Wielu Polaków wraca z Wielkiej Brytanii do Polski, część po jakimś czasie decyduje się nie zostawać i przenieść się z powrotem na Wyspy

Wielu Polaków wraca z Wielkiej Brytanii do Polski, część po jakimś czasie decyduje się nie zostawać i przenieść się z powrotem na Wyspy (fot: Shutterstock.com)

społeczeństwo

Coraz więcej Polaków wraca z Wielkiej Brytanii. Niektórzy po kilku miesiącach znów się pakują

W opowieściach osób, które zdecydowały się po latach na przeprowadzkę z Wielkiej Brytanii do Polski, ani razu nie padło słowo "brexit", często inne - "tęsknota". Dlaczego wracają i jak się im po powrocie układa?

Według danych brytyjskiego urzędu statystycznego (Office for National Statistics) między 2016 a 2019 rokiem liczba Polaków urodzonych w Polsce, a mieszkających w Wielkiej Brytanii zmniejszyła się o blisko 60-80 tysięcy. Jak mówi dr Weronika Kloc-Nowak z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego, można przyjąć, że po referendum w sprawie brexitu z Wielkiej Brytanii wyjechało ok. 10 procent polskich emigrantów. Część przeprowadziła się do Holandii, inni do Niemiec, wielu wróciło do ojczyzny.

Według danych firmy transportowej Clicktrans.pl zdecydowanie więcej Polaków postanawia wrócić z Wielkiej Brytanii do Polski niż wyjechać na Wyspy. W 2015 roku powroty do kraju stanowiły 55 procent przeprowadzek między Polską i Wielką Brytanią, a w 2019 roku już prawie 90 procent zleceń na tej trasie.

100 CV i cisza

Do tych, którzy wyjechali do Wielkiej Brytanii, ale wrócili, należy rodzina Sebastiana. Trzy lata temu firma pożyczkowa jego i jego żony podupadła. Postanowili spróbować czegoś nowego. Sebastian napisał na Facebooku w jednej z grup dla osób poszukujących mieszkania w Londynie, że planuje się przeprowadzić, szuka pracy, lokum. Polka, która prowadziła firmę sprzątającą, od razu zaproponowała mu zatrudnienie.

- Najpierw wyjechałem ja, żona z córką dojechały po jakimś czasie. Praca była w Kent. Przez niemal rok prawie nie bywałem w domu. Pracowałem po 20 godzin na dobę za śmieszne pieniądze, Polka, która mnie zatrudniła, jeszcze miała do mnie pretensje, że niewystarczająco się poświęcam. Najgorzej to trafić na Polaka. W końcu powiedziałem "dość" - opowiada Sebastian.

Kent, Wielka Brytania. To stamtąd wyprowadził się Sebastian razem z rodziną (fot: Shutterstock.com)
Kent, Wielka Brytania. To stamtąd wyprowadził się Sebastian razem z rodziną (fot: Shutterstock.com)

Szybko znalazł nową pracę - w dużym koncernie motoryzacyjnym. - Byłem jedynym emigrantem w firmie. Nie znałem dobrze angielskiego, języka uczyła mnie supervisorka. Zajmowałem się car detailingiem, czyli przygotowywaniem samochodu pod klienta. Bardzo dobrze wspominam ten czas - opowiada.

Urodził mu się syn, razem z żoną zawarli dużo znajomości. - Razem z chłopakiem, którego poznałem w Kent, organizowaliśmy spotkania dla Polonii, prowadziliśmy akcje charytatywne. Teraz, gdy jesteśmy już w Polsce, to właśnie ludzi brakuje nam najbardziej - mówi. Wrócili do kraju z kilku powodów. - Zarobki w Polsce się poprawiły, z kolei w Anglii zaczęło być coraz drożej. Druga sprawa: moja żona zaczęła popadać w depresję. W Anglii nie pracowała, siedziała non stop w domu z dziećmi. Ja się realizowałem, ona nie. W pewnym momencie już nie mogłem patrzeć, jak się męczy. W Polsce pracę znalazła od razu. Dzieci chodzą do przedszkola, pomaga nam też teściowa - opowiada Sebastian.

Razem z rodziną wrócił do podwarszawskiego Błonia - tam mają mieszkanie. Nie żałuje tej decyzji, choć początki łatwe nie były. - Po wysłaniu 100 CV i odbyciu jednej rozmowy kwalifikacyjnej, z której nic nie wynikło, zacząłem się trochę załamywać. Minęło kilka miesięcy, a ja nadal byłem bezrobotny. Któregoś dnia żona wpadła na pomysł, żeby zapytać naszego znajomego, który prowadzi firmę produkującą gwoździe, czy nie miałby dla mnie zajęcia. Okazało się, że akurat potrzebował ludzi. Żona również się tam później zatrudniła. Pracujemy razem, pięć minut od domu - opowiada.

Polscy pracownicy w Wielkiej Brytanii (fot: Shutterstock.com)
Polscy pracownicy w Wielkiej Brytanii (fot: Shutterstock.com)

Wyjście ze strefy komfortu

Bardzo zadowolony z powrotu do Polski jest również Jarek, który do Wielkiej Brytanii wyjechał ze swoją dziewczyną, a obecnie żoną, 19 lat temu. - Studiowaliśmy w Plymouth, po studiach rozpoczęliśmy pracę, ja w branży informatycznej, moja żona w hotelarstwie. Przez osiem lat mieszkaliśmy w Bristolu, ostatnie lata w Londynie. Żyliśmy na dobrym poziomie, z czasem byliśmy w stanie kupić kilka nieruchomości. Mamy w Londynie dom - opowiada Jarek.

Dlaczego para zdecydowała się na powrót? - Żona otrzymała propozycję poprowadzenia hotelu w Poznaniu. Oferta była porównywalna do tych, które mogła dostać w Londynie, ale uznaliśmy, że mamy ochotę pomieszkać trochę w innym kraju niż Wielka Brytania, wyjść ze strefy komfortu. Nie mamy rodziny w Poznaniu, za Polską nie tęskniliśmy, po prostu chcieliśmy doświadczyć trochę innego życia. Poza tym byliśmy trochę zmęczeni Londynem, to fantastyczne miasto, ale potrafi wyssać energię. Żeby spotkać się z kimś, kto mieszka w innej jego części, nieraz trzeba było poświęcić dwie godziny na dojazd w jedną stronę - opowiada Jarek.

Dla Jarka i jego żony przeprowadzka po tylu latach do Poznania była lekkim szokiem kulturowym, ale decyzji nie żałują. - Ja wciąż jestem zatrudniony za granicą, często wyjeżdżam, więc nadal nie wiem, jak to jest pracować w Polsce. Superfajnie się mieszka w Poznaniu, jest niewielki, szybko się można przemieścić z punktu A do B. Polacy są o wiele bardziej otwarci i życzliwi niż kiedyś, co prawda w niektórych miejscach, jak urzędy, wciąż panuje atmosfera iście z PRL-u, ale Polska naprawdę się rozwinęła, odkąd wyjechałem - opowiada.

Jarek z żoną postanowili wrócić z Wielkiej Brytanii do Polski, zamieszkali w Poznaniu (fot: Łukasz Cynalewski/ Agencja Gazeta)
Jarek z żoną postanowili wrócić z Wielkiej Brytanii do Polski, zamieszkali w Poznaniu (fot: Łukasz Cynalewski/ Agencja Gazeta)

Para często odwiedza poznańskie kina, kawiarnie i bierze udział w różnych wydarzeniach kulturalnych w mieście. - Jedyne, nad czym od powrotu z Wielkiej Brytanii cały czas pracujemy, to budowanie nowych przyjaźni. Mamy misję, żeby je znaleźć. Chodzimy na różne eventy, próbujemy zapoznać ludzi, a potem zwerbować ich na dobre wino - śmieje się Jarek. Nie ma zamiaru wracać do Wielkiej Brytanii, planuje zostać w Polsce, ale niekoniecznie w Poznaniu. - Bardzo lubimy podróżować, Polska jest świetną bazą, wciąż jest tu niedrogo, a jednocześnie to doskonały punkt wypadowy w świat - przekonuje.

Jakby żyli tu za karę

Nie wszyscy Polacy są jednak szczęśliwi, że zdecydowali się na powrót do kraju. Pani Bożena wróciła z mężem i synem kilka miesięcy temu. W Wielkiej Brytanii mieszkała 13 lat, mąż - 20. - Syn kończył siedem lat, więc uznaliśmy, że to dobry moment, żeby wrócić i wysłać go do szkoły już w Polsce. Tęskniliśmy też za krajem, za rodziną - opowiada.

Polska rzeczywistość bardzo ich jednak zaskoczyła. - Nie byłam świadoma, że jest aż tak źle. Ludzie są zawistni, smutni, trudno im odpowiedzieć "dzień dobry". Ceny są niewspółmiernie wysokie w stosunku do zarobków, trzeba naprawdę dobrze zarabiać, żeby żyć godnie. Od kilku miesięcy nie mogę znaleźć pracy. W Anglii każdy, nawet bez wykształcenia, dostaje szansę. Jak przyjechałam tam 13 lat temu, nie znałam języka, ale zawsze znalazł się ktoś, kto dał mi zajęcie, liczyły się mój zapał, doświadczenie. Przed wyjazdem do Polski mieszkaliśmy w przepięknym Brighton, w wynajętym mieszkaniu, ja pracowałam na recepcji w przychodni, mąż był menadżerem w sieci supermarketów, wychowaliśmy córkę, która obecnie studiuje psychologię w Wielkiej Brytanii. W Polsce mąż znalazł pracę w elektrowni, ale jego pensja nie wystarcza na utrzymanie trzyosobowej rodziny - opowiada.

Kolejnym problemem jest polskie szkolnictwo. - Zajęcia prowadzone są tu zupełnie inaczej niż w Wielkiej Brytanii. Tam jest bardziej praktyczne podejście, uczy się na wesoło, nauczyciele współpracują z uczniami. Jak patrzę na starsze dzieci znajomych, to jestem przerażona - są przytłoczone ilością nauki, liczbą zadań domowych, tym, że ciągle trzeba coś wkuwać na pamięć. Nasza córka studiuje na jednej z najlepszych uczelni w Anglii i nigdy nie musiała przeżywać takich mąk - opowiada.

Jej syn już po drugim dniu w polskiej szkole powiedział, że chce ściąć swoje długie włosy. - Dzieci mu dokuczały, bo wyglądał inaczej niż inni chłopcy, wszyscy nosili się na krótko. Musiałam mu tłumaczyć, że nie może słuchać tych złośliwości, że powinien być sobą, a znajdzie odpowiednich przyjaciół - opowiada Bożena. Razem z mężem dają sobie jeszcze kilka miesięcy na podjęcie ostatecznej decyzji: czy wracają do Wielkiej Brytanii, czy zostają. - Cieszę się, że jestem na swojej ziemi, blisko rodziny. Polska jest piękna, ale ludzie zachowują się, jakby żyli tu za karę - mówi.

Dobiła nas polska mentalność

W Polsce, po ośmiu latach życia w Wielkiej Brytanii, nie mógł się odnaleźć również Grzegorz. Zdecydował się zabrać rodzinę - żonę i trójkę dzieci - z powrotem na Wyspy. - Z moich znajomych z Anglii, którzy wrócili do Polski, połowa zostaje, połowa znów przeprowadza się do Wielkiej Brytanii lub innego kraju, jak Holandia czy Niemcy - opowiada.

Grzegorz jako kierowca ciężarówki w Polsce pracował po 15 godzin na dobę, w Anglii pracuje 8 i zarabia kilka razy więcej (fot: Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)
Grzegorz jako kierowca ciężarówki w Polsce pracował po 15 godzin na dobę, w Anglii pracuje 8 i zarabia kilka razy więcej (fot: Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Grzegorz najpierw w Wielkiej Brytanii chciał zarobić, odłożyć na kupno domu czy mieszkania i wrócić do kraju. - Żyliśmy więc na parówkach, większość pieniędzy odkładaliśmy. Tęskniliśmy za Polską, ale wiedzieliśmy, że nie ma co wracać bez konkretnego kapitału. Żeby żyć w mieszkaniu na wynajem albo z dużym kredytem? - opowiada.

Gdy rodzina zaoszczędziła wystarczająco dużo pieniędzy, kupiła dom pod Ostródą, blisko krewnych żony Grzegorza, i w nim zamieszkała. Finansowo dobrze im się żyło. Ale dobijała ich polska mentalność, polskie szkolnictwo, funkcjonowanie urzędów. - Syn wpadł w depresję. W Anglii nie dostawał żadnych prac domowych, a tutaj non stop jakieś kartkówki, sprawdziany, lekcje do odrobienia. Nauczyciele nie mieli żadnego zrozumienia dla tego, że nasze dzieci uczyły się w angielskiej szkole i potrzebują czasu, żeby się oswoić z polskimi realiami - opowiada Grzegorz.

Jego żona znalazła pracę jako księgowa w firmie produkującej wędliny. Szybko awansowała na główną księgową. - Dostała podwyżkę - na gębę. W umowie miała starą pensję, resztę wypłacano jej "pod stołem". W Anglii nikt by się nie wahał, żeby natychmiast zgłosić sprawę do odpowiednika polskiej Inspekcji Pracy, która od razu nałożyłaby na firmę gigantyczną karę, a jeśli sytuacja by się powtórzyła, pracodawca trafiłby do więzienia  - mówi i opowiada o sprawie sprzed roku: - W mediach brytyjskich opisywana była historia Polaka, który zatrudniał rodaków za cztery funty na godzinę, a minimalna płaca była około dwóch razy wyższa. Sąd uznał to za formę niewolnictwa i skazał pracodawcę na dwa lata więzienia i grzywnę w wysokości kilkudziesięciu funtów. Takich przypadków, że Polak Polaka wykorzystuje, jest w Wielkiej Brytanii bardzo dużo. Tutaj są oni jednak skazywani na lata więzienia.

Grzegorz na Wyspach pracuje jako kierowca ciężarówki. W Polsce również wykonywał ten zawód. - Jeździłem po 15 godzin na dobę, wyrabiałem dwa etaty w miesiącu, a zarabiałem jak na jednym. Musiałem fałszować czas pracy, bo prowadzenie pojazdu tyle godzin z rzędu jest nielegalne. Narażałem życie swoje i innych. A i tak, jakby cokolwiek się stało, byłoby na mnie - opowiada.

W Anglii, jak przekonuje, ta sama praca wygląda zupełnie inaczej. - Pracuję osiem, dziewięć godzin dziennie, zarabiam 13 tysięcy w przeliczeniu na złotówki. Wszystko mam udokumentowane. Jakbym wydłużył sobie czas pracy, żeby przypodobać się szefowi, pierwsze, co by zrobił, to by mnie wylał. Gdyby inspekcja pracy się dowiedziała, że szef przyzwala na takie kombinowanie, odebrałaby mu licencję na kilka ciężarówek. W Anglii przestrzega się przepisów. Raz komputer się zawiesił w firmie i musieli nam wypłacić pensję z jednodniowym opóźnieniem. O awarii poinformowali nas kilka dni wcześniej, wysłali do wszystkich przeprosiny. Jakby mogli, toby nam kwiaty wręczyli - opowiada Grzegorz.

Swindon, Wielka Brytania (fot: Shutterstock.com)
Swindon, Wielka Brytania (fot: Shutterstock.com)

Żona Grzegorza w Anglii również znalazła pracę jako księgowa. - Zarabia trzy tysiące funtów miesięcznie (ok. 15 tysięcy złotych), oczywiście wszystko jest udokumentowane, ma cztery razy mniej obowiązków niż w Polsce. Mieszkamy w Swindon, wynajmujemy dom z ogródkiem. Żyjemy wyłącznie z mojej pensji, resztę wkładamy do przysłowiowej skarpety - relacjonuje.

Grzegorzowi w Anglii nie odpowiada przede wszystkim pogoda, choć i do niej się już przyzwyczaił. Trochę razi go sztuczność Anglików. - Niby są uprzejmi, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy jest to szczere. Za wszystko ciągle przepraszają. I donoszą na policję, jak tylko zobaczą jakąś niepokojącą sytuację. Mieliśmy taką przykrą historię trzy lata temu. Było ciepłe lato, po powrocie z plaży w Bournemouth dzieciaki biegały jeszcze wieczorem po ogródku, pięcioletnia wtedy córka nie miała nic na sobie, ja piłem sobie piwo. Sąsiad to zobaczył i zadzwonił do służb. Od razu przyjechali, żeby sprawdzić, czy dzieci nie są zagrożone. Z jednej strony to dobrze, z drugiej poczuliśmy się bardzo niekomfortowo - opowiada Grzegorz.

U jego znajomych skończyło się gorzej - córka nie dostała od mamy konsoli do gier, więc z zemsty skłamała w szkole, że mama kopnęła ją w głowę. Dziecko od razu zostało zabrane z domu przez służby. Sprawa trafiła do sądu. - Dziewczynka przyznała się, że skłamała, ale machina już ruszyła. Ostatecznie dziecko wróciło do rodziny, ale matka wydała fortunę na adwokatów, cała sytuacja mocno nadszarpnęła kondycję rodziny - opowiada.

Mimo takich sytuacji Grzegorz z rodziną nie rozważają już powrotu do Polski. Może za kilkanaście lat, jak spłacą dom. Na razie wystarczy im urlop w kraju, dwa razy w roku. Od próby powrotu za ojczyzną tęsknią jakoś mniej.

Całe życie na zasiłku

Nadzieję na udane życie ma rodzina Romana. Spędzili 14 lat w Irlandii. Do Polski wracają z kilku powodów. - Od początku dawała nam się we znaki pogoda, bez przerwy wieje i pada deszcz. I niby mieszkamy w jednym z najładniejszych zakątków Irlandii, bo na zachodnim wybrzeżu, ale cywilizacyjnie jest jak w Polsce lat 70. Nic się nie dzieje - mówi.

Ważnym powodem, żeby wrócić, są relacje z ludźmi. - Polacy, którzy tu przyjechali, przede wszystkim są nastawieni na robienie kasy. Nawet jak mają kogoś ugościć, to od razu wyliczają, ile na tym stracą. Wielu żyje na socjalu. Przepracowali kilka lat i przeszli na zasiłek. Żyją od jednego zasiłku do drugiego, nie mają motywacji, żeby iść do pracy. Rozleniwili się. Mój brat podobnie. Nawet chciałby wrócić do Polski, ale jaką on pracę znajdzie, jak przez ostatnich 12 lat nic nie robił? W Polsce, jeśli się nie jest zaradnym, to kończy się w ubóstwie. My przyjechaliśmy do Irlandii, żeby żyć, nie tylko zarabiać i wkładać pieniądze w skarpetę albo wegetować na zasiłku - opowiada Roman.

Zdaniem Romana Polacy na obczyźnie się nie wspierają, wręcz przeciwnie - ma wrażenie, że rywalizują ze sobą, kłócą się, obgadują jeden drugiego. Z kolei Irlandczycy są sympatyczni, ale trudno jest z nimi zbudować głębszą relację. - Oni cię nie potrzebują, jak ty się pierwszy nie odezwiesz, to nie licz na to, że oni się odezwą. W Polsce zostawiliśmy znajomych, z którymi wciąż mamy kontakt. Nie chcemy całego życia spędzić sami i odliczać dni do kolejnego urlopu - opowiada.

Rodzina Romana ma już wizję tego, co będą robić po powrocie. - Żona planuje rozpocząć współpracę ze swoim kuzynem, który posiada w Gdańsku kilka studiów kosmetycznych i fryzjerskich. Zaczęliśmy już budowę domu. Ja będę szukać pracy po przyjeździe. Nie mam wątpliwości, że coś znajdę. Poradziłem sobie w Wielkiej Brytanii, poradzę sobie i w Polsce, wychodzę z założenia, że jak ktoś chce pracować, to pracę znajdzie.

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również w serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną. Z serwisu lokalnego do magazynu Weekend.Gazeta.pl przeszła w sierpniu 2018 roku.