Amor Zwycięski

Amor Zwycięski (fot. Gemäldegalerie, Berlin)

ludzie

Michelangelo Merisi da Caravaggio. Geniusz i morderca, który z brzydoty uczynił piękno

Przez lata pracował poniżej swoich możliwości. Malował miniaturowe obrazki świętych, tworzył szkice antycznych rzeźb i rysował portrety przybyłych do Rzymu pielgrzymów. Był wyrzutkiem, buntownikiem, pijakiem, awanturnikiem, który całe życie miotał się między miłością a nienawiścią, bogactwem a biedą, salonowymi zaszczytami a zapchlonymi celami miejskich aresztów.

"Pokora zabija dumę" - taka inskrypcja widnieje na mieczu trzymanym przez młodego Dawida, którego namalował w 1607 roku Caravaggio. Półnaga postać Dawida wyłania się z nieprzeniknionego mroku, trzymając w lewej ręce odciętą głowę Goliata. Goliat jest barbarzyńcą, brutalem, mordercą słusznie ukaranym za swoje winy. Realizm jego martwej twarzy przeraża - oczy są półotwarte, okolone zarostem usta wykrzywione w ostatnim grymasie.

Michelangelo dobrze wiedział, jak wygląda odcięta od ciała głowa. Był to pierwszy widok, jaki przywitał go w Rzymie, gdy przybył do niego na piechotę w 1592 roku. Młody mężczyzna, przekonany o swym talencie, który tylko w Rzymie będzie mógł jaśnieć należytym blaskiem, spodziewał się zobaczyć w Wiecznym Mieście sztukę najwyższej próby i rozkochanych w pięknie ludzi. A powitał go smród rozkładających się głów złoczyńców zatkniętych na murach Zamku Świętego Anioła. Ich widok go przeraził. 

21-letni Caravaggio miał przy sobie tylko tobołek z pędzlami, odrobinę składników do utarcia farb, ubranie, którego nie zmieniał przez kolejnych kilka lat, oraz krótki miecz ukryty pod koszulą. W obawie o własne bezpieczeństwo zawsze nosił go przy sobie i chętnie z niego korzystał. Zbyt chętnie. Któregoś dnia, u szczytu swych artystycznych możliwości, mając reputację największego z rzymskich malarzy, zamorduje nim człowieka. I stanie się wyrzutkiem. Banitą uciekającym do końca swych dni przed długim ramieniem sprawiedliwości. Barbarzyńcą Goliatem, którego odciętej głowie na słynnym obrazie z 1607 roku nadał własne rysy. 

Po lewej: Dawid z głową Goliata (fot. The Yorck Project), po prawej: portret Michelangelo Merisi da Caravaggio namalowany przez Ottavio Leoni (fot. Biblioteca Marucelliana)
Po lewej: Dawid z głową Goliata (fot. The Yorck Project), po prawej: portret Michelangelo Merisi da Caravaggio namalowany przez Ottavio Leoni (fot. Biblioteca Marucelliana)

Bachus awanturnik

Michelangelo Merisi, bo takie imię nosił artysta, który zasłynął pod przydomkiem Caravaggio, urodził się w 1571 roku w zamożnym Mediolanie, w rodzinie Ferma Merisiego. Ojciec był zarządcą oraz dekoratorem, pracował dla władającej miastem dynastii Sforzów. Caravaggio zaś to niewielka miejscowość pod Mediolanem, do której rodzina przyszłego malarza uciekła przed zarazą, jaka rozszalała się w okolicy w 1575 roku. To tam Michelangelo spędził dzieciństwo.

Jego dziadek ze strony matki był architektem. Udzielał wnukowi pierwszych lekcji rysunku, poznawał z malarzami tworzącymi freski w okolicznych kościołach. Jednak to Sforzowie oraz spokrewnieni z nimi Colonnowie najsilniej wspierali wcześnie osieroconego chłopca (ojciec zmarł, gdy Michele miał zaledwie sześć lat). Pomagali mu od czasu, gdy jako 13-latek trafił do pracowni mistrza Simona Peterzana, ucznia samego Tycjana, po dzień, w którym musiał uciekać z Italii.

Sforzowie rozumieli sztukę. W końcu to pod ich dachem i ich patronatem tworzył największy artysta poprzedniej epoki - Leonardo da Vinci. Młody Michele pragnął mu dorównać. W wolnych chwilach chodził do klasztoru Dominikanów przy bazylice Santa Maria delle Grazie, gdzie na ścianie refektarza mistrz namalował "Ostatnią Wieczerzę", najbardziej rewolucyjne dzieło Renesansu. Obraz pełen ruchu, a jednak statyczny, przepełniony emocjami, a jednocześnie zmuszający do refleksji. Właśnie tak chciał malować Merisi. Grać światłem i cieniem, pokazywać skrajne emocje.

Odpoczynek w czasie ucieczki do Egiptu (fot. Art Renewal Center)
Odpoczynek w czasie ucieczki do Egiptu (fot. Art Renewal Center)

Aby opłacić kosztowną naukę u Peterzana, matka Caravaggia sprzedała część rodzinnego majątku. Młody Michele uczył się szybko, lecz był krnąbrny, trudny. W dodatku wszedł w otwarty konflikt z pomocnikiem mistrza Peterzana, który w odwecie za odrzucone awanse obmawiał młodego malarza i umniejszał jego możliwości. Ponoć właśnie na stancji u Peterzana nastoletni Michele poznał miłość homoseksualną. Przez resztę życia był biseksualny, pragnął równie gwałtownie kobiet, jak i mężczyzn. Pięknie to zresztą pokazał Derek Jarman w pochodzącym z 1986 roku filmie "Caravaggio". Grany przez Nigela Terry'ego malarz z równym pożądaniem patrzy na ulicznicę Lenę (w tej roli Tilda Swinton), jak i jej ukochanego Renuccia Tomassino (wcielił się w niego Sean Bean). Filmowy liryzm kłóci się z przekazami historycznymi - wiedza o życiu malarza pochodzi głównie z policyjnych kartotek.

Zanim jednak trafi na ich karty, zakończy naukę fachu. Musi zdać egzamin - nie tylko pokazać, że rozumie perspektywę, potrafi wykorzystywać światłocień, wie, jak światło gra na obrazie w zależności od kąta padania, ale też dowieść, że zna imiona świętych i przypisane im atrybuty. Bo w tamtych czasach bycie artystą nie oznaczało tworzenia wiekopomnych dzieł wypływających z głębokiej wewnętrznej potrzeby, lecz masowe malowanie wizerunków Matki Boskiej i świętych, chętnie potem kupowanych przez mniej i bardziej zamożnych mieszczan oraz przyjezdnych. Pracownie malarskie we Florencji, Mediolanie i Rzymie nie były przybytkami sztuki, lecz warsztatami rzemieślniczymi, w których malarze musieli równie sprawnie ucierać pigmenty, jak i odpowiadać na pytania, czy św. Jerzego należy namalować ze smokiem, czy też naszpikowanego strzałami?

Ta wiedza przydała się młodemu Merisiemu po przybyciu do Rzymu. Jedynym zajęciem, jakie mógł wówczas znaleźć, było malowanie niewielkich obrazków świętych. Dzięki nim miał gdzie spać i co jeść, choć Monsignore Insalata - jak niepochlebnie nazywał swojego mocodawcę żywiącego się głównie liśćmi sałaty - zmuszał go do pracy po kilkanaście godzin dziennie. Wreszcie nie wytrzymał. Któregoś dnia, gdy pracodawca ponownie zarzucił mu lenistwo, rzucił się na niego z pięściami. Pobił go dotkliwie, zabrał swoje pędzle i wyszedł.

Wieczerza w Emaus (fot. National Gallery w Londynie)
Wieczerza w Emaus (fot. National Gallery w Londynie)

Gwiazda rocka pod opieką papieża

"Jego wpływ na sztukę można przyrównać do tego, jaki miał ruch grunge na muzykę, a Hemingway na literaturę" - pisał w książce "Caravaggio: A Life Sacred and Profane" Andrew Graham-Dixon. "Wyciął z malarstwa wszystko, co zbędne, napompowane i sztuczne, zostawiając tylko jego najczystszą esencję". Mówi się, że Caravaggio, pogrobowiec Renesansu i ojciec chrzestny Baroku, stworzył współczesne malarstwo.

Jego obrazy były równie prowokujące jak ich autor. Nie robił szkiców, nie studiował tygodniami odpowiednich póz, nie testował kolejnych koncepcji. Przyprowadzał z ulicy pijaków, prostytutki, młodych chłopców, którzy za kilka monet oddawali się każdemu, i budował z nich żywe sceny. Jego święte i Matki Boskie to tanie rzymskie ladacznice, które pozowały za marną zapłatę i dzban wina. Uduchowieni święci to złodzieje, bandyci i żebracy wyciągnięci z zaułków Zatybrza. Jego postaci cierpiały, krwawiły. Zupełnie jak on sam.

Przebierał swoich modeli w bogate stroje mieszczan lub drapował na nich barwne tkaniny, układał kompozycję z ludzi i przedmiotów, wyciągał zagruntowane na czarno płótno i malował. Współcześnie wykonywane prześwietlenia obrazów Caravaggia pokazują, że szkic traktował pobieżnie i rzadko poprawiał raz stworzoną kompozycję. Czasami dla większego efektu przesuwał soczysty owoc w koszu albo chował za draperią kolano malowanej postaci, bo niepotrzebnie skupiało uwagę widza.

Był wyrzutkiem, chwalipiętą, na zmianę żebrakiem i bogaczem. Bankrutował, zdobywał majątek, przepijał go, zarabiał. Żył jak gwiazdy punk rocka. Był niewątpliwym geniuszem, który potrafił grać światłem jak nikt inny, tworzyć bogate, pełne napięcia kompozycje, ociekające emocjami niemal żywe sceny. To sprawiało, że szybko znajdywał kolejnych zamożnych opiekunów. Ale nie potrafił im czapkować, wykazywać się pewną uniżonością, jakiej wymagano od niskiego stanu artystów. Przeciwnie - drwił z nich i obrzucał wyzwiskami.

Po lewej: Chłopiec z koszykiem owoców (fot. Galleria Borghese, Rzym), po prawej: Wskrzeszenie Łazarza (fot. Museo Nazionale, Messina)
Po lewej: Chłopiec z koszykiem owoców (fot. Galleria Borghese, Rzym), po prawej: Wskrzeszenie Łazarza (fot. Museo Nazionale, Messina)

Potrafił malować bez wytchnienia przez dwa tygodnie, by kolejny miesiąc spędzić, wałęsając się po szemranych karczmach, pijąc i szukając zaczepki. Tylko w pierwszych latach XVII wieku stawał przed sądem 11 razy. Zarzuty były przeróżne. Od obrzucenia inwektywami stróża prawa, przez wypisywanie na murach obscenicznych wierszyków obrażających jego malarskich rywali, po znęcanie się nad kelnerem, który przyniósł mu niewłaściwie przyrządzone karczochy. Gdy właścicielka domu, który wynajmował, skonfiskowała jego rzeczy za niepłacenie czynszu, zamiast próbować załatwić sprawę polubownie, powybijał jej okna.  

Był gniewny, wybuchowy, nieokiełznany. Potrafił w sekundę przejść od głębokiej miłości i pożądania do nienawiści i odrazy, od przyjacielskich rozmów do inwektyw i rękoczynów. Przebywanie z nim przypominało życie na beczce prochu. Nigdy nie było wiadomo, czy jakaś iskra nie doprowadzi do wybuchu. Nigdzie nie zagrzał miejsca. Przekonany o swoim wyjątkowym talencie, wręcz pyszałkowaty, regularnie obrażał innych artystów, mecenasom i kupcom odmawiał gustu, drwił z bogatych kardynałów zamawiających jego obrazy.

Krótki miecz, jaki zakupił jeszcze w Mediolanie, nieraz służył mu do obrony. Tak przynajmniej sam lubił to określać - nie wdawał się w bitki, lecz się bronił. Rzym przełomu wieków był miastem pełnym przemocy, a pielgrzymów odwiedzających Wieczne Miasto "witali" czyhający w zaułkach złodzieje. Po każdej nocy z Tybru wyławiano ciała zamordowanych ludzi. Zabitych dla pieniędzy, z zemsty czy po prostu w jakiejś sprzeczce nad dzbanem wina.

Aż dziw bierze, że sam Caravaggio nie skończył w Tybrze. Z opresji wyciągali go możni klienci i mecenasi, a nawet sam papież. Ale w 1606 roku nawet on nie był w stanie mu pomóc. Michelangelo Merisi da Caravaggio śmiertelnie ugodził Rannuccia Tomassino z Terni. Imię, nazwisko i miejsce pochodzenia - tyle wiadomo o ofierze. Dixon twierdzi, że powodem sprzeczki, która tragicznie się zakończyła, była namiętność obydwu mężczyzn do uprawiającej prostytucję kobiety. Faktem jest, że Caravaggio z uwielbianego i zamożnego malarza stał się wygnańcem, zbiegiem, który musiał uciekać z Italii na Maltę. Ale nawet potężni rycerze maltańscy nie mogli pomóc. A może raczej - pomóc sobie nie pozwolił.

Przeznaczenia nie można uniknąć

Oratorium konkatedry św. Jana w Valletcie na Malcie jest niewielkie i ubogie w porównaniu z samą wyjątkowo barwną, przesyconą ornamentami świątynią. Jednak jest najważniejszym miejscem na wyspie. Bo też jednym z najważniejszych w historii sztuki. To tam na przeciwległych ścianach prezentowane są dwa dzieła będącego u szczytu możliwości twórczych Caravaggia: "Ścięcie św. Jana" oraz "Św. Hieronim piszący". Oba są niczym memento mori artysty, który nieustannie balansował na krawędzi życia i śmierci.

Ścięcie św. Jana Chrzciciela, konkatedra świętego Jana, Valletta (fot. The Yorck Project)
Ścięcie św. Jana Chrzciciela, konkatedra świętego Jana, Valletta (fot. The Yorck Project)

Kompozycja dzieła, przedstawiającego akt dekapitacji zamordowanego Jana, skupia się w lewej połowie obrazu. A ostre światło, jakie wykorzystał artysta, pochodzi ze znajdującego się nad obrazem okrągłego okna oratorium. Scena dzięki niemu wygląda jak kadr z filmu. Półnagi żołnierz chowa za plecami nóż i za chwilę odetnie nim głowę proroka. Służka nachyla się, trzymając w rękach złotą tacę, na którą wskazuje jeden z bohaterów. Ktoś przygląda się scenie zza zakratowanego okna. I tylko stara, siwa kobieta łapie się za głowę - pojmuje, do jakiej zbrodni tu właśnie doszło. Scena jest druzgocąca. Podobnie jak wcześniejsze "Ukrzyżowanie św. Piotra".

Ten oraz dwa inne obrazy miały pomóc Caravaggiowi zaskarbić sobie przychylność rycerzy maltańskich, zamożnego zakonu, którego członkowie rekrutowali się spośród najzacniejszych rodzin Europy. Byli wpływowi, mogli wystarać się o oddalenie zarzutów i uratować malarzowi życie. Wielki mistrz zakonu Alof de Wignacourt był człowiekiem potężnym. Dlatego artysta tuż po przybyciu na Maltę namalował jego portret. Dzieło zostało przyjęte pozytywnie, a sam wielki mistrz uczynił Caravaggia nadwornym malarzem zakonu oraz zaproponował mu wstąpienie do nowicjatu.

Wydawało się, że ocalenie jest blisko. Że widmo śmierci nareszcie opuści malarza. Zazna spokoju, dostatku i będzie mógł tworzyć bez konieczności podporządkowania się pospieszającym go klientom. Ale jego awanturnicza natura nie dała się udobruchać na długo. Wszedł w konflikt z jednym z rycerzy. Spór był na tyle zażarty, że w przypływie szału Caravaggio bliski był pozbawienia rycerza życia. Pobitego znaleźli towarzysze, a Caravaggio został usunięty z zakonu w trakcie ceremonii w oratorium konkatedry św. Jana. Tym samym, które zdobią jego obrazy. Był grudzień 1608 roku.

Pojmanie Chrystusa (fot. National Gallery of Ireland)
Pojmanie Chrystusa (fot. National Gallery of Ireland)

Przez kolejne półtora roku włóczył się pomiędzy sycylijskimi miastami z nadzieją, że uda się mu przebłagać papieża i będzie mógł wrócić do Rzymu oczyszczony z zarzutów. Malował kolejne obrazy, wierząc, że posłużą jako łapówki dla wszechwładnych kardynałów. Postanowił zaryzykować i wrócić do centralnej Italii. W drodze został okradziony z cennych płócien, którymi chciał zapłacić za swoją wolność. Gonił złodzieja, popłynął za nim do Toskanii. Jednak po drodze podupadł na zdrowiu. Trawiła go gorączka, zaczął majaczyć, wreszcie zmarł, mając 39 lat, w niewielkim Porto Ercolo w pobliżu Grosetto. Jego ciało zostało wrzucone do zbiorowego grobu. Największy malarz Rzymu skończył życie pozbawiony sławy, pieniędzy, a nawet własnego imienia.

Nigdy się nie dowiedział, że jego obraz "Złożenie do grobu" kupił sam Rubens. Że Velázquez nie stworzyłby swych dzieł pełnych zastygłych emocji, gdyby nie on. Rembrandt i Vermeer głównie dzięki fascynacji jego twórczością zostali mistrzami światłocienia. Kolejni malarze, od Goi po Francisa Bacona, przyznawali się do wpływu, jaki wywarł na nich ten geniusz i morderca, zapomniany na niemal dwa wieki.

Caravaggio nigdy nie otworzył swojej pracowni, nie miał uczniów. Wiele jego obrazów zostało przypisanych innym, mniej znanym malarzom i powoli zapominano o artyście. Dopiero początek XX wieku przyniósł wzrost zainteresowania nim, zawdzięczany cenionemu włoskiemu historykowi sztuki Robertowi Longhiniemu, który napisał pierwszą monografię Caravaggia.

15 lutego w Rijksmuseum w Amsterdamie zostanie otwarta ekspozycja "Caravaggio-Bernini. Rzymski barok". Wystawa, na której zgromadzono ponad 70 prac artystów i ich naśladowców, potrwa do 7 czerwca.

***

Przygotowując artykuł, korzystałam z:
- Tilman Roering, "Tajemnice Caravaggia", Wydawnictwo Muza;
-  Andrew Graham-Dixon, "Caravaggio: A Life Sacred and Profane, Penguin Books";
- materiałów The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka. Dziennikarka i redaktorka zajmująca się głównie tematyką popularnonaukową. Związana m.in z Życiem Warszawy i Weekend.Gazeta.pl oraz z Magazynem Wirtualnej Polski.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (19)
Zaloguj się
  • rozterka47

    Oceniono 23 razy 23

    Geniusze rzadko bywają statecznymi obywatelami .

  • krzysztof_ptk

    Oceniono 22 razy 22

    Wychował się w urzędniczej rodzinie, zapewniającej wszystko, co zabija artystyczną wolność. Wybierając osobistą wolność stał się jednym z wielu, bogaczem i biedakiem, Jego życie nie było łatwym. Jak i Vincent van Gogha itd...A mimo to przeszli do historii ludzkości.

  • tygrysio_misio

    Oceniono 19 razy 19

    19€ za bilet śmieszne pieniądze. W Berlinie jeszcze taniej.

    Jedyny problem to czas. W 7h (zakładam czas otwarcia jaki jest w muzeach w Berlinie) nie da się obejrzeć 70 obrazów :-)

    To właśnie podczas takich "najlepiej wydanych 10€ w życiu" przekonałam się, że moją ulubioną emocją/uczuciem jest zachwyt.

  • maria.czarnecka

    Oceniono 7 razy 7

    Caravaggio został członkiem zakonu maltańskiego. Złożył śluby 14 lipca 1608 roku przed Wielkim Mistrzem w kaplicy Św. Jana. (Valetta)Wianem zakonnym był obraz " Ścięcie Św.Jana." Choć został z zakonu usunięty (za pojedynek), o sobie do końca życia mówił: Fra’ Michelangelo Caravaggio.

  • miki_riki_11

    Oceniono 6 razy 6

    Genialne obrazy,takich dzieł nie mógł namalować zwykły ziemianin,jak to powstawało w ich głowach? I jacy byli nieszczęśliwi,młodo umierali,często w nędzy.

  • tinorossi

    Oceniono 6 razy 6

    Mam swój ulubiony obraz Caravaggia , to Amore dormiente , który znajduje się w Palacu Pittich we Florencji .Kilkuletni chłopczyk wylania się z mroku . Spi z otwarta buzia , a nad jego ciałkiem widać delikatny zarys skrzydel .

  • apollo1966

    Oceniono 4 razy 4

    Caravaggio malował fotografie, kiedy jemu samemu i nikomu w ogóle się nie śniło, że kiedyś człowiek będzie robił jakieś fotografie.

  • rozterka47

    Oceniono 4 razy 4

    Obrazy są zachwycające .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX