Przemoc wobec kobiet to ogromny problem w tej części świata

Przemoc wobec kobiet to ogromny problem w tej części świata (fot. Shutterstock)

reportaż

"Sąsiadka miała dwóch synów. Kiedy poszłam tam pierwszy raz, zgwałcili mnie. Wytrzymałam piętnaście dni"

- Wróciła do rodzinnego domu i nigdy nikomu nie opowiedziała, co ją spotkało. Za bardzo się wstydziła i nie znalazła słów, którymi mogłaby opowiedzieć takie rzeczy. Dziś wie, że jej historia nie jest wyjątkowa - pisze Beata Kowalik w książce "No pasa nada! Nic się nie dzieje". We wstrząsających reportażach autorka pokazuje codzienne życie kobiet w Meksyku.

Drobniutka, wystające żebra, nieśmiałe oczy za grubymi denkami okularów. Włosy siwawe, niesforne, luźno zebrane w malutki koczek. Żylaste ręce zaciśnięte na plastikowym fartuchu w kwiatki. Ma pięćdziesiąt cztery lata, choć wygląda na dużo więcej. Leo ma prawo starzeć się szybciej. Przeżyła co najmniej dwa życia, a w żadnym z nich nie było nic dobrego. Nie czuje się dobrze w roli bohaterki. Nie lubi być w centrum zainteresowania. Wypełnia jednak swoje zobowiązanie na prośbę bliskiej osoby. Zaczyna cichutko i spokojnie.*

Malutki trzyizbowy domek w wiosce na granicy stanów Puebla i Tlaxcala dzieliło dwanaście osób. Podnosili się ze słomianych sienników jeszcze przed świtem. Dzień spędzali w polu, a przy pracy podjadali prosto i skromnie, głównie tortillę i fricoles, pastę z ciemnej fasoli. Mięso jedli góra raz na tydzień - kurę z własnego podwórka albo kawałki wieprzowiny z wiejskiego targu. Czasem kukurydza im w polu zgniła, wtedy nie mieli co jeść. Przy nadwyżce można było pohandlować. Kto zarobił jakiekolwiek pieniądze, oddawał babci. Ona decydowała, co kupić, co ugotować, kto ma pilniejsze od innych potrzeby. Nie starczało pieniędzy na buty dla wszystkich, ale Leo nie narzekała. Wszystkie rodziny dookoła żyły tak samo. Tato, murarz, był człowiekiem pracowitym i surowym. Lubił zakląć, ale fizycznie wyżywał się na przedmiotach, nigdy na rodzinie. Miał zacięcie artystyczne - czasem chwytał za gitarę. Potrafił pisać i czytać. Nauczył się w polu, od kolegów, do szkoły nie chodził nigdy. Dla jego rodziny byłby to zbyteczny luksus.

Czas smuty

Leo urodziła się w lepszych czasach - ona i dzieci sąsiadów chodzili do podstawówki. Próbowała ją skończyć, ale przerastały ją wygórowane wymagania, i te ze strony nauczycieli, i te w rodzinie. Ledwo nauczyła się pisać i czytać. W domu nie było prądu, wieczorem wszyscy siedzieli przy jednej lampie. Króciutko. Sen dodawał więcej sił niż monotonny codzienny pokarm. Leo marzyła o lepszym życiu. Miała czternaście lat, kiedy umyśliła sobie pojechać do miasta pracować jako muchacha, służąca.

- Pojedziesz i wrócisz z takim gównem jak twoja ciotka! - przestrzegał ojciec. Jego rodzona siostra pracowała kiedyś w mieście i "zaciążyła". Cała wieś wytykała ją palcami, a najbliższa rodzina przestała z nią rozmawiać.

Ale Leo nie posłuchała. Przez znajomą znajomej znalazła dom, w  którym miała zamieszkać i  pracować. Muchacha de planta. Tysiące domów bogaczy w każdym większym miasteczku i mieście potrzebują jednej lub więcej kobiet do pracy. Od szóstej rano do nocy, przez sześć-siedem dni w tygodniu, za pensję (w młodości Leo) w wysokości czterystu pesos na tydzień (według dzisiejszego przelicznika około osiemdziesięciu złotych). Leo spała w pokoiku bez okna, o szerokości łóżka i szafki nocnej. Jeść mogła do woli. Przez kilka miesięcy nie odwiedzała rodziny, bo nie znała miasta i nie wiedziała, gdzie szukać autobusu jadącego w kierunku domu.

- Któregoś razu moi państwo wywieźli mnie do jednej ze swoich żwirowni, upili i zostawili z robotnikami, a ci mnie zgwałcili. Było ich trzech. - Leo płacze. - Co mogłam zrobić? Mała dziewczynka, sama, na łasce obcych ludzi? Najgorsze było to, że moja seniora miała sąsiadkę, która czasami prosiła ją o wynajęcie mnie do pomocy. Sąsiadka miała dwóch synów. Kiedy poszłam tam pierwszy raz, zgwałcili mnie. Wytrzymałam piętnaście dni i uciekłam.

Dziesiątki różowych krzyży rozłożonych na schodach w stolicy Meksyku w ramach protestu przeciw przemocy wobec kobiet (fot. Shutterstock)
Dziesiątki różowych krzyży rozłożonych na schodach w stolicy Meksyku w ramach protestu przeciw przemocy wobec kobiet (fot. Shutterstock)

Wróciła do rodzinnego domu i nigdy nikomu nie opowiedziała, co ją spotkało. Za bardzo się wstydziła i nie znalazła słów, którymi mogłaby opowiedzieć takie rzeczy. Dziś wie, że jej historia nie jest wyjątkowa. Pomoce domowe nie są grupą zawodową, za którą ujmują się sądy czy policja.**

Czas radości

Po powrocie Leo zrozumiała jednak, że nie wytrzyma długo w rodzinnym pueblito.

- Nie pasowałam tam. Nie chciałam być kontrolowana, utytłana w błocie, codziennie siadać nad talerzem z fricoles. Kiedy usłyszałam, że znajomy może mnie zabrać do Córdoby w stanie Veracruz, nie wahałam się ani chwili. Miałam szesnaście lat. Tato odwiedził mnie raz. Błagał, żebym wróciła do domu, mówił, że sobie nie poradzę, że się zacznę puszczać, że splamię honor rodziny, ale ja wiedziałam, że żyć we wsi już dłużej nie potrafię.

Następna seniora była dobra. I najważniejsze - codziennie rano przy sprzątaniu chodnika obok domu Leo mogła zamienić słowo z młodziutkim tapicerem.

- Zakochaliśmy się od razu. On półsierota, bo bez matki, z sześcioma braćmi i siostrą, ja po smutnych przeżyciach. Zapytał mojej seniory, czy możemy się spotykać, seniora się zgodziła, wyznaczyła nam miejsce w ogrodzie, na ławce, na widoku i tam prawie codziennie rozmawialiśmy.

Wkrótce Leo zaprosiła Carlosa do swojej wsi, ale potencjalny zięć nie zyskał aprobaty w oczach ojca. Bo dziwny, bo bez grosza przy duszy, bez rodziny ("nie wiesz, jaka ku*wa go spłodziła.").

Leo znowu nie posłuchała. Miała dwadzieścia lat, gdy brała ślub. W skromnej sukience, plastikowej koronie na głowie i białych butach na koturnie. Wesele zorganizowali w rodzinnej wsi panny młodej. W noc poślubną dostali skrzypiące stare łóżko w oddzielnym pokoju, ale wiadomo było, że wszystkie kuzynki nasłuchiwały pod drzwiami i chichotały przy każdym skrzypnięciu. Leo nie zmrużyła oka, bo bała się poruszyć. Wstydziła się okrutnie.

Wyjechali do Córdoby. Wynajęli własny domek. Carlos otworzył zakład tapicerski. Młoda żona przestała pracować, bo nie było to dobrze widziane, by zamężna kobieta usługiwała innej rodzinie jako służąca. Po dziewięciu miesiącach urodziła się pierwsza córka. Potem kolejna, później syn. Wtedy w małżeństwie zaczęło się gorzej dziać i życie Leo popsuło się na dobre.

Znikanie Leo

- Mój mąż był dobrym człowiekiem, pracowitym, wesołym. Na początku byliśmy bardzo szczęśliwi. Mieliśmy małą kuchenkę, jak ją odpalaliśmy, cały dom tonął w dymie. Oszczędziliśmy trochę pieniędzy, stać nas było na muchachę. Ale mąż wdał się w podejrzane znajomości, pił, zdradzał mnie. Jedna kochanka, druga, piąta. Rozmawiałam z nim, nie słuchał. I zaczęło się moje sięganie dna. Jedna fiesta, druga, jedno piwo, następne, tequilla, mezcal, było mi wszystko jedno, co piję. Przestałam jeść, ubierać się, wstawać z łóżka. Lekarz przepisał mi pastylki, brałam po kilka dziennie, na spanie, ból żołądka, nerwy, depresję, antykoncepcyjne, bo już wiedziałam, że nie chcę mieć więcej dzieci. Kiedy nie miałam sił wyjść z łóżka, wpadała madrina, matka chrzestna dzieci, i otwierała alkohol. Nocami wychodziłam z domu szukać męża, groziłam mu, że ucieknę, że więcej mnie nie zobaczy, ale wracałam.

W końcu lekarz wziął mnie na rozmowę: "Pijesz, zażywasz leki, nie dbasz o siebie ani o dzieci, któregoś dnia przewrócisz się i nie wstaniesz, mąż znajdzie sobie nową żonę. Kto się zatroszczy o twoje dzieci?".

Leo wypiła ostatnie piwo z rąk matki chrzestnej i zapowiedziała, że więcej pić nie będzie. Skoro mąż niszczy ich małżeństwo, to on musi odejść.

Mąż Leo wdał się w podejrzane znajomości, zaczął pić i ją zdradzać (fot. Shutterstock)
Mąż Leo wdał się w podejrzane znajomości, zaczął pić i ją zdradzać (fot. Shutterstock)

Znikanie Carlosa

Carlos pił i wsiadał za kierownicę. Pił i przepuszczał pieniądze na rozrywki. Pił i groził, że sobie pójdzie.

Pierwszy raz zniknął w styczniu. Pojechał do Tehuacán, do szwagra.

- Szwagier zadzwonił i powiedział, że jeśli chcę ratować męża, muszę szybko zabrać go z powrotem. Wzięłam dzieci, wsiadłam w autobus, pojechałam, znalazłam męża i powiedziałam mu: gdziekolwiek nie pójdziesz, nie uciekniesz od siebie, wszędzie będzie to samo, gdzie się schowasz przed sobą? Znów obiecał poprawę. Ale pracy już nie miał.

Zamieszkali wszyscy kątem u szwagra.

Był wieczór 3 maja - Święto Znalezienia Krzyża. Leo pojechała do kliniki, kobiece sprawy. Carlos do barecito. Wieczorem nie wrócił do domu. Razem ze szwagrem Leo czekała aż do północy. Nie zjawił się rano. Nie było go też w południe. Szukali, pytali ludzi, nikt nic nie wiedział. Drugiego dnia znaleźli samochód Carlosa. Z kluczykami w środku, otwarty. Trzeciego dnia w okolicy łąki ktoś zauważył dużo much. Teren podmokły, pijak może się utopić. Strażacy chcieli pieniędzy za przeszukanie bagniska, lecz Leo nie miała czym zapłacić. Odpuściła. Spakowała stare meble, ubrania, dzieci i dumę. Wróciła do pueblito.

Najmłodszy syn, Sebastian, miał wtedy siedem lat.

Leo buduje dom

Rodzina nie powitała jej z entuzjazmem. "Twoje dzieci są wymuskane, a my tu żadnych rarytasów nie mamy." Najstarsza córka chciała się uczyć, we wsi nie było gimnazjum, więc pojechała do internatu. Leo szybko znalazła pracę u starego przyjaciela, który miał warsztat tkacki.

- Zostałam z dwójką dzieci kątem u rodziców, w pokoju cztery metry na cztery. Co zaoszczędziłam, przepadło. Przyszła dewaluacja, w jedną noc wszystkie oszczędności w całym Meksyku straciły jakąkolwiek wartość. To, co zarobiłam i co dostałam ze sprzedaży samochodu Carlosa, wystarczyło na osiem świnek. Podtuczyłam je i sprzedałam. Tato dał mi kawałek ziemi w rogu swojej działki. Sprzedałam wszystkie sprzęty ze starych, dobrych czasów - meble, żelazko, odkurzacz, ciuchy, zapłaciłam robotnikom i wybudowałam swój dom. Starczyło na dwa pokoje. Luksus.

Wkrótce córka potrzebowała więcej pieniędzy na naukę, dom nie miał dachu, kolejne trzęsienie ziemi zniszczyło część ścian. Cóż było robić, Leo znowu pojechała do Puebli i najęła się jako muchacha. W domu, w którym dziś rozmawiamy.

- Co zarobiłam, wysyłałam na wieś, żeby urządzać nasz dom i żeby pomóc dzieciom. Któregoś dnia rano, o szóstej to było, ojciec do mnie dzwoni i mówi: "Córko, potrzebujemy pilnie, żebyś zwolniła swój pokój, bo twój brat się żeni. Musisz iść na swoje".

Syn i córka Leo zamieszkali w prowizorycznym domku w ogrodzie dziadka, w otwór na drzwi wstawili kawałek blachy, w okna pudła, folią przykryli dach i tęsknili. Co drugi tydzień w soboty po południu Leo jeździła do najstarszej córki do internatu, nocowała tam, a w niedziele ruszała do dzieci na wieś. Kiedy średnia córka pojechała do internatu, w domku krytym folią został tylko Sebastian.

Sebastian doświadcza cudu

W każde święta Bożego Narodzenia dzieci czekały na tatę. Nie na prezenty. Najbardziej Sebastian. Leo chciała po prostu wiedzieć - żywy czy martwy.

Sebastian miał osiemnaście lat, kiedy od dostawcy mleka dowiedział się, że ktoś widział jego ojca w mieście Oaxaca. Postanowił to sprawdzić. Nie miał pieniędzy, zabrał się z rozwozicielami mleka i przepadł na trzy dni. Znalazł Carlosa, zagadał "szefie!", ale na początku ojciec go nie poznał. Dopiero po chwili zrozumiał, zaprosił Sebastiana do domu - nowego domu, w którym czekały na niego żona i dwie córki. Syn nie chciał iść. Ojciec spisał sobie nowe numery telefonów starej rodziny, dał parę groszy na bilet powrotny i pożegnał się z Sebastianem. Niedługo potem zadzwonił do Leo. Zarzucił jej, że źle wychowała Sebastiana, że chłopak nie ma zawodu ani planu na życie.

- Przychodzi do ciebie syn, chce cię poznać, zapytać, dlaczego zniknąłeś, a ty tak go traktujesz? - zapytała męża. - Nie powinieneś zaproponować, żeby z tobą został, nauczył się zawodu, poznał cię?

Z czasem Carlos opowiedział swoją historię sprzed dekady - kochanka zaszła w ciążę, jej rodzice zmusili go do fikcyjnego małżeństwa, wiedzieli, że ma już rodzinę. Małżeństwo dla sąsiadów. Na pokaz. Nigdy nie zadzwonił do nikogo z rodziny powiedzieć, że żyje, że się ukrywa, że nic mu nie jest. Uznał, że bez niego będzie im lepiej.

Z czasem Carlos opowiedział swoją historię sprzed dekady (fot. Shutterstock)
Z czasem Carlos opowiedział swoją historię sprzed dekady (fot. Shutterstock)

Leo patrzy na swoje życie

Kiedy Leo miała operację na oczy, Carlos czuwał przy szpitalnym łóżku. Dał pieniądze. W każdą wolną niedzielę Carlos przyjeżdża, by pójść z Leo do kościoła. Co piętnaście dni. Jak w zegarku. Od czasu do czasu Carlos próbuje nawiązać kontakt ze starszymi córkami, ale one nie chcą go widzieć. Mają swoje rodziny, swoje życie. Sebastian marzy o wyjeździe do Stanów, Carlos się nie zgadza. Sebastian nie szanuje ojca, mówi, że nie ma prawa się wtrącać.

Carlos wydzwania do Leo i chce przebaczenia. Przed świętym obrazkiem przysięga, że kiedy jego najmłodsze córki podrosną, rzuci "żonę" i będą na zawsze razem.

Leo pracuje jako muchacha i zamierza to robić, póki jej starczy zdrowia. Na razie sił ma sporo, opiekuje się seniorą, która właśnie złamała rękę. Pani jest dla niej dobra, dała jej na wychowanie własne dzieci, podzieliła się kawałkiem domu. Leo nie chce wchodzić do tej samej rzeki. Czego się nie nauczyła przez te wszystkie lata, teraz nagle stało się dla niej jasne. Carlos nic dla niej nie znaczy! Wybaczyła mu po chrześcijańsku. To wystarczy. Jest zdrowa. Ma pracę. Ma dzieci. Zarabia na chleb. Nie żyje marzeniami. Tylko to się liczy.

Siedzimy w kuchni, królestwie Leo. W Meksyku nie buduje się salonów z otwartą kuchnią. Kuchnia i pralnie to przestrzeń osób pomagających w domu. Pani pozwoliła jej po pracy zaprosić gościa. Jest wieczór. Blaty wyszorowane, podłoga lśni czystością, w powietrzu unosi się zapach chloru i gotowanej cukinii. Leo pracuje tu już dwadzieścia cztery lata i jest to chyba jedyny, najprawdziwszy dom, jaki miała.

*Fragmenty książki "No pasa nada! Nic się nie dzieje" Beaty Kowalik KSIĄŻKA DO KUPIENIA W PUBLIO>>>

** W 2016 roku połączone wspólnymi żądaniami stabilnego, legalnego zatrudnienia i przywilejów z niego wynikających pracownice domowe, tzw. muchache, wyszły na ulice miasta Meksyk. Ogłosiły, że średnie wynagrodzenie za dzień ich pracy wynosi około stu czterdziestu pesos (trzydziestu pięciu złotych), że tylko cztery procent z nich ma zagwarantowane przywileje pracownicze, dostaje kontrakt, a w nim jasny opis stanowiska pracy. Ponad sześćdziesiąt procent nigdy nie miało wakacji, a połowa nie otrzymuje tzw. aginaldo, czyli trzynastej pensji. "Domagamy się skończenia z niewolnictwem, poniżaniem i wykorzystywaniem nas, także seksualnym - wołały protestujące kobiety". Parę miesięcy później media obiegła historia Inez, która kilka lat była więziona na strzeżonym osiedlu w stolicy Meksyku, pozbawiana jedzenia, środków czystości, czystych ubrań, spała na podłodze i pracowała całą dobę, bez żadnego wynagrodzenia. Rodzina, która wykorzystywała ją przez wiele lat, to szanowane, zamożne małżeństwo z małymi dziećmi.

Beata Kowalik, autorka książki 'No pasa nada! Nic się nie dzieje' (fot. Materiały prasowe)
Beata Kowalik, autorka książki 'No pasa nada! Nic się nie dzieje' (fot. Materiały prasowe)

Beata Kowalik. Filolożka, dziennikarka, reporterka. Jej teksty ukazywały się między innymi na łamach "Tygodnika Powszechnego". Od ponad dziesięciu lat podróżuje z rodziną po świecie. Pisząc o Meksyku, w którym mieszkała kilka lat, nie boi się poruszać trudnych tematów - wojny narkotykowej, prostytucji nieletnich, miażdżącej biedy czy łamania praw człowieka. Jednocześnie stara się przedstawić nieustępliwą i prawdziwą sylwetkę meksykańskiej kobiety, która żyje w skrajnie trudnych warunkach.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (93)
Zaloguj się
  • ochujek

    Oceniono 62 razy 40

    Katolicki kraj. Wojtyła zachwycał się mocną wiarą prostego ludu. Kobiety powinny usługiwać mężczyznom. Tak klechy uważają.

  • sigerpfagus11

    Oceniono 47 razy 23

    Z artykułu wynika, że mimo biedy dalej płodzą się jak króliki, wpędzając siebie i kolejne pokolenia w jeszcze większą biedę. Nie ma na świecie gospodarki, która mogłaby podołać takiej mentalności, bezrefleksyjnemu mnożeniu się i zapewnić przyzwoity byt wszystkim. Jeśli przeniosą się do innego kraju i nie zmienią swoich nawyków, pożrą go tak jak swoją ojczyznę i wszystko wróci do punktu wyjścia , błędne koło..

  • mniklasp

    Oceniono 32 razy 22

    Meksyk jest krajem III swiata , kobiety sa do rodzenia i gotowania, sprzatania i uprawiania roli, mezczyzni sa od zapladniania kobiet i robienia im dzieci . Rodzina meksykansja liczy srednio 5-8 dzieci, Znam rodziny majace 10 i wiecej , katolickie , nie znaja antykoncepcji, nie ma systemu emerytalnego wiec starzy sa na ich utrzymywaniu. Meksykanie maja dzieci pozamalzenskie o ktorych zony wiedza , ale ojcowie nie maja kontaktu z nimi. Dzieci pracuja na roli lub robia pamiatki dla turystow . Meksykanie pracuja rekoma, robia piekne rzeczy , wyszywane tkaniny , kolorowe chusty, koszyki, piekne kafelki, wyroby z gliny i metalu dla domu i piekne meble. Produkuja dobra tequile z agawy. sa bardzo artystycznie , szczegolnie w Oaxaca. Maja dobra turystyke i piekne miejsca w swietnym klimacie. Maja swietne autobusy dalekobiezne, lepsze niz w Europie, sa niezwykle pogodni i szczesliwi

  • flemming

    Oceniono 19 razy 7

    Katoland jak Polska. Tak samo traktują tam kobiety, tak samo księża gwałcą dzieci.

  • 4roman17

    Oceniono 10 razy 4

    Meksyk jest rządzony przez gangi, które współpracują z władzami różnych szczebli. Korupcja jest powszechna, a KK ma nie wiele dopowiedzenia. Gangi zajmują się szmuglowaniem narkotyków i ludzi (za znaczne opłaty) do USA. Jest to główny powód budowy muru na granicy z Meksykiem i Trump ma 100% racji.

  • yv71

    Oceniono 5 razy 3

    to nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem. W Meksyku katolicyzm to tylko powierzchnia,nazwa a dominują stare religie, zwyczaje i stara mentalność.

  • Szczepan Hołyszewski

    Oceniono 23 razy 3

    JAK NALEŻY CZYTAĆ TAKIE TEKSTY

    Gdy czytamy, że w jakimś miejscu na świecie dzieje się kobietom Straszna Krzywda, można bezpiecznie zakładać, że prezentowana jest nam jedynie połowa prawdy. W rzeczywistości mężczyźni w opisywanym miejscu cierpią co najmniej porównywalnie: są ofiarami niewolnictwa i handlu siłą roboczą, są wielokrotnie bardziej narażeni na przemoc uzbrojonych gangów, a gdy padają ofiarami tej przemocy, znacznie częściej niż w przypadku kobiet kończy się to dla nich śmiercią. Wszędzie, gdzie jest wysoki poziom przemocy wobec kobiet, dzieje się tak, ponieważ ogólnie jest tam wysoki poziom przemocy. Wszędzie też - niezależnie od ogólnego poziomu przemocy - mężczyźni są znacznie bardziej na nią narażeni niż kobiety. Przy tym wszystkim mężczyźni żyjący w krajach takich jak Meksyk nie mają swoich rzeczników w szerokim świecie. W niesławnym Ciudad Juárez znanym z masowych grobów kobiet są też masowe groby mężczyzn kryjące kilkakrotnie więcej ciał, ale za pisanie o tym nie ma Pulitzerów.

    Polecam esej Adama Jonesa "Effacing the male". Analizuje on ideologiczne przekłamania dziennikarskie na temat przemocy podczas wojny w Kosowie, ale też identyfikuje mechanizmy takich przekłamań obecne we wszystkich podobnych narracjach mediów głównego nurtu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX