Osiedla w Szczecinie

Osiedla w Szczecinie (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

reportaż

Zaglądają do naszych mieszkań. Patrzą na miłość i nienawiść żyjące pod jednym dachem

Kurierzy, monterzy, dostawcy jedzenia, ankieterzy, handlowcy, serwisanci sprzętu AGD i RTV, korepetytorzy codziennie odwiedzają nasze domy. I widzą więcej, niż nam się wydaje.

Michał najbardziej nie lubił zapachów. Każdy dom, każde mieszkanie - pamięta do dziś - ma wyjątkową woń. U jednych ciągle pachniało jedzeniem, odgrzewanym z poprzedniego dnia - na przykład ziemniakami podsmażanymi na patelni, od ich aromatu Michał nie może się uwolnić. U innych od wejścia, przez pokój duży aż do dziecięcego, śmierdziało butami, bo cała rodzina miała chyba problem z potliwością stóp.

Udzielając lekcji gry na gitarze (poziom początkujący, do średnio zaawansowanego), Michał zdążył się też przekonać, że po zachowaniach gospodarzy można z dużą dozą prawdopodobieństwa wywnioskować, kim są, o czym marzą, co im leży na wątrobie.

Do jednego z piętrowych, bogato urządzonych domów, przed którym stał nowy model auta typu SUV, wchodziło się przez zardzewiałą furtkę. Prowadziła do grząskiego od błota ogródka, gdzie przy ścianie garażu stał przywiązany na łańcuchu zabiedzony pies. O czym to świadczy według Michała? Wielkie ambicje, a mało czasu. Mąż i żona na dorobku, kredyt na dom, kredyt na samochód, jedno dziecko. Nie ma czasu, nie ma sił, żeby ogarnąć to, co zostało po ekipie remontowej, zasiać trawnik, psu zrobić budę.

Michał na lekcje gry przychodził około 15, po półgodzinie do domu przyjeżdżała matka, w stroju służbowym wpadała zapytać, czy dziecko jadło. I znikała. Dziecko czasem jadło, czasem nie. Oprócz lekcji gitary chodziło na angielski, basen i korepetycje z matematyki.  

Ojciec i mąż, pamięta Michał, zawsze spał w salonie, przykryty kołdrą, przy włączonym telewizorze. Odsypiał pracę, której brał za dużo, żeby wystarczyło na te wszystkie dodatkowe aktywności.

Nigdy nie rozmawiał z żoną, z córką, z Michałem.

Facet był zmęczony, pamięta Michał, bo mocno chrapał.

Udzielając lekcji gry na gitarze Michał zdążył się też przekonać, że po zachowaniach gospodarzy można wywnioskować, kim są (fot. Shutterstock)
Udzielając lekcji gry na gitarze Michał zdążył się też przekonać, że po zachowaniach gospodarzy można wywnioskować, kim są (fot. Shutterstock)

Nos w koszulkę

Jakub przez krótki czas pracował w firmie wynajmowanej przez spółdzielnię mieszkaniową do drobnych prac. Montował wodomierze, gazomierze, mierniki ogrzewania.

Bydgoszcz, Osiedle Leśne, bloki z zsypami na śmieci. Na jednym piętrze młode małżeństwa i samotny dziadek zwany Wiesiem, choć nikt nie był pewny jego prawdziwego imienia. Wiesio żył jako wdowiec już tak długo, że zdążył chyba zapomnieć, że kiedyś miał żonę. Codziennie miał na sobie garnitur - ale codziennie ten sam. Codziennie był lekko podpity. Otwierał drzwi i Jakub czuł: słodki, dławiący zapach śmieci. Okazało się, że Wiesio wyjmował jedzenie ze śmietników i znosił do mieszkania. Nie zjadał od razu. Jakub, montując wodomierze, chował nos w koszulkę.

Z zaskoczeń Jakub pamięta jedno: młode małżeństwo z dzieckiem, oboje na lekkiej fazie. Mąż i ojciec - niski, z kozią bródką, przed trzydziestką - z przymrużonymi, czerwonymi od wiadomo czego oczami. Matka ciągle w telefonie. Dziecko zajmowało się samo sobą, ojciec podchodził co jakiś czas i zmieniał mu bajkę oglądaną na YouTube. Jakub miał wrażenie, że gospodarz nie bardzo wie, co podpisuje. Bo nie bardzo też wiedział, gdzie ma w mieszkaniu wodomierze.

Bydgoszcz (fot. Shutterstock)
Bydgoszcz (fot. Shutterstock)

Krzysztof, listonosz z Torunia, mówi, że najgorzej jest na O., jednym z osiedli na północy miasta. Małe domki w gęstej zabudowie jakby wyrastały prosto z ziemi, z szutrowych dróg. Można tu dostać w mordę, nie tylko po zmroku.

Krzysztof jest w O. chętnie zapraszany na herbatkę, na ciasteczko. Zwykle przez starszych. I zauważył: starsi z O. życie spędzają w kuchniach. Przyklejeni do stołów pokrytych ceratą, wyglądający przez okno, latem - z łokciami na parapecie. Wiecznie coś gotujący.

Dalej - w większym i mniejszym pokoju, pod niskim stropem - jest teren zajęty przez młodsze pokolenia. Synowie, córki, zięciowie i synowe zajmują się oglądaniem telewizora, do którego podłączone są konsole do gier, przenośne głośniki, laptopy. Każdy telewizor ma płaski ekran. Do strefy zajętej przez młodych starsi zwykle nie mają wstępu. Gdy próbują zwrócić uwagę, że za głośno, dostają odpowiednią wiązankę i cicho siedzą. Najgorsi, zdaniem Krzysztofa, są ci najmłodsi. Dzisiaj nastolatkowie najgorzej bluzgają. Krzysztof uważa, że te herbatki, kawki i ciastka, na które jest nieraz zapraszany, mogą być rodzajem wołania o pomoc.

Najważniejszy jest kot

Opowiada Roman, fachowiec od remontów.

Robił kiedyś salon jednej takiej. Paniusia, jak mówi. Albo też: lala. Mieszkała samotnie na osiedlu w nowym budownictwie, do którego, żeby wjechać, trzeba było wklepać kod i podnieść szlaban. Roman wklepywał, wjeżdżał, parkował busa na czyimś miejscu (bo każdy lokator miał własne) i czekał, aż ten ktoś zapuka do drzwi paniusi. Jak zapukał, to Roman przestawiał busa w inne zakazane miejsce.

Mieszkała samotnie na osiedlu w nowym budownictwie (fot. Shutterstock)
Mieszkała samotnie na osiedlu w nowym budownictwie (fot. Shutterstock)

Mieszkanie lala kupiła niedawno i od razu popękały jej ściany. Blok pracował. Więc Roman cierpliwie czekał, aż z pani wyleją się wszystkie obelgi pod adresem budowlańców. Roman przychodził przed ósmą, pani otwierała mu jeszcze w piżamie, ale już z telefonem w ręku. Nic nie jadła, parzyła kawę do termicznego kubka i wybiegała, bo zawsze była spóźniona.

Generalnie w domu nie jadła chyba nic.

Wychodziła "w pełnym kostiumie", wracała po 17 i świeciła latarką z komórki po ścianach, które Roman robił cały dzień. Gładzie, farba, wszystko musiało być jak od linijki. I co wróciła, to zaraz: "Tu jest krzywo, tu ściana wzięła farbę, trzeba jeszcze raz". Roman malował, bo miał płacone od godziny. Pani codziennie - podkreśla - po powrocie z pracy i wyliczeniu niedociągnięć ostrzegała: "Ja panu za to nie zapłacę".

Roman nie może się nadziwić, jak ludzie żyją. Szczególnie młodzi. Nie rozumie, jak można, podłączając wąż od pralki, zdjąć pakułę, czyli izolację stalowego gwintu, i się potem dziwić, że woda leci po podłodze. Według Romana świadczy to o skrajnej niezaradności.

Nie rozumie, jak to możliwe, że w domu jest dwoje przed trzydziestką i dla nich najważniejszy jest kot. Czy kot zjadł, czy kot się wysikał, czy boli kota brzuszek? Ze sobą nie rozmawiają, chyba że o kocie. A pod szafkami aż grubo od kotów z kurzu. Kot je tylko mokrą karmę. A oni? Na obiad parówki z keczupem.

I ostatnia rzecz, której Roman nie rozumie: jak facet, mąż i ojciec, może na dwie, trzy godziny zakładać słuchawki i grać na konsoli? W środku tygodnia?!

Pan Roman nie rozumie, jak to możliwe, że w domu jest dwoje przed trzydziestką i dla nich najważniejszy jest kot (fot. Shutterstock)
Pan Roman nie rozumie, jak to możliwe, że w domu jest dwoje przed trzydziestką i dla nich najważniejszy jest kot (fot. Shutterstock)

Śmierć za drzwiami

Lena miała niedawno pewien epizod - pracę jako tzw. przedstawiciel handlowy w Krakowie. Przekonywała do zakupienia dywanów i wykładzin. Przepracowała w sumie kilka miesięcy i wspomina to raczej dobrze. Ludzie, wbrew pozorom, potrafią być dla akwizytorów mili. Chętnie zapraszają do siebie. Ale Lena nie lubiła, kiedy zapraszali aż nadto serdecznie - bo zwykle chcieli się wygadać.

Pamięta: matka i córka w jednym mieszkaniu. Trudno było odróżnić, która z nich jest matką, a która córką. Po latach wspólnego życia (córka nigdy nie wyszła za mąż) stały się do siebie podobne jak siostry. Wiedziały o sobie zbyt dużo, a jeszcze więcej o sąsiadach.

Lena między prezentacją kolejnych wykładzin poznała więc historię rodziny od powojnia do dzisiaj. Dowiedziała się też, że w polskich domach to ciągle mężczyzna pełni rolę wiodącą, nawet po śmierci. U matki i córki w centralnym punkcie mieszkania - na telewizorze - stał portret męża i ojca. Starsza z kobiet mówiła o zmarłym zdrobniale i z czułością, mimo iż córka między zdaniami starała się dać do zrozumienia, że tatuś pił i bił.

W innym mieszkaniu, na tym samym osiedlu, centralnym punktem było łóżko, w którym leżał chory na raka starszy pan. Przed nim świecił się telewizor. Nad nim wisiał obraz ze ślubu - tak zwane monidło. Żona mężczyzny miała szarą, zmęczoną cerę i po cichu, żeby mąż nie słyszał, narzekała, że już nie daje rady.

Lena podkreśla: niewielu z nas wie, ile chorób i umierania jest za drzwiami mieszkań, które codziennie mijamy. Ile żon, córek i wnuczek myśli sobie, że może byłoby lepiej, gdyby to wszystko się skończyło. Polacy umierają po cichu, we własnych łóżkach. Lenie w głowie się nie mieści, ile trzeba mieć siły, by w tych samych łóżkach potem codziennie zasypiać i codziennie się budzić.

Zauważyła: im ludzie lepiej wykształceni, tym rzadziej w ich mieszkaniach w centrum życia znajduje się telewizor. Widywała w tej pozycji adaptery na płyty winylowe, z których płynął przyjemny smooth jazz. Ale w większości mieszkań telewizor gra na full, choć często nikt go nie ogląda.

Im ludzie lepiej wykształceni, tym rzadziej w ich mieszkaniach w centrum życia znajduje się telewizor (fot. Shutterstock)
Im ludzie lepiej wykształceni, tym rzadziej w ich mieszkaniach w centrum życia znajduje się telewizor (fot. Shutterstock)

Dostrzegła jeszcze: ludzie mieszkają ze sobą mimo rozwodu. Mąż i żona nie rozmawiają ze sobą, zamykają się przed sobą w oddzielnych pomieszczeniach, mijają się w korytarzu bez słowa. Potrafią żywić do siebie nienawiść, wiedzieć o swoich zdradach, a dzielić tę samą kuchnię, tę samą łazienkę. Mąż się nie wyprowadził, bo nie miał gdzie, więc został, i jakoś to jest. A poza tym - mieszkanie spłaca z żoną na pół.

Przy zastawionym stole

Łukasz rozwozi po Toruniu jedzenie zamówione w aplikacji. Chociaż widzi niewiele, wystarczy, żeby swoje wiedział.

Mieszkania mają swoje kolory. Na studenckich stancjach, wynajmowanych przez większą ekipę, dominujące barwy to brąz i beż. Na ścianach stare tapety, czasem nawet boazeria. Lokatorzy otwierają mu w samych majtkach, na rauszu, rozweseleni - i dobrze, bo częściej zostawiają napiwki.

Młode pary i małżeństwa idą w kolory jasne, często wyłącznie w biel, lśniące płytki, boczne oświetlenie i dużo obrazków na ścianach. Z wakacji. Do młodych Łukasz bardzo często dowozi pizzę w rozmiarze XXL, bo właśnie trwa spotkanie z przyjaciółmi. Zagląda i widzi: towarzystwo siedzi wokół stołu, na stole dobra whisky, czasem dobre piwo.

Obserwacja Łukasza: młodzi bawią się teraz jak ich rodzice - na "domówkach", przy zastawionym stole. Dużo i głośno rozmawiają o sukcesach w pracy.

Największy strach

Z kolei Sebastian, który umie naprawić wszystko: od telewizora z kineskopem po najnowszego smartfona, zdążył się na różne sytuacje znieczulić. Zdążył też postanowić, że pewnych schematów nigdy, za nic w świecie, sam nie będzie powielał.

Niedawno się ożenił, żona w ciąży. I jest już pewny, że kiedy córka się urodzi, nigdy się do niej nie odezwie tak, jak odzywają się do siebie ludzie. A potrafią się wyzywać od dziwek, suk, ch*jów, nierobów, mend i sku***synów. Tak do siebie mówią mężowie i żony, synowie i córki.

Po czym jemu, serwisantowi sprzętu RTV, proponują kawę albo nawet obiad.

W jednym z mieszkań zauważył, że nastoletnia córka zamyka się w łazience z telefonem i nie otwiera przez dwie godziny. "Zaraz!", "Już kończę!" - drze się przez drzwi. Rodzice - ludzie na poziomie, jak twierdzi Sebastian - zdezorientowani, przerażeni. Przepraszają go, że musi to oglądać.

Często klienci wzywają go w rozpaczy - coś się zepsuło, trzeba naprawić natychmiast, na wczoraj! Najczęściej okazuje się, że wystarczy wymienić zasilacz do modemu.

Bo brak Internetu, mówi Sebastian, to jest dzisiaj coś, co ludzi najbardziej przeraża.

Imiona zostały zmienione.

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream" o Tomku Mackiewiczu. Jest autorem podcastu "Człowiek z plecakiem".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku