Wojciech Copija

Wojciech Copija (fot. mat. prasowe)

wywiad gazeta.pl

Przez dziewięć lat był dzielnicowym. ''Zauważyłem, że ludzie przestają ze sobą rozmawiać''

Dzielnicowy przyjeżdża na interwencję i na miejscu okazuje się, że w tym domu mało jest rozmowy. Członkowie rodziny albo są w pracy, albo w biegu po pracy i powstają nieporozumienia - wspomina Wojciech Copija, policjant z Suchej Beskidzkiej.

Dzielnicowy. Jedno z najbardziej niewdzięcznych zajęć na świecie.

Skąd!

Jak to?

Uważam, że to jedno z atrakcyjniejszych stanowisk w policji.

Naprawdę pan tak myśli?

Pomaganie ludziom w różnych życiowych sytuacjach dawało mi ogromną satysfakcję. Naprawdę. Byłem dzielnicowym w gminie Zawoja w miejscowości Skawica oraz w gminie Maków Podhalański w miejscowości Białka. Miałem pod opieką około czterech tysięcy osób.

Dzielnicowy diagnozuje wspólnie z mieszkańcami lokalne problemy, ustala ich przyczyny oraz pomaga w rozwiązaniu. Dobry dzielnicowy musi być otwarty na ludzi, no i oczywiście mieć w sobie ogromne pokłady cierpliwości, żeby wysłuchać ludzi, ale też spokojnie im wyjaśnić najprostsze sprawy. Często, gdy szedłem z ustaleniami lub wezwaniem na przesłuchanie do jednego z mieszkańców, ludzie reagowali zdziwieniem. "Czy coś się stało?"- pytali. Spokojnie, powoli, zwłaszcza gdy jeszcze nie byłem znany w swoim rejonie, tłumaczyłem, że nic. Że po prostu przyszedłem zapytać o sąsiada i kiedy wróci z pracy.

Nikt pana nigdy psem nie poszczuł?

Nie. Wiadomo, że jak po podwórku biegał pies, a nikt mi furtki nie otworzył, to nie wchodziłem. Czy jak nie działał domofon. Nic na siłę. Dzielnicowy ma dyżury o różnych porach. Jak nie udawało mi się porozmawiać jednego dnia, przychodziłem drugiego. Albo próbowałem ustalić telefon i dzwoniłem.

Rozumiałem, że jak ktoś nie chciał rozmawiać, to musiał mieć powody. Szanowałem to. I odchodziłem. Jak tej chęci do dialogu nie było kolejnego dnia, znów spokojnie tłumaczyłem: "Rozumiem, że nie chce pani stanąć ze mną twarzą w twarz. Ale w moim szacunku wobec pani wolałbym panią widzieć i patrzeć pani w oczy, gdy rozmawiamy. Może więc pani otworzy drzwi?".

19.06.2007 KRAKOW , UL PEDZICHOW , N/Z RODZICE PRZEJELI SZKOLE , ZAPIECZETOWALI DRZWI I ZAMKNELI BRAME NA KLUCZ , PRZYJECHALA TAKZE POLICJA , SZKOLA SW RODZINY , ZESPOL SZKOL KATOLICKICH IM SW RODZINY , FOT. MATEUSZ SKWARCZEK / AGENCJA GAZETAPLYTA KRAKOW NR 531
Dzielnicowy nikogo nie zmuszał, by otworzył mu drzwi (fot. Mateusz Skwarczek / AG)

Działało?

Ostatecznie nie zdarzyło mi się, żebym nie porozmawiał z kimś, z kim rozmawiać chciałem. Jak mieszkańcy mnie już poznali, to przekonali się, że jestem osobą otwartą i wesołą. Przychodziłem na spotkania sołeckie, pikniki czy na pogadanki w szkołach, żeby się przedstawić. "Miło pana poznać"- słyszałem.

Naprawdę nie spotkał się pan z agresją?

Jeśli już, to tylko, gdy przychodziłem lub przyjeżdżałem na interwencję w różnych sprawach, które nieraz dotyczyły osób pijanych. Pamiętam, jak pojechałem kiedyś do domu, gdzie kłóciło się dwóch sąsiadów z trzecim. Ci dwaj byli mocno pod wpływem. Wezwała mnie rodzina. Na widok munduru panowie zapomnieli o swojej kłótni i całą agresję skierowali na mnie.

Ucierpiał pan?

Nie. Ale sam z obydwoma musiałem sobie poradzić. Nie tylko naruszono moją nietykalność, ale też zostałem znieważony słowami wulgarnymi. Jednego z panów obezwładniłem, zatrzymałem i zawiozłem do aresztu. Drugiego dopiero następnego dnia.

Często panu grożono?

Zdarzało się. To jest wpisane w pracę policjanta. Gdybym miał się przejmować groźbami, musiałbym zmienić zawód. A ja po prostu robiłem swoje. Ale, co ciekawe, nigdy nie miałem nieprzyjemnych telefonów, choć numer do mnie był dostępny dla każdego mieszkańca. Czasem tylko dzwonili starsi ludzie, żeby porozmawiać o swoim życiu. Zwierzali mi się z problemów.

Czyli czasami był pan "telefonem zaufania"?

Zawsze chętnie rozmawiam z ludźmi i ich słucham. Gdy starsze osoby skarżyły się, że dzieci już nie mają dla nich czasu. Że siedzą razem przy stole i bliscy się do niego w ogóle nie odzywają. Starałem się im tłumaczyć, że tak wygląda dziś świat. Że żyjemy w ogromnym tempie, mamy mnóstwo obowiązków. I że stąd na przykład może wynikać zmiana w zachowaniu bliskich.

07.09.2017  Krakow , Komenda Wojewodzka Policji . Malopolskie zawody na dzielnicowego roku . Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta
Dzielnicowy, tak jak każdy inny policjant, szkoli się w strzelaniu i nosi przy sobie broń (fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta)

Interweniował pan w takich rodzinach?

Czasami tak. Dzwoniłem albo szedłem porozmawiać. Mówiłem, że bliski ewidentnie potrzebuje kontaktu, że trzeba go włączać w życie rodzinne, w prace domowe. Częstą reakcją było zdziwienie, ale dawało to skutek. Rodziny zaczynały się ze sobą częściej spotykać. Rodzice zawozili dziadkom wnuki, wspólnie pracowali koło domu.

Najczęstszy widok dzielnicowego to policjant z teczką pełną dokumentów pod pachą. Chodziłem tak od domu do domu, rozmawiałem z ludźmi. Jednocześnie byłem w stałym kontakcie z dyżurnym komendy. Zdarzało się, że dzwonił do mnie i prosił, żebym interweniował, bo na przykład doszło do kolizji albo kradzieży w sklepie. Gdy byłem w pobliżu, od razu mogłem podjechać i zebrać materiał na miejscu.

A to już rozumiem, dlaczego oficerowie prasowi podają informacje, że dzielnicowy znalazł przy kimś narkotyki albo złapał złodzieja.

Zdarzało się. Dzielnicowy to przecież policjant, tak samo ma środki przymusu bezpośredniego jak każdy inny funkcjonariusz. Poza tym, jak chodzi w terenie, to sporo widzi. Na przykład, że ktoś się dziwnie zachowuje. Dokonuje więc kontroli i znajduje przy tej osobie np. substancje odurzające.

Przez prawie dziewięć lat pracy wiele razy interweniowałem też przy różnych zdarzeniach, m.in. przy kradzieżach. W niektórych przypadkach moje informacje okazały się kluczowe dla wykrycia sprawców.

To ile skradzionych rowerów pan odnalazł?

Tyle było podobnych zdarzeń, że ich nie liczyłem. W pamięci utkwiły mi raczej zgony i przypadki przemocy domowej. Nieprzyjemnie się patrzy, kiedy dwoje dorosłych krzyczy lub wyzywa się nawzajem, nieraz jeden z nich jest pijany, a obok na to wszystko patrzą bardzo małe dzieci i płaczą. To najtrudniejsze, najsmutniejsze sprawy.

Ja po prostu lubiłem być dzielnicowym i starałem się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Mam pani opowiadać o tym, jak goniłem w lesie mężczyznę poszukiwanego do nakazu sądowego i jak go złapałem, mimo że był dobrych kilkaset metrów przede mną? Po prostu mam dobrą kondycję, jestem szczupły. To nie żadne bohaterstwo.

30.12.2019 Rzeszow , Rynek . Przekazaine i poswieceie dwoch nowych radiowozow Volkswagen Transporter dla Komenty Miejskiej Policji w Rzeszowie . Miasto dofinansowalo zakup samochodow kwota 390 tys ( calkowita kwota zakupu to poad 400 tys ) .Fot. Patryk Ogorzalek / Agencja Gazeta
Dzielnicowy jest podczas dyżuru w kontakcie z miejscową komendą (fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Jako dzielnicowy łączył pan obowiązki policjanta z byciem kimś w rodzaju mediatora czy rodzinnego psychologa.

Powiem tak: zdarzało mi się łagodzić napięte relacje między małżonkami. Ale terapia to nie była, więc z tym byciem psychologiem raczej pani przesadza. W kilkanaście minut nie rozwiążę przecież problemów, które narosły przez lata.

Owszem, mogę coś podpowiedzieć, poradzić, gdzie się zwrócić. Czasem to pomagało.

Ale nic pan nie nakazywał?

W takiej sytuacji nie. Od zawsze wykorzystuję więc intuicję i wrodzoną otwartość na innych. Jak trzeba, to rzucę żart dla rozluźnienia atmosfery albo porozmawiam gwarą - przecież jestem góralem. I takim samym człowiekiem, jak mieszkańcy, których odwiedzałem.

Nie znaczy to jednak, że tylko żartowałem. Kiedy trzeba było pouczyć kogoś, robiłem to zgodnie z przepisami, cytując odpowiednie paragrafy. Albo przekonywałem np. skłóconych sąsiadów, że lepiej będzie, jak się dogadają sami, zamiast iść do sądu. Będzie taniej, szybciej i zdrowiej. Zawsze dążyłem do tego, by zwaśnione strony się pogodziły.

A o co zwykle kłócili się sąsiedzi?

Różne były przypadki. Najczęściej o granice działki czy o drogę dojazdową.

Pewnie w ciągu tych dziewięciu lat miał pan tysiące najróżniejszych interwencji.

Zwykle zdarzeń przybywało w weekendy. Najbardziej zaskakujące były dla mnie kłótnie w Wigilię. Zdarzało się, że tego dnia jeździłem na interwencje od rana do wieczora i modliłem się po drodze, żeby tylko udało mi się zdążyć do domu na kolację z rodziną. 

Sporo interwencji miałem też w inne święta. Często było to oczywiście zakłócanie spoczynku nocnego - sprawa pozornie prosta dla interweniującego policjanta, a jednak nie zawsze. Załóżmy, że zgłasza pani, że sąsiedzi zakłócają pani nocny odpoczynek. Dzielnicowy idzie do sąsiadów, a ci mówią: ale u tej pani telewizor jest za głośno.

18.12.2019 Szczecin , ulica Jana z Kolna , Trasa Zamkowa . Mural policjanci kontroluja predkosc w miejscu , gdzie kierowcy czesto przekraczaja predkosc a policja czesto prowadzi kontrole predkosci .Fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta
Dzielnicowy musi się też znać na prawie drogowym (fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

I co?

Jeżeli interwencja nie przyniosła skutku, a wobec interweniującego były już zastosowane konsekwencje prawne, dzielnicowy informuje, że osoba, która czuje się pokrzywdzona, może złożyć zawiadomienie na komendzie. Jeśli tak zrobi, dzielnicowy zostaje świadkiem z urzędu.

Przepraszam za to pytanie  - ale czy jako dzielnicowy nie czuł się pan czasami policjantem od "gorszych" spraw?

A dlaczego? Tak jak powiedziałem na początku naszej rozmowy, bardzo lubiłem być dzielnicowym. I nigdy nie czułem się gorszy w porównaniu z kolegami z innych wydziałów. Ja musiałem przecież znać się na wszystkich rodzajach spraw. I kryminalnych, i drogowych, i rodzinnych.

Poza tym dzielnicowy realnie pomaga ludziom. Czasem tylko radą czy informacją, a czasem wręcz poprawiając relacje sąsiedzkie czy rodzinne, uświadamiając pewne sprawy.

To znaczy?

W sklepie monopolowym doszło do kradzieży. Przyjeżdżam na miejsce i najpierw rozmawiam z osobą, która została złapana przez personel. Tłumaczę, że w przypadku, gdyby pracownicy nie dostrzegli kradzieży, musieliby zapłacić za towar, który zniknął. A to krzywdzenie innych ludzi, bo przecież sprzedawczynie nie zarabiają kokosów, a mają na utrzymaniu rodziny. Dopiero potem rozpoczynam wypełnianie dokumentów, które są niezbędne, by złodziej poniósł karę.

A wie pani, jaką interwencję wspominam jako najdziwniejszą? Rodzina pokłóciła się o Internet. Jedna osoba zabraniała reszcie z niego korzystać. Wytłumaczyłem panu, który wprowadził ten zakaz, że płaci za transfer danych niezależnie od tego, ile osób i w jakim czasie łączy się z siecią. I  wszyscy byli zadowoleni.

Jak pana zdaniem zmieniły się nasze problemy w ostatnich paru latach?

Zauważyłem, że ludzie przestają ze sobą rozmawiać. Jest to moim zdaniem ogromny problem, zwłaszcza w związkach. Dzielnicowy przyjeżdża na interwencję i na miejscu okazuje się, że w tym domu mało jest rozmowy. Członkowie rodziny albo są w pracy, albo w biegu po pracy i powstają nieporozumienia.

S20.08.2012 CZESTOCHOWA , KIESZONKOWIEC .FOT . GRZEGORZ SKOWRONEK / AGENCJA GAZETA
Dzielnicowi zatrzymują też kieszonkowców (fot. Grzegorz Skowronek/AG)

A gdyby ludzie ze sobą rozmawiali, to wielu późniejszych nieporozumień można by uniknąć. Mam na myśli zarówno dyskusję o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia, jak i o tym, co nas boli czy denerwuje. Trzeba z drugą osobą rozmawiać, zanim się nieporozumień nazbiera i problem urośnie do gigantycznych rozmiarów. I trzeba będzie zadzwonić po dzielnicowego.

Wojciech Copija. Aspirant sztabowy. W policji od 13 lat. Zaczynał w prewencji, a w 2010 roku został dzielnicowym w gminie Zawoja. Od maja 2019 jest oficerem prasowym Komendy Powiatowej w Suchej Beskidzkiej.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, z którymi rozmawia też w podcaście "Miłość i Swoboda", kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku