Piotrek nie myśli jak typowy ośmiolatek

Piotrek nie myśli jak typowy ośmiolatek (Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta)

reportaż

Po diagnozie chciałam wykrzyczeć lekarce: "Jest pani młoda i głupia, pójdę do kogoś innego"

Zdarzało się, że ktoś dzwonił na policję, bo przechodził pod oknem, a Piotrek się wydzierał, jakbyśmy robili mu krzywdę. Gdy domaga się słodyczy, a powiem mu "nie", potrafi wrzeszczeć na całe gardło, że nie daję mu jeść i umiera z głodu - opowiada matka chłopca w książce Jacka Hołuba "Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera".
  1. Schody zaczęły się w zerówce. Piotrek dostawał uwagi za to, że nie słucha nauczycielki, krzyczy, tarza się po podłodze, wchodzi pod ławki i biega w kółko po sali. Czułam się strasznie, czytając kolejny raz, że narozrabiał, nie chciał iść w parze albo dostał napadu furii i płaczu. Mówiłam mu, żeby był grzeczny i słuchał pani, tłumaczyłam, że tak nie wolno, ale nie docierało. Byłam bezsilna.*

Wychowawczyni chciała coś zrobić, szukała pomocy, ale nie wiedziała jak się do tego zabrać. Kompletnie sobie z nim nie radziła. Przyznaję, temperowała zachowanie grupy wobec syna, bo dzieci traktowały go jak dziwaka. Gdy ktoś coś zbroił, a nie wiedziała kto, nie zakładała od razu, że to na pewno Piotrek.

Chcieliśmy się dowiedzieć, dlaczego syn jest taki wybuchowy. Kiedy miał sześć lat, zabraliśmy go z mężem na prywatną konsultację do psycholog. W gabinecie był niespokojny, nie mógł usiedzieć w miejscu, kilka razy wybuchał płaczem. Psycholożka stwierdziła, że ma zaburzenia emocji, i zaproponowała terapię. Raz w tygodniu, po sto pięćdziesiąt złotych za godzinę. Podziękowaliśmy, nie stać nas na taki wydatek.

Na psychologa z NFZ czekaliśmy cztery miesiące. Na początku chodziliśmy z Piotrusiem do przychodni co dwa tygodnie, takie były terminy. Mniej więcej po pół roku zaczął systematyczną terapię, raz na tydzień. Po którejś wizycie psycholożka poradziła mi, żebym skonsultowała się z psychiatrą. Poszliśmy, opowiedziałam pani doktor o zachowaniach syna. Stwierdziła, że zacznie go obserwować w kierunku nadpobudliwości.

Wtedy zaczęło do mnie docierać, że Piotrek ma ADHD. To było jak najczarniejszy sen. Wiem, co to znaczy, pracowałam w podstawówce z takimi dziećmi. W piątej klasie miałam chłopca z ADHD, który nie odbywał żadnej terapii. Na lekcjach biegał po sali, wychodził z klasy, kiedy mu się podobało, gdy się znudził, rzucał zeszytami i książkami, wściekał się, kiedy mu na coś nie pozwalałam. Wiedziałam, że nie panuje nad sobą - najpierw robi, potem myśli. Inne dzieci śmiały się z niego i wytykały go palcami. Były dla niego bezwzględne i okrutne.

Gdy pomyślałam, że coś takiego czeka mojego Piotrka, miałam ochotę usiąść i płakać.

Matka chłopca wiedziała, co oznacza uczeń z ADHD dla nauczyciela (Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)
Matka chłopca wiedziała, co oznacza uczeń z ADHD dla nauczyciela (Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Po diagnozie chciałam wykrzyczeć lekarce: "Jest pani młoda i głupia, pójdę do kogoś innego". Chciałam usłyszeć, że się pomyliła, że syn jest tylko bardziej ruchliwy i niegrzeczny od innych dzieci. Co z tego, że ma większość książkowych objawów? Wszystko mu przejdzie, wystarczy tylko, że poświęcę mu więcej czasu.

Wciąż mam mnóstwo obaw. O to, że syn nie dostosuje się społecznie. Że w tej swojej impulsywności zrobi sobie krzywdę. Że nie będzie umiał napisać testów w szkole i będzie miał problemy z edukacją. Że nie poradzi sobie w życiu. Że zrobi coś naprawdę złego, bo da się podpuścić kolegom. Teraz jest dzieckiem, jest pod naszą opieką. A co będzie, jak skończy szesnaście lat, pójdzie sam do miasta i coś nabroi, bo poniosą go nerwy? Nieraz się śmieję, że kiedyś wujek przywiezie go do domu radiowozem. Szwagier jest policjantem. Wcale mnie to nie bawi, to śmiech przez łzy.

Cały czas się boję, że Piotrek nieświadomie narazi się na agresję innych albo wpędzi się w jakieś kłopoty. Kiedy idziemy ulicą i ktoś na niego spojrzy, przeważnie jakiś nastolatek, potrafi powiedzieć: "Czego się gapisz?". Nie pomyśli, że starszy chłopak może odebrać to jako zaczepkę. Kiedy będzie w grupie, może się zrobić naprawdę groźnie, bo nie pozwoli się obrażać takiemu dzieciakowi. Mówię mu: "Piotruś, a wiesz, że jak będziesz sam wracał ze szkoły i komuś tak powiesz, to ten ktoś może cię pobić?".

Wiem, że muszę mu wszystko tłumaczyć dosadnie. Jestem przerażona. Raz, że muszę mu opowiadać takie rzeczy, a dwa, że naprawdę może go to spotkać. A on mi odpowiada, że nic mu się nie stanie, bo gdyby jakiś chłopak robił mu krzywdę, to na pewno będzie przechodzić jakiś nauczyciel i mu pomoże.

"Albo ja, albo on"

Mąż nie chce rozmawiać na temat ADHD syna. Tak jakby unikanie tematu sprawiło, że problem zniknie. Paweł jest ochroniarzem. Dwanaście godzin pracuje, dwadzieścia cztery godziny ma wolne. Często go nie ma, a jak przychodzi, musi odespać nockę. Czasem się zdarza, że jest w domu trzy-cztery dni z rzędu. Panuje wtedy strasznie napięta atmosfera. Mogliby się z Piotrkiem nawzajem pozabijać. Jeden drugiego nie rozumie, mają do siebie pretensje. Piotrek przy ojcu cały czas chodzi podminowany. Pewnie dlatego, że niektóre zachowania syna, na które przestałam już zwracać uwagę, wyprowadzają Pawła z równowagi. Tata chciałby, żeby Piotruś był taki jak inne dzieci.

Ojciec chłopca nie chce rozmawiać na temat jego choroby (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)
Ojciec chłopca nie chce rozmawiać na temat jego choroby (Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)

Od momentu postawienia diagnozy ojciec nie odbiera Piotrka ze szkoły. Oznajmił, że nie pójdzie, bo się wstydzi. Nie chce wysłuchiwać uwag nauczycieli. Do sklepu ani na basen też go nie zabierze, bo Piotrek nie potrafi się zachować. To samo dotyczy terapii. W przychodni jest wiele gabinetów, nikt nie musi wiedzieć, że idzie z synem do psycholog czy psychiatry, ale się uparł. To ja załatwiam i umawiam wszystkie zajęcia, sama muszę pamiętać o terminach.

Do laryngologa też z nim nie poszedł. Bał się, że Piotrek zacznie szaleć w poczekalni. Kiedy mamy pójść do znajomych, mąż stawia warunek: idę albo ja, albo on. Pewnego razu powiedział, że ma nadzieję, że z naszego syna nie wyrośnie jakaś patologia. Najbardziej boli mnie to, że Paweł na każdym kroku pokazuje, że nie akceptuje zachowania Piotrka. Ja też bym chciała, żeby syn był spokojny i grzeczny, ale równocześnie zależy mi na tym, żeby czuł się kochany.

Mąż nie rozumie, że Piotr ma labilne emocje. Że nie myśli jak typowy ośmiolatek. Wścieka się, że powinien umieć się zachować, bo już jest dużym chłopakiem, że sam jest sobie winien, że nikt się nie chce z nim bawić. Piotrek reaguje na to krzykiem i płaczem. I spirala się nakręca. Paweł krzyczy, że Piotrek ma przestać, Piotrek krzyczy, że nie przestanie. Ojciec każe mu się zamknąć, on trzaska drzwiami.

Kiedyś Paweł stwierdził, że jak potrząśnie synem, to mu ta histeria przejdzie. Wiedziałam, że przemoc nie działa. Jego krzyki tylko nasilają histerię syna. Powiedziałam mu, że jak sobie nie radzi z atakami Piotrka, to ma po prostu wyjść z mieszkania. Lepiej żeby sobie poszedł, niż reagował agresją.

Mąż mnie krytykuje, że jestem dla syna zbyt łagodna, ale sam jest niekonsekwentny. Najpierw mu mówi, że już nigdy nie pozwoli mu oglądać telewizji albo grać na komputerze, a po dwudziestu minutach się zgadza. On sam jest uzależniony od gier i siedzi na telefonie. Woli, żeby Piotrek siedział przed telewizorem, inaczej sam musiałby się z nim bawić. Zdarza się, że grają w coś razem, są w jednej drużynie, ale najczęściej kończy się to kłótnią. Mąż bardzo chce wygrywać, a Piotrek nie jest jeszcze tak dobry z racji wieku. Paweł wkurza się na niego, że powinien zrobić coś tak czy tak, że wybrał złą broń albo źle zaatakował i przez niego przegrali i mówi, że już więcej z nim grać nie będzie.

Donosy od "życzliwych"

Mieszkamy w kamienicy na parterze. Mury są grube, sąsiedzi przywykli do awantur. Naloty MOPS-u i policji mamy od dwóch lat, mniej więcej co dwa tygodnie. Zaczęły się, kiedy Piotrek miał pięć i pół roku i zrobił się jeszcze bardziej krzykliwy i agresywny. Źle znosił słowa: "Nie możesz", "Nie wolno". Wrzeszczał, jakbym go obdzierała ze skóry. "Dlaczego mi nie wolno!!!", "Dlaczego mi tego nie dasz!!!". Potrafił krzyczeć w nieskończoność, raz za razem: "Ja tego chcę! Ja tego chcę! Ja tego chcę!". Urządzał nam piekło. I coraz bardziej się nakręcał. Nie wiedziałam, jak reagować. Próbowałam go ignorować, żeby mu pokazać, że jego zachowanie nie robi na mnie wrażenia, i wychodziłam z pokoju. Wtedy z całej siły kopał w podłogę. "Dlaczego sobie poszłaś?! Dlaczego cię tu nie ma?!"

Kiedy próbowałam go uspokoić, wpadał w jeszcze większy szał.

Pracowniczki MOPS-u pukały do drzwi z zaskoczenia, nieraz o siódmej rano (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)
Pracowniczki MOPS-u pukały do drzwi z zaskoczenia, nieraz o siódmej rano (Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta)

Na początku było mi wstyd. Pracowniczki MOPS-u pukały do nas z zaskoczenia, nieraz o siódmej rano. Zaglądały nam do lodówki, sprawdzały, czy dzieci mają jedzenie, zerkały do szafek na ubrania, oglądały zabawki. Przeszukiwanie kuchni i odpowiadanie na pytania, dlaczego nie ma tego czy tamtego, to nic fajnego.

-A dlaczego dziecko je tylko jajka?

-Bo tylko to chce jeść.

Zupełnie jakbym nie chciała dać mu do jedzenia nic innego.

Musiałam wyjaśniać, dlaczego trzymamy w domu takie a nie inne leki, a w barku jest alkohol. Pracownice socjalne wypytywały, gdzie pracujemy, ile zarabiamy, co robimy z pieniędzmi, czy mamy popłacone rachunki. Traktowały nas jak patologiczną rodzinę. Wyjaśniałam, że oboje pracujemy, jesteśmy wykształceni, ale usłyszałam, że w domach lekarzy też mogą się dziać złe rzeczy.

Pokazywałam im umowę o pracę, na szczęście jest tam napisane tylko "nauczyciel". Dużo czasu upłynęło, zanim się przyznałam, że jestem katechetką. Panie nie skomentowały, tylko od stóp do głów zmierzyły mnie wzrokiem.

Mąż w ich obecności jest spokojny, stara się nie odzywać. Wścieka się dopiero, kiedy wychodzą. Nigdy nie powiedział wprost, że to przez Piotrka mamy na głowie opiekę społeczną, ale dawał to do zrozumienia. Zawsze stawałam w obronie syna.

- No przecież Piotrek ich sam do siebie nie wzywał - mówiłam.

Panie z MOPS-u poszły do szkoły Piotrka. Wypytywały wychowawczynię, czy nie widziała czegoś niepokojącego, czy dziecko jest dobrze ubrane i czyste, czy nie ma siniaków, przynosi drugie śniadanie, ma odrobione lekcje. Rozmawiały o naszej rodzinie z sąsiadami. To było strasznie upokarzające. Przychodzą do nas jak do sąsiadów z budynku obok, u których dzień w dzień odbywają się pijaństwa i libacje. Gdyby nie to, że w ośrodku pomocy pracuje moja koleżanka, pewnie mielibyśmy naloty znacznie częściej. Ostatnio zaproponowałam paniom herbatę i zapytałam, czy im się nie nudzi tak do nas przychodzić, bo przecież i tak wiedzą, co zastaną. Kiedyś w akcie bezsilności spytałam, czemu się nie zajmują rodzinami, w których jest patologia i alkohol. "Musimy sprawdzić każdy donos".

Donosy piszą "życzliwi", oburzeni tym, jak Piotrek zachowuje się w przychodni albo na ulicy. Żagań to małe miasteczko, ludzie wiedzą, gdzie mieszkamy. Zdarzało się, że ktoś dzwonił na policję, bo przechodził pod oknem, a Piotrek się wydzierał, jakbyśmy robili mu krzywdę. Gdy domaga się słodyczy, a powiem mu "nie", potrafi wrzeszczeć na całe gardło, że nie daję mu jeść i umiera z głodu. Na początku było mi przykro. Teraz traktuję panie z opieki społecznej jak listonosza. Po pół roku takich kontroli każdy by się przyzwyczaił.

Najgorzej było przed diagnozą. Trudno mi było wytłumaczyć, że syn reaguje histerią, kiedy mu czegoś zabronimy. Teraz jest łatwiej, pokazuję paniom zaświadczenie od psychiatry i sobie myślę: "Odczepcie się ode mnie, nie robię mu nic złego". Mówią, że okej. Każą mi tylko się podpisać, że były.

*Fragmenty książki "Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera" Jacka Hołuba KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO.PL>>>

Jacek Hołub, autor książki 'Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera' (fot. Monika Hołub)
Jacek Hołub, autor książki 'Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera' (fot. Monika Hołub)

Jacek Hołub. Ur. w 1972. Dziennikarz, autor książki "Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci" i współautor reporterskiej biografii dyrektora Radia Maryja "Imperator. Sekrety ojca Rydzyka". Pracował w "Gazecie Wyborczej", publikował również w m.in. "Dużym Formacie", "Wysokich Obcasach", "Ale Historii!" i "Newsweeku Historii". Z wykształcenia politolog i PR-owiec. Rzecznik Towarzystwa "J-elita", które pomaga osobom z nieswoistymi chorobami zapalnymi jelit, współpracownik portalu Niepełnosprawni.pl i magazynu "Integracja". Książka Żeby umarło przede mną znalazła się w finale Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej oraz zdobyła nominacje do Kryształowej Karty Polskiego Reportażu, nagrody MediaTory w kategorii ObserwaTOR oraz w plebiscycie serwisu Lubimyczytać.pl na najlepsze książki 2018 roku.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku