Problemy dotykają coraz większej grupy osób

Problemy dotykają coraz większej grupy osób (fot. Shutterstock)

wywiad gazeta.pl

"Oczekiwania wobec pracowników są tak wyśrubowane, że przestają sobie radzić z codziennymi zadaniami"

Zdarzają się pacjenci w wieku 30 lat, którzy mnie pytają: panie doktorze, czy ja mam alzheimera? Nie, to nie choroba Alzheimera, to objaw długotrwałego stresu - mówi psychiatra Sławomir Murawiec.

O blisko 40 procent wzrosła liczba dni, w których pracownicy są na chorobowym z powodu zaburzeń psychicznych. To dane za lata 2012-2018. Co może być przyczyną tego wzrostu?

Przyczyn na pewno jest kilka. Z jednej strony problemy natury psychicznej i konkretne zaburzenia zdrowia psychicznego dotykają coraz większej grupy osób. Z drugiej - na pewno wzrasta świadomość społeczna objawów tych zaburzeń. A to przyczyniać się może do ich większej wykrywalności, bo osoby, które zapoznają się z opisem objawów, zgłaszają się do lekarza.

Bardzo ważne jest, że na temat różnych form problemów psychicznych coraz więcej mówi się w mediach, jest dużo edukacyjnych akcji społecznych dotyczących na przykład depresji. Ludzie znani coraz częściej otwarcie mówią o swoich problemach, co pozwala innym zidentyfikować się z nimi i motywuje do szukania pomocy.

Nieobecności spowodowane problemami psychicznymi łączy się przede wszystkim z pracą, a dokładnie z przeżywanym w niej stresem.

I słusznie. Moi pacjenci bardzo często o tym stresie mówią. Część trafia do mnie w momencie, w którym nastąpiła w ich życiu zawodowym jakaś duża zmiana.

Na przykład pacjent stracił pracę albo został zdegradowany - bo ktoś, gdzieś w centrali albo wręcz w odległej części świata, podjął decyzję o reorganizacji. Tak potraktowany człowiek niby wie, że niczym nie zawinił, a jednak bardzo bierze do siebie to, co się stało. Bo - na przykład - do tej pory awansował, dostawał nagrody i nagle coś takiego. Najważniejsze jest, jak to interpretuje. Może myśleć: pewnie jestem do niczego, gdybym bardziej się starał, włożył więcej wysiłku w wykonywane obowiązki nie doszłoby do tego. Jego poczucie własnej wartości nagle spada, czasami sięga dna.

Nieobecności spowodowane problemami psychicznymi łączy się przede wszystkim z pracą, a dokładnie z przeżywanym w niej stresem (fot. Shutterstock)
Nieobecności spowodowane problemami psychicznymi łączy się przede wszystkim z pracą, a dokładnie z przeżywanym w niej stresem (fot. Shutterstock)

W tym przypadku zmiana staje się źródłem stresu. Co jeszcze może nim być?

Także stałe warunki w pracy. Trafiają do mnie przede wszystkim pracownicy korporacji. Oczekiwania względem nich są często tak wyśrubowane, że w pewnym momencie przestają sobie oni radzić z codziennymi zadaniami. Jest to moim zdaniem nieomal nieuniknione. Korporacje obiecują świetlaną przyszłość, rozwój osobisty, ale pod warunkiem, że poświęcisz się pracy. Po czym okazuje się, że wymagania ciągle rosną, pracy jest coraz więcej, pracownikowi nie wypada wychodzić wcześniej z biura, więc zostaje do późna. W pewnym momencie orientuje się, że praca stała się całym jego życiem, jednocześnie on dostaje ciągle nowe zadania, z którymi już się nie wyrabia, a oczekiwania i cele wciąż rosną.

Jeden z moich pacjentów mówi mi: rynek rośnie w tempie około 4 procent rocznie, a ja mam zrobić 400 procent wzrostu sprzedaży. I mimo że zdaje sobie sprawę z tego, że spełnienie oczekiwań jest niemożliwe, nie rzuci papierami, bo jest ambitny i chce swoje zadania wykonywać dobrze. Albo nie zwolni się, bo ma mnóstwo zobowiązań finansowych, rodzinę do utrzymania, kredyt do spłacenia.

Problem dotyczy przede wszystkim pracowników korporacyjnych?

Nie tylko. Mam wielu pacjentów pracujących w urzędach, gdzie wysoki poziom stresu jest związany z niepewnością zatrudnienia. Mam pacjentów bezrobotnych, którzy byli na różnych stanowiskach, niekiedy wysokich, a niekiedy gdzieś w środku hierarchii. I nie mogąc znaleźć pracy zgodnej z doświadczeniem i oczekiwaniami, często podejmują tę poniżej swoich kwalifikacji. Są osoby, które całe życie poświęciły aktywności zawodowej i gdy nastąpiło jej załamanie, nagle zawalił się im cały świat.

Żyjemy w kraju ciągłych przemian, więc sytuacja na rynku pracy też szybko się zmienia, to rodzi stres. Z drugiej strony - wciąż są branże, w których funkcjonuje się tak, jakby ustrój wcale się nie zmienił 30 lat temu, jak medycyna w wydaniu sektora publicznego. Pielęgniarki, lekarze trafiają do mnie z objawami depresji, bo są przewlekle przeciążeni i pracują w warunkach, w których nie daje się sensownie wykonywać obowiązków.

Wysoki poziom stresu może być związany także z niepewnością zatrudnienia (fot. Shutterstock)
Wysoki poziom stresu może być związany także z niepewnością zatrudnienia (fot. Shutterstock)

Kiedy pacjenci do pana trafiają, to od razu mówią: stresuję się w pracy, nie wiem, co robić?

Różnie. Niektórzy przychodzą dopiero po wizytach u innych lekarzy - kardiologa, gastrologa, neurologa. Ludzie często nie potrafią połączyć objawu z przyczyną. Skoro boli brzuch, to zajmują się brzuchem, a nie głową, skoro kołacze serce, idą do kardiologa. I gdy okaże się, że kardiolog czy gastrolog zrobił, co mógł - opanował objawy albo stwierdził, że nic poważnego się nie dzieje - a objawy wracają, kolejnym krokiem jest wizyta u psychiatry.

Ci, co trafiają do mnie szybciej, nie mówią od razu o stresie, jaki przeżywają, ale raczej o tym, że sobie nie radzą. Byli w stanie wykonywać pracę dobrze i nadal chcą to robić, ale nie mogą, bo nie śpią po nocach, mają wahania nastroju albo ciągle są w złym nastroju, mają problemy z koncentracją, z pamięcią. Jedni przychodzą już z objawami depresyjnymi albo w fazie wcześniejszej, przed depresją, kiedy pojawiają się u nich tzw. zaburzenia adaptacyjne - pacjent czasem prześpi noc, a czasem nie, jednego dnia jest w stanie coś zrobić, następnego już nie, bo odczuwa silny lęk. Albo zapomina, że miał coś zrobić. Zostawia otwarte mieszkanie, nie może znaleźć kluczyków do samochodu, przeczyta fragment dokumentu i za chwilę nie pamięta, co w nim było.

Zdarzają się pacjenci w wieku 30 lat, którzy mnie pytają: panie doktorze, czy ja mam alzheimera? Nie, to nie choroba Alzheimera, to objaw długotrwałego stresu. Stres uszkadza funkcje poznawcze - pamięć, koncentrację - więc ze zrozumiałych względów wpływa na jakość wykonywanych obowiązków. 

Każdemu zdarza się zapomnieć, gdzie położył kluczyki. Żeby skupić się na tym, co czytam, również potrzebuję się wcześniej wyciszyć.

Jeśli zdarza się to od czasu do czasu, jest to normalne. Ale jeśli pacjent zauważa, że jest inaczej niż było, że coraz częściej o czymś zapomina albo nie może się skupić, czyli że zachodzi jakaś zmiana w tym, jak funkcjonuje, jest to już jakiś objaw. Prawdopodobnie przewlekłego stresu. Zburzenia pamięci, koncentracji, uczenia się występują u większości osób w depresji.

Ludzie mają zazwyczaj problem z powiązaniem swoich objawów z sytuacją, która mogła je wywołać?

Bardzo często. Pacjent mówi na przykład: najchętniej bym uciekł na drugi koniec świata, ale nie wiem dlaczego. Albo 41-letnia pacjentka opowiada, że ciągle jest podenerwowana, irytuje ją wszystko, odbija się to na rodzinie, bo wydziera się na dzieci, wybucha o cokolwiek. Każdy niewielki problem urasta do rangi olbrzymiego. Wszystkim się stresuje, budzi się o czwartej rano i zaczyna rozmyślać.

Niektórzy przychodzą dopiero po wizytach u innych lekarzy - kardiologa, gastrologa, neurologa (fot. Shutterstock)
Niektórzy przychodzą dopiero po wizytach u innych lekarzy - kardiologa, gastrologa, neurologa (fot. Shutterstock)

Inny pacjent, 44-letni, opowiada: czuję, jakbym miał kamień w żołądku, nie mogę nic przełknąć, odbija mi się. Jak pytam, w jakich okolicznościach się to dzieje, zaczyna mówić, że na przykład wtedy, kiedy wyjeżdża służbowo. Bardzo się tych wyjazdów boi, bo są one wyczerpujące fizycznie, często od szóstej rano do 23 jest na nogach, przez cztery dni z rzędu. O swojej pracy mówi, że jest bardzo stresująca, że musi być w ciągłej gotowości, przez całą dobę, bo w każdej chwili ktoś może zadzwonić. W dodatku nie ma kontaktu z ludźmi, ponieważ zwykle siedzi zamknięty w pokoju. Po pracy rzadko gdziekolwiek wychodzi, nie uprawia sportu, bo jest cały czas zmęczony. Czuje się niedoceniany, mówi, że chciałby zmienić pracę, ale boi się, a strach wynika z tego, że musi mieć pieniądze na spłatę kredytu. Poczucie bycia niedocenianym często pojawia się w opowieściach pacjentów.

Pierwszym krokiem w pracy terapeutycznej jest więc znalezienie połączenia między tym, co czuje pacjent, a tym, w jakiej sytuacji się znajduje. Pierwszym sygnałem jest jakiś ból, zdenerwowanie, chęć ucieczki, a potem wychodzi na jaw, że bierze się to z poczucia braku sensu tego, co się robi, albo z bycia pod presją w pracy.

W przypadku tej kobiety - co powodowało jej wieczną irytację?

Była w konflikcie z przełożonym. Dobrze radziła sobie w pracy do momentu, w którym nie zaczęły się problemy z szefem.

W jej przypadku zadziałały leki. Sprawiły, że przestała się tak wszystkim przejmować. Mówiła: nie odczuwam euforii, ale już się nie denerwuję, do wszystkiego podchodzę na spokojnie. To, co trzy tygodnie temu stanowiło problem, dziś jest czymś normalnym. Kiedyś na każdą błahostkę reagowałam płaczem, w tej chwili już tak nie mam.

Leki mają cudowne działanie, ale problemu nie rozwiązują.

Ale łagodzą cierpienie, pozwalają nabrać dystansu i mogą sprawić, że ktoś prędzej poradzi sobie z problemami w pracy.

Często jest tak, że pacjenci nie są w stanie w danym momencie zmienić swojej sytuacji zawodowej, bo rodzina, bo kredyt. Albo nie chcą - zależy im na tym, żeby pracować efektywnie, bo są ambitni, odpowiedzialni, perfekcjonistyczni. Rezygnację uznaliby za porażkę, na zasadzie: jak to, ja sobie nie poradziłem? Tak nie może być.

Miałem pacjenta, który doskonale wiedział, że z jego perspektywy praca, którą wykonywał, nie ma sensu. Zaczął więc uczęszczać na różne kursy artystyczne, co dawało mu ogromną satysfakcję. Chętnie skoncentrowałby się na swojej pasji, zmienił ścieżkę zawodową, ale miał pełną świadomość, że się z tego nie utrzyma.

Ludzie nie rozwiązują więc problemu, ale dzięki lekom jakoś funkcjonują w pracy. Jak roboty.

Nie widzę tego w ten sposób. Odzyskują równowagę psychiczną, ale na innym poziomie. Na pewno nie nazywałbym ich robotami. Bo choć czasami emocje ulegają po lekach nadmiernemu wyciszeniu, to te osoby mogą dużo jaśniej i klarowniej myśleć, niż gdy były zdominowane przeżywaniem stresu i co chwila wybuchały złością. Czasami nawet dalej awansują, odbierają nagrody, spełniają kolejne wymagania.

Pierwszym sygnałem jest jakiś ból, zdenerwowanie, chęć ucieczki, a potem wychodzi na jaw, że bierze się to z poczucia braku sensu tego, co się robi, albo z bycia pod presją w pracy (fot. Shutterstock)
Pierwszym sygnałem jest jakiś ból, zdenerwowanie, chęć ucieczki, a potem wychodzi na jaw, że bierze się to z poczucia braku sensu tego, co się robi, albo z bycia pod presją w pracy (fot. Shutterstock)

Nie przeraża to pana?

Cywilizacyjnie tak, bo żyjemy w bardzo trudnych warunkach. Praca stała się dla nas centralną wartością w życiu. Oddajemy dzieci do żłobka czy przedszkola, żeby iść do pracy.

Ale z perspektywy indywidualnej, jak pacjent przychodzi po pomoc, moim zadaniem jako lekarza jest mu tej pomocy udzielić. W pani firmie na pewno jedna trzecia pracowników, jeżeli nie więcej, jest albo była na lekach. Bo mieli okres, kiedy obawiali się zwolnienia albo przyszedł nowy szef i zaczął mieć większe oczekiwania, albo wyniki sprzedaży były coraz gorsze i sytuacja zrobiła się bardzo napięta. Przestali radzić sobie z codziennymi obowiązkami, a chcieli dalej funkcjonować efektywnie.

Z raportu "Odporność psychiczna pracowników. Emocje i biznes" wynika, że na zwolnienia chorobowe z powodu problemów psychicznych chodzą przede wszystkim osoby stosunkowo młode, między 31. a 39. rokiem życia.

W przypadku osób młodych trzeba wziąć pod uwagę trochę inne zjawisko. Obserwuję je przede wszystkim u studentów, ale druga fala następuje później, kiedy rozpoczną pracę zawodową, przepracują kilka lat i nagle stwierdzają, że ich życie nie ma sensu.

Działa to tak: młody, ambitny człowiek na etapie liceum, studiów dobrze sobie radzi, często wręcz doskonale, ma świetlaną wizję przyszłości, swojej kariery zawodowej, wszystko pod kontrolą, jest przekonany, że jego wkład w życie społeczne będzie ogromny. Wyobraża sobie, że po studiach znajdzie prestiżową pracę, w znanej firmie, będzie zarabiał duże pieniądze. W skrócie: zostanie dyrektorem Google'a.

Potem kończy studia i konfrontuje się z rzeczywistością, czyli nie może znaleźć tej wymarzonej pracy lub trafia do korporacji jako szeregowy pracownik, wykonuje mało znaczące zadania, poniżej jego ambicji, które w dodatku mają mu zajmować po kilka godzin dziennie, każdego dnia, bo z czegoś musi się utrzymać. Przekonanie o tym, że jego życie będzie niezwykłe, że będzie się nieustannie rozwijał, w konfrontacji z rzeczywistością jawi się raczej blado. Bo zamiast robić wielkie rzeczy, przekłada papierki i nie ma pojęcia po co. Albo nic nie robi, bo przerwał naukę, żadna praca nie odpowiada jego ambicjom. I trafia do mnie z brakiem poczucia sensu, objawami depresyjnymi, niską samooceną.

Skąd u niego na etapie studiów takie przekonanie, że życie będzie fantastyczne?

Przez całe dzieciństwo i młodość był indoktrynowany komunikatami w stylu: "możesz być, kim tylko chcesz", "spełniaj swoje marzenia", "wszystko jest w zasięgu ręki", "mierz wysoko". Tylko ilu z nas naprawdę udaje się osiągnąć sukces, zdobyć światową sławę? Zostać dyrektorem Google'a? Kilku. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj panuje społeczna presja na zostanie celebrytą.

W zależności od tego, w jakim pacjenci są wieku, mają trochę inne problemy związane z poczuciem braku sensu w związku ze swoją aktywnością zawodową. Z jednej strony są ci młodzi, z ogromnymi aspiracjami, wykonujący rutynową robotę, z drugiej - starsi, po czterdziestce, którzy osiągnęli już pewien pułap, wyżej nie pójdą i nie wiedzą, co mają robić dalej. Trochę na zasadzie: jak żyć, panie premierze?

W takich sytuacjach chyba leki nie pomogą?

Tutaj konieczna jest psychoterapia.

Wielu pacjentów, którzy do pana przychodzą, od razu prosi o zwolnienie chorobowe?

Nie, duża część to, tak jak powiedziałem, osoby ambitne, którym zależy na pracy, chcą dalej efektywnie pracować, spełniać oczekiwania. Nie chodzi im o zwolnienie, chcą po prostu jakoś w tej pracy funkcjonować. Inni, z różnych powodów, mówią, że nie mogą sobie pozwolić na zwolnienie. Jeszcze inni od razu proszą o L4.

Długie są to absencje?

Często wielomiesięczne. Niektórzy proszą o przedłużenie. Ten okres na zwolnieniu jest często momentem refleksji, zdarza się, że pacjenci po chorobowym już nie wracają do starej pracy, udaje im się wyjść z trudnej sytuacji, znaleźć coś nowego.

Dr n. med. Sławomir Murawiec. Psychiatra i psychoterapeuta, redaktor naczelny pisma "Psychiatria", członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku