Co skłoniło cię do podjęcia poważnych badań nad pseudonauką?
Miałem wiele powodów - jednym z nich była po prostu czysta ciekawość. Weźmy choćby książkę "Noah's Ark. A Feasibility Study"("Arka Noego. Studium wykonalności") autorstwa Johna Woodmorappe'a - jedną z lektur, po jakie sięgnąłem, zgłębiając teorię młodej Ziemi. Jej autor, głęboko wierzący chrześcijanin, krok po kroku stara się udowodnić, że przedsięwzięcie Noego, czyli uratowanie Boskiego stworzenia przed potopem, było fizycznie wykonalne. W książce czytamy więc o tym, ile słomy czy nawozu należałoby zabrać na statek, by wyżywić zwierzęta roślinożerne. Czym trzeba karmić koale, a czym leniwce, jak transportować wielbłądy, pandy czy nietoperze. Poziom szczegółowości, jaki osiąga autor, jest wręcz nieprawdopodobny. Z przyjemnością studiowałem wszystkie skrupulatne wyliczenia, traktując je jako fascynujące zjawisko kultury. Na podobnej zasadzie porwała mnie teoria płaskiej Ziemi, czyli pogląd, że nasza planeta ma kształt dysku.
Trochę inna motywacja towarzyszyła mi podczas badania pseudonaukowych teorii dotyczących zdrowia. Bezkrytyczna wiara w nie może mieć opłakane skutki. Najlepszym przykładem są tu antyszczepionkowcy: niektórzy twierdzą, że szczepienia mogą powodować autyzm i z tego powodu należy z nich zrezygnować. Pisząc tę książkę, chciałem rozprawić się z podobnymi przekonaniami. Ale też chciałem zrozumieć, dlaczego w przestrzeni publicznej jest w ogóle miejsce dla takiego poziomu absurdu, dlaczego ludzie chcą w niego wierzyć i kładą na szali zdrowie swoje albo swoich dzieci.
O jakich innych teoriach pseudonaukowych - poza wiarą w szkodliwość szczepień - mówimy?
Na przykład o homeopatii, która - mimo że stoi za nią potężny przemysł farmakologiczny - opiera się na wierutnych bzdurach. Pochylam się też nad teorią żywej wody, czyli przekonaniem, że woda pobrana bezpośrednio "z natury" - rzeki czy innego zbiornika naturalnego - niefiltrowana i nieodkażona, posiada właściwości zdrowotne. Niektórzy wierzą też, że za pomocą określonych procesów chemicznych możemy modyfikować budowę cząsteczkową wody i w ten sposób wpływać na zdrowie osób ją pijących. Fachowcy od tego typu przekształceń sprzedają swoje produkty pod etykietą "wody ustrukturyzowanej". Oczywiście opisywane przez nich procesy chemiczne zwyczajnie nie mogą zajść, bo nie da się trwale "uporządkować" wody - chyba tylko zamrażając ją.
Piszę też sporo o rozpowszechnionym przez Jerzego Ziębę poglądzie o prozdrowotnych właściwościach, jakie płyną ze spożywania wysokich dawek witaminy C. Ten pogląd jest szczególnie niebezpieczny w przypadku pacjentów onkologicznych, którzy zamiast podjąć zalecane leczenie, wierzą, że wyleczy ich witamina C.
Podobnie bzdurnych koncepcji jest cała galaktyka. Kiedy przygotowywałem się do napisania książki, na kartce wypisałem wszystkie pseudonaukowe teorie, do jakich zdołałem dotrzeć. Tych dotyczących wyłącznie kwestii medycznych było kilkadziesiąt! Nie chciałem jednak tworzyć leksykonu z kilkuzdaniowymi hasłami. Wybrałem kilkanaście teorii - takich, o których było lub jest głośno w Polsce. Starałem się je umieścić w szerszym kontekście społecznym i naukowym.
Często na pierwszy rzut oka jakaś teoria - na przykład ta sugerująca wysokie spożycie witaminy C - może wyglądać na wiarygodną. Jej zwolennicy prezentują naukowe badania potwierdzające rzekomą skuteczność terapii. Tyle że udowodnienie skuteczności danego leku wymaga szeregu skomplikowanych procedur badawczych, przeprowadzanych na dużej grupie badanych. Pseudonauka opiera się głównie na opisach pojedynczych przypadków, które w medycznych badaniach naukowych mają niewielkie znaczenie.
Dlaczego ludzie wierzą w pseudonaukę?
W obiegowej opinii, którą też często powielają media, ludzie wierzący w pseudonaukę i stosujący pseudoterapie są po prostu głupi. Natomiast ci, którzy sprzedają tego typu preparaty, to przebiegli cynicy i oszuści, chcący wzbogacić się na ludzkiej głupocie. Tymczasem z moich spotkań z obydwiema grupami wynika coś innego.
Po pierwsze, wszyscy jesteśmy podatni na złudzenia poznawcze. Po drugie, w przypadku terapii pseudomedycznych często ci, którzy w nie wierzą, to osoby ciężko chore lub ich opiekunowie. W tradycyjnej medycynie nie ma dla nich ratunku. Ich motywacją bywa więc nadzieja, a nie brak wiedzy. Pseudoterapie to dla nich ostatnia szansa. Mówienie, że takie osoby są głupie, jest krzywdzącym uproszczeniem.
Jeśli chodzi o ludzi sprzedających i promujących preparaty homeopatyczne, ale też tych, którzy parają się różdżkarstwem czy irydologią, to według mnie nie wszyscy są w tym cyniczni. Wielu z nich żyje w bańce informacyjnej i w jej obrębie ich wiara w skuteczność danej teorii może się wydawać dobrze uzasadniona. Docierają do nich jedynie potwierdzenia ich dotychczasowych przekonań. Mówimy o ludziach, którzy przez 20 lat handlują preparatami homeopatycznymi. Opierają się wyłącznie na pseudonaukowych artykułach, które zdają sprawę z pseudonaukowych badań. Spotykają się z zadowolonymi matkami, które przeziębienie swoich pociech leczą preparatem na grypę i inne infekcje wirusowe, zawierającym popłuczyny po wyciągu z serca kaczki. A ponieważ przeziębienie tak czy inaczej przechodzi po siedmiu dniach, więc nic dziwnego, że po podaniu cukrowych granulek też ma sporą szansę przejść.
W ten sposób tacy ludzie przez 20 lat coraz silniej utwierdzają się w swojej wizji rzeczywistości - to właśnie owe "światy równoległe", o których piszę. Żyjąc w takiej bańce, trudno już natrafić na fakty. A te są takie: homeopatia co do zasady opiera się na fałszywych twierdzeniach.
Ale przecież homeopatia to są po prostu ziółka.
Wielu moich znajomych mówiło mi to samo. Tymczasem prawda wydaje się znacznie bardziej absurdalna. Homeopatia opiera się na trzech z gruntu niepotwierdzonych i fałszywych stwierdzeniach.
Po pierwsze: choroba może być leczona substancją, która wywołała jej objaw. Jeśli więc na skórze pojawi się zaczerwienienie, to gdy zażyjesz preparat zawierający wyciąg z rośliny, która powoduje zaczerwienienie na skórze, wyzdrowiejesz. Albo inaczej: lekiem na gorączkę jest coś, co wywołuje gorączkę. Druga zasada głosi: pierwsze twierdzenie ma zastosowanie wyłącznie, gdy dana substancja zostanie podana w bardzo małej dawce. Homeopaci twierdzą, że jeśli substancję będziemy wielokrotnie rozcieńczać, to w pewnym momencie znów stanie się ona aktywna. To jest absurdalne na każdym poziomie, bo malejące stężenie to malejąca skuteczność! Poniżej pewnego stężenia substancje po prostu nie działają i nie ma żadnego mechanizmu fizycznego czy chemicznego, który mógłby odpowiadać za "magiczny" przeskok od bierności do aktywności.
Trzecią zasadą jest wstrząsanie. Jeśli wstrząśniemy fiolką zawierającą substancję rozcieńczoną, to wprawimy ją w działanie. Tutaj wkraczamy na dość głęboki poziom szamańskiej alchemii, bo niby dlaczego wstrząsanie miałoby budzić związki do życia? Nie muszę więc dodawać, że nie istnieją żadne wiarygodne badania świadczące o skuteczności produktów homeopatycznych powyżej efektu placebo.
Proszę o przykład.
Zbierając materiały do książki, w dokumentacji Urzędu Rejestracji Leków i Produktów Biobójczych dokopałem się do danych zgromadzonych w związku z rejestracją produktu homeopatycznego na uspokojenie, między innymi na bazie kofeiny. Logika jego działania jest następująca: skoro kofeina pobudza, to według homeopatów jeśli rozcieńczymy ją 20 miliardów razy, a następnie porządnie wstrząśniemy, uzyskany płyn nas uspokoi. To tak, jakby wrzucić ziarenko kawy do Atlantyku, porządnie wymieszać, a następnie pobrać z niego kropelkę, licząc, że ukoi ona nasze nerwy. I wcale nie przesadzam z tym porównaniem, bo homeopaci operują na właśnie takim poziomie rozcieńczeń!
Chce pan powiedzieć, że produkty homeopatyczne to po prostu woda zamknięta w fiolkach i podpisana różnymi nazwami?
Zasadniczo tak. Woda, alkohol, czasem cukrowe granulki.
W takim razie dlaczego produkty homeopatyczne można kupić w aptece, a niektórzy lekarze przepisują je na różne dolegliwości?
Homeopatia ma 150 lat i przez ten czas zdążyła przesiąknąć do świata medycyny. Obecna sytuacja jest dość kłopotliwa ze względu na stan prawny. Homeopatia jest w Polsce legalna. Istnieje specjalny zapis dotyczący "leków" homeopatycznych: przykładowo, w Prawie farmaceutycznym, obok zwyczajnych leków, są też osobno zdefiniowane "produkty lecznicze homeopatyczne". Oczywiście, muszą być definiowane osobno, bo produktami leczniczymi w normalnym sensie nie są - ustawa definiuje "moc produktu leczniczego", która dla wielu produktów homeopatycznych wynosiłaby zero. Więc stworzono w polskim prawie całą alternatywną rzeczywistość medyczną specjalnie dla homeopatii.
Homeopaci argumentują, że powinno się homeopatię wykładać na wydziałach medycznych i w ten sposób uczynić ją jeszcze bardziej wiarygodną. I to się już, niestety, dzieje. Ewentualna zmiana prawa byłaby więc niezwykle trudna.
Jak na pana argumenty o fałszywości homeopatii zareagowali przedstawiciele firmy Boiron - największego koncernu homeopatycznego na świecie - z którymi miał pan okazję rozmawiać?
To było dość niezwykłe spotkanie, bo kiedy dyskutowaliśmy o fizyce, chemii, farmakologii czy medycynie, do pewnego momentu przyznawali mi rację. Ich ostateczny argument sprowadzał się jednak do twierdzenia: "nie wiemy, jak i dlaczego to działa, ale nasze produkty po prostu działają! Wiemy to od naszych pacjentów, wiemy to z badań".
Prawda jest jednak taka, że to działanie nie wykracza poza skuteczność zwykłego placebo, czyli opiera się na potędze ludzkiego umysłu. A ta jest gigantyczna - stąd naprawdę nietrudno przeprowadzić badanie pokazujące, że po zjedzeniu praktycznie czegokolwiek może ustąpić ból głowy. Jeśli teraz powiem: proszę wyrwać kawałek kartki ze "Światów równoległych", zmielić go, nasączyć wodą i ugnieść w celulozową pigułkę. Proszę tę tabletkę połknąć, bo to skuteczny lek na ból głowy. Gwarantuję, że na niektórych pigułka zadziała i nie ma w tym nic dziwnego. Dokładnie w taki sam sposób niektórzy łykają granulki cukrowe zawierające zerowe popłuczyny po sercu kaczki i część twierdzi, że zdrowieje. Na tym właśnie polega jeden z trików medycyny alternatywnej: mamy pojedyncze historie sukcesów, które wcale nie muszą być zmyślone. Tyle że prawdziwa medycyna musi opierać się na czymś więcej.
Czy któraś z pseudonaukowych teorii pana zaskoczyła - pomyślał pan: kurczę, faktycznie coś w tym jest?
Zaskoczę panią: powiększanie piersi w hipnozie.
Słucham? Akurat to - oprócz płaskiej Ziemi - wydało mi się najbardziej absurdalne.
Uspokajam: nie ma czegoś takiego, ale sama koncepcja nie jest do końca pozbawiona sensu. Wątek powiększania piersi w hipnozie wprowadził do polskiej debaty Jerzy Zięba. Propagator pseudoterapii za pomocą wysokich dawek witaminy C. Według wielu lekarzy - szkodnik numer jeden.
O powiększaniu piersi podczas sesji hipnozy usłyszałem w czasie jednego z jego wykładów. Bardzo mnie to zainteresowało i natrafiłem na artykuły z lat 70., które zdawały sprawę z badań nad stosowaniem autosugestii przy powiększaniu piersi. Wiadomo skądinąd, i to akurat wykazuje się do dziś w naprawdę dobrej jakości badaniach, że poprzez koncentrację można nieznacznie podnieść temperaturę dłoni, że autosugestia podnosi wydajność sportowców - no i sam efekt placebo to wszak efekt psychologiczny. Więc zasadniczo są powody, żeby badać skuteczność autosugestii.
W latach 70. prowadzono badania na kilku niezbyt licznych grupach kobiet, którym kazano wyobrażać sobie, że ich piersi stają się jędrne i rosną, albo że są ciepłe i krew żywiej w nich krąży. Procedurę powtarzano przez kilka tygodni i nawet uzyskano jakieś mierzalne wyniki. Oczywiście badania te są względnie niskiej jakości i nie są porządnym dowodem na to, że za pomocą hipnozy naprawdę można znacząco i trwale powiększyć biust, ale podaję je w książce jako przykład, że zawsze warto poszukać głębiej - że nawet rzeczy brzmiące skrajnie absurdalnie mogą kryć za sobą choćby maleńkie ziarenko prawdy.
Czy dzisiaj popyt na pseudonaukę rośnie?
Zdecydowanie tak.
Dlaczego?
Bo pseudonauka daje o wiele prostsze odpowiedzi niż nauka oferująca coraz bardziej precyzyjne i skomplikowane teorie na temat naszej rzeczywistości. Łatwo powiedzieć bzdurę, obalić ją znacznie trudniej. Weźmy takie zdanie: "za globalne ocieplenie nie odpowiada człowiek, ale wyłącznie naturalne cykle przyrodnicze". Wypowiedzenie tej nieprawdy zajęło mi sekundę. Jej obalenie wymaga jednak wygłoszenia wielogodzinnego wykładu, prezentacji danych, porównywania parametrów i tak dalej. Innymi słowy, trzeba się nieprawdopodobnie narobić, a na koniec i tak ktoś powie: "eee, to są opłacone badania i globalny spisek". Zrozumienie pseudonauki nie wymaga od nas wiedzy eksperckiej.
Ale aby zostać różdżkarzem, czyli kimś tropiącym rzekomo szkodliwe dla naszego dobrostanu podziemne żyły wodne, czy irydologiem diagnozującym choroby za pomocą tęczówki oka, trzeba jednak uzyskać dostęp do wiedzy tajemnej. Jak zatem stać się ekspertem w pseudonauce?
Gdy grupa ludzi zaczyna wyznawać jakąś pseudonaukową teorię, zazwyczaj bardzo szybko zakłada instytut. Jego nazwa też musi być odpowiednio bombastyczna. Na przykład: Międzynarodowe Towarzystwo Badań Irydologicznych. Towarzystwo zaczyna prowadzić kursy i szkolenia. Absolwenci otrzymują dyplomy, które wieszają na ścianach nowo otwartych gabinetów jako wizytówki "eksperckości".
Wśród różdżkarzy są nawet różne szkoły, o czym przekonałem się, próbując zlecić badanie mojej działki pod kątem żył wodnych. Ponieważ nie istnieje coś takiego jak żyły wodne - przynajmniej nie w takim sensie, jak to opisują różdżkarze - jest pewna dowolność w wymyślaniu, jak wyglądają. Jeden różdżkarz wmawiał mi, że żyły są grube jak ramię dorosłego mężczyzny, a inna pani twierdziła, że są włoskowate, cienkie, a na dodatek promieniują kolorowym światłem.
Ile kosztują tego typu usługi i ile można zarobić w Polsce na pseudonauce?
To zależy. Z jednej strony mamy homeopatię - królową pseudonauk, za którą stoją koncerny farmaceutyczne i klauzule prawne. Zyski ze sprzedaży produktów homeopatycznych są gigantyczne. Z drugiej strony mamy jednoosobowe działalności jak różdżkarze. Nie wiem, czy to jest dochodowy biznes. Za zbadanie mojej działki w celu wyznaczenia układu żył wodnych różdżkarze życzyli sobie około 1200 złotych. Trudno powiedzieć, ilu zgłasza się do nich klientów, ale wszyscy moi rozmówcy mieli wolne terminy już na pojutrze.
W pana książce najbardziej nieprawdopodobny wydaje się fakt, że w XXI wieku wciąż można zaprzeczać temu, że Ziemia jest okrągła. Czy miał pan okazję rozmawiać z prawdziwym płaskoziemcem?
Osobiście nie, nie spotkałem nigdy autentycznego płaskoziemcy. Pisząc rozdział im poświęcony, korzystałem z reportaży i artykułów napisanych przez dziennikarzy amerykańskich i brytyjskich, którzy zarzekają się, że spotkali wyznawców płaskiej Ziemi. Mnie bardziej prawdopodobne wydaje się, że teoria płaskiej Ziemi funkcjonuje raczej jako zabawa internetowych trolli. Choć część kreacjonistów młodoziemskich faktycznie sugeruje, że Ziemia jest dyskiem z kopułą nieba. Powołują się oni na cytaty z Biblii, argumentując, że to wszystko zostało stworzone dla człowieka przez Boga. Niemniej jednak teoria płaskiej Ziemi wymaga nieprawdopodobnej ekwilibrystyki umysłowej, bo oznacza totalne przeformułowanie wiary w rzeczywistość. Przede wszystkim głęboko podejrzany staje się zachód Słońca. Ten według płaskoziemców jest tylko złudzeniem - wydaje nam się, że słońce chowa się za horyzontem, ale to nieprawda.
KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO.PL >>>
Łukasz Lamża. Ur. 1985. Dziennikarz naukowy i filozof, członek redakcji "Tygodnika Powszechnego", pracownik Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dwukrotnie nominowany do nagrody Grand Press w kategorii "dziennikarstwo specjalistyczne" za artykuły prasowe na temat pseudonauki i medycyny alternatywnej. Autor książek "Przekrój przez Wszechświat" oraz "Wszechświat krok po kroku".
Magda Roszkowska. Dziennikarka i reporterka.