Dzisiejszą branżę klubową od tej sprzed 20-30 lat dzieli przepaść

Dzisiejszą branżę klubową od tej sprzed 20-30 lat dzieli przepaść (fot. Shutterstock)

reportaż

"Do tej branży z zewnątrz się nie dostaniesz. Żebyś mógł stanąć na bramce, ktoś musi cię polecić"

Dawniej, jak ktoś chojraczył, dostawał ostrzegawczo z liścia. Dzisiaj od ochroniarzy wymaga się kultury osobistej i uśmiechu, a konflikty mają rozwiązywać przede wszystkim dialogiem. Klienci? Są przeróżni. Wielu przychodzi dla lansu, a nie dla zabawy. O tym, jak kiedyś wyglądało życie w polskich klubach i jakie jest dziś, opowiadają doświadczeni pracownicy ochrony.

Andrzej ma 46 lat, na bramce stoi od 25. Pracuje w ochronie w jednym z prestiżowych klubów na Mazowszu. Prestiżowy to taki, gdzie można wejść od 21 lat (do pozostałych zwykle od 18), a podstawowym kryterium selekcji jest strój (sportowe ciuchy odpadają) i zachowanie na poziomie. Tu też od ochrony wymaga się więcej. - Mamy być kulturalni, uśmiechnięci, życzliwi, do pogadania, ale jednocześnie zdecydowani, umiejący zaprowadzić porządek. Często słyszymy od kobiet, że u nas czują się bezpiecznie, bo reagujemy zawczasu. A jeśli wracają do nas kobiety, to są i mężczyźni. I tak się ten interes kręci - mówi Andrzej.

Jego zdaniem dzisiejszą branżę klubową od tej sprzed 20-30 lat dzieli przepaść. A wie, co mówi, bo zaczynał w latach 90. - Nie miałem zielonego pojęcia o ochronie. Imprezy organizowali wtedy ludzie, którzy mieli sprzęt grający i nagłośnienie. Wystarczyło. Robili dyskoteki w remizach, w salach gimnastycznych, bankietowych, konferencyjnych - wszędzie, gdzie było trochę powierzchni. Bilety i do przodu - opowiada. - Nie było żadnej selekcji. Żeby wejść, wystarczyło zapłacić. W środku ludzie mogli robić prawie wszystko, dopóki nie dochodziło do rękoczynów.

Karol ma 40 lat, w branży jest od 22. Stał na bramce, ale też jeździł po całej Polsce z koncertującą gwiazdą. Mówi, że ochroniarze uważali się kiedyś za ważnych, ale tak też postrzegali ich ludzie. - Bali się nas, zwłaszcza na wiejskich dyskotekach. Nosiło się spodnie moro albo wojskowe, glany, bluzę, na to kamizelkę, latarki, kajdanki. Im więcej, tym poważniej się wyglądało.

Andrzej: - Kiedyś ochrona to były paniska, nikomu się nawet "cześć" nie mówiło. Nie było też stania przez całą noc, takiej napinki jak teraz. Przeważnie siedziało się przy stoliku, przy alkoholu, bo to też było dozwolone, a wręcz wskazane.

Naczelna zasada w latach 90. brzmiała: "lepiej zapobiegać niż leczyć". Ale to nie rozmowa, pouczanie i ostrzeganie były środkami zaradczymi. - Od razu wiedzieliśmy, kto przyjeżdża na rozróbę. Przed imprezą brało się takich do pokoju i sprzedawało parę liści - żeby wiedzieli, że są na cenzurowanym. Po imprezie były często ustawki - ochrona biła się z gośćmi dyskoteki - mówi Karol.

Naczelna zasada w latach 90. brzmiała: 'lepiej zapobiegać niż leczyć' (Fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta)
Naczelna zasada w latach 90. brzmiała: 'lepiej zapobiegać niż leczyć' (Fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta)

Kluczem do sukcesu w tej branży było przygotowanie fizyczne. - Nie mieliśmy gazu, tylko ręce i nogi. Ja potrafiłem się bić, bo byłem zawodnikiem kick boxingu - opowiada Andrzej. - Bójki nikomu nie przeszkadzały. I nie odstraszały. Przychodziło się w to samo miejsce tydzień później i nie było tematu. A teraz po ostrej awanturze w klubie ludzie już boją się tam chodzić.

Dziś rękoczyny to rzadkość. Jak ktoś nie uspokoi się po dobroci, ochrona ma gaz, którego może użyć poza klubem. Zawsze pierwszym narzędziem rozwiązywania konfliktów powinna być rozmowa.

"My ci przypilnujemy"

Dziś kluby zwykle korzystają z agencji ochrony (choć nie wszędzie jest to regułą), dawniej biznes działał inaczej. Andrzej: - W mieście wiadomo było, kto jest mocny. Do takiej grupy zgłaszał się delikwent, który chciał zrobić imprezę, albo to grupa zgłaszała się do niego. Mówiło się: "My ci tego lokalu przypilnujemy". Jeśli nie chciał się zgodzić, tylko brał sobie kogoś innego, nie miał łatwo. Jego ludzie dostawali łomot i to był dowód, że tamci się nie nadają, a my tak.

Karol: - W latach 90. ochrona w klubie to był jeden pan przy wejściu, resztę stanowiła ekipa z miasta. Najczęściej w dresie, żeby odróżniać się od pozostałych gości. Wtedy w wielu miastach kluby walczyły o wpływy, na rynek wchodziły narkotyki i inne lewe interesy. Spokój trzeba było opłacać. Jeśli w danym lokalu rządziła jakaś ekipa, żadna inna go nie najeżdżała - opowiada o podziale wpływów. - Potem zaczął się pojawiać pseudoprofesjonalizm, zakładano pierwsze agencje ochrony. Pseudo, bo na wiejskich dyskotekach nadal bywało tak, że kogoś łapała bramka i brała do pokoju przesłuchań. Teraz to byłoby nie do pomyślenia, że ochrona leje kogoś na zapleczu. Wszystko od razu byłoby opisane w Internecie, ten ktoś by poszedł do lekarza na obdukcję.

Sami swoi

U Mariana wszystko zaczęło się przypadkowo. Poznał dziewczynę, która stwierdziła, że z niego kawał chłopa i spytała, czy nie miałby ochoty sobie dorobić właśnie w klubie. Zadebiutował na imprezie zamkniętej. - Pierwsze wrażenia super, ludzie czuli przed ochroną respekt - wspomina. - Poznałem tam ochroniarza, który powiedział, że otwierają w Krakowie nowy klub i będą lepsze pieniądze. Spytał, czy nie chciałbym z nim stać. Mniej więcej po roku zdobyłem pełne zaufanie.

Marian ma 44 lata. Od 17. roku życia ćwiczył na siłowni, trenował też amatorsko samoobronę i tajski boks. Jako ochroniarz pracuje już 14 lat, ale nigdy nie był zatrudniony w agencji. Mówi, że w Krakowie kluby z nich nie korzystają. To branża, w której są "sami swoi": ty jesteś od tego, ty od tamtego. Dostać się nie jest łatwo, ktoś musi cię polecić. Marian opowiada, że rękę na wszystkim w dużej mierze trzymają policjanci. - Głównie emerytowani, ale zdarza się, że na bramkach stoją też ci czynni zawodowo. Były przypadki, że gdzieś wchodzili funkcjonariusze, bo dostawali od kolegów cynk, że są narkotyki. Nawet my, z ochrony, nie chodzimy do pewnych klubów, bo wiemy, że tam stoją psy.

Rękę na wszystkim w dużej mierze trzymają policjanci (fot. Shutterstock)
Rękę na wszystkim w dużej mierze trzymają policjanci (fot. Shutterstock)

O policji opowiada też Andrzej. - W XXI wieku w ochronie zaczęli zatrudniać się policjanci. Mieli zdjęcia nas wszystkich, z podziałem, gdzie stoimy. Jak ktoś zgłaszał się na policję, że został pobity w lokalu, wyciągali te zdjęcia i pytali: "który to zrobił?".

Koksów nie biorą

Na bawiących się w klubie 350 osób jest średnio sześciu ochroniarzy. Obowiązują ich czarne stroje: spodnie, koszula, eleganckie buty. Latem polówka.

Karol podkreśla, że dzisiaj właściciele klubów zwracają uwagę na to, kto stoi na bramce, bo i jakość lokali się podnosi. - Walczą ze sobą wystrojem, serwowanymi drinkami, sprowadzanymi gwiazdami, ale też poziomem kultury. Kładzie się nacisk na to, żeby spacyfikować klienta, wyprowadzając go z klubu. Niech ochłonie na zewnątrz. Ludzie nie leją się na parkiecie.

Paweł - od poniedziałku do piątku pracuje na pełen etat, od trzech lat w weekendy dorabia na bramce - mówi, że u niego w firmie ochroniarskiej stawia się przede wszystkim na kulturę osobistą. Pompowane mięśnie nie są argumentem. - Koksów z siłowni do nas nie biorą. Mamy jak najmniej używać siły, a jak najwięcej załatwiać dialogiem. I to działa - twierdzi. - Już nie jest tak jak kiedyś: że z ochroną nie pogadałeś, bo od razu dostawałeś w trąbę.

Zdaniem Andrzeja nie każdy nadaje się do tej pracy.  - Na pewno nie można być cykorem, ale też nie można być wybuchowym. Kolega ochroniarz pobił człowieka na środku parkietu, poniosło go. A to była sytuacja do opanowania w trzy minuty rozmową. Już nie pracuje.

Problemu zwiastowanie

Paweł stał w klubach prestiżowych i "zwykłych", ale też z selekcją. - Ona pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo, bo wielu tzw. drechów eliminujemy już na początku. Drugie kryterium to alkohol i inne używki - pijanych albo naćpanych nie wpuszczamy, bez względu na to, jak są ubrani - wyjaśnia.

Wejście to punkt newralgiczny. Ten, kto tu stoi, musi ocenić, kogo lepiej nie wpuszczać. W trakcie imprezy ochroniarze nie zamieniają się miejscami, bo osoba na wejściu wie, kto się tylko wietrzy, a kto został wyrzucony.

Właśnie na wejściu najczęściej stoi Paweł. Tu liczą się intuicja i doświadczenie. - Już jak klient wchodzi, to wiem, czego się po nim spodziewać. Na przykład, że będzie pił dotąd, aż uśnie na stole, albo że jest nieszkodliwy i później spokojnie można go odprowadzić do taksówki. Jeśli na wejściu ktoś mi nie pasuje, szukam wymówki, żeby go nie wpuścić, bo wiem, że będą problemy. Mamy w regulaminie zapis, że możemy odmówić wstępu bez podania przyczyny.

Według Pawła problemy zwiastują często większe grupy mężczyzn: wieczory kawalerskie, integracje, spotkania koleżeńskie. Jak w klubie są takie dwie-trzy kilkuosobowe ekipy, to prędzej czy później coś między nimi zazgrzyta. I często przechodzi do rękoczynów. - Prowodyrów wyrzucamy od razu za drzwi, bo łatwiej kontrolować ich poza klubem. Bywa tak, że grupy się rozchodzą, ale też tak, że dalej szukają zwady - albo z nami, albo między sobą. Czasem musimy użyć gazu.

Problemy zwiastują często większe grupy mężczyzn: wieczory kawalerskie, integracje, spotkania koleżeńskie (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)
Problemy zwiastują często większe grupy mężczyzn: wieczory kawalerskie, integracje, spotkania koleżeńskie (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

Ochroniarze mówią, że godzina "W" to 2.00 w nocy. Jak ma się coś dziać, to wtedy będzie się działo. Zadzieje się najpewniej przy barze, w palarni albo w przejściach. - Na parkiecie jest zwykle dobrze, a tam, gdzie ludzie stoją i gadają - trochę gorzej. Jednak 95 procent napięć udaje nam się zdusić w zarodku - dodaje Paweł.

- Najtrudniejsze to ocenić, czy w ogóle interweniować - mówi Andrzej. - Mamy sekundy na podjęcie decyzji, czy wkroczyć, a być może nic się nie wydarzy, czy odpuścić, a potem może być za późno. Druga ważna decyzja: jak wkraczamy? Albo od razu obezwładniamy i wyprowadzamy, albo najpierw próbujemy rozwiązać konflikt rozmową. Wszystko dzieje się w niesprzyjających warunkach: jest ciemno, późno, jest gromada ludzi, nie wiadomo, jakie mają zamiary. Pomaga doświadczenie.

Andrzej z dumą opowiada, że w klubie, w którym pracuje, na sali nigdy nie było bójki, wszystko zawsze dzieje się poza lokalem. - Ale też wiele rzeczy nauczyliśmy się ignorować. Wyzwiska czy teksty erotyczne są na porządku dziennym, nawet w prestiżowym miejscu.  

Jak dodaje, taki klub wcale nie daje gwarancji, że będą się w nim bawić sami kulturalni klienci. - Zdarza się, że rzucają w barmanki słomkami, bo za długo czekają na drinka. Albo dotykają kelnerki. Za obmacywanie od razu kończą imprezę, nie ma ostrzeżenia.

Trudne interwencje? Kiedy rozrabiają kobiety.

Andrzej: - Facetowi można wykręcić rękę i go wyprowadzić, z kobietą już tego się nie da zrobić, przynajmniej tak mnie rodzice nauczyli. Trzeba jej wysłuchać, a niektóre są naprawdę tragiczne. Jedna ostatnio ugryzła kolegę w bark. Miał na skórze odciśnięte wszystkie zęby.

Paweł: - Kobiety, jak się złapią za włosy, to nie puszczą, dopóki ich sobie nie wyrwą. Ostatnio, już poza klubem, biły się do tego stopnia, że skończyły bez ciuchów.

Nos, vixa i tajniacy

W pierwszej dekadzie XXI wieku zaczęły się prowokacje. - Jeden gówniarz opluł ochroniarza i tylko czekał, aż dostanie w papę. A drugi stał z telefonem i to nagrywał. Moi koledzy płacili grube pieniądze za połamane nosy. Normą było 10-15 tysięcy - opowiada Andrzej.

Najgorszy typ klienta to dla niego młodzi, którzy doprowadzają się do takiego stanu, że nad sobą nie panują. - Kiedyś, jak się człowiek upił, to padał i było po wszystkim. Teraz, nawet jak się nachlają do przesady, to środkami pobudzającymi na nowo stawiają się na nogi.

Karol: - Dawniej, jak ktoś brał, był uważany za narkomana. Dzisiaj amfetaminą wzmacnia się po tygodniu pracy. A ten, kto bierze kokainę, jest postrzegany nie jako ćpun, tylko jako ktoś majętny. Często widzi się na imprezach dwóch facetów wchodzących do jednej toalety. Nie wierzę, że jest aż tylu gejów.

Karol opowiada o modzie na imprezy vixa, na których ludzie bawią się bez alkoholu, piją tylko wodę. - Ja w to nie wierzę, bo widzę gości, którzy mają oczy jak pięć złotych i całą noc potrafią tańczyć na parkiecie. W pobliżu tego typu klubów często stoją policjanci z psami, kontrolują samochody i szukają dealerów - mówi. - Pojawiają się też w lokalach jako tajniacy, w tym samym celu.

Marian teraz rzadziej stoi na imprezach otwartych, choć kiedyś właśnie takie lubił najbardziej. Powód? Dopalacze. - Ludzie zaczęli się robić nieobliczalni. Miałem taki przypadek: mężczyzna przed trzydziestką zaczął się rzucać do koleżanek na selekcji, więc mnie zawołały. Wyprowadziłem gościa, a on zrobił się strasznie agresywny. Był o połowę młodszy i o głowę niższy ode mnie, ważył z 60 kilo, ja mam 120. Ale źrenice wysadzone, wykręcona twarz, zaczął wyzywać, cisnął krzesłem. Kolega przyniósł gaz, psiknąłem facetowi po oczach, a on je otarł i zaatakował z podwójną siłą. Wyrwał stojącą przy klubie lampę i w nas nią rzucił. Dwa razy dostał, padł na ziemię, po paru sekundach się podnosił i startował do nas znowu. Nie było szans go uspokoić.

Według Mariana ludzie zaczęli się robić nieobliczalni (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)
Według Mariana ludzie zaczęli się robić nieobliczalni (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

Zamiast funu jest lans

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej do Krakowa zaczęło przyjeżdżać wielu obcokrajowców. - Anglicy przychodzili na przykład do klubu poprzebierani. Pamiętam grupę w strojach Mario Bros albo facetów w krótkich spódniczkach - wspomina Marian. - Czuli się swobodnie, bawili w najlepsze, czasem zdejmowali koszulki. Tego w klubie robić nie można, więc wtedy trzeba ich było upomnieć. Ale nigdy nie było z nimi problemu, zachowywali się kulturalnie, nikogo nie zaczepiali. Choć dla niektórych klientów ich stroje mogły być głupie czy niesmaczne.

Polacy, jak wynika z obserwacji Mariana, zamiast na fun stawiają na lans. - Kiedyś to był rarytas: mieć koszulkę Big Stara albo Wranglera. Dzisiaj rządzi Gucci, Armani albo Hugo Boss.

Ci najlepiej ubrani klienci mogą zwiastować kłopoty. - Często wymagają nie wiadomo czego, chcą, żeby chodzić za nimi i ich niańczyć. Ktoś niechcący trąci ich, przechodząc, a oni już żądają, żeby go wyprosić - opowiada Paweł.

Zdaniem Karola całość rynku klubowego mocno zmienił Internet. - Kiedyś ludzie przychodzili na imprezę po to, żeby się pobawić, odpocząć po tygodniu pracy, spotkać ze znajomymi, pogadać, posłuchać nowej muzyki, którą proponował DJ. Ubierali się jakoś i po prostu byli. Bez lansu, oceniania, porównywania. Na wsiach sobotnie dyskoteki były święte. Często zaczynały się później, bo ludzie musieli najpierw skończyć pracę w gospodarstwie. Dzisiaj wszystko jest w telefonie: muzyka, czaty ze znajomymi. Jak idzie się do klubu, to po to, żeby się pokazać. Facet kupuje drinka i obchodzi z nim salę trzy razy, żeby ludzie widzieli - mówi Karol.

Swoją diagnozę tego, po co ludzie chodzą do klubów, ma też Andrzej: - Kobiety - żeby potańczyć. Faceci - żeby potańczyć z nimi. Jak przychodzą w grupkach, przeważnie chcą się napić albo nawąchać, a jak się napiją, włącza im się Alvaro: "Coś bym wyrwał". Dziewczynom też, mówią na przykład: "Dzisiaj pracę kończysz u mnie". Kobiety są dziś mocno wyzwolone. Jeśli czegoś potrzebują, otwarcie to komunikują.

High school party

Karol opowiada, że w miejskich klubach jest szerszy przekrój wiekowy. Bawią się ludzie po dwudziestce, ale też powyżej czterdziestki. Poza miastem średnia wieku mocno spada. - To często 16 plus. Niektóre lokale mocno na tym straciły, bo odsunęli się od nich starsi klienci. Młody podczas imprezy kupi dwa-trzy piwa i to koniec jego wydatków. A klient 25 plus przez całą noc wyda w barze 100-150 złotych, bo kilka drinków weźmie dla siebie, kilka dla dziewczyny.

Jak dodaje Karol, w niektórych klubach imprezy 16 plus położyły prestiż, ale inne dzięki nim się trzymają. - Na przykład jak w piątek w danym lokalu jest mało ludzi, to oddaje się go 16-latkom i co jakiś czas robi imprezę pt. high school party.

Karol przyznaje, że imprezy dla niepełnoletnich często nie kończą się dobrze. - Słyszałem ostatnio o dziewczynie, która była tak pijana, że zablokowała się w toalecie. Ułożyła się pomiędzy drzwiami a muszlą klozetową i nie mogli jej stamtąd wyciągnąć. Rodzice nastolatków w takich sytuacjach bezgranicznie wierzą swoim dzieciom. Jak muszą odebrać pijaną córkę, to nie przyjmują do wiadomości, że sama tak się załatwiła, tylko twierdzą: "na pewno jej coś dosypaliście". I winny jest klub.

- Dwóch gówniarzy miało przy sobie trawkę, pyskowali - opowiada Marian. - Powiedzieliśmy, że wezwiemy policję. A oni wcześniej zadzwonili do rodziców. Mamusia jednego była dyrektorką banku, tatuś drugiego - prawnikiem. Zagrozili, że możemy mieć większe problemy, jeśli nie odpuścimy.

Marian dobrze wspomina inny typ klubowicza: - Często lokal ma taką swoją maskotkę - klienta, bez którego impreza jest mniej udana. W jednym z klubów, w którym stałem kilka lat temu, był nią facet około pięćdziesiątki. Przyjeżdżał co tydzień samochodem, nigdy nie pił alkoholu. Zakładał białe rękawiczki, kapelusz, wchodził na podest i tańczył przez całą noc. Szefowej przynosił kwiaty, mendel jajek albo wypieki od żony. Obsłudze dawał na początku imprezy pieniądze, żeby o wyznaczonych godzinach podawała mu szklankę wody. A on się napił i tańczył dalej.

Czego nie lubi ochrona

Andrzejki, ostatki, wigilie firmowe - ochrona mówi na nie: imprezy podwyższonego ryzyka. - Przychodzą ludzie, którzy normalnie nie bywają w klubach, zwykle już podpici, bo wcześniej zrobili sobie podkład. Często zachowują się wulgarnie, bo myślą, że jak zapłacili 20 złotych za wejście, to wszystko im wolno. W okresie świątecznym jest też jeden straszny typ klienta: Polak, który wrócił na Boże Narodzenie z Anglii. Mówi: "u nas, w Anglii, to..." albo "bo ja siedzę w Anglii od dwóch years". Takiego klienta nie znoszę - stwierdza Karol.

Według Andrzeja podejście klientów wyznacza typ lokalu, do którego przyszli. - Im jest słabszy, tym mniej wymagają. U nas czepiają się prestiżu w nazwie i robią problem ze wszystkiego. Mówią: "co to za prestiż, jak ochroniarz wyrzucił mojego pijanego męża?", albo: "barmanka nie umiała zrobić tego drinka". Ludziom trochę też odbija, jak jest za ładnie.

Co jest najciekawsze w byciu bramkarzem?

Karol: - Dla mnie to, że można się napatrzeć na najróżniejsze zachowania ludzi, kiedy już odepną wrotki.

Izabela O'Sullivan. Dziennikarka prasowa i radiowa. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie", "Polityce", "Newsweeku", serwisach Polityka, WP i Polki. Lubi dobrą kawę i literaturę faktu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku