Henryk Talar

Henryk Talar (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

Henryk Talar: Czyściłem buty artystom, biegałem po sporty. W zamian mogłem ich podglądać na scenie

Myślę, że jestem jak aktorski klocek, który został obrobiony przez swoje zewnętrzne uwarunkowania, przez własne niedoskonałości. Jako student aktorstwa i jako człowiek - mówi Henryk Talar.

Cała Polska mówiła tylko o tym, że 74-letni Henryk Talar został ojcem. Bo pan sobie niedawno zażartował z pewnej dziennikarki.

Widzi pani, jak jednym słowem można komuś zrobić niezłego psikusa? Padło pytanie: "Jak z pana kondycją?". Więc odpowiedziałem, że mam małe dziecko. Miałem na myśli serial "Archiwista", który dopiero co się urodził. Na Boga, mieliśmy rozmawiać o sztuce i o roli Henryka Mikosa w "Archiwiście". Dziecko było rzecz jasna tylko przenośnią.

A potem pan przeprosił. Czuł pan satysfakcję z tego psikusa?

Nie, wręcz przykrość. Zawsze szukam partnera, w rozmowie z dziennikarzem także. Przy zastrzeżeniu, że dziennikarz będzie chciał się czegoś ode mnie dowiedzieć.

To porozmawiajmy o granym przez pana archiwiście. Ja widzę w tej postaci mnóstwo dociekliwości i empatii.

Buduję swoje postaci w domu, w ciszy, podczas nieprzespanych nocy. W archiwiście próbowałem znaleźć człowieka, który nie pogodził się z losem, ale wie, że z tym losem nie wygra. Wielu jest takich ludzi. Każdy z nas niesie w sobie archiwum i czasem ma potrzebę grzebania w sobie. Wyciągania na wierzch chwil przyjemnych i mniej przyjemnych. Archiwista jest zajęty odkrywaniem zbrodni tylko pozornie. Realizuje siebie.    

Ta postać, jak wszystko, pozostaje pod kontrolą reżysera. Bo ja jestem potulnym aktorem. Znam swoją wartość, ale jej nie przeceniam. To wynika z mojego życiowego doświadczenia, wiem, że nie ma ludzi niezastąpionych. Żaden aktor nie ma w dowodzie napisane, że będzie uprawiał ten zawód z sukcesem do końca życia.

01.09.2015 Czestochowa , ulica Kilinskiego , Teatr im Adama Mickiewicza . Henryk Talar w tzw Studni w przerwie proby do spektaklu  W starych dekoracjach ' , wedlug tekstow Tadeusza Rozewicza . Fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Henryk Talar podczas próby teatralnej, 2015 rok (fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Naprawdę jest pan potulnym aktorem?

Dostałem od losu więcej, niż się spodziewałem. W szkole teatralnej wcale nie byłem najlepszy, w żadnym momencie. Jednak poukładało się tak, że nazwisko Talar coś znaczy.

Nie należę do aktorów, którzy przesadzają z wartościowaniem tego zawodu. Bywają szczęśliwe chwile, ale to zawód jak każdy inny, tyle tylko, że częściej się można poparzyć.

Pan się ile razy poparzył?

Po skończeniu krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej pojechałem do teatru w Szczecinie. Zaangażował mnie jego dyrektor, wybitny reżyser Józef Witold Gruda. Miałem grać w pierwszym spektaklu według "Niemców" Kruczkowskiego pt. "Sonnenbruchowie". Jestem na próbie, mam do powiedzenia jedno zdanie, nic więcej. Następnego dnia zabrakło aktora, który miał grać Willego. Wylądował w szpitalu. Kto go zastąpi? No to zagra ten nowy aktor po krakowskiej szkole, Henryk Talar.

"Heniu, a ty grałeś kiedyś tę postać?" - zapytał reżyser pod koniec prób. "Nie, to będzie mój pierwszy raz" - odparłem. Spodobała mu się ta odpowiedź. Recenzja była taka: "Spektakl Józefa Grudy można by uznać za wybitny, gdyby nie rola Henryka Talara, który absolutnie nie przystaje do wyobrażenia o niemieckim oficerze".

Rok później Iza Cywińska tworzyła teatr w Kaliszu. Reżyser Maciej Prus namówił mnie, żebym przyjechał. Zaczynamy "Wyzwoleniem" Wyspiańskiego. Konrada ma grać wybitny Wacław Ulewicz. Jednak Ulewicz nie przyjechał, więc Konrada gra Talar.   

Przytrafiały się panu niesamowite zbiegi okoliczności.

Trzecia sytuacja była taka. Próbujemy na małej scenie warszawskiego Teatru Ateneum "Wyspę" Fugarta. Z Romanem Wilhelmim, który wtedy pracował nad Dyzmą, więc czasu było mało. Pojechaliśmy z "Wyspą" na festiwal teatralny do Genewy, gdzie nie znali ani Wilhelmiego, ani Talara. Recenzje były takie: "Wspaniały biały anioł zza żelaznej kurtyny Henryk Talar - czyli ja, z moją ówczesną czupryną blond - któremu udatnie partnerował Roman Wilhelmi". Romek się obraził.

HENRYK TALAR SK-267
Henryk Talar jeszcze z bujną czupryną (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Jak to się stało, że w ogóle z nim zagrałem? Romek nie zgodził się, by jego partnerem był Marian Kociniak. Nie lubili się. I tym sposobem zagrałem ja. Konkludując: to przypadki były dla mnie trampoliną. Dziękuję za nie losowi.

Minęło już 50 lat mojego szarpania się z zawodem. Zwykle po 20-30 latach przechodzi się w stan spoczynku. Dziękuję losowi i widzom, że przekroczyłem tę cezurę i jest ciąg dalszy. Ale chciałbym się zatrzymać w takim momencie, że jest "jeszcze jeszcze", a nie że toczę się, bo się mnie popycha.

Ja się nigdy nie wyrywałem. Jestem kurą, czasem potulną, a czasem nie. Ale nigdy ta kura nie chciała być kogutem. Nie jestem aktorem, który lubi pokazywać się na scenie wystrojony i napuszony jak paw. Mam wewnętrzną potrzebę  mówienia o czymś. A sensem wykonywania tego zawodu jest dla mnie widz. Znam swoje zalety, a jeszcze dokładniej znam wady.

Zdradzi mi pan jakąś?

Wszystko, czego się tknę, to się nie udaje. By zapracować na jakikolwiek sukces, muszę się starać dziesięć razy bardziej niż moi koledzy z roku. Nie należę do aktorów, którzy przychodzą na plan czy na próbę bez zrobionej postaci.

To wada? Raczej cała paleta zalet: pracowitość, upór, konsekwencja.

Ale są tacy, którzy wstają za pięć dziesiąta, o dziesiątej przychodzą to teatru i wszyscy są pod wrażeniem. Bo mają po dwa metry wzrostu i tubalne głosy. Ja nie mam tego wszystkiego, co się wiąże z aktorską zewnętrznością. Zdaję sobie z tego sprawę.

Kokietuje mnie pan. Głos ma pan przecież zmysłowy.

Skąd, taka prawda. Grałem w dyplomie Jana Peszka i Józefa Osławskiego w "W małym dworku" Witkacego. Oni byli na czwartym roku, ja na pierwszym. Józek mówi: "Cholera, Talar, gdybyś ty miał 20 centymetrów więcej, byłbyś największym aktorem filmowym w Polsce. Na pierwszym roku jesteś, zrezygnuj lepiej". To, zamiast zniechęcić, mnie podbudowało.

06.06.2004 SOPOT IV FESTIWAL TEATRU POLSKIEGO RADIA I TEATRU TELEWIZJI POLSKIEJ - DWA TEATRY N/Z HENRYK TALARFOT. RAFAL MALKO / AGENCJA GAZETA
Henryk Talar w 2004 roku (fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta)

A ile pan ma wzrostu?

Dawno się nie mierzyłem. W dowodzie mam średni, wszędzie podaję, że mam 170 centymetrów, a naprawdę mam 169. Dodałem sobie centymetr, bo co to za facet, który ma 169? Mój wnuk ma ponad 180!

Czy to jest pana kompleks?

Był. Ale się zmył. Grałem z Ewą Szykulską w filmie "Kim jest ten człowiek". Na planie był gość ze skrzyneczką, zastanawiałem się, po cholerę mu ona. Reżyser, nic nie mówiąc, wskazywał na mnie, a facet podkładał mi pod stopy tę skrzyneczkę. Oczywiście natychmiast się zorientowałem, że idzie o to, żeby Talar miał te 20 centymetrów więcej. Ale przecież Wojtek Pszoniak czy Jan Peszek też nie są zbyt wysocy, więc się nie przejmowałem.

W końcu kompleks się zmył, bo zdałem sobie sprawę, że nie mam na to wpływu. Poza tym nie mam napisane w dyplomie: "Oprócz grania z Szykulską czy inną dwumetrową aktorką". Jeżeli ktoś mnie widzi w rolach typu wysoki brunet w okularach, to mogę sobie pomóc.

Choćby skrzyneczką.

Trudniej było w życiu prywatnym, gdy podobała mi się jakaś dziewczyna, a ja jej sięgałem do pępka.   

Mnie byle przygana nie tłamsi. Lubię być w środku rozmowy, ale nie jestem duszą towarzystwa, człowiekiem, który wszystkich bawi, a potem smutny wychodzi ze spotkania.

Powiedział pan kiedyś, że nie chce grać tak, by, cytując Jonasza Koftę, "zadowolić orangutana na widowni".

Poproszony przez Jonasza Koftę brałem udział w kabarecie. Kochany Jonasz zwracał nam uwagę, żebyśmy nie grali tak, by zadowolić orangutana na widowni, żeby po widowni nie niósł się jego rechot. Łatwo przekroczyć tę granicę. Odrzucającą, ale obowiązującą, niestety, codziennością w niektórych teatrach jest repertuarowy rechot, nie uśmiech widowni.

Swoją drogą, Jonasz do dziś winien mi jest pięć tysięcy starych złotych. Kwitek mam, więc jak się spotkamy, to poproszę o zwrot. Choć już nie pamiętam, za co to było. Bardzo tego Jonasza kochałem. Potrafił wyzwolić we mnie cierpliwość.

06.03.2001 CHORZOW ZBRODNIA I KARA MACIEJ STUHR HENRYK TALARFOT. MAREK KRZAKALA / AGENCJA GAZETA(2)(3!!)PLYTA KRAKOW NR 032
Henryk Talar na scenie teatru w Chorzowie z Maciejem Stuhrem, 2001 rok (fot. Marek Krząkała / AG)

Tę cierpliwość miał pan chyba w sobie już wcześniej, uparcie próbując dostać się do szkoły aktorskiej. Skąd się w panu wzięła ta determinacja?

Z początku za sprawą mojej ukochanej wychowawczyni, polonistki Bronisławy Wójcik. Mieszkała w moich rodzinnych Kozach i najprawdopodobniej jeździliśmy te 10 kilometrów do Bielska-Białej jednym pociągiem do Szkoły Podstawowej nr 11. Chciałem wstąpić do jej teatrzyku, ale proponowała mi rolę Koziołka Matołka. O nie, ja Matołkiem byłem na co dzień.

A tak poważnie - pani Wójcik pomogła mi odnaleźć samego siebie. W szkole średniej nie byłem orłem, ale mówiłem wierszyki na akademiach. Jednak, nakłoniony przez rodziców, poszedłem do Technikum Mechaniczno-Elektrycznego w Bielsku-Białej, wydział obróbki metali skrawaniem. Stało się to przy mojej bezradnej, nieudacznej zgodzie.

Ale i tak parł pan do aktorstwa. 

Był tam nauczyciel matematyki, profesor Tadeusz Lubowski. Dowiedział się, że mówię wiersze. "Talar, możemy pójść na taki układ: na każdą lekcję przygotujesz jeden wiersz mojego ulubionego Gałczyńskiego i masz zapewnioną minimum trójkę". Pomógł mi też podczas egzaminu maturalnego.

I mając dyplom technika obróbki metali skrawaniem, podszedł pan do egzaminu w krakowskiej PWST.

Pierwsze podejście spaliłem. Po egzaminie usłyszałem, żebym raczej dał sobie spokój z tymi marzeniami o aktorstwie. Bo "nie ten głos, nie ten wzrost i nie ten, niestety, talent". Wtedy, w 1965 roku, nie zgadzałem się z tą opinią, ale zgadzam się z nią dzisiaj. Myślę, że jednak ta diagnoza była prawdziwa. Niepozorny, nierzucający się w oczy kurdupel, grający w rezerwie rezerwy Klubu Piłkarskiego KS Beskid Bielsko-Biała wyłącznie na pozycji zwolnionej przez kontuzjowanych kolegów.

Pamiętam, ile serdecznego śmiechu wywołało w domu moje pierwsze wyznanie, że chcę być aktorem. Mama była tym wyborem zdruzgotana.

A jak pan wspomina sam egzamin?

Miałem meszty, czyli lekkie pantofle na gołych stopach, krawat na gumce i garnitur na co najmniej pięć lat noszenia. Koledzy mówili, że to pogrzebowy, po starszym bracie. Była jeszcze płócienna torba uszyta przez mamę i wyliczona co do grosza gotówka na bilet PKP do Krakowa i z powrotem.

Najmniej pamiętam, co przygotowałem na egzamin. Zapewne było to coś patriotycznego. Zająłem 13. miejsce, a przyjęto 11 delikwentów. Od tamtej pory omijam trzynastkę. Wojtek Pszoniak mówi, że nie mogli mnie przyjąć, bo on zdawał cztery razy i musieli przyjąć jego.

01.09.2015 Czestochowa , ulica Kilinskiego , Teatr im Adama Mickiewicza . Henryk Talar podczas proby do spektaklu  W starych dekoracjach ' , wedlug tekstow Tadeusza Rozewicza . Fot .
Henryk Talar (fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Rodzina panu współczuła?

Gdy po trzech dniach wróciłem do domu, ze zrozumieniem, ale i ironią, najbliżsi skomentowali moją wyprawę. Mama dyplom technika obróbki skrawaniem położyła mi na stole zamiast śniadania. Chcąc nie chcąc podreptałem do pobliskich Zakładów Metalowych. "Tylko nie zrób sobie krzywdy przy jakiejś obrabiarce" - padła przestroga rodziców.

Po trzech miesiącach pracy przy metalach ciężkich, przechodząc niby to przypadkowo obok Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, natknąłem się na jego dyrektora, Mieczysława Górkiewicza. Zapytał mnie, czy chcę zostać w tym teatrze maszynistą, a ja zrozumiałem "artystą".

Co pan robił jako maszynista?

Czyściłem buty artystom, biegałem po sporty albo giewonty. W zamian mogłem ich podglądać na scenie. Któregoś wieczoru, po uprzątnięciu sceny z rekwizytów i dekoracji, zmęczony przysnąłem na widowni. Obudziłem się po północy i daję słowo, że słyszałem śmiejące się chyba ze mnie teatralne duchy. Nie przestraszyłem się ich. Pozwoliłem sobie na wyznanie, że "jak mnie przyjmiecie jako aktora, gotów jestem nawet grać za darmo". Na szczęście nikt nie żąda dziś ode mnie dotrzymania tego zbyt pochopnie rzuconego słowa.

A po rocznej edukacji w tym teatrze na stanowisku maszynisty, czyli pracownika technicznego, za drugim podejściem dostałem się do krakowskiej PWST.

Jeśli chodzi o dotrzymywanie słowa: zgodził się pan na rozmowę ze mną, bo mi ją pan wcześniej obiecał. Dane komuś słowo jest dla pana bardzo ważne.

Tak, ono znaczy. Myślę, że ma to związek z moim wiejskim pochodzeniem, z moją podbeskidzką naturą. Nie wyobrażam sobie, że nie dotrzymuję słowa. Jak się na coś umawiam, to umawiam, jestem punktualny. Podobało mi się, że pani przyszła na nasze spotkanie przed czasem. Wszystko to wynika z mojego szacunku dla ludzi.

Przyznam się pani, że trudno mnie przekonać, bym to słowo cofnął albo zmienił zdanie. W pracy potrafiła to jedyna Rysia Hanin. Robiliśmy razem "Balladę o Januszku". Przygotowałem sobie tę postać, nie wiedząc jeszcze, z jaką arystokratką teatralnego ducha będę miał do czynienia.

Delikatna, ale do bólu sprawiedliwa w ocenach. "To do bani, to też do bani, a to dobre" - mówiła. Nauczyła mnie jednej ważnej rzeczy - podejścia do widza. Graliśmy "Balladę o Januszku" w najmniejszych miejscowościach w Polsce, w najgorszych warunkach, gdzieś w remizach strażackich. Jeździliśmy moim czy jej maluchem, już dokładnie nie pamiętam czyim. I kiedy była prośba od organizatorów, żeby po trwającym półtorej godziny spektaklu spotkać się z widzami, Rysia nigdy nie odmówiła. Pewnego wieczoru proszę ją: "Rysiu, dajmy sobie spokój, mamy przed sobą 400 kilometrów, pada śnieg, jest ślisko. Wracajmy do domu". Ona mówi: "A kiedy tu wrócimy?". Zdziwiłem się, po co mamy wracać? Wtedy Rysia mi wytłumaczyła, że ci ludzie nas zaprosili także po to, żeby się z nami spotkać. Uznałem wyższość Ryszardy Hanin nad moją chęcią szybkiego powrotu. To było prawdziwe oddanie dla widza. 

01.09.2015 Czestochowa , ulica Kilinskiego , Teatr im Adama Mickiewicza . Henryk Talar w przerwie proby do spektaklu  W starych dekoracjach ' , wedlug tekstow Tadeusza Rozewicza . Fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Henryk Talar pod teatrem w Częstochowie (fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Które i panu się udzieliło.

Dotarło do mnie, że aktor bez widza przestaje być aktorem. Pamiętam spotkanie po "Balladzie." gdzieś pod Krakowem, w nieogrzewanej remizie strażackiej. Zimno jak diabli, wszyscy w kufajkach. Przyszły cztery osoby, ale Rysia oczywiście zdecydowała, że zostajemy. Nagle pada pytanie z sali: "Pani Hanin, jak pani może być mamą takiego sku***syna jak ten Januszek?".

Grałem już wtedy w "Polskich drogach", ale dotarło do mnie, że wciąż jeszcze nie jestem dla widzów Henrykiem Talarem.

Kiedy stał się pan wreszcie Henrykiem Talarem?

Potrzeba wypowiadania się jako Talar tkwiła we mnie cały czas. Ale dopiero kiedy spotkałem się z Andrzejem Żuławskim w "Na srebrnym globie", uświadomiłem sobie, że granica między graniem a byciem jest cieniutka. Zarazem jednak jest bardzo zauważalna w odbiorze.  

Ten nieznośny Andrzej Żuławski podszedł do mnie po monologu i mówi: "Wiesz, jak już skończysz ten monolog, to wrzuć sobie na swój aktorski ruszt zdanie: Ja już nic nie muszę. Tylko patrz". Wziąłem to sobie do serca, i dzisiaj, w chwilach, gdy chcę być naprawdę dobrym aktorem, mówię sobie: "Nic nie graj, nic nie rób. Życie, życie, życie". Mam świadomość, że coś, co towarzyszyło mi cały czas, zostało przez Andrzeja dotknięte i nazwane. Od tamtego czasu najważniejsze jest dla mnie być sobą, wypowiadać się we własnym imieniu, nie grać, a być.   

Myślę, że jestem jak aktorski klocek, który został obrobiony przez swoje zewnętrzne uwarunkowania, przez własne niedoskonałości. Jako student aktorstwa i jako człowiek. Ale też przez uwielbienie drugiego człowieka i szukanie kontaktów z ludźmi.

To uwielbienie ma pan z wzajemnością od ludzi!

To, że jestem wdzięczny ludziom, których spotkałem na swojej drodze, to oczywiste. Tylko się zastanawiam: czy człowiek jest poukładany przez samego siebie, czy tych, których spotkał na swojej drodze, czy też droga, którą podąża, jest zapisana przez kogoś?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, na szczęście dzielę się nim tylko w domu, z bliskimi, że po co ja, głupek i kretyn, mam się leczyć, skoro będzie tak, jak ktoś mi zapisał? Gdyby wszystko zależało tylko ode mnie, to nie spotkałbym na swojej drodze tylu cudownych ludzi, którzy mi służyli, w dobrym tego słowa znaczeniu.

01.09.2015 Czestochowa , ulica Kilinskiego , Teatr im Adama Mickiewicza . Henryk Talar podczas proby do spektaklu  W starych dekoracjach ' , wedlug tekstow Tadeusza Rozewicza . Fot . Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Henryk Talar w ukochanym teatrze (fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Wierzy pan w Boga?

Nie należę do "kościółkowych", wręcz przeciwnie. W zeszłym roku byłem z żoną w Krynicy Morskiej i poszliśmy na mszę. Gdy słyszałem, jak politycznie ksiądz tę mszę odprawia, chciałem uzewnętrznić swoją złość. Bo ja przyszedłem na spotkanie z Bogiem, a nie na wiec polityka. Straciłem orientację, gdzie jestem. Na szczęście żona mnie powstrzymała. Widziała, co się ze mną dzieje. Ja tylko czekałem, żeby ksiądz zrobił przerwę, i zamierzałem powiedzieć, że chcę wysłuchać od niego, w zastępstwie Pana Boga, informacji o mnie i dla mnie. A nie manifestacji politycznych.

Czyli bywa pan porywczy.

Czasem to moje opanowanie jest tylko pozorne. Na przykład doprowadza mnie do szału, jak ktoś zadaje pytanie i już go nie interesuje odpowiedź.

Mnie interesuje odpowiedź na pytanie: "Jak z pana kondycją?".

Dziecko ma już pół roku, chodzi, podoba się. A poważnie mówiąc, w moim odczuciu "Archiwista" to bardzo przyzwoity serial.

Henryk Talar. Krakowską PWST ukończył w 1969 roku. Grał m.in. w "Polskich drogach", "Na srebrnym globie" i "Wiedźminie". Występował na deskach teatrów w Szczecinie, Kaliszu i Warszawie, obecnie związany z Teatrem Narodowym i Teatrem Polskiego Radia. Laureat Złotego Mikrofonu, Złotego Ekranu oraz Wielkiej Nagrody Festiwalu Dwa Teatry. 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku