Anatolij Kaszpirowski w Katowicach

Anatolij Kaszpirowski w Katowicach (fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta)

wywiad gazeta.pl

"Kaszpirowski miał swój czas wtedy, gdy wokół panowały rozpacz i beznadzieja"

Przełom lat 80. i 90. miał twarz Kaszpirowskiego. Zwolennicy teorii spiskowych uważają, że transformacja bez niego by się nie obeszła, że miał zadziałać jak narkoza - mówi Gabriel Michalik, autor książki "Kaszpirowski. Sen o wszechmocy".

Jak Anatolij Kaszpirowski trafia do Polski?

Jesienią 1989 roku dziennikarka telewizyjnej Dwójki, Halina Aczkasowa, przeżywała rozpacz po stracie brata. Wpadła w paraliżującą depresję. Koleżanka powiedziała jej o seansach Kaszpirowskiego w sowieckiej telewizji. "Może ci pomoże?", zachęcała. Pomogło.

W jaki sposób?

Proszę posłuchać: "Na piersiach nosiłam kamień, którego nijak nie mogłam zrzucić. Patrzę na Kaszpirowskiego, słucham, co mówi, i czuję, że ten ucisk zaczyna ze mnie powoli spływać. Robi mi się ciepło. Nadal jestem zalana łzami, ale nie ma już we mnie tej histerii. Wyłączyłam telewizor i po raz pierwszy od dwóch tygodni zasnęłam. Nazajutrz obudziłam się jako normalny człowiek. Smutek został, został żal, żałoba, rozpacz, ale zniknął ten paraliż woli. Mogłam już jako tako żyć".

Halina Aczkasowa najpierw zdobywa zgodę szefów TVP, a potem cudem znajduje Kaszpirowskiego w Moskwie. Zaprasza go do Polski i zaczyna nagrywać oryginalne programy "Teleklinika doktora Kaszpirowskiego".

To były seanse poprzedzone umoralniającymi pogadankami. Olga Drenda, świetna etnolożka, badaczka tamtych czasów, nazwała te prelekcje "wczesną formą coachingu". Mówił o tym, że warto być dobrym, odważnym i przyzwoitym. Znamienne, że Kaszpirowski, wojujący ateista i antyklerykał, w polskiej telewizji bardzo chętnie posługiwał się katolicką, niemal księżowską, retoryką.

Pierwszy odcinek jego programu telewizja emituje w 1990 roku. Pan też go wtedy oglądał?

Tak, ale mnie znudził. Wyszedłem z domu, a ulice ku mojemu zdziwieniu były puste jak w wigilię Bożego Narodzenia. Niebieskawa łuna telewizorów rozświetlała Warszawę. Przeprowadzone wówczas badania pokazały, że aż 60 procent Polaków oglądało te seanse.

Styczniową retransmisję seansu z sowieckiej telewizji państwowej obejrzał w TVP Mirosław Kuliś, łódzki dziennikarz zagrożony utratą pracy. Szybko zorientował się, że ma do czynienia z żyłą złota. Pojechał do Kijowa do Kaszpirowskiego. Już po kilku miesiącach organizował biletowane seanse w Polsce. Od Sali Kongresowej, gdańskiej Hali Olivii i katowickiego Spodka aż po salki parafialne. Przychodziły  tłumy. Zarobione w ten sposób ogromne pieniądze pozwoliły Kulisiowi założyć popularny do dziś tygodnik "Angora".

Kaszpirowski jest symbolem transformacji ustrojowej?

Jednym z najbardziej wymownych. Zdjęcia kandydatów do parlamentu z Wałęsą, serial "Dynastia" w TVP, łóżka polowe na chodnikach w charakterze odradzającej się gospodarki rynkowej, no i właśnie seanse Kaszpirowskiego - w telewizji, w kościele, w hali sportowej, na stadionie i gdzie tam jeszcze się dało. Przełom lat 80. i 90. miał twarz Kaszpirowskiego. Nawiasem mówiąc, zwolennicy teorii spiskowych uważają, że transformacja bez niego by się nie obeszła, że miał zadziałać jak narkoza.

To był czas szczególny. Stary porządek się rozsypał, nowy rodził się w bólach. Nie działał w Polsce chociażby kontrwywiad, a jeśli działał - to nie na naszą rzecz. Trudno sobie wyobrazić, aby w dobrze funkcjonującym państwie wpuszczono do masowej telewizji "zagranicznego konsultanta" z Imperium, spod którego władzy ów kraj próbuje się uwolnić. Rozmawiałem o tym z ministrem Andrzejem Milczanowskim, wówczas wiceszefem, a następnie szefem Urzędu Ochrony Państwa, który przyznał, że owszem, Kaszpirowskim interesował się, ale nie w kontekście wywiadowczym.

I co ta postać i jej pojawienie się w Polsce na początku lat 90. mówi o kraju i jego społeczeństwie?

Pół książki o tym napisałem (śmiech). Odpowiem cytatem z wystąpienia Kaszpirowskiego w warszawskiej Sali Kongresowej w 1991 roku: " Adin, dwa, tri... Trzeba ludzi przeprowadzić jakby przez tunel, tak żeby przezeń przeszli i nie zginęli po drodze. Czetyrie, piat, szest... I oto kolejny raz biorę was wszystkich za rękę i wiodę znajomą i nieznajomą ścieżką. Siem, wosiem, diewiat...".

Marazm lat 80. był doświadczeniem bardzo dotkliwym, ale po nim, wkrótce po euforii wyborów 4 czerwca 1989 roku, nastąpił czas chyba najstraszniejszy. Polacy spodziewali się, że wraz z upadkiem komunizmu życie stanie się lepsze, uczciwsze, choćby bardziej syte. Nie stało się.

Kaszpirowski podczas jednej z konferencji prasowych (fot. Annenko Alexei Nikolaevich)
Kaszpirowski podczas jednej z konferencji prasowych (fot. Annenko Alexei Nikolaevich)

Przechowuję w pamięci scenkę z początku lat 90. Pole golfowe, bodaj pierwsze w Polsce, idziemy w pięciu: dwóch biznesmenów z czołówki listy najbogatszych Polaków - swoją drogą tworzenie takich list, gdy pół kraju żyje poniżej minimum socjalnego, jest dość wymowne - obaj ubeckiej proweniencji, pewien wpływowy gangster z Pomorza, ja, młody reporter "Tygodnika Solidarność" i jeden z ministrów ówczesnego rządu. Dokoła pola golfowego były jakieś nędzne gospodarstwa, chłopi dorabiali sobie, nosząc za jaśniepanami kije golfowe. No i ten minister spoziera to na nas, to na chłopów, kiwa głową z dezaprobatą: "Jak taki motłoch światu pokazać?! Trzy pokolenia muszą wymrzeć, żeby tu było normalnie". Spodziewano się bowiem wizyty przedstawicieli klubu golfowego ze Zjednoczonego Królestwa i ministrowi było niezręcznie świecić oczami przed gośćmi z zagranicy.

I jak to przetrwać bez pocieszyciela?

A czy popularność Kaszpirowskiego nie była związana z załamaniem służby zdrowia? Jego metody dawały nadzieję na wyzdrowienie.

Oczywiście. Tak to opisują moi rozmówcy - Halina Aczkasowa, która, jak sama o sobie mówi, podarowała Polsce Kaszpirowskiego, i Lech Wałęsa. W warunkach zapaści służby zdrowia Kaszpirowski miał pomagać Polakom odzyskać zdrowie. Budował wrażenie, że ludzie nie zostali zostawieni sami sobie.

Faktycznie pomagał?

Nie wiem. Prowadzone wówczas badania socjologiczne mówią o subiektywnej poprawie stanu zdrowia u mniej więcej trzech procent widzów seansów telewizyjnych. To mało, nawet mniej niż w przypadku dobrze przygotowanego efektu placebo, ale mowa o trzech procentach ogromnych liczb. W Związku Sowieckim oglądało seanse blisko 300 milionów ludzi, w Polsce nie mniej niż 30 milionów. Miały miejsce także zjawiska spektakularne: u niektórych pacjentów zanikały blizny, a siwe włosy ciemniały.

Z minuty na minutę?

No nie. Po pewnym czasie. I oczywiście nie miało to charakteru masowego. Socjolog medycyny prof. Włodzimierz Piątkowski próbował tym zjawiskiem zainteresować dermatologów, ale bez większego rezultatu.

Wracając do uzdrowień. Kaszpirowski podczas każdego seansu buduje sugestywną atmosferę, która ma sprzyjać autoterapii uczestników, i wtedy przytacza przykłady uzdrowień, zaprasza na scenę uczestników wcześniejszych seansów, aby dawali świadectwo. W Izraelu poznałem pewnego człowieka, który cierpiał na niedowład kończyn po operacji kręgosłupa. Po zbiorowym seansie Kaszpirowskiego ten pan udał się na indywidualną sesję. Efekty dwóch spotkań przypominały te, które zwykle osiąga się w trakcie wielu miesięcy rehabilitacji. Nie sądzę, żeby to była mistyfikacja. Myślę, że kontakt z Kaszpirowskim istotnie pomógł temu panu zmobilizować rezerwy organizmu.

Częściej pomaga czy szkodzi?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Kaszpirowski przechowuje tysiące listów od wdzięcznych pacjentów. Podejrzewam, że w większości przypadków ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi.

A co z ludźmi, którzy porzucają medycynę konwencjonalną za sprawą takich magów?

Akurat Kaszpirowskiego dotyczy to w mniejszym stopniu, bo nikogo nie zniechęca do podejmowania tradycyjnego leczenia. Przeciwnie. Wiele uwagi poświęca krytyce znachorów, magów, także na przykład homeopatii. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że i jego działalności nie można zaliczyć do medycyny. Jest na to termin "lecznictwo niemedyczne". Twierdzono natomiast, że po seansach Kaszpirowskiego w okresie jego ogromnej popularności pojawiały się fale psychoz, w których treścią urojeń był właśnie on. A to się komuś zalągł w głowie, a to ktoś ciągle słyszał jego głos... Ale nie sądzę, aby w tym zakresie Kaszpirowski był jakoś szczególnie "zasłużony". Osoby sławne - artyści, politycy, uczeni - często stają się bohaterami objawów wytwórczych osób chorych psychicznie.

A gdzie byli psychiatrzy?

Niektórzy byli zdystansowani, inni krytyczni, ale wielu legitymizowało obecność sowieckiego gościa. Sam Kaszpirowski w końcu też jest psychiatrą. Z kolei profesor psychologii Lechosław Gapik, psychoterapeuta i seksuolog cieszący się wówczas dużym autorytetem, na prośbę Telewizji Polskiej wydał swoisty glejt Anatolijowi. Rozszerzoną wersję opinii sporządzonej na zamówienie TVP opublikował w tygodniku "Polityka".

Który miał wówczas siłę legalizowania wszystkiego, co działo się w kraju.

Tak, jako najważniejszy organ prasowy liberalnej inteligencji.

W książce pokazuję zdjęcia Kaszpirowskiego ze Stefanem Kisielewskim czy z Aleksandrem Małachowskim. Nie chcę powiedzieć, że oni promowali tajemniczego psychiatrę, natomiast bywali z nim na tych samych imprezach. Bo Anatolij szybko stał się częścią warszawskiej socjety. Serdeczna znajomość połączyła go z Lechem Wałęsą.

Był bardziej znany w Polsce niż w ZSRR?

W 1988 i 1989 roku stał się w ZSRR bezkonkurencyjnym zwycięzcą rankingów popularności. Jednak bardzo szybko zaczął być zwalczany przez Cerkiew i konkurentów, zwłaszcza otoczenie Allana Czumaka, uzdrowiciela, na którym miliony zbijali ludzie KGB. Dezawuowano go, wyśmiewano.
Z ulubieńca mas stał się szybko niemal wrogiem publicznym.

Jak długo trwała jego kariera w naszym kraju?

Mniej więcej do 1993 roku. Nie skończyła się nagle. Oglądalność "Telekliniki..." spadała powoli. Po jakimś czasie Kaszpirowski ruszył na podbój Ameryki. Wystąpił w ONZ, gdzie opowiadał o katastrofie w Czarnobylu i służbie zdrowia w Związku Sowieckim. Spełnił też swoje marzenie i spotkał się z Muhammadem Alim. Nie osiągnął jednak w Stanach sukcesu. Zaważyła zapewne zarówno bariera językowa, jak i to, że w USA istnieje bardzo ugruntowana tradycja psychoterapii, a także ogromna konkurencja w branży uzdrowicielskiej. No i przede wszystkim to, że Kaszpirowski miał swój czas wtedy, gdy wokół panowały rozpacz i beznadzieja. W USA takiej atmosfery nie było.

Skoro Ameryka się nie udała, w Polsce popularność spadła, to czym się potem zajmował?

Jeździł i jeździ nadal z seansami, po rosyjskiej prowincji i po tych miejscach na świecie, w których istnieje postsowiecka diaspora. W 1993 roku został deputowanym do Dumy, a w 1995 jako przedstawiciel parlamentu dokonał rzeczy wielkiej: podczas zamachu terrorystycznego w Budionnowsku wynegocjował z Szamilem Basajewem uwolnienie zakładników z oblężonego szpitala. Szło o nie mniej niż półtora tysiąca ludzi.

A w ostatnich latach?

Nadal co roku odbywa kilkadziesiąt seansów. W Rosji zdarza się, że te seanse są sabotowane przez przeciwników Kaszpirowskiego. Wiele czasu i uwagi poświęca na walkę z nieraz bardzo bezwzględnymi kpinami, jakich pełne są media w Rosji, i z tym, co uzna za niesprawiedliwą ocenę jego postaci. Sądzi się z dziennikarzami.

Z panem po ukazaniu się książki też będzie się sądził?

Mam nadzieję, że nie, bo szczerze polubiłem Anatolija. On pewnie wolałby, żebym napisał o nim jako o odkrywcy nowej dziedziny nauki, a mnie bardziej interesował kontekst - społeczny, filozoficzny, historyczny. Chciałem opowiedzieć o Polsce sprzed 30 lat, o Sowietach, o tej przerażającej kaszy w głowie, jaką był bolszewicki "światopogląd naukowy", a która sprawiła, że w ogóle taki Kaszpirowski był możliwy. W nim zbiega się wszystko: i idea bogoczłowieka, która przeniknęła z rosyjskiej filozofii do sowieckiej ideologii, i wiara w boską moc (pseudo)nauki, w końcu też dzieje mojego kraju w krytycznym momencie. Jest też dramat starego człowieka, któremu niebiosa dały pięć minut niemal kosmicznej sławy, a teraz dożywa swoich dni w poniewierce. Trudno mi pisać o Kaszpirowskim na klęczkach. To nie on jest moim zleceniodawcą, ale Czytelnicy.

Czy istnieje "metoda Kaszpirowskiego"?

On sam nią jest. Przez ćwierć wieku pracował w szpitalu psychiatrycznym. Dorabiał seansami hipnozy estradowej po salkach domów kultury, kołchozów i więzień. Poznał smak życia od podszewki. To wszystko można łącznie uznać za niepowtarzalną metodę Kaszpirowskiego.

Czy ma uczniów?

Nie ma i mieć nie może. Tego, co robi, nie sposób powtórzyć, nie będąc Kaszpirowskim. Jeden z moich rozmówców, ukraiński psychiatra, żartował, że właściwie można stworzyć "Szkołę Kaszpirowskich". Wystarczyłoby tylko odbudować Związek Sowiecki i przeznaczyć na naukę 45 lat - w tym mniej więcej wieku Kaszpirowski zaczął telewizyjną karierę.

Ale jemu na takiej szkole nigdy nie zależało?

Nie, ponieważ jego oddziaływanie w dużej mierze opiera się na iluzji.

Manipulacji?

Na umiejętnej grze własnym wizerunkiem, charyzmą, wiedzą psychologiczną. Sam stałem się obiektem jego "czarów".

W jaki sposób?

Umawialiśmy się na spotkanie przez wiele miesięcy. Odwoływał je w ostatniej chwili. A to mieliśmy się widzieć w Nowym Jorku, a to w Tel Awiwie czy w Moskwie. Pół świata za nim zjeździłem. Naczekałem się na niego bez skutku w przeróżnych egzotycznych lokalizacjach. Poddawał mnie szczególnemu treningowi, a to zrywając ze mną kontakt, a to wygłaszając wyszukane komplementy. Stosował multum trików psychologicznych, które sprawiły, że spotkanie z nim stało się dla mnie idée fixe. W końcu przed jego oblicze trafiłem zupełnie bezbronny. Książka więc jest i o tym, jak się z jego "czaru" wyzwalałem.

'Kaszpirowski. Sen o wszechmocy' autorstwa Gabriela Michalika (fot. Materiały prasowe)
'Kaszpirowski. Sen o wszechmocy' autorstwa Gabriela Michalika (fot. Materiały prasowe)

KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO >>>

Gabriel Michalik. Ur.1974. Autor bestsellerowej biografii Danuty Szaflarskiej "Jej czas", a także m.in. książek "Kobieta pracująca. Rzecz o Irenie Kwiatkowskiej i jej czasach", "Hamlet w stanie spoczynku. Rzecz o Skolimowie". Syn aktorki i pisarki Joanny Keller-Michalik i aktora Stanisława Michalika. Publikował m.in. w "Tygodniku Solidarność", "Gazecie Wyborczej" i w tygodniku "Do Rzeczy". Wydawnictwo Agora wydało właśnie jego książkę "Kaszpirowski. Sen o wszechmocy". 

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku