Prof. Henryk Skarżyński

Prof. Henryk Skarżyński (fot. Piotr Berna / AG)

wywiad gazeta.pl

Wyrywa niesłyszących ze świata ciszy. Profesor Henryk Skarżyński pamięta wszystkich swoich pacjentów

Największa radość ogarnia mnie, gdy widzę, jak moi mali pacjenci zaczynają grać na różnych instrumentach i śpiewać - mówi wybitny otochirurg.

Jak to jest stracić słuch?

Wiele zależy od tego, czy  nagle, z dnia na dzień, czy w ciągu kilku czy kilkunastu lat. Czy w jednym uchu, czy obustronnie. Choć zawsze jest to szokiem. Dopiero wtedy uzmysławiamy sobie, jak wiele słuch znaczył w naszym życiu.

I wpadamy w panikę?

Zwykle tak. I w panice szukamy natychmiastowej pomocy. Niestety, jeśli po zastosowaniu leczenia farmakologicznego nie ma poprawy, często nabieramy się na publikowane w różnych mediach doniesienia o "cudownych terapiach", "metodach". A takie nie istnieją.

Przede wszystkim zadajemy sobie pytanie, dlaczego to właśnie nas spotkało. Często brakuje nam wtedy cierpliwości, by skorzystać ze sprawdzonych form terapii, a zapewniam, że takie są dostępne.

Dzięki panu.

Od 2003 roku w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu w Światowym Centrum Słuchu, którym kieruję, wykonujemy najwięcej na świecie operacji poprawiających słuch. Jako pierwsi zastosowaliśmy wiele najnowszych technologii.

I powiem tak - możemy pomóc prawie każdemu. Wyrwać go ze świata ciszy, osamotnienia, izolacji. Bardzo ważne jest dla mnie, by osoby niesłyszące mogły być nadal aktywne społecznie. A te, które urodziły się głuche, mogły rozwijać swój słuch, mowę i język oraz inne umiejętności, na przykład artystyczne.

Jedną z naszych pacjentek jest Małgorzata, która występowała na wielu uroczystościach organizowanych w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu. Po jednym z jej fortepianowych koncertów wpadłem na pomysł, aby zorganizować międzynarodowy festiwal muzyczny z udziałem osób z zaburzeniami słuchu, które dzięki postępom w medycynie mogą słyszeć, mówić i realizować swoje pasje.


Profesor Henryk Skarżyński podczas operacji wszczepienia implantu słuchu (fot. Monika Miaskiewicz)

Opowie mi pan historię Małgorzaty?

Ma 43 lata. Jest lekarzem stomatologiem, doktorem nauk medycznych i nauczycielem akademickim na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie. Była uczennicą szkoły muzycznej w klasie fortepianu, kiedy w wieku 13 lat całkowicie straciła słuch. Po operacjach obydwu uszu, które przeprowadziłem w 1994 i 2007 roku, stała się użytkowniczką dwóch implantów ślimakowych. Wróciła do świata dźwięków i gry na fortepianie.

Albo Olaf, 18-letni perkusista z Łodzi. Tuż po urodzeniu zdiagnozowano u niego głuchotę i gdy miał mniej niż dwa lata, wszczepiłem mu implant. Gra na perkusji, a niedawno zapowiedział, że zostanie lekarzem, otochirurgiem, bo bardzo chce leczyć wady słuchu.

Z kolei inna moja pacjentka, Kate, straciła słuch jako nastolatka i przeżyła załamanie. Po tym, jak wszczepiłem jej implant ślimakowy, odkryła w sobie pasję samotnych podróży i miłość do dalekiej Północy. Była jedyną uczestniczką z Polski podczas wyprawy Fjällräven Polar 2015 - razem z grupą 20 osób z całego świata przedzierała się 300 kilometrów przez arktyczną tundrę z saniami i psim zaprzęgiem.

Niesamowite! I pan ich wszystkich pamięta?

Oczywiście! Pamiętam też Agatę, doktor chemii, z zamiłowania tłumaczkę literatury naukowej. Zna dobrze trzy języki obce. Długo nie mogła się zdecydować na wszczepienie implantu. Dziś mówi o sobie: "jestem uzależniona od dźwięków" i cieszy się, że może wkładać w naukę języków mniej wysiłku. Uważa, że powinna ona być istotnym elementem rehabilitacji osób z zaburzeniami słuchu.

A dwudziestoparoletnia Ania decyzję o wszczepieniu implantu słuchowego podjęła, już będąc skrzypaczką. Teraz ze swoim folkowym zespołem koncertuje na całym świecie.

Jest i 20-letnia Weronika, która ma głos podobny do głosu Anny German. Od urodzenia cierpi na niedosłuch związany z głęboką wadą słuchu. W wieku 2,5 roku została moją pacjentką, korzysta z implantu, koncertuje i studiuje na Uniwersytecie Muzycznym.


Profesor Henryk Skarżyński pomaga zarówno dzieciom, jak i dorosłym (fot. mat. prasowe)

Jak działa implant ślimakowy?

To nic innego jak elektroniczna proteza ucha wewnętrznego. Jej część zewnętrzna to tzw. procesor mowy z mikrofonem i baterią. Umieszczam go za uchem, we włosach pacjenta. Część wewnętrzną wszczepiam do ucha - jej zakończenia stymulują nerw słuchowy albo jądra słuchowe. Dzięki temu ośrodki w korze mózgowej odbierają informację pozwalającą słyszeć i rozumieć to, co się słyszy.

Współczesne implanty ślimakowe działają na tej samej zasadzie jak pierwsze seryjnie produkowane tego typu urządzenia z lat 70. - pobudzają elektrycznie zakończenia nerwu słuchowego. Ale mają z nimi niewiele wspólnego.

To znaczy?

Gdy zaczynałem, był tylko jeden rodzaj implantu. Dziś tych urządzeń jest dużo więcej. Przez ponad 40 lat w mojej dziedzinie dokonał się ogromny postęp. Współczesne urządzenia umożliwiają osobom niesłyszącym nie tylko słyszenie dźwięków prostych otoczenia, jak to miało miejsce w przypadku pierwszych tego typu systemów, lecz także swobodne rozumienie mowy bez patrzenia na usta.  

Czy one słyszą dźwięki tak samo jak my?

Gdy pytałem o to osoby, które słyszały kiedyś i straciły słuch, a potem wszczepiłem im implant, mówią, że mowa ludzka czasem brzmi tak, jakby mówił do nich komputer.

Pewnie najlepszy efekt daje wszczepienie implantów w obu uszach?

Tak, zarówno u dzieci, jak i u dorosłych z głębokim niedosłuchem lub całkowitą głuchotą. Poza tym musi pani wiedzieć, że w laboratoriach naukowych powstają m.in. projekty tzw. spersonalizowanej elektrody, dostosowanej do indywidualnych uwarunkowań anatomicznych i fizjologicznych dla pacjenta.

Są też urządzenia, które wszczepiamy do pnia mózgu. Bardzo zaawansowane. Implant stymuluje bezpośrednio centralny układ nerwowy, gdy wszystkie wcześniejsze części drogi słuchowej pacjenta są uszkodzone.

Jako pierwszy w Polsce przywrócił pan słuch osobie dorosłej i dziecku.

Był rok 1992. W przypadku dorosłego stało się to 20 lat za pionierami w USA i Europie. U dziecka różnica ta była już tylko kilkuletnia. Dziesięć lat później jako pierwszy na świecie zoperowałem pacjenta z tak zwaną częściową głuchotą. Słyszał tylko niskie dźwięki, na pozostałe ucho było głuche. Po operacji taka osoba w ciszy rozumie mowę prawie w 100 procentach, a w hałasie - w ponad 80 procentach.


Profesor Henryk Skarżyński jako dziecko sam robił sobie zabawki (fot. mat. prasowe)

Zastanawia się pan czasem, jak by wyglądała pańska kariera, gdyby od początku miał pan dostęp do najnowszych światowych technologii? Albo gdyby mieszkał pan w innym kraju niż Polska?

Pewnie nie musiałbym udowadniać skuteczności swojej metody podczas operacji "na żywo" - oglądali je lekarze i inni specjaliści w Europie, Azji i Ameryce Południowej. Podczas jednej z takich transmisji obserwujący dziwili się, że przeprowadzam operacje tak sprawnie i szybko. Niektórzy nawet sugerowali, że to film, a nie prawdziwy zabieg, choć doskonale było widać, że to transmisja i po kolei pokazuję, co robię.

Nowa metoda, która została opracowana przez Polaka w Polsce, odzwierciedla wysoki poziom polskiej nauki i medycyny. Gdybym ją wdrażał na świecie, pewnie dziś miałbym za  sobą więcej wykonanych operacji.

Pański syn też jest lekarzem. I może kontynuować to, co zaczął jego ojciec.

Oj, to bardzo trudny temat. Nie było i nie jest mu łatwo. Wie, że jest ciągle porównywany do ojca. Uwzględniając jednak te wszystkie trudności, z dumą mogę powiedzieć, że już zaszedł dalej. Przed ukończeniem 37. roku życia uzyskał tytuł naukowy profesora medycyny.

A pan?

Miałem wtedy 40 lat. Poza tym ma ponad trzy razy większy dorobek mierzony liczbą publikacji naukowych i prezentacji niż ja w jego wieku.

Jak to się stało, że zajął się pan wszczepianiem implantów?

Kiedy byłem dzieckiem, sam robiłem sobie zabawki. Gdy podrosłem, robiłem regały, łóżka dla dzieci, schody, a nawet udało mi się skonstruować gitarę! No i namiętnie kładłem w domu rodziców boazerię, bo była wtedy modna. Myślę, że to kształtowało moją wyobraźnię. I doskonaliło zdolności manualne.  

To ważne, bo robiąc niewielkie cięcie - na milimetr, pół, a nawet mniejsze - muszę przewidzieć, gdzie je skończyć. I precyzyjnie zaplanować, co chcę w tym uchu zrobić, by pacjent dobrze słyszał.

t27.04.2006 KAJETANY - MIEDZYNARODOWE CENTRUM SLUCHU I MOWY - IMPLANT SLUCHUFOT. BARTOSZ BOBKOWSKI / AGENCJA GAZETA
Implant słuchu chwilę przed wszczepieniem (fot. Bartosz Bobkowski / AG)

Mógł pan chociażby zostać świetnym kardiochirurgiem. Skąd wybór takiej dyscypliny?

Otochirurgia interesowała mnie już od studiów. Wtedy w Polsce nie było jeszcze wielu specjalnych materiałów - metalowych, tytanowych czy ceramicznych - które można by wykorzystać podczas operacji rekonstrukcyjnych ucha. Chciałem to zmienić.

W 1988 roku byłem przedstawicielem Polskiego Towarzystwa Otolaryngologów Chirurgów Głowy i Szyi na pierwszym kongresie towarzystw europejskich w Paryżu. Zobaczyłem, jakie są postępy w otochirurgii w zachodniej Europie, zwłaszcza we Francji. Poznałem tamtejszego profesora, który był pionierem w leczeniu głuchoty, i już rok później po raz pierwszy pojechałem do jego kliniki. Stamtąd pojechałem oglądać operacje w Wiedniu, co zaowocowało tym, że w 1992 roku uruchomiłem program leczenia głuchoty w Polsce.  

Początki pewnie były wyboiste?

Byliśmy wtedy o jakieś 20 lat za czołówką europejską i światową. Jednak zaraz po powrocie zoperowałem dziecko i pomyślałem, że dzięki wiedzy zdobytej podczas wyjazdów zmniejszyłem ten dystans do kilku lat. I wtedy też wymyśliłem, że powinien powstać ośrodek, w którym choroby słuchu leczyłby kompleksowo zespół specjalistów: otochirurdzy, audiolodzy, foniatrzy, logopedzi, psycholodzy, inżynierowie. W 2012 roku udało nam się otworzyć ostatnią część Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach. I dziś jest to największe tego typu miejsce w świecie. 

Jak wspomniałem - od 2003 roku wykonujemy najwięcej w świecie operacji poprawiających słuch. Trudności i przeciwności losu tylko mnie mobilizowały.

Jakie na przykład?

W 1995 roku na pole w Kajetanach pod Nadarzynem przyjechały dwa autokary zaproszonych przeze mnie gości z zagranicy. Pokazałem im, gdzie będzie wybudowane Centrum. Ale nikt z nich nie był zainteresowany makietą placówki, którą im wtedy zaprezentowałem, zapowiadając, że niebawem powstanie tu ośrodek będący czymś więcej niż szpitalem.

Jedliśmy grochówkę, którą przygotowali nam wojskowi, i kiełbaski. Grochówka gościom smakowała, kiełbaski też, ale makietę omijali łukiem. Uwierzyli nieliczni, i to ich nazwiska są umieszczone w centralnym miejscu w głównym holu, jako "Przyjaciele Po Wsze Czasy". Ich wsparcie nie wiązało się z tym, że dali nam bezpośrednio pieniądze. Oni wspierali moją ideę.  

22.06.2011 NADARZYN - KAJETANY , SZEF MIEDZYNARODOWEGO CENTRUM SLUCHU I MOWY PROF. HENRYK SKARZYNSKI PODCZAS OPERACJI WSZCZEPIENIA IMPLANTU UCHA . FOT. WOJCIECH SURDZIEL / AGENCJA GAZETA
Profesor Henryk Skarżyński podczas operacji, 2011 rok (fot. Wojciech Surdziel/AG)

Co pan czuje, gdy pacjent po operacji może słyszeć?

Największe emocje czuję wtedy, gdy uda mi się uratować głuche dziecko, skazane na izolację, trudności w edukacji i codziennej komunikacji. Jak ma dwa latka i po rocznej rehabilitacji jest lepsze od swoich rówieśników. A największa radość ogarnia mnie, gdy widzę, jak moi mali pacjenci zaczynają grać na różnych instrumentach i śpiewać.

Ogromną satysfakcją napawają mnie też obserwacje, jak zmienia się świadomość osób niesłyszących. Dwadzieścia sześć  lat temu przychodzili do mnie rodzice z takimi dziećmi. Operowałem je za zgodą tych rodziców, jeśli miały po parę lat. Osoby nastoletnie decydowały same. I zazwyczaj nie chciały o implancie słyszeć, odwracały się do ściany. A rodzice bezradnie patrzyli na mnie i liczyli, że zrobię coś, by dziecko się zgodziło.

Niezwykle trudna sytuacja.

Te osoby, które jako dzieci nie poddały się operacji, przyprowadzają teraz do mnie kolejne niesłyszące pokolenie, czyli swoje dzieci. I chcą, żebym je zoperował. Czuję wtedy satysfakcję.

Ci rodzice rozumieją już, że dzięki implantowi słuchowemu ich dziecko może mieć nadal kontakt z grupą, z którą porozumiewa się w języku migowym, a zarazem mówić wieloma innymi językami. I zyska pełny kontakt ze światem.


Profesor Henryk Skarżyński (fot. mat. prasowe)

Prof. Henryk Skarżyński. Światowej sławy otochirurg i specjalista z otorynolaryngologii, audiologii, foniatrii i otolaryngologii dziecięcej. Pierwszy w Polsce wszczepił implanty: ślimakowe, do pnia mózgu i ucha środkowego. W 2002 roku zoperował pierwszego w świecie pacjenta dorosłego z klasyczną częściową głuchotą, a  dwa lata później pierwsze w świecie dziecko z tym schorzeniem. Opracował nową elektrodę i procedurę chirurgiczną, nazwaną później metodą Skarżyńskiego, którą wdrożono w kilkudziesięciu światowych ośrodkach.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (28)
Zaloguj się
  • flat_hu

    Oceniono 14 razy 12

    Mało takich ludzie w Polsce, ale za to wiele stadionów, pomników i kościołów.

  • ixi77

    Oceniono 9 razy 9

    A co z finansowaniem szpitala w Kajetanach? Od 3 lat przesuwają operacje, bo mają obcięte koszty. Państwo uważa, że nie warto żebym dobrze słyszała. Mam zapier***ć na podatki, zusy i pińcet plus pomimo ubytku słuchu spowodowanego pracą zawodową. Lekarze rozkładają ręce - mogą operować tylko najpilniejsze operacje - cała reszta do roboty! Kto był tam choć raz, to wie że takich ośrodków potrzeba jest w Polsce przynajmniej trzy a władza ten jeden jedyny chce doprowadzić do upadku, pomimo że to najlepszy szpital, który w życiu na oczy widziałam. A pan profesor i jego ekipa to mistrze nad mistrze!

  • mniklasp

    Oceniono 6 razy 6

    profesor Skarzynski jest fenomenalnym swiatowej slawy specjalista. Co tworza Kajetany i prpfesor to fantastyczne miejsce dla rozwoju polskiej chirurgi w zakresie ENT, czyli chirurgi ucha, nosa i gardla. Chce dodac o Pani Profesor Bozenie Wrobel ktorej bylem pacjentem okolo 10 lat temu i ktora od 12 lat latem szkoli w Kajetanach mlodych chirurgow od chorob zatokowych a szczegolnie tzw endoskopowa chirurgie zatok metoda Lothropa. Profesor Wrobel od 25 lat jest chirurgiem i wykladowca w Keck Medical School Uniwersytetu Stanu California w Los Angeles. Profesor Wrobel jest jedna z kilku najlepszych chirurgow na swiecie w tej specjalnosci i jest przy skromna oraz bardzo serdeczna .

  • dar61

    Oceniono 5 razy 5

    Oto otolaryngolog.
    Pokłon mu.
    15 lat po.
    Jednak niesłyszący mają dar wielu języków, zrozumiejmy i to.

    ****
    '...Jest lekarzem stomatologiem, doktorem nauk medycznych i nauczycielem...'
    >>> ...lekaRKĄ ... nauczycielKĄ

  • jacekczewa

    Oceniono 3 razy 3

    wspaniały człowiek...mam nadzieje za więdzę jest godnie nagradzany ( wielki szacun).....bo jak widać ostatnio tylko cwaniaki rządowe i pisiorskie trzepią kasę z niczego

  • rikol

    Oceniono 2 razy 2

    za to słyszący kretyni nastawiają głośność na maksa. nie ma żadnych regulacji dotyczących centrów handlowych, dyskotek itd.

    Ciekawe, że niesłyszący pacjenci mają niesłyszące dzieci. Najwyraźniej jest to dziedziczne.

  • maria2164

    Oceniono 4 razy 2

    SZACUN DLA PANA PROFESORA ALE PO ZMIANE IMPLANTU TRZEBA TRZEKAĆ DO 2022 A POPRZEDNI SYN MIAŁ WSZCZEPIONY W 2002 ROKU I DRŻY CO BĘDZIE JAK SIĘ ZEPSUJE

  • mawik_net

    Oceniono 1 raz 1

    Byłam w Kajetanach, cały dzień w kolejkach. Diagnoza , nic nie da się zrobić , trzeba aparaty na oba uszy , słuch będzie się pogarszał. Aparaty kosztowały mnie 10 tys, ale faktycznie słyszę prawie normalnie. Trzeba iść do doświadczonej firmy i kabiną dźwiękoszczelną i badaniem rozumienia mowy.

  • Aga Jans

    0

    Pięknie Pani Moniko...jestem chora na raka..byłam..I zrobię to samo co Pani...bez chwili wahania...nasz Polska to chory kraj

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX