje (fot. Materiały prasowe)

Taki układ jest bardzo ciekawy właśnie ze względu na to, że oboje rodzice mogą zostać matkami. Wydaje mi się, że to dodaje jeszcze jedną warstwę do tej i tak już skomplikowanej układanki.

To prawda, chociaż ja zawsze myślałam o związkach homoseksualnych jako o szansie - bo zmuszają cię do tego, żeby negocjować swoją rolę. Kiedy jesteś z mężczyzną, nawet w progresywnym związku, i tak musisz wykonać o wiele większą pracę, by nie popadać w genderowe schematy, bo tak nas wychowano. Sama to wiem, bo też bywałam w związkach z mężczyznami - zawsze powtarzam, że zakochuję się w ludziach niezależnie od ich płci. Ale to bycie z kobietą było dla mnie zawsze szansą, by przemyśleć społeczne role płciowe i to, kim jestem.

Anne, jedna z twoich bohaterek, mówi w filmie, że matkom społecznie dużo mniej się wybacza niż ojcom, co ja też dostrzegam. Na przykład w tym, że tata, który chodzi z dzieckiem na zajęcia albo prowadzi je do lekarza, jest wychwalany pod niebiosa jako zaangażowany ojciec, a od kobiety po prostu się tego oczekuje. Jak myślisz, dlaczego tak jest?

Nie wiem, sama się nad tym zastanawiam. Widziałam taki żart rysunkowy: tata siedzący na placu zabaw z wzrokiem przyklejonym do smartfona jest chwalony jako świetny ojciec, który spędza jakościowy czas z dziećmi. Matka, która robi to samo, uchodzi za niedbałą, bo nie pilnuje należycie swoich dzieci. Może wynika to z tego, że jesteśmy tak zachwyceni, gdy mężczyźni poświęcają jakikolwiek czas dzieciom, że przymykamy oko na sposób, w jaki to robią. Może panowie chętnie wychodzą z dziećmi na plac zabaw, bo to jedna z tych aktywności, które widać? To może ta sama zależność, która sprawia, że kobiety gotują na co dzień, a mężczyźni od święta? (śmiech)

Bo całej pracy domowej - notabene to ważne, żeby o niej mówić jako pracy - wykonywanej w domu najczęściej nie dostrzegamy! Może uważamy, że kobiety są predestynowane do roli matek przez swoją naturę i dlatego powinny być w tym lepsze? Tymczasem odeszliśmy już bardzo daleko od tego, co jest "naturalne". Mamy niezwykle wygórowane oczekiwania wobec tego, jakie matki powinny być, i często nie pamiętamy, że są to wzorce ukształtowane przez kulturę.

A propos, czy dostrzegasz różnice w stylach wychowawczych w Niemczech Wschodnich i Zachodnich?

Jestem za młoda, żeby dokładnie pamiętać Niemcy sprzed zjednoczenia, bo mur upadł, kiedy miałam cztery lata. Dorastałam w Niemczech Zachodnich, w Wuppertalu. Wiem natomiast, że w NRD funkcjonował bardzo sprawny państwowy system opieki nad dziećmi, który ułatwiał kobietom łączenie życia domowego z zawodowym. Oczywiście ten kij miał dwa końce, bo socjalistycznemu państwu zależało też na kształtowaniu młodych umysłów.

Ale na pewno wschodnim mamom łatwiej było umieścić dzieci w żłobku czy przedszkolu niż np. mojej matce, która miała mnie i siostrę, kiedy była jeszcze na studiach. Musiała odbierać nas w południe, co oczywiście dawało jej zbyt mało czasu na własne zajęcia. Chyba że skorzystała z tzw. Notdienst [z niem. pogotowie ratunkowe, dyżur nocny - przyp. red.], czyli awaryjnej opieki do godziny 16. I choć żyła w ciągłym biegu, to i tak "życzliwi" użalali się nad nami, że musimy siedzieć tak długo poza domem.

Całej pracy domowej wykonywanej w domu najczęściej nie dostrzegamy (fot. Materiały prasowe)
Całej pracy domowej wykonywanej w domu najczęściej nie dostrzegamy (fot. Materiały prasowe)

A nie wydaje ci się, że coś z tych różnic w podejściu przetrwało? Obserwując moich dzieciatych przyjaciół w Berlinie, mam wrażenie, że tam wciąż pokutują resztki pruskiego wychowania, widoczne np. w tym, że rzadko która mama zostaje w domu z dzieckiem, które skończyło rok. To jest raczej źle widziane, inaczej niż w południowych Niemczech i na pewno inaczej niż w Polsce, gdzie pozostawanie w domu z dzieckiem długo, nawet trzy lata, ma wciąż bardzo pozytywny odbiór.

Dziś w Berlinie bardzo trudno jest dostać miejsce w żłobku czy przedszkolu, więc przede wszystkim obserwuję, jak znajomi stają na głowie, żeby posłać gdzieś syna czy córkę. Moja siostra zgłosiła dziecko do żłobka jeszcze przed rozwiązaniem! A i tak zapisano ją na listę oczekujących bez gwarancji miejsca. Ciekawe, że dostrzegasz te różnice w podejściu do rodzicielstwa w zależności od kraju czy nawet regionu, bo to pokazuje również, jak bardzo są one konstruktami społecznymi, a nie emanacją "natury".

Wróćmy do filmu, gdzie jednym z ważnych wątków jest ten dotyczący prawa regulującego oddawanie komórek jajowych i macierzyństwo zastępcze, czyli możliwości donoszenia ciąży genetycznie niespokrewnionej z organizmem matki. Jak to wygląda w Niemczech?

W Niemczech te sprawy reguluje dość restrykcyjna ustawa "Embryonenschutzgesetz", czyli prawo ochrony zarodka. Nie zezwala ono ani na macierzyństwo zastępcze, ani na oddawanie komórek jajowych. Myślę, że może pod pewnymi względami ma to sens, zważywszy na naszą historię i skojarzenia z eugeniką - być może nie jest stąd już bardzo daleko do decydowania, które życie jest godne ochrony, a które nie. Trwają dyskusje na ten temat, bo obraz jest znacznie bardziej zniuansowany i skomplikowany i wydaje mi się, że nie powinniśmy tego zakazywać odgórnie, tylko wprowadzić specyficzne rozróżnienia i obostrzenia. Tak czy siak, ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci w sposób naturalny, imają się różnych rozwiązań i uprawiają np. turystykę do miejsc, które zezwalają na macierzyństwo zastępcze.

No właśnie, to i tak się dzieje - sama znam berlińską parę, która właśnie czeka, aż zastępcza matka za granicą urodzi ich dziecko. Czyli prawo nie nadąża za rzeczywistością?

Tak. Inną kwestią są prawa rodzicielskie w parach jednopłciowych, którym rodzi się dziecko. W Niemczech konstytucyjnie są one równe parom heteroseksualnym, ale jeśli np. dwie kobiety zdecydują się na dziecko, tylko jedna z nich będzie miała prawa rodzicielskie - ta, która fizycznie je urodzi. Druga musi je adoptować. Więc w tym przypadku nie może być mowy o równości względem prawa. Zapewne w przyszłości te regulacje będą ewoluowały, bo wiem, że ktoś już zaskarżył sądowo ustawę o prawach rodzicielskich. Gdy zaczynałam pracę nad filmem, parom jednopłciowym trudno też było otrzymać nasienie, bo lekarzom nie wolno było dokonywać w takich przypadkach inseminacji, ale to się zmieniło w trakcie pracy nad "(M)other".

W Niemczech konstytucyjnie pary jednopłciowe są równe parom heteroseksualnym (fot. Materiały prasowe)
W Niemczech konstytucyjnie pary jednopłciowe są równe parom heteroseksualnym (fot. Materiały prasowe)

Czytałam artykuł w "New York Timesie", który uznawał ostatnią dekadę za najbardziej stresującą dla rodziców ze względu na istnienie social mediów i presję, którą za ich pomocą wywieramy na siebie nawzajem. Czy któryś z twoich rozmówców wyrażał niepokój z tym związany?

Nie rozmawiałam z nimi o tym szczegółowo, ale badałam tę kwestię przed rozpoczęciem pracy nad filmem. To, co rzuciło mi się w oczy jako wpływ mediów społecznościowych na rodziców, a szczególnie kobiety, to ich pozytywne oddziaływanie jako forum, które pozwala matkom zabrać głos i na powrót stać się widzialnymi. W Niemczech dużo jest prywatnych stron, kont na Instagramie czy blogów poświęconych doświadczeniu matek. Powiedziałabym więc, że to dobrze, że w ten sposób mogą one nawiązać kontakt z innymi kobietami, które borykają się z podobnymi problemami.

Ale z drugiej strony, tak jak powiedziałaś, presja narasta, gdy wszyscy wokół wydają się idealnymi rodzicami. Rodzi się poczucie winy i, co gorsza, zaczyna się objawiać w coraz większej liczbie sytuacji wraz z rosnącymi standardami, którym rodzice próbują sprostać. Zdarzało mi się słyszeć, jak matki wyrzucają sobie, że ich dziecko zjadło w szkole jabłko, które nie pochodziło z uprawy organicznej, tylko z supermarketu. Ta presja z każdej strony na pewno nie pomaga, nawet jeśli same matki są sobie częściowo winne, że dają się wciągnąć w tę grę.

To prawda, że dzięki social mediom na urlopie macierzyńskim ma się poczucie większego kontaktu ze światem. Mam przy tym wrażenie, że izolacja młodych matek jest efektem ubocznym procesów cywilizacyjnych. Doprowadziły one do wyemancypowania się najmniejszej komórki społecznej, czyli rodziny nuklearnej, ale też do utraty całej tej sfery pomocy, dostępnej dla kobiet w tradycyjnych rodzinach wielopokoleniowych. Myślę, że wiele prawdy było w stwierdzeniu, że potrzeba całej wioski, żeby wychować dziecko...

Ciekawe, że o tym wspominasz, bo w niektórych prowincjach Kanady przegłosowano niedawno prawo, które zezwala większej liczbie osób niż dwie mieć pełnię praw rodzicielskich! W Niemczech raptem od niedawna jest możliwe to, by dwie osoby homoseksualne wychowywały razem dziecko, i to przy sporej ilości biurokracji, ale nie mamy jak dotąd tak progresywnej uchwały jak w Kanadzie. Początkowo wyszło to, zdaje się, od pary lesbijek, której zależało na tym, by ich przyjaciel był nie tylko dawcą nasienia, lecz także prawnie ojcem ich wspólnego dziecka. To wydaje się dobrym rozwiązaniem dla wszystkich: więcej pomocy, więcej miłości, więcej czasu, więcej pieniędzy. Czemu więc nie otworzyć się na takie rozwiązanie?

Presja narasta, gdy wszyscy wokół wydają się idealnymi rodzicami
Presja narasta, gdy wszyscy wokół wydają się idealnymi rodzicami(fot. Materiały prasowe)

Czy coś cię zaskoczyło w trakcie prac nad tym filmem?

Dwie rzeczy. Po pierwsze, gdy zaczynałam, pomysł zostania surogatką i urodzenia komuś dziecka, by potem je oddać, wydawał mi się niepojęty. Media wytwarzają mnóstwo klisz na ten temat, przedstawiając surogatki jako ubogie kobiety, które nie mają innego wyboru niż wynajmować się jako inkubatory. Kiedy pojechałam do Kanady, zaskoczyło mnie, jak pewne siebie, silne kobiety spotkałam. Większość z nich robiła to z zupełnie innych pobudek niż finansowe. Miały sprawczość i możliwość dysponowania swoimi ciałami, uznawały więc, że są w stanie urodzić dziecko i zwrócić je (a nie oddać!) jego genetycznym rodzicom. Poznanie ich było niesamowitym doświadczeniem.

Drugim zaskoczeniem była dla mnie rodzina poliamoryczna, składająca się z trzech mężczyzn wychowujących razem dwójkę adoptowanych dzieci. Intrygowało mnie, jak radzą sobie w tym układzie, bo dotąd wydawało mi się, że poliamoria prowadzi do okropnej zazdrości. Tymczasem tam niczego takiego nie dostrzegłam, wydawali się naprawdę harmonijną rodziną, co nie znaczy, że nie zdarzają się im konflikty, jak wszystkim. Niesamowite było dla mnie to, że to działa, mimo że ci ludzie tak śmiało poszerzają znaczenie tego, czym jest rodzina i współbytowanie różnych osób. Teraz jest ich nawet sześcioro, bo każdy z ojców ma już swojego kochanka i wszyscy mieszkają razem!

Podobało mi się, w jaki sposób wprowadziłaś w filmie trzeciego dorosłego opiekuna - to, że nie był on obecny od początku. Dzięki temu widz również jest zaskoczony, bo w sytuacji, która wydaje się już nader skomplikowana - dwóch ojców wychowuje dwójkę adoptowanych dzieci, pojawia się ktoś jeszcze.

Chciałam się trochę pobawić naszymi oczekiwaniami i przesunąć nieco granice tego, co wydaje nam się do zaakceptowania. Codziennie przesuwamy ją odrobinę dalej, także w sensie prawnym - ale tylko po to, by usankcjonować coś, co już istnieje. Przyszłość już tu jest.

Antonia Hungerland, reżyserka filmu (M)other (fot. Materiały prasowe)
Antonia Hungerland, reżyserka filmu (M)other (fot. Materiały prasowe)

Antonia Hungerland. Ur. w 1985 r., studiowała reżyserię filmową na Filmuniversität Babelsberg KONRAD WOLF. By zrealizować swój dokument "(K)inder an die Macht!", zamieszkała na pół roku w Indiach. Zdobywała doświadczenie i szkoliła warsztat filmowy przy różnych produkcjach filmowych m.in. w Geißendörfer Film and Television Production, Roxy Film czy Rhein Film. Pracowała również jako kinooperatorka. Jest asystentką reżyserki Angeliny Maccarone. "(M)other" jest jej filmem dyplomowym.

Agata Michalak. Dziennikarka, redaktorka, z wykształcenia kulturoznawczyni, pisze o przyjemności płynących z kultury (i) jedzenia. Współtworzyła i prowadziła magazyn kulturalno-kulinarny "Kukbuk", szefowała miesięcznikowi "Aktivist", pisała do berlińskiego dwutygodnika "Zitty", "Wysokich Obcasów" i "Exklusiva". Prowadziła autorską audycję w Radiu Roxy i bloga o ekodizajnie. Ciekawi ją życie wielkich miast.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku