Praca w DPS-ie nie należy do łatwych

Praca w DPS-ie nie należy do łatwych (fot. Shutterstock)

rozmowy Anny Kality

Mam przekonanie, że jestem przesiąknięty zapachami z pracy. W autobusie przyglądam się współpasażerom: "Matko, ci ludzie muszą to czuć"

Słyszałem o sobie wszelakie wyzwiska: ty chu*u, złodzieju, łajdaku. Ale ja to rozumiem. W mojej pracy trzeba przyjąć je na klatę. Albo rozumiesz, że człowiek jest starszy, schorowany, albo szukasz innej roboty - mówi Roman Jagodziński, opiekun w warszawskim Domu Pomocy Społecznej.
Na co dzień wykonują prace, których nie da się "zostawić za drzwiami biura". Doświadczają takich emocji, widzą i słyszą takie rzeczy, że nie da się przejść nad nimi do porządku. Jak praca wpływa na prywatne życie strażaka, policjanta, lekarza? Co w nich zmienia, co daje, a czego pozbawia? O to pyta ich Anna Kalita.
Pierwszą rozmowę przeczytasz TUTAJ>>>

"Mężczyzna, a opiekuje się seniorami w DPS-ie". Często pan to słyszy?

Cały czas (śmiech). Nowo poznane osoby zawsze są w szoku, kiedy mówię, co robię w pracy. Dla moich znajomych to do dziś jest kosmos, jak opowiadam, że podaję basen czy kogoś myję. Chyba nie do końca wiedzą, czym ja tak naprawdę się zajmuję.

No to teraz się dowiedzą. Od kiedy pracuje pan w domu pomocy społecznej?

Zaczynałem w szpitalu, jako sanitariusz na ortopedii. Trafiłem tam przez przypadek. Miałem 20 lat, skończyłem służbę wojskową - byłem żołnierzem przez rok - i nie miałem pojęcia, co dalej ze sobą zrobić. Wtedy kolega, który pracował w szpitalu jako sanitariusz, powiedział: "Spróbuj u nas! Szukają ludzi do pracy". Więc poszedłem. Na oddziale ortopedycznym - prócz lekarzy - pracowały same kobiety: pielęgniarki, salowe. I ja. 

Potężny miał pan przeskok: z wojska - stereotypowo najbardziej męskiego z męskich zajęć - do "babskiej" pracy przy chorych! 

Na początku to był faktycznie szok. Nie miałem pojęcia, czy dam radę, czy ja tam w ogóle wytrzymam. Zostałem wrzucony na naprawdę głęboką wodę. Jako sanitariusz stykałem się z osobami przywożonymi z wypadków: dużo było otwartych złamań, później amputacji. Widoki bywały drastyczne.

Z pewnością drastyczniejsze niż podczas służby wojskowej?

O tak! Jednak w szpitalu najbardziej mnie uderzyła nagość. Na oddział trafiali pacjenci od 18  do przeszło 100 lat. Widok nagiej osoby podczas kąpieli, przebierania czy na stole operacyjnym - to dla mnie był duży szok. Pomogły mi pielęgniarki z oddziału, starsze kobiety, które kończyły w PRL-u licea pielęgniarskie i na tej robocie zjadły zęby. Dla nich nagi pacjent to był chleb powszedni. Widziały moje zażenowanie, wstyd i machały ręką. "Daj spokój! Tu podnieś, tu umyj!". Udzielały technicznych rad i bagatelizowały tę nagość. 

Roman Jagodziński zaczynał w szpitalu, jako sanitariusz na ortopedii (fot. Archiwum prywatne)
Roman Jagodziński zaczynał w szpitalu, jako sanitariusz na ortopedii (fot. Archiwum prywatne)

"Gołej baby nie widziałeś?" - tak mówiły?

Mówiły! A ja byłem w tym wieku, że naprawdę nie widziałem! W szpitalu pierwszy raz zobaczyłem nagą, 18-letnią dziewczynę i byłem tak zażenowany, że nie chciałem w ogóle wchodzić na salę chorych. Płonąłem ze wstydu. 

Długo się pan tak rumienił?

Dość szybko się przyzwyczaiłem. Nauczyłem się od pielęgniarek zadaniowego podejścia. Kiedy człowiek skupia się na wykonywaniu przy chorym konkretnych czynności, zupełnie przestaje dostrzegać jego nagość. 

Czyli okazało się, że ma pan predyspozycje do tej pracy?

Tak. Skończyłem kurs opiekuna medycznego, a potem studia na kierunku zdrowie publiczne. Uczyło się ze mną wiele osób, które zrezygnowały po pierwszych zajęciach praktycznych! Bo wyobrażenie o pracy opiekuna miały takie, że przyjdą, posiedzą ze starszym człowiekiem i potrzymają go za rączkę. A tu trzeba tę osobę oporządzić - umyć, uczesać, zrobić opatrunek, wysmarować kremem. Dla wielu osób to bariera nie do przejścia. Jeśli się nie ma smykałki i serca, nie da się wykonywać tej pracy. 

Jaki ideowy młody człowiek! Pacjenci musieli się panem zachwycać!

(śmiech) Tak było. Ciągle słyszałem: "O, jaki miły chłopak! Miła buzia!". Wiele starszych osób - po osiemdziesiątce, dziewięćdziesiątce - wyrażało wdzięczność, co robiło na mnie wrażenie, bo to byli naprawdę bardzo schorowani ludzie i zdawałem sobie sprawę, jak bardzo muszą cierpieć. A jednak byli uśmiechnięci, zawsze mili. 

Pierwsza praca po studiach już na stałe związała pana z opieką nad seniorami?

Tak. Po studiach zatrudniłem się w domu pomocy społecznej na stanowisku opiekuna medycznego i już stricte zająłem się pracą opiekuńczą przy osobach starszych i niepełnosprawnych. 

Dom pomocy społecznej. To się nie kojarzy dobrze. "Umieralnia", w najlepszym razie "dom starców" - tak się te miejsca powszechnie nazywa. 

Mnie się też one tak kojarzyły, dopóki nie podjąłem się tej pracy. Dla samotnej, starszej osoby nie ma lepszego miejsca niż DPS. Nikt po prostu niczego lepszego jeszcze nie wymyślił. 

Wiele starszych osób - po osiemdziesiątce, dziewięćdziesiątce - wyraża wdzięczność (fot. Archiwum prywatne)
Wiele starszych osób - po osiemdziesiątce, dziewięćdziesiątce - wyraża wdzięczność (fot. Archiwum prywatne)

To się nie zdarza często, ale jednak co jakiś czas media obiegają zdjęcia czy nagrania z takich ośrodków, gdzie opiekunki wyzywają, szturchają, biją.

Zawsze mi jest przykro, kiedy coś takiego widzę. Taka osoba nigdy nie powinna być dopuszczona do wykonywania tej pracy. Ale proszę zwrócić uwagę, że to się najczęściej dzieje w prywatnych ośrodkach, gdzie zdarza się, że zatrudniani są ludzie bez kwalifikacji.

Prywatne - zawsze się wydaje: lepsze. Płacę kilka tysięcy złotych, więc mama czy tata powinni mieć najlepszą opiekę. 

Miesięczny pobyt w DPS-ie, w którym pracuję, kosztuje 5800 zł! 

Wiem, jak to działa - starsza osoba, o ile posiada emeryturę czy rentę - oddaje większość świadczenia, o ile to możliwe, dopłaca rodzina, a resztę reguluje gmina. A ile pan zarabia?

(chwila milczenia) Na rękę 3000 złotych. Wliczając w to dodatki i wysługę lat. 

Kiepsko. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, na czym pańska praca polega. Do DPS-ów trafiają również osoby dotknięte bezdomnością. Słyszałam, że bywa tak, że po człowieku chodzą robaki.

Widziałem osobę, której robaki zjadały nogi.

Nie.

Tak! Ta pani była właśnie bezdomną. Któregoś razu wpadła po kostki w kałużę. Była zima, mróz, a ona nie zadbała o wysuszenie nóg. Odmroziła sobie stopy. Zaczęła więc je owijać szmatami, bandażami.

Brudnymi.

Brudnymi. W ten sposób w nogi wdała się gangrena. A pod bandażami zalęgły się larwy muchówek, które zjadały naskórek.

Miesięczny pobyt w DPS-ie, w którym pracuje pan Roman, kosztuje 5800 zł (fot. Archiwum prywatne)
Miesięczny pobyt w DPS-ie, w którym pracuje pan Roman, kosztuje 5800 zł (fot. Archiwum prywatne)

Nie mogę tego słuchać. Naprawdę. Robi mi się niedobrze.

Ostatecznie ta pani trafiła do szpitala. Byłem przy tym, jak odwiązywano jej szmaty i bandaże z nóg. Słowo daję: zapach rozniósł się po całym szpitalu. To jedna z najgorszych woni, jakie czułem w życiu. Przez kilka kolejnych dni mi towarzyszyła. Po prostu czułem ją w nosie.

Biedna kobieta. I pan też.

Nieraz jest tak, że kiedy wracam do domu, przyglądam się współpasażerom w autobusie czy pociągu, bo mam przekonanie, że jestem przesiąknięty zapachami, z którymi stykam się w pracy. Myślę sobie: "Matko, ci wszyscy ludzie muszą to czuć".

"To", czyli mocz, kał.

Wszelakie wydzieliny. Każdego mieszkańca musimy umyć, a nie zawsze jesteśmy w stanie zawieźć go do łazienki. Czasem kąpiemy człowieka na łóżku. Trzeba się więc nauczyć odpowiedniej techniki. Zmiana pieluchomajtek to też jest specyficzne zajęcie, zdarzają się rozwolnienia. Ludzie wydzielają różne zapachy. Ale z czasem nos się przyzwyczaja. I wtedy mamy połowę sukcesu.

Ale nie dokończyłem historii tamtej kobiety! Ze szpitala trafiła znów do naszego DPS-u i nigdy w życiu nie była już bezdomna. To wielka przyjemność patrzeć na przemianę takiej osoby! Kiedy się ją umyje, uczesze, da czyste ubranie. Dostała swój pokój, trzy razy dziennie posiłek.

W łóżku czystą pościel.

I przyzwyczaiła się do dobrego życia. Ale często, kiedy na nią patrzyłem, myślałem, jakie straszne musiało być to, przez co wcześniej przechodziła.

Ile osób mieszka w DPS-ie, w którym pan pracuje?

Sto. 

Zna pan wszystkich? 

Oczywiście. 

Kim są mieszkańcy domu pomocy społecznej? 

Najczęściej to ludzie samotni, którzy nie radzili sobie z samodzielnym życiem, zapominali o płaceniu rachunków czy innych podstawowych czynnościach. Nie mieli osoby, która mogłaby im pomóc. I to jest ich największy ból. Bo każdy wolałby zostać u siebie. Często słyszę to powiedzenie: "starych drzew się nie przesadza".

Część nowych mieszkańców rozpacza, że rodzina ich porzuciła. Ale najczęściej rzeczywistość jest taka, że dzieci w którymś momencie przestają sobie radzić z opieką nad mocno schorowaną mamą czy babcią. Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, że dziecko tak po prostu wyrzuciło rodzica z domu. 

Mieszkańcy DPS-u to najczęściej to ludzie samotni, którzy nie radzili sobie z samodzielnym życiem (fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta)
Mieszkańcy DPS-u to najczęściej to ludzie samotni, którzy nie radzili sobie z samodzielnym życiem (fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta)

Naprawdę?

Naprawdę. Poza tym otrzymanie miejsca w domu pomocy społecznej wcale nie jest takie proste. Liczne instytucje weryfikują takie wnioski, sprawdzają, czy dana osoba rzeczywiście nie może mieszkać sama, czy nie ma nikogo, kto mógłby się nią zająć. Nawet pod względem prawnym takie "wyrzucenie rodzica z domu" byłoby bardzo trudne. 

Ale sam pan powiedział, że nowi mieszkańcy DPS-u czują się właśnie tak: porzuceni. 

To prawda. Często tak się czują. 

Płaczą? 

Bywa, że tak.

Starsza, płacząca osoba - to jest widok rozdzierający serce.

Starsi ludzie wywołują w człowieku czułość. Tak po prostu jest.

Bierze pan wtedy za rękę? Przytula?

Czasem tak. 

Ktoś powiedział do pana: "wnuczku"? Albo "syneczku"?

Zdarzyło się, ale tylko raz. Najczęściej słyszę: "Romeczku, fajnie, że jesteś". I tak jest dobrze, bo ważne, żeby jednak postawić barierę, zachować granicę. Bo to jednak jest praca. 

Nie zżywa się pan? 

Z niektórymi nawet dość mocno. Ale potem, kiedy patrzę, jak podupadają na zdrowiu, chorują, umierają - to jest trudne. Zdarzało mi się być na pogrzebie takiej osoby i rozstanie z nią mocno przeżyć. Dla własnego bezpieczeństwa trzeba się starać zachowywać granice. 

Ja rozumiem, że jak pan się stanie rodziną dla każdego z tych stu mieszkańców i będzie przeżywał tak mocno sytuację każdego z nich, to pana ta praca po prostu zje. 

Czasem zjada. Wracam do domu i już nie mam siły na nic. Żona pyta: "Jak było?". 

A pan na to: "Normalnie".

Albo jestem tak zmęczony, że nawet nie mam siły odpowiadać. 

Pan Roman zna każdego z setki pacjentów (fot. Archiwum prywatne)
Pan Roman zna każdego z setki pacjentów (fot. Archiwum prywatne)

Jednego ważnego wątku jeszcze w tej rozmowie nie poruszyliśmy: osoby starsze lub chore nie zawsze są uśmiechnięte i wdzięczne. Bywają złośliwe, a nawet bardzo nieprzyjemne.

Bywają, ale ja się wtedy nie unoszę. Zdenerwowałbym się, gdyby zwyzywała mnie osoba w moim wieku. Bo to byłoby po prostu chamstwo. Ale kiedy starszy człowiek jest dokuczliwy, uważam, że ma do tego prawo. Swoje przeżył i ta złośliwość nie jest jego winą, tylko wieku czy choroby.

Często jest pan obrzucany wyzwiskami?

Często.

I co pan słyszy?

Ty chu*u, złodzieju, łajdaku. Ale rozumiem, że  człowiek, który takie rzeczy mówi, ma 90 lat, właśnie zmieniono mu otoczenie, trafił do obcego miejsca, gdzie nie ma bliskich, jest mu przykro i stąd ta agresja.

Pan jest święty!

Nie jestem święty. Po prostu rozumiem to, co trzeba rozumieć, żeby móc wykonywać tę pracę! Mamy setkę osób, każdą z innym schorzeniem, którymi należy się zaopiekować, i zwariowalibyśmy, gdybyśmy się przejmowali i brali do siebie wszystko, co czasem wykrzykują. Trzeba mieć cierpliwość szachisty.

Ale co taki szachista ma zrobić, jak najpierw zmienił pieluchę, potem wymył i nakremował, a na koniec zamiast "dziękuję" usłyszał "ty chu*u"? 

Przyjąć to na klatę. Albo rozumiesz, że to jest starszy, schorowany człowiek, albo szukasz innej roboty. 

Powiedzmy sobie szczerze: za 3000 złotych to można się zatrudnić w sklepie wielkopowierzchniowym i nie musieć - jak pan to nazwał - przyzwyczajać nosa do zapachu ludzkich wydzielin i uodporniać się na wyzwiska. Nigdy nie chciał pan tego rzucić?

Wielokrotnie! Ale nie z powodów, o których pani mówi. Miałem dość, kiedy w sezonie urlopowym okazywało się, że w grafiku jest nas dwójka na cały DPS. 

Dwie osoby na setkę pensjonariuszy?!

Tak. Wtedy chodziłem na rzęsach, kląłem i wychodząc z pracy, mówiłem sobie: "nigdy już tu nie wrócę".

Ale pan wracał. 

Bo praca z ludźmi daje jednak ogromną satysfakcję.

Dwa lata temu zmarła nasza mieszkanka, która pamiętała, jak po Bitwie Warszawskiej do miasta na koniu wjeżdżał Piłsudski. Opowiadała mi, że rzucała wtedy kwiaty na ulicę. 

Do pracy w DPS-ie trzeba mieć cierpliwość szachisty (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)
Do pracy w DPS-ie trzeba mieć cierpliwość szachisty (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Rozumiem. Takich momentów się nie przeżyje, pracując w sklepie wielkopowierzchniowym.

Słuchanie tych opowieści było niesamowite! Inna osoba bardzo przeżywała rocznicę Powstania Warszawskiego i chciała wyjeżdżać na wózku inwalidzkim przed ośrodek, żeby usłyszeć, jak wyją syreny.

Wyjeżdżał pan z nią?

Oczywiście. Co roku. 

Starsi ludzie pewnie uwielbiają opowiadać o tym, co przeżyli.

O, tak! Rozmowa jest bardzo ważna.

I dawanie rad na życie? Jakie pan rady dostaje?

Żeby zwiedzać! "Nie siedź w domu. Oglądaj świat". Tak mi zawsze mówią. "Wspomnień ci nie zabiorą". "Zbieraj wspomnienia". Dla nich to bardzo ważne: nie mogą już chodzić, leżą albo są na wózku, ale to, co widzieli, jest ich.

A czego żałują?

Że z kimś byli przez wiele lat, ale ten związek się rozpadł. I że nie dbali o zdrowie: "miałem cukrzycę, nie dbałem o siebie i straciłem nogę" albo "piłem całe życie i jestem taki chory". 

O miłości dużo mówią?

Bywają opowieści, ile ktoś miał przygód czy ilu partnerów seksualnych, ale to są historie z pogranicza fantazji. A miłość zdarza się tutaj. 

Pensjonariusze się w sobie zakochują?

Mieliśmy w DPS-ie taką parę: poznali się u nas i potem przez wiele lat darzyli się uczuciem, dostali pokoje obok siebie. To było coś bardzo fajnego. Tylko potem żal było patrzeć na rozpacz, kiedy jedna z tych osób umarła.

Mieszkańcy boją się śmierci?

Nie wiem, czy się boją, ale czasem o niej mówią. Przeczuwają, że ona nadchodzi. Ich stan z dnia na dzień się pogarsza. "Wiesz co, Romek? Ja chyba umrę w tym tygodniu" - słyszę. I tak się dzieje. Były sytuacje, że kogoś nakarmiłem, ogoliłem, a po godzinie ta osoba umierała. 

Był pan przy śmierci? 

Raz widziałem, jak człowiek odchodzi. Spokojnie. Po prostu zasnął. 

Bardzo ma pan ciężką tę pracę.

Specyficzną. Na pewno. Człowiek bywa cholernie zmęczony. Ale wie pani co: rozmawiamy podczas moich ferii. Jak je zaczynałem, to miałem dość. Ale odpocząłem i już mogę wracać do pracy. 

A pana znajomi, od których zaczęliśmy tę rozmowę, czym się zajmują? 

Są nauczycielami, informatykami, budowlańcami. Mój tata też był budowlańcem i nawet chciał mnie zainteresować tą branżą, ale nie miałem smykałki. Z kolei jak słucham opowieści znajomych nauczycieli, to myślę, że w życiu nie mógłbym uczyć dzieci. A oni mi mówią, że w życiu nie zmieniliby komuś pieluchy. 

Kiedy pan wraca do tej pracy po urlopie - cieszy się pan czy stresuje?

Cieszę się. 

A mieszkańcy DPS-u - jak zareagują, kiedy pana zobaczą po przerwie? 

"Wreszcie jesteś". Albo: "Kto ci dał taki długi urlop?". Zawsze tak mówią, jak wracam z wakacji. I to jest fajne.

Roman Jagodziński. Jest opiekunem medycznym, pracuje w Domu Pomocy Społecznej CHEMIK na warszawskiej Ochocie.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku