Grupa Specjalna Płetwonurków RP

Grupa Specjalna Płetwonurków RP (fot. Archiwum prywatne)

wywiad gazeta.pl

Szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP: Krewni rzadko mówią szczerze o zaginionym

Uczestniczył m.in. w poszukiwaniach Ewy Tylman i Piotra Woźniaka-Staraka. Ostatnio z zespołem wyruszył do Tajlandii szukać w morzu polskiego kajakarza i tajskiej nauczycielki. - Po znalezieniu ciała jest czas dla rodziny - mówi Maciej Rokus, szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP.

MACIEJ ROKUS: Dobrze, że udało nam się teraz spotkać. Zaraz wylatujemy  do Tajlandii.

AGNIESZKA ŻĄDŁO: Co tam się stało?

7 grudnia grupa Polaków i Tajów wypłynęła czterema kajakami zobaczyć zachód słońca przy popularnej turystycznej wyspie Phuket. Jeden z kajaków nie wrócił. Byli w nim Polak, 26-letni Mateusz, i 23-letnia Tajka, Werakan. Jedziemy sprawdzić, dlaczego do dzisiaj nie zostali odnalezieni.

Kto was wezwał?

Siostra poszukiwanego chłopaka napisała na mój służbowy e-mail pełnomocnika do spraw bezpieczeństwa wojewody warmińsko-mazurskiego. Zgodziliśmy się pomóc. Miejscowe służby przez wiele dni prowadziły poszukiwania z wody i powietrza, ale bez powodzenia. Nie znalazły Polaka i Tajki.

Maciej Rokus, szef Specjalnej Grupy Płetwonurków RP (fot. Archiwum prywatne)
Maciej Rokus, szef Specjalnej Grupy Płetwonurków RP (fot. Archiwum prywatne)

Co tam się wydarzyło? Ma już pan jakąś hipotezę?

Tego dnia była słoneczna pogoda, chociaż od brzegu wiał silny wiatr. Od samego początku kajak Mateusza i Werakan znosiło najbardziej. Pozostałe kajaki zawróciły, jeden z nich z ledwością został doholowany przez przypadkową jednostkę motorowodną. Po czwarty kajak jej załoga już nie wypłynęła, bo - jak stwierdziła - były zbyt trudne warunki dla tej niewielkiej łódki. Mateusz i Werakan mieli przy sobie telefon komórkowy. Skontaktowali się ze znajomymi na innych kajakach, podali swoją lokalizację i za ich pośrednictwem poprosili o pomoc firmę, która wypożyczyła sprzęt. Niestety, nie udało się pomóc Werakan i Michałowi.

Zawiniła wypożyczalnia?

Pojedziemy wykonać eksperyment z takim samym kajakiem i to sprawdzić. Zostajemy w Tajlandii wstępnie na dwa tygodnie. Naszym zadaniem będzie też przygotowanie na miejscu raportu - chcemy się dowiedzieć, czy pracownicy wypożyczalni kajaków udzielili Polakom wystarczających informacji na temat bezpieczeństwa, czy poinformowali ich o czasie zachodu słońca, czy przestrzegli, by zbyt daleko nie wypływać. Firma powinna też zapewnić możliwość zholowania kajaków.

Jaki jest status Grupy Specjalnej Płetwonurków RP? Jesteście jak straż pożarna finansowani przez państwo?

Jesteśmy organizacją specjalistyczną, zajmującą się poszukiwaniem osób zaginionych, rozwiązywaniem trudnych spraw. Ja jestem też biegłym sądu okręgowego z ośmiu zakresów, w tym badań w wodzie i w trudnych warunkach. Jako biegły mam prawo do posiadania swojego zespołu, który mnie wspomaga. Korzystam z tego.

A pieniądze na działanie? Skąd pochodzą?

Utrzymujemy się z prowadzenia specjalistycznych badań w wodzie dla naszych klientów. Poszukiwanie osób zaginionych to margines naszych dochodów. Jeżeli zachodzi taka potrzeba, pomagamy ludziom. Zawsze wykonujemy naszą pracę z należytą starannością, najlepiej jak to możliwe.

Jaką najtrudniejszą sprawę pan prowadził?

Każda jest inna. Ale każda jest jak labirynt, w którym odnalezienie drogi do wyjścia graniczy z cudem. Wydaje mi się, że czasami się zapętlam. Szukałem kiedyś dziewczyny na Warmii. Byli z chłopakiem na osiemnastce u znajomych. On twierdził, że wracając do domu, dziewczyna wskoczyła do rzeki. Udało nam się ustalić, że przed śmiercią długo rozmawiała z chłopakiem. Rozwikłanie przebiegu tej historii nie należało do najłatwiejszych, mimo że takie się wydawało.

Zajmowałem się też sprawą zabójstwa prowadzoną pod kryptonimem "Skóra" i utonięciem Ewy Tylman z Poznania. Zresztą z Andrzejem Tylmanem, ojcem Ewy, zaprzyjaźniliśmy się. Czasem nawet nagrywamy w studiu piosenki. On gra na trąbce, ja śpiewam.

W grudniu, podczas spotkania integracyjnego z pracy, zaginął ojciec dwójki dzieci. Mogę powiedzieć, że fajny facet. Wiem, bo zawsze robię sobie portret psychologiczny tego, kogo szukam. Chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia i czego można się po nim spodziewać. Czasami zachowania ludzi są nieracjonalne, niestandardowe, szczególnie w sytuacjach, w których pojawia się alkohol.

Jak było w tym przypadku?

Oglądałem nagrania z monitoringu, na których widać było zaginionego, i na podstawie mowy ciała udało mi się wywnioskować pewne fakty. Nie mogę powiedzieć, jaka to była sytuacja - pewne rzeczy wolę zachować dla siebie z szacunku dla rodzin, którym pomagam. W każdym razie przy pierwszych poszukiwaniach nie natrafiliśmy na zaginionego, ale później uzmysłowiliśmy sobie, że jego ciało musi być koło brzegu. I tam je znaleźliśmy.

Płetwonurkowie muszą posiadać szereg kompetencji (fot. Archiwum prywatne)
Płetwonurkowie muszą posiadać szereg kompetencji (fot. Archiwum prywatne)

W jaki sposób buduje pan portret psychologiczny zaginionego?

Rozmawiam z jego bliskimi. O ile to jest potrzebne, poznaję jego zwyczaje, zachowania, towarzystwo, opinie na jego temat. Czasami jesteśmy w stanie wykonać zadanie z marszu, a innym razem trzeba się zagłębić w historię życia danej osoby. Poruszam się wokół człowieka, którego nie znam, nigdy nie widziałem. Właściwie nie wiem, czy żyje, czy nie. Ale tego nie przesądzam, bo nikomu nie dałem życia, żeby je odbierać. Muszę jednak przyjąć jakieś założenia. Szukam też odpowiedzi w mojej intuicji. Wyobrażam sobie na przykład miejsce, w którym coś mogło się stać.  Słucham tego, co świadkowie do mnie mówią, i konsultuję się z moim zespołem.

Rodzina przeważnie przedstawia swojego bliskiego w superlatywach. Rzadko zdarza się, że krewni mówią szczerze o człowieku zaginionym. Nie mam do nich żalu, rozumiem ich. I nie chodzi o to, żebym wyprowadzał ich z błędu, ale o to, żeby pójść dalej w mojej pracy, nie kluczyć w labiryncie.

Sam jestem jednak nikim bez mojego zespołu. Mam wspaniałych ludzi. Wysportowanych, inteligentnych, o silnej konstrukcji psychicznej, którzy potrafią pracować w ekstremalnych warunkach. Mam do nich zaufanie, umieją zachować się w każdej sytuacji. Potrafią być czujni i wykonywać zadania z największą starannością i przy zachowaniu bezpieczeństwa. To nie jest łatwe.

Jakimi kompetencjami muszą się wykazać, żeby zostali przyjęci do formacji?

Nie ma u nas przypadkowych osób. Muszą znać się na obsłudze specjalistycznych urządzeń, świetnie pływać w huraganie, pod lodem, poruszać się sprawnie w nocy w trudnym terenie, wytrzymać kilka dni w warunkach ekstremalnych, bez kontaktu z ludźmi, pracować w samotności.

Da się to pogodzić z życiem rodzinnym?

Trudno jest. Większość z naszych ludzi nie założyła rodzin, często mieszkamy w naszej bazie w lesie na Mazurach. Opowiem o mojej niedawnej rozmowie z jednym z przyjaciół z pracy. Mówię do niego przez telefon: "Wacław, lecimy do Tajlandii". A on do mnie: "Dzisiaj?". "Nie, za dwa dni". Odpowiedział: "A, to dobrze, zdąży wyschnąć mi pranie".

Zespół musi być zdyscyplinowany, ludzie twardzi, ale i z pewnym wyczuciem. Kiedyś o drugiej w nocy wydobyliśmy z jeziora zwłoki chłopaka. Jego matka chciała z nim zostać na osobności, pożegnać się. Uklękła przy jego ciele, nie dało się na to patrzeć bez wzruszenia. To są trudne momenty nawet dla największych twardzieli. Ważne, żeby rozumieć drugiego człowieka.

Polacy chcą znać prawdę. Są bardzo rodzinni, opiekuńczy. Kiedy we Francji w czasie fali upałów umierali starsi ludzie, nie wszystkie rodziny zgłosiły się po ich ciała. Z Polakami tak nie jest. Latami czekają na zakończenie poszukiwań, rozwiązanie sprawy i odnalezienie bliskiej osoby.

Zdarzyło się panu brać udział w takich poszukiwaniach, które trwały latami?

Pewnie, wielokrotnie. Po kilku, kilkunastu latach znajdowaliśmy ciała. Otrzymałem za swoją pracę trzy krzyże zasługi, każdy od innego prezydenta RP. Za akcję podczas białego szkwału na Jeziorze Mikołajskim, za odnalezienie ciała Macieja S. na jeziorze w Morągu po sześciu latach od utonięcia i z moim zastępcą, koordynatorem poszukiwań Maciejem Ciesielskim, za zlokalizowanie ciała Pawła D. nad jeziorem Szeląg Wielki po ośmiu latach. Od premiera mam Krzyż Niepodległości - za szczególną pomoc dla rodzin zaginionych.

Pracowaliśmy też przy sprawie Piotra Woźniaka-Staraka. Otrzymaliśmy tam od rodziny Staraków wszelką pomoc, dbano o nas. Wezwanie przyszło, kiedy byliśmy w trakcie maratonu kajakowego dla dzieci z domów dziecka, zresztą razem z Andrzejem Tylmanem. Otrzymałem wieczorem telefon, że trwają poszukiwania Piotra, a potem, że nad ranem rozpoczynamy działania. Zgodziliśmy się pomóc. O piątej zrobiliśmy odprawę i rozpoczęliśmy poszukiwania.

Choć media wzmagają presję, ale dla zespołu nie stanowi to żadnej różnicy w podejściu do pracy (fot. Archiwum prywatne)
Choć media wzmagają presję, ale dla zespołu nie stanowi to żadnej różnicy w podejściu do pracy (fot. Archiwum prywatne)

Był pan na miejscu, gdy znaleziono ciało?

Oczywiście, po czterech dniach odnaleźliśmy ciało. Tam było wiele różnych zespołów poszukiwawczych. Akcja nie była trudna, ale bardzo pracochłonna ze względu na ogromny areał do przeczesania, milion osiemdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych. Wykorzystaliśmy urządzenia nawigacyjne i hydrograficzne, a przede wszystkim ważne było rozpoznanie sprawy, przeanalizowanie wszystkich faktów i okoliczności zdarzenia.

Czuł pan presję mediów?

Jestem gościem w kilkudziesięciu programach telewizyjnych rocznie, pracuję przy głośnych sprawach, zaginięciach znanych osób. Media wzmagają presję, ale dla nas nie stanowi to żadnej, dosłownie żadnej różnicy w podejściu do pracy. Kiedyś szukałem syna kobiety, która miała w kuchni podłogę z gliny, ścianę z czerwonej cegły i ręczną pompę wody, taką jak na cmentarzach. Wszystkich szukamy z takim samym zaangażowaniem. Nie dzielimy ludzi na lepszych i gorszych. Rodziny zawsze czekają na rozwikłanie zagadki zaginięcia bliskiej osoby, męczy ich to dniami lub latami. Gdy udaje się odnaleźć tego człowieka, oznacza to dla nich uporanie się z traumą, zamknięcie pewnego rozdziału.

Nie widzą w was posłańców złych wieści?

To by się wzajemnie wykluczało. Jeżeli rodziny proszą nas o rozwiązanie jakiejś sprawy, to nieważne, jaki będzie finał, ale zabliźnią się czyjeś rany.

Często się zdarza, że rodziny po przekazaniu ciała proszą nas, żebyśmy spędzili z nimi trochę czasu. Rozmawiamy o okolicznościach danej sprawy w tak trudnych momentach, ale już w nieco spokojniejszej atmosferze, czujemy ulgę.

Był nawet jeden sołtys, który dał nam pół tony marchewki i ziemniaków. Był wdzięczny za odnalezienie chłopaka z jego miejscowości. Cały samochód nam załadował warzywami. "Chłopaki, ja wam dam wszystko", powiedział. Dobrze, że mieliśmy duży samochód terenowy - range cruisera, to był w stanie udźwignąć taką masę. Marchewki były wszędzie, między komputerami a gitarą. Pojechały do naszej bazy na Mazurach.

Czy pani wie, że ja dla zaginionych albo ich rodzin nagrywam piosenki?

Jak to?!

Proszę spojrzeć! (Maciej Rokus wchodzi na YouTube'a). Śpiewam ze świetnymi muzykami: perkusistą Krzysztofem Dziedzicem, saksofonistą Markiem Podkową, basistą Adamem Kowalewskim i gitarzystą Andrzejem Gądkiem oraz pianistą i kompozytorem Jackiem Winklem. Nagrałem z nimi w innej aranżacji "Sambę przed rozstaniem" dla mamy zaginionego Adriana Dudka, dla Piotra Woźniaka-Staraka "Kormorany" z uwagi na jego miłość do Mazur, a dla matki zaginionego w sylwestra w Olsztynie Radosława Zalewskiego - "Piosenkę w samą porę". Później nagraliśmy kolędy na płytę z Andrzejem Tylmanem w studiu zespołu Enej. Muzyka jest moją wielką pasją.

Grupa Specjalna Płetwonurków RP to organizacja specjalistyczna, zajmująca się poszukiwaniem osób zaginionych, rozwiązywaniem trudnych spraw (fot. Archiwum prywatne)
Grupa Specjalna Płetwonurków RP to organizacja specjalistyczna, zajmująca się poszukiwaniem osób zaginionych, rozwiązywaniem trudnych spraw (fot. Archiwum prywatne)

Tu muzyka, a tu ratunkowe akcje, pełne skupienie. Trzeba mieć chyba dużą rozpiętość wrażliwości?

Opowiem pani pewną historię. W grudniu zadzwoniła do mnie pewna kobieta. Powiedziała, że zaginął jej mąż. Wypłynął na ryby z przyjacielem. Dziwnie wyszło, bo nie miałem czasu z nią rozmawiać. Trwała akcja na Mazurach. Nie chciałem zostawiać moich ludzi, miałem swoje plany - czekał na mnie mój zespół muzyczny, mieliśmy nagrać nowe piosenki.

Ale ona zadzwoniła znowu, dwa dni przed Wigilią. Zapytała, czy o niej pamiętam. Ciało jej męża ciągle nie zostało odnalezione. Jej pięcioletni syn zapytał ją: "Mamo, co będzie, jak ty umrzesz?". Gdy mi opowiedziała o tym pytaniu, powaliło mnie. Stwierdziłem, że musimy jej pomóc. Spakowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy do nich. Ten pan pływał łódką w nocy przy silnym wietrze, razem ze swoim kolegą. Teoretycznie ich łódka nie powinna się wywrócić, była zbudowana na bazie katamaranu, ale przy takich warunkach pogodowych, dużych falach, nie mieli szans. Obaj utonęli. Ciało męża tej pani, która dzwoniła, znaleźliśmy bardzo szybko, dzień przed Wigilią.


Maciej Rokus. Szef Specjalnej Grupy Płetwonurków RP, wykładowca w Akademii Marynarki Wojennej, z dyplomem kierownika prac podwodnych i specjalisty prawa dowodowego, z wykształcenia ekonomista, z pasji muzyk. 

Agnieszka Żądło. Dziennikarka i redaktorka, współpracowała m.in. z "Dużym Formatem", "Polityką", "Pismem", "Krainą Bugu", "Tęczą". Współautorka książek reporterskich i poetyckich ("Światła małego miasta", "Ni zaciszna...", "Dopo il viaggio", "Grała w nas gra" i innych). Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Stypendium im. Leopolda Ungera. W 2017 roku nominowana do Grand Press w kategorii wywiad. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (20)
Zaloguj się
  • karinawojtek

    Oceniono 9 razy 5

    HALO, LUDZIE, gość robi dobrą robotę, a piosenka Kormorany przepiękna. Widać na łódce logo sponsora, a poza tym to płaci na pewno rodzina zaginionych. A tu taki hejt.

  • dvla

    Oceniono 13 razy 5

    Ta "specjalna grupa" to prywatna firma / stowarzyszenie, nie ma nic wspólnego z służbami mundurowymi RP, ta ich nazwa wprowadza w błąd

  • facio60

    Oceniono 14 razy 4

    Pewne informacje przemycone w wywiadzie, dają zupełnie inny obraz Polski i Polaków aniżeli ten, mozolnie kreowany, w wielu mediach. Proponuję wczytać się zwlaszcza w ten fragment o Francji i upałach. Sam przebywałem wiele lat w dużym państwie Unii i nie wszystko jest tam tak kolorowe i lepsze niż w Polsce. A od roku 2015 bardzo zmieniło się na niekorzyść.

  • mlynek_999

    Oceniono 13 razy 1

    Proponuję rozwinąć wątek z początku wywiadu i dopytać w Straży i Policji jak jest opinia o tej "grupie specjalnej". Niestety nurkowie bez uprawnień MSW to mogą sobie pod wodą poszukać najwyżej szczupaka a nie zaginionego

  • hana_gd

    Oceniono 2 razy 0

    Kochani, pomóżcie temu chłopcu, proszę. Widzę że brakuje dużo do zebrania na operację.
    www.siepomaga.pl/ratunek-dla-kubusia

  • gall.anonim.pn

    Oceniono 12 razy 0

    Tu taki wywiad ale GW nie dopuszczała jakichkolwiek komentarzy na temat Woźniaka-Staraka. Jak mawia klasyk: Przypadek? Nie sądzę.

  • mniklasp

    Oceniono 17 razy -3

    pan Maciej na pewno nie dowie sie w wypozyczlani o niczym i nie wiem dlaczego takie bzdury opowiada. Tajemniczo o sponsorach kto placi za te akcje?

  • dvla

    Oceniono 10 razy -6

    Prywatna firma używa na łodzi bezprawnie niebieskich "kogutów"? - co na to Policja?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX