Broad Peak

Broad Peak (fot. Shutterstock)

reportaż

"W historii himalaizmu nie było przypadku zniesienia poważnie rannego pacjenta z tak dużej wysokości"

Przez kilkanaście godzin asekurował zsuwającego się na pupie Hajzera. O czwartej rano dotarli do obozu III. Następnego dnia, w podobnym czasie kilkunastu godzin i tą samą techniką, osiągnęli "dwójkę" - piszą Wojciech Fusek i Jerzy Porębski w książce "Lekarze w górach". Dziennikarze opisują jak wygląda ratownictwo ponad chmurami i gdzie leży granica ludzkich możliwości.

Nienotowany w historii światowego himalaizmu rekord w zsuwaniu się po śniegu pobił w 2005 roku Artur Hajzer. Dzięki samemu bohaterowi tej akcji ratunkowej i przede wszystkim dzięki szczęśliwemu jej zakończeniu relacja ta należy do najdowcipniejszych, jakie można znaleźć na górskich portalach.*

Enfant terrible polskiego wspinania po 15 latach przerwy, które poświęcił na stworzenie takich marek outdoorowych jak Alpinus, a następnie HiMountain, wprosił się na wyprawę Piotra Pustelnika na Broad Peak. Na wysokości około 7900 m n.p.m., po zbiegu dziwnych okoliczności, polscy wspinacze się rozdzielili. Chwilę potem Hajzer dostał fałszywe info od schodzącego Włocha, że Pustelnik już poszedł na dół.

Nie analizując długo sytuacji, Hajzer rozpoczął zjazd po poręczówkach. Błąd w ustawieniu się w ścianie chwilę po przepięciu z jednej poręczówki na drugą spowodował, że poleciał. Cały impet hamowania po upadku wzięła na siebie jego lewa noga, która dostała się pod poręczówkę i się w niej zaplątała.

Himalaista Artur Hajzer (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)
Himalaista Artur Hajzer (fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Na wiszącego głową w dół Polaka natrafili Włosi, a po jakimś czasie schodzący Pustelnik, który zawrócił z Rocky Summit (8030 m n.p.m.) [30 minut przed wierzchołkiem Broad Peaku - przyp.red], gdyż - jak potem twierdził - usłyszał dramatyczne wołanie kolegi. Oględziny i objawy opisywane przez poszkodowanego wskazywały na złamanie nogi. Hajzer po opuszczeniu go w  wygodne miejsce, odpoczynku i  łyknięciu środków przeciwbólowych nie mógł stanąć na niej nawet na chwilę, zbyt bolała. Sytuacja zrobiła się dramatyczna. Jedna noga i dwie ręce dawały małą nadzieję na zejście w sensownym czasie niemal trzykilometrową, miejscami trudną ścianą.

Szkolny błąd**

W historii himalaizmu nie było przypadku zniesienia poważnie rannego pacjenta z tak dużej wysokości. Nie dość, że nikt w obozie nie miał noszy transportowych, to jeszcze trudno sobie wyobrazić taką operację w ścianie fragmentami śnieżno-lodowej, fragmentami skalistej, czasem pionowej, odcinkami wypłaszczającej się, i to jeszcze zaczynając transport od wysokości niemal 8000 m n.p.m. Tam nawet zaaklimatyzowany wspinacz porusza się z trudem, a niesienie noszy i kontrolowanie szybkości opuszczania to wysiłek ponad możliwości najlepszych, niewyobrażalny dla przeciętnego człowieka. Do takiego zadania trzeba by kilkudziesięciu zaaklimatyzowanych ratowników, tak aby zmieniali się co chwila przy noszach i przy asekuracji schodzących.

Tymczasem Włosi pomogli opuścić Hajzera, dali mu łyk wody i ruszyli w dół, mówiąc, że ledwo żyją, a ręce mają poodmrażane i muszą je ratować. Jedyne, co mógł zrobić Pustelnik, to wezwać na pomoc będących niżej w ścianie dwóch członków ekspedycji ze Słowacji i dać info do bazy. Następnie usztywnił i osłonił karimatą nogę. Poszkodowany dostał kolejną potężną dawkę środków przeciwbólowych. W tym czasie pojawili się Słowacy i Czech Kamil Bortel. Wspólnie rozpoczęto opuszczanie Hajzera z seraka, a potem po stromym śnieżnym polu.

Pierwsza przeszkoda została pokonana, nadal jednak byli w strefie śmierci, a na dodatek trzech ratowników popełniło szkolny błąd: wpięło się do starej poręczówki i gdy ona się urwała, polecieli - jak to mówią wspinacze - "w lufę". Na szczęście dramat zmienił się w komedię. Cała trójka przeżyła kilkusetmetrowy niekontrolowany zjazd po śniegu. Po pierwsze, w ekspresowym tempie znaleźli się kilkaset metrów niżej, zostawiając ratowanych na górze. Po drugie, po drodze zostawili w ścianie część swego sprzętu i ubrań: czekany, czapki, gogle, plecak. A po trzecie, i to chyba najważniejsze, po takim niespodziewanym górskim rollercoasterze byli lekko zdezorientowani i emocjonalnie niegotowi do szybkiego podejścia kilkaset metrów do punktu, który chwilę wcześniej opuścili. Czyli mówiąc w skrócie, na ich pomoc w najbliższych godzinach, a nawet dniach, liczyć nie było można.

W tych okolicznościach już sama decyzja Piotra Pustelnika o rozpoczęciu akcji ratunkowej wzbudza podziw. Byli tak wysoko tylko we dwóch, więc równie dobrze mógł uznać sytuację za beznadziejną i albo zostać na górze z kontuzjowanym, albo zejść, mówiąc Hajzerowi, że idzie po pomoc. Rozstając się, obaj wspinacze byliby świadomi, że uczestniczą w teatrze. Że nawet jeśli uda się ratującemu dotrzeć do bazy, znaleźć gotowych do pomocy, zebrać odpowiedni sprzęt, to minie zbyt wiele dni w śniegu i mrozie, w strefie śmierci, by można było myśleć o tym, że odnaleziony będzie jeszcze żył.

Himalaista Piotr Pustelnik (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)
Himalaista Piotr Pustelnik (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

W Tatrach czy Alpach taka decyzja jednego z partnerów najczęściej jest najtrafniejsza, bo ratunek może wtedy nadejść za kilka godzin, dzień, maksimum dwa, a oczekujący nie siedzi na niemal 8000 m n.p.m. Ale w Himalajach.

Trzy kilometry zsuwania się po śniegu i czołgania po kamieniach

Oczywiście tam, wysoko zdarzają się cuda, nie tylko dlatego, że bliżej do nieba. Tak było w 1982 roku na Nanga Parbat, podczas międzynarodowej wyprawy dr. Karla M. Herrlighoffera, w której brali udział dwaj Polacy: Andrzej Bieluń i Tadeusz Piotrowski. Po wyczerpującym biwaku w partii szczytowej zdeteriorowany [wyniszczony długim przebywaniem na dużej wysokości - przyp.red.] Szwajcar Ueli Bühler resztką świadomości zakomunikował Piotrowskiemu, że nie wycofuje się razem z nim, ale idzie dalej. Tylko że ruszył na jeden z niższych wierzchołków Nangi. Jak się później okazało, nawet na niego wszedł. Ale słuch po nim zaginął.

W bazie po kilku dniach czekania uznano, że Szwajcar już nie wróci. Gdy Tadeusz Piotrowski oraz Niemiec Georg Ritter trafili na wyglądającego jak śmierć Uelego na wysokości około 6700 m n.p.m., długo nie mogli go rozpoznać.

Ogromnym wysiłkiem, odmrożonego i półprzytomnego, zaczęli sprowadzać do bazy, skąd natychmiast ruszyła ekipa ratunkowa. Ale wszystko to działo się już w miarę nisko, a przede wszystkim, co niesamowite, Szwajcar cały czas trzymał się na nogach, choć kompletnie nie wiedział, gdzie jest i kogo spotkał.

Pustelnik miał trochę inną sytuację. Ranny był w pełni świadomy, jak potem widać na filmach, nawet żartował. Natomiast nie było mowy o marszu i wysokość była nieporównywalna. Mimo to łodzianin się nie poddał i przez kilkanaście godzin asekurował zsuwającego się na pupie Hajzera. O czwartej rano dotarli do obozu III. Następnego dnia, w podobnym czasie kilkunastu godzin i tą samą techniką, osiągnęli "dwójkę". W kolejnym dniu do akcji ratunkowej dołączyli liczni wspinacze i lekarz Piotr Klepacz. W sumie prócz wyżej wymienionych w ratowaniu Hajzera uczestniczyli Mateo Piantoni, Domenico Belingheri i Diego Giovanini z Włoch, Don Bowie z Kanady, Mike Farris z USA, Craig Crosse z Nowej Zelandii. Pod koniec dotarli też Norwegowie z bazy pod K2 i grupa kulisów oraz Słowacy, którzy zaczęli odzyskiwać siły po przygodzie ze swobodnym, nieplanowanym zjazdem.

Widok na Broad Peak podczas zachodu słońca (fot. Shutterstock)
Widok na Broad Peak podczas zachodu słońca (fot. Shutterstock)

Trzy kilometry zsuwania się po śniegu i czołgania po kamieniach (dopiero na ostatnim odcinku chory był niesiony na prowizorycznych noszach) pokazują determinację ratownika i ratowanego. Bez ich górskiego doświadczenia akcja nie miała szans skończyć się sukcesem. Ale trzeba też powiedzieć, że pogoda pomagała. Przez cztery dni wiatr był umiarkowany, chmury dość wysoko. Mróz utrzymywał śnieg w dość sprzyjającej zsuwaniu się konsystencji. Prócz umiejętności, siły i determinacji dobrze jest, gdy uśmiechnie się też szczęście.

W obozie III Polacy mieli też obficie zaopatrzoną apteczkę. Hajzer dostał silne środki narkotyczne i jak mówił Bartkowi Dobrochowi Piotr Pustelnik: "Przykleiłem mu taki plaster na plecach, że był na lekkim haju. Śpiewał".***

Walka o życie

Gehenna Hajzera przywodzi na myśl książkę "Dotknięcie pustki". Ten bestseler światowej literatury górskiej Joe Simpsona opowiada o podobnej akcji w Andach. Anglik był w jeszcze trudniejszej sytuacji, bo nie miał obok Piotra Pustelnika.

Samotnie czołgał się ze złamaną nogą przez wiele dni, wykazując niewyobrażalną determinację i wolę przeżycia. Dla tych, którzy nie czytali książki i nie oglądali powstałego na jej podstawie filmu "Czekając na Joe", dodamy, że dotarł do bazy w ostatniej chwili, gdy jego ubrania zostały już spalone, a namiot złożony i jego załamany partner szykował się do wymarszu.

Podobnie heroicznie walczył Doug Scott, który po zdobyciu trudno dostępnego Ogre w Karakorum (7285 m n.p.m.) złamał w zejściu obie nogi w kostkach, a jego partner, słynny lider brytyjskich ekspedycji sir Chris Bonington uszkodził żebra i dłoń.

W obu wypadkach akcje ratunkowe zaczynały się jednak prawie 2000 metrów niżej.

Pod jeszcze jednym oprócz wysokości względem przygoda Hajzera była wyjątkowa. Ogromne jej fragmenty można zobaczyć na dokumentalnym filmie "Czekając na Rosę".

Zmontowany z ujęć nakręconych przez rannego i przez Słowaków obraz nie ma artystycznego wymiaru filmowanej prozy Joe Simpsona, ale w masie sztampowych górskich filmów wyróżnia się oryginalnością. Ogląda się go wyśmienicie, bo w kilkanaście minut można się uśmiać do łez i potężnie zdenerwować, a nawet wzruszyć.

Jeśli jednak ktoś nie ma górskiego doświadczenia, nie zna okoliczności wypadku i nie orientuje się w historii himalajskich akcji ratunkowych, a całą wiedzę będzie czerpał z tego filmu, może uznać, że wspinanie, nawet z kontuzją [notabene okazało się, że noga nie była złamana, tylko wyhamowanie lotu na zaplątanej w poręczówce nodze rozerwało torebkę stawową - przyp.red.], bliższe jest kabaretowi niż walce o życie.

Hajzer w charakterystyczny dla siebie sposób bagatelizował wydarzenie, żartem próbując zdystansować się od tego, że - co tu ukrywać - z powodu słabej aklimatyzacji i zbyt krótkich przygotowań (lata przerwy) podczas zjazdu popełnił prosty błąd, który mógł go, a pewnie i Piotra Pustelnika, kosztować życie.

Jak pisze w biografii Bartek Dobroch, Hajzer z bazy zadzwonił do żony Izy i powiedział: "Cześć, Misiaczku. Tak jak bym troszeczkę nóżkę może złamał".***

Spotkałem Artura [przyp. W.F.] bodaj miesiąc później w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. "Tak się przyzwyczaiłem, że chyba sobie na drugą założę" - rzucił, widząc, że patrzę na jego nogę w gipsie.

Autorzy książki 'Lekarze w górach' Wojciech Fusek i Jerzy Porębski (fot. Materiały prasowe)
Autorzy książki 'Lekarze w górach' Wojciech Fusek i Jerzy Porębski (fot. Materiały prasowe)

*Fragmenty książki "Lekarze w górach. Bohaterowie drugiego planu" Wojciecha Fuska i Jerzego Porębskiego

** Śródtytuły pochodzą od redakcji

*** B. Dobroch "Artur Hajzer. Droga Słonia", Znak, Kraków 2018, s. 368

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku